Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Fassbender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Fassbender. Pokaż wszystkie posty

13 sierpnia 2014

Frank

reż. Leonard Abrahamson
scen. Jon Ronson, Peter Straughan
2014


Początkowo chciałam napisać na temat "Franka" Leonarda Abrahamsona superentuzjastyczny tekst pełen zachwytów nad każdym elementem tego filmu. Emocje opadły i zaczynam dostrzegać we "Franku" pewne wady, ale nie zmienia to faktu, że seans był dla mnie czystą przyjemnością, bo uwielbiam filmy, w których abstrakcja zwycięża nad logiką, a klimat bywa nieco ważniejszy, niż fabuła.
Nie będę zatem pisać za dużo o fabule, bo nie chcę psuć Wam zabawy w odkrywaniu, o co w całym zamieszaniu naprawdę chodzi (bo wbrew pozorom nie tylko o muzykę), a także, kto jest w tej barwnej galerii postaci bardziej szalony, niż inni.
"Frank" jest pełen świetnej, zakręconej muzyki i bardzo smacznych, błyskotliwych epizodów (nic dziwnego - jeden ze scenarzystów, Peter Straughan, pisał również scenariusze między innymi do "Szpiega" czy "Człowieka, który gapił się na kozy"). Na pewno warto poświęcić mu chwilę.


największy plus filmu:

- Frank - to bohater wykreowany na podstawie postaci Franka Sidebottoma - jednego z wcieleń ekscentrycznego amerykańskiego komika Chrisa Sievey'a (film powstał na bazie autentycznych zdarzeń) - to superkreatywny muzyk o enigmatycznej przeszłości, który nie rozstaje się ze swoją wielką maską. 
W rolę Franka wcielił się Michael Fassbender, który, pozbawiony ukrytej za maską mimiki, próbował stworzyć swojego bohatera z gestów, dźwięków, gwałtownych relacji z innymi bohaterami (oraz przestrzenią) i głosu. Według mnie, z sukcesem.


największy minus filmu:

- Jon - to, obok Franka, drugi główny bohater filmu, którego, niestety, nie byłam w stanie polubić. Nie jestem pewna, czy w Jonie bardziej denerwowało mnie jego zachowanie czy charakter, a ma on w sobie pewien rodzaj naiwności, który wydaje mi się wyjątkowo irytujący.
Jona zagrał Domhnall Gleeson, który staje się z kolei coraz ciekawszym aktorem i chętnie będę przyglądać się jego filmowym poczynaniom.


fotografie: entertainment.ie, theguardian.com, justaplatform.com, 

15 marca 2014

Zniewolony. 12 Years a Slave.

reż. Steve McQueen
scen. John Ridley
2013


Pomyślałam, że filmowi, który zdobył najważniejszego Oscara należy się osobny wpis. Fakt, że to właśnie "Zniewolony..." otrzymał tę nagrodę nie był żadnym zaskoczeniem - bardzo dobrze zrealizowany obraz o tematyce, która porusza do dziś (szczególnie publiczność amerykańską), z gwiazdorską obsadą i wzruszającą historią - to nie mogło się zakończyć inaczej. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wśród nominowanych filmów były znacznie bardziej interesujące propozycje: oryginalniejsze pod względem tematu (jak "Ona") czy wyjątkowo nowatorskie realizacyjnie (jak "Grawitacja"), ale na pewno nie można powiedzieć, że film McQueena nie zasłużył na nagrodę.
I właśnie o tym dziś kilka słów.


To, że film jest "poprawny" (żeby nie napisać: "hiperpoprawny") wydaje się być w wielu recenzjach podstawowym zarzutem.
Przypomina mi to jeden z wykładów, na które uczęszczałam w ubiegłym semestrze w Madrycie. Sam przedmiot nazywał się "Picasso" i, jak sama nazwa wskazuje, był bardzo detalicznym, czteromiesięcznym studium twórczości Pabla Picassa. Odkrywając kolejne etapy jego aktywności artystycznej, omawialiśmy oczywiście oba rodzaje kubizmu (analityczny, którego główną cechą była dekonstrukcja prezentowanego obiektu oraz syntetyczny, którego celem było stworzenie jakiegoś wizerunku na zasadzie konstrukcji, stąd jednym z głównych przejawów kubizmu syntetycznego jest collage).
Dlaczego o tym piszę?
Studiując chronologicznie kolejne dzieła kubistyczne (należące do obu nurtów) zauważamy, że te ostatnie są istną wirtuozerią. I dotyczy to również innych kierunków malarskich (jak surrealizm czy impresjonizm). Profesor prowadzący wykład zwracając naszą uwagę na tę prawidłowość dodał: "gdy ruch artystyczny staje się wirtuozerski, kona".
Czy podobną zasadę moglibyśmy zastosować do twórców filmowych? Według mnie tak i właśnie dlatego przywołuję ją dokładnie w tym momencie. McQueen-wirtuozer reżyserii okazuje się być o wiele mniej zajmujący, niż McQueen poszukujący, niepewny i odrobinę rozedrgany (a taki właśnie był jako reżyser "Głodu" i "Wstydu").


"Zniewolony" ma jednak wiele zalet. 
Przede wszystkim, to naprawdę poruszająca historia (poprowadzona i rozwiązana w sposób dosyć prosty, ale jednocześnie zapewniający sukces). To opowieść o Solomonie Northupie (Chiwetel Ejiofor), czarnoskórym mieszkańcu stanu Waszyngton pierwszej połowy XIX wieku, który, będąc wolnym człowiekiem i szanowanym obywatelem, wskutek wstrętnego spisku trafia do niewoli oraz o jego trwającej dwanaście lat tułaczce. 
To również koncert świetnego aktorstwa. McQueenowi udało się zebrać obsadę składającą się zarówno z aktorów, którzy są w czołówce od dawna, jak Brad Pitt (jednocześnie producent filmu) czy Michael Fassbender (o jego współpracy z reżyserem pisałam TUTAJ), jak i takich, którzy dopiero co do niej trafili, jak  Benedict Cumberbatch. W obsadzie wyróżniają się także Paul Dano (od wielu lat pozostający właściwie na granicy mainstreamu i kina niezależnego) oraz dwójka aktorów nieznanych dotychczas szerokiej publiczności, czyli Chiwetel Ejiofor oraz sensacja sezonu, Lupita Nyong'o.



"Zniewolony" jest również filmem przepięknym wizualnie oraz muzycznie. Wspaniale skomponowane kadry - zarówno pod względem umiejscowienia postaci i obiektów w przestrzeni, jak i perfekcyjnej harmonii kolorystycznej - dają wielką przyjemność oglądania. Przepiękną muzykę skomponował klasyk gatunku Hans Zimmer, chociaż chciałoby się, by muzyka była tutaj nieco mniej przewidywalna. Natomiast sekwencje, w których grupy niewolników śpiewają wspólnie na plantacji bawełny bądź na podwórkach swoich skromnych domów, to prawdziwa wirtuozeria.




Przyznam, że "Zniewolony" rozbudził mój apetyt i czekam na kolejny film Steve'a McQueena. Jestem bowiem przekonana, że chwilowe odejście w stronę realizacyjnej wirtuozerii (z zagubieniem, niestety, tych elementów, które w jego kinie intrygowały najbardziej) nie jest drogą ku filmowej miałkości, tylko pewnym eksperymentem, po którym McQueen znów nas pozytywnie zaskoczy.

fotografie: listal.com

5 listopada 2012

(ulubieni) Aktorzy, część 3.


Dziękuję Wam BARDZO za zainteresowanie rankingiem, którego poprzednie części możecie znaleźć tutaj: CZĘŚĆ 1CZĘŚĆ 2. Dzisiaj zakończę zestawienie aktorów, a już wkrótce na blogu pojawi się mój subiektywny ranking aktorek.


(część kolorowych nazwisk i tytułów (w szczególności tytułów!) to odnośniki do innych wpisów na blogu, zapraszam do klikania i czytania!)


7. Antonio Banderas

To był dla mnie oczywisty wybór. O Antonio pisałam dużo TUTAJ, więc nie chcę się powtarzać. Znakomity w "Mrocznej Argentynie", inspirujący w "Wytańczyć marzenia", charyzmatyczny we "Fridzie", "Evicie" i "Domu dusz".



W ubiegłym roku Zachwycił mnie też najnowszy film Pedro Almodóvara, "Skóra, w której żyję". Pomimo że nie czuć w nim tyle ducha ekscentrycznej movidy (co uwielbiam w "Kice" czy "Pośród ciemności"), to dzieło bardzo dopracowane i wciąż niesamowicie stylowe oraz pełne cech charakterystycznych dla kina Hiszpana. I wreszcie, po latach, znów rola godna talentu Antonio Banderasa.


8. Sean Penn



Trudno znaleźć drugiego aktora, który w swojej filmografii miałby tyle aż tak różnorodnych ról.
Wyobraźcie sobie jak fascynujące mogłyby być spotkania jego bohaterów: Davida Kleinfelda z "Życia Carlita" z Cheyennem ("Wszystkie odloty Cheyenne'a"), Emmeta Ray'a ze "Słodkiego drania" z Matthew Ponceletem z "Przed egzekucją"albo Harvey'a Milka ("Obywatel Milk"z sierżantem Welshem, bohaterem "Cienkiej czerwonej linii"...



Sean Penn jest też mistrzem emocji, co pokazał w genialnej "Rzece  Tajemnic" Clinta Eastwooda (jednym z ukochanych filmów mojej Mamy, o innych możecie poczytać TU), "Samie" Jessie Nelson czy "21 gramach" Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Ponadto - znów trochę prywaty - urodził się tego samego dnia, co mój Tato (i taki urodzinowy wpis o Seanie Pennie możecie przeczytać TUTAJ).



9. Marcin Dorociński

Nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć mojego ukochanego polskiego aktora!
Marcina Dorocińskiego odkryłam dla siebie po obejrzeniu serialu "PitBull" i do dzisiaj jest to jedna z ról, którą cenię najbardziej. Później do tego zestawu dołączyły jeszcze występy w filmach takich, jak wstrząsająca "Róża", ciekawe "Boisko bezdomnych", błyskotliwy "Rewers" i film, o którym mogłabym pisać niekończące się ody, czyli "Lęk wysokości", który jest piekielnie inteligentną, znakomitą pod względem emocjonalnym, perfekcyjnie zagraną opowieścią o skomplikowanych relacjach ojca z synem.
Muszę też przyznać, że Dorociński, nawet jeśli gra w filmach niekoniecznie ambitnych ("Miłość na wybiegu"), zawsze daje z siebie 100%.


Miałam przyjemność wziąć udział w spotkaniu z Marcinem Dorocińskim, organizowanym z okazji festiwalu ZOOM-Zbliżenia, w którym aktor opowiadał o swojej pracy, przygotowaniach do kręcenia "Lęku wysokości", filmowych fascynacjach i jego rodzinie. I muszę Wam powiedzieć, że po tym spotkaniu lubię Marcina Dorocińskiego jeszcze bardziej!



miejsce 10. to dla mnie ogromny problem. Bo ciężko mi jest wyróżnić jeszcze jedną jedyną osobę. Nie wiedziałam, czy miałby to być Cillian Murphy (i jego fenomenalny występ w "Śniadaniu na Plutonie"), Philip Seymour Hoffman (znakomity między innymi w filmach: "Capote", "Synekdocha, Nowy Jork" czy "Happiness"), Robert De Niro (którego filmografię ciągle poznaję, zachwycił mnie w "Taksówkarzu" i "Łowcy jeleni", a wzruszył do łez w "Zakochać się" i "Wszyscy mają się dobrze"), Jeff Bridges (którego wręcz pokochałam po obejrzeniu "Szalonego serca"), Bogusław Linda (o którym pisałam wielokrotnie, na przykład TUTAJ i TUTAJ), Dustin Hoffman (nie wiem, czy bardziej cenię go za "Maratończyka", "Absolwenta" czy "Rain Mana") a może Michael Fassbender (czyli  gwiazda znakomitych filmów Steve'a McQueena o których pisałam TUTAJ)..?




Nazwiska mogłabym mnożyć (a moja Mama po przeczytaniu tej tyrady na pewno zadzwoni do mnie z pytaniami w stylu: "A dlaczego pominęłaś Andy'ego Garcię?", "A gdzie jest Edward Norton?", "No a o Brad Pitt? O nim też zapomniałaś?" i powie: "No, dobrze chociaż, że napisałaś o Seanie Pennie"...), ale chciałam wybrać tylko tych aktorów, którzy naprawdę najbardziej wpłynęli i ciągle wpływają na moje postrzeganie kina i miłość do niego co wcale nie znaczy, że żadnych innych nie lubię czy nie cenię. Przeciwnie! I jeszcze o nich wielokrotnie będę tutaj pisać.

A których aktorów Wy cenicie najbardziej?




fotografie: listal.com, styl.pl, wyborcza.pl

8 października 2012

Ubieranie kina. Odcinek 3, część 1.


Odcinek 3: osobowości mody.

Gdy kilka tygodni temu pisałam, że Wikipedię zamieniłam na Voguepedię, mówiłam zupełnie poważnie. Magazyn „Vogue”, biblia mody, przeszło rok temu stworzył swoistą encyklopedię, podzieloną na osiem kategorii (między innymi Projektanci, Modelki czy Punkty zwrotne), z której, jeśli dobrze poszukamy, możemy dowiedzieć się między innymi, kiedy i w jakich okolicznościach na okładkę „Vogue” trafił Richard Gere, kto zalicza się (według redakcji) do osobowości mody i co o każdej z osób napisano w magazynie. 


Jak na razie baza nie jest zbyt obszerna, ale już dosyć interesująca. We wspomnianym dziale Osobowości największą grupę tworzą aktorki: nic dziwnego, w końcu moda, a w szczególności media mówiące o modzie są teraz znakomitym narzędziem filmowej promocji. Co można więc rozumieć pod pojęciem „osobowość mody”?
Dzisiaj posłużę się kilkoma zgrabnymi przykładami.
Jeansowa Gwyneth
Kolejne ikony mody pojawiają się z podejrzanie dużą częstotliwością (a może ten związek wyrazowy jest po prostu nadużywany?), ale wśród nich zawsze będą takie, które zasługują na większe zainteresowanie, niż reszta. W 2002 roku Plum Sykes napisał o Gwyneth Paltrow (nie tylko ikonie stylu, ale i aspirującej guru kuchni): „Nie jest może innowatorką, jednak jej talent do wyławiania przebojowych zestawów ubrań sprawia, że władają one wyobraźnią świata jak nigdy przedtem – zanim nie włożyła ich Gwyneth” – nic dziwnego, że gdy została pewnego dnia sfotografowana w parze jeansów z naszytymi kieszeniami marki Blue Cult, popyt na nie wzrósł tak bardzo, że jeansy zyskały nową nazwę – „Gwyneth”. 

„Vogue” dodaje, że nawet postacie, w które wciela się Paltrow mogą rozpalić nowe trendy. Oczy wymalowane jak u pandy, tenisowa sukienka, torebka Birkin: Margot Tenenbaum z filmu „Genialny Klan” Wesa Andersona (wzorowana być może na wizerunku Nico, modelce, jednej z muz Warhola, wokalistce Velvet Underground) wzbudziła podobną sensację, co sam film.


Złote agrafki i seksualna frustracja
Czasami sensację większą, niż filmy wywołują ich premiery lub kampanie promocyjne. W pierwszym wypadku jednym z najbardziej sztandarowych przykładów jest pewna premiera z 1994 roku, na której Elizabeth Hurley, ówczesna dziewczyna Hugh Granta, pojawiła się w czarnej kreacji od Versace, spiętej złotymi agrafkami w dwudziestu czterech miejscach. Filmem, który wyświetlano w kinie była komedia „Cztery wesela i pogrzeb”, jednak Hurley absolutnie przyćmiła grającą główną rolę Andy MacDowell„W owej chwili” – pisał „Vogue” – „która w świecie brukowców nabrała takiego znaczenia, jak Boże Narodzenie ma dla chrześcijan, narodziła się gwiazda”
Jeśli chodzi o materiały prasowe towarzyszące jakiejś głośnej premierze, warto przypomnieć sobie chociażby przykład Michaela Fassbendera. Po zagraniu we „Wstydzie” Steve’a McQueena, czyli jednym z najbardziej oczekiwanych filmów ubiegłego roku, poruszającej opowieści o trzydziestoletnim yuppie uzależnionym od seksu i pornografii, Fassbender stał się etatowym fotograficznym seksualnym frustratem i homme fatale sesji zdjęciowych kolorowych magazynów. Po tym, jak magazyn „GQ” kilka lat wcześniej napisał, że Michael Fassbender jest najlepszym towarem eksportowym Irlandii od czasów Guinnessa, przy okazji kolejnego wywiadu z aktorem bardzo wyraźnie nawiązał stylistyką sesji zdjęciowej towarzyszącej rozmowie do tematyki „Wstydu”


„Vogue” natomiast jest jednym z pism, które co jakiś czas zapraszają topowych aktorów do przemyślanych, wysmakowanych sesji mody, które mają na celu nie tylko zaprezentowanie ubrań, ale i opowiedzenie jakiejś historii. Stąd na przykład w kwietniu 2012 roku Michael Fassbender towarzyszył Natalii Vodianovej w fotograficznej historii o nowoczesnej parze, a dwa lata wcześniej: Jeremy Renner, Larze Stone w sesji pod tytułem „Niebezpieczne związki”

Być może nie stali się od razu ikonami mody, jednak pokazali, że pasują do sesji fotograficznych tak samo, jak modelki do miejsca przed kamerą na planie filmowym, czyli… coraz lepiej.

ciąg dalszy nastąpi, a ja zapraszam do zaglądania również na
Facebooka!
cały tekst do przyłapania
TUTAJ
fotografie: listal.com, vogue.com, gq.com

5 sierpnia 2012

Prometeusz

reż. Ridley Scott
scen. Jon Spaihts, Damon Lindelof
2012


Przyznam, że bardzo czekałam na nowy film Ridley'a Scotta, starałam się nie mieć żadnych oczekiwań (i było mi tym łatwiej, że nie znałam zbyt dobrze serii filmów o Obcym). Film zrobił na mnie duże wrażenie (cudownie było móc zobaczyć go w 3D!) i muszę powiedzieć, że "Prometeusz" jest kapitalną bajką - wciągającą, trochę brutalną, bardzo finezyjną i świetnie zagraną.


Para doktorów: Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) wyruszają w porywającą i jak się wkrótce okaże, bardzo niebezpieczną podróż, której celem jest odkrycie odpowiedzi na pierwsze pytanie z gauguinowskiej alegorii życia: skąd przychodzimy? A także, kto tak naprawdę jest naszym stwórcą. Parze (których wątek uczuciowy według mnie ma w sobie trochę zbyt dużo melodramatyzmu) towarzyszy zespół naukowców oraz android David (Michael Fassbender). 


Statkowi przewodniczy Meredith Vickers (Charlize Theron), której rola w całej fabule przez długi czas jest dosyć niejasna (i mam wrażenie, że potencjał wątku sensacyjnego o korporacyjnych zależnościach, w które zamieszane jest dążenie do nieśmiertelności został kompletnie niewykorzystany, a mógł być źródłem naprawdę ważnych refleksji etycznych z pogranicza nauki, etyki i biznesu).


Odkrywanie kolejnych tajemniczych klocków na trasie wyprawy tytułowego statku jest na tyle fantastyczne, że nie będę Wam psuła zabawy zawiłymi opisami fabuły. Trzeba jednak wspomnieć o naprawdę imponującej obsadzie. Charlize Theron jako nieugięta góra lodowa, Noomi Rapace jako kobieta zmagająca się ze swoją wiarą i problemami osobistymi (strata ojca, niemożność zajścia w ciążę) i Logan Marshall-Green (przypominający nieco Toma Hardy)radzą sobie naprawdę nieźle (tak samo, jak odtwórcy ról członków wspierającej ich załogi naukowej).



Prawdziwą gwiazdą "Prometeusza" jest jednak Michael Fassbender (o którym pisałam ostatnio naprawdę dużo TUTAJ). Jego David, wzorowany na tytułowym bohaterze odgrywanym przez Petera O'Toole'a w filmie "Lawrence z Arabii" jest androidem, który idealnie odnalazł się w świecie ludzi. Jest ponadprzeciętnie inteligentny, ma gigantyczną wiedzę, a jednocześnie jest bezwzględny: nieograniczony duszą i sumieniem. Oszczędna mimika Fassbendera, jego stylizacja, gesty i tembr głosu podkreślają znakomicie każdą ważną cechę postaci. Scenom, w których  David pokazywany jest solo towarzyszy zawsze kapitalna muzyka autorstwa Marca Streitenfelda.


Widziałam wiele recenzji, w których "Prometeusz" uznany został za film banalny, niespójny i niedorównujący "Obcemu. 8. pasażerowi Nostromo". Sama jednak najzupełniej szczerze mogę go polecić, bo to film, który zapada w pamięć, zachwyca wykonaniem i ostatecznie jest naprawdę daleki od banału.


fotografie: listal.com

25 lipca 2012

Michael Fassbender – c.d.


Najnowsze filmy Wesa Andersona (TUTAJ) i Christophera Nolana (TUTAJ) odsunęły w cień nawet Michaela Fassbendera. Pisałam o nim juz kilka razy (między innymi TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ), dzisiaj: ostatnia część artykułu, który napisałam dla portalu G-Punkt.pl

fot. Mario Testino dla „GQ”

Chcąc napisać pokrótce o pozostałych istotnych elementach filmografii aktora, muszę ponownie odnieść się do tego, co napisałam na samym początku: Michael Fassbender nie jest  mistrzem w wybieraniu dobrych projektów. Być może to jeszcze nie do końca przezwyciężony brak wiary w siebie, być może pech, ale filmografia Fassbendera pełna jest również filmów, o których sami ich twórcy raczej woleliby zapomnieć. I nie mam tu na myśli jedynie bezdusznie krytykowanego „Jonah Hex” (2010) Jimmy’ego Haywarda, adaptacji komiksu DC Comics, bo wydaje mi się, że film miał pewien potencjał, który został po prostu bezdusznie zmarnowany. 


Jednak filmy takie, jak „Eden Lake” (2008) Jamesa Watkinsa czy „Ściganą” (2011) Stevena Soderbergha warto omijać, ewentualnie: obejrzeć wyłącznie jako ciekawostkę i aby przekonać się, że Michael Fassbender traktuje swoją pracę naprawdę poważnie. Przy niedociągnięciach scenariusza czy czasami wprost idiotycznych rozwiązaniach reżyserskich czy fabularnych, jego role wydają się być naprawdę spójne, dopracowane i przekonywujące. 


Całkiem nieźle na tle tych filmów wypadają więc „Fish Tank” (2009) Andrei Arnold, gdzie Fassbender wcielił się w rolę zwodniczego i niepokojącego Connora, który wchodzi w bliski związek ze zbuntowaną córką swojej kochanki i, oczywiście, „Bękarty wojny” (2009) Quentina Tarantino, gdzie jako wytworny i uszczypliwy pułkownik Archie Hicox po nieudanym „Angel” Ozona, znów przyciągnął uwagę widzów.





Michael Fassbender zaczął grać w filmach, ponieważ w wieku siedemnastu lat zdał sobie sprawę, że do tej pory oddawał swoje życie temu, w czym nie był zbyt dobry: tworzeniu muzyki. Gdy był nastolatkiem, jego ulubionym zespołem była Nirvana, uwielbiał też Metallice i ich „Orion”, Sepulturę i „Beneath the Remains”, z hiperentuzjazmem odnosi się też do zespołów takich jak Slayer czy Alice in Chains. On i jego przyjaciel Mike mieli nawet własny zespół, ale nigdy nie mogli znaleźć basisty ani perkusisty, a jedyny koncert, jaki udało im się zagrać, był występem w duecie, w środku dnia i nie był to ich wielki sukces. „Nikt nie chciał słuchać Metallici w porze lunchu” – wspomina Fassbender. Teraz słucha trochę każdego rodzaju muzyki, bluesa, rocka, country i hip-hopu (szczególnie tego z lat 90’), a za najciekawszego muzyka współczesności uważa Jacka White'a.

fot. Mario Testino dla „GQ”

Wiadomo już, że Fassbender zagra u Matthew Vaughna w kolejnym filmie o X-Menach, a także ponownie spotka się na planie ze Stevem McQuennem i Ridleyem Scottem. Od minionego piątku możemy poznawać efekty współpracy tego ostatniego z Michaelem Fassbenderem przy okazji premiery „Prometeusza”. Aktor wspominał, że jedną z najsilniejszych inspiracji do stworzenia postaci była rola Petera O’Toole’a w „Lawrence z Arabii”. Z tego samego obrazu pochodzi też cytat, który zamyka trailer „Prometeusza” stając się niejako mottem całego filmu, a być może i całej kariery Michaela Fassbendera: „Big things have small beginnings”.

Mario Testino dla „GQ”


Korektę całego tekstu wykonał: Grzesiek Szklarczuk
Artykuł w całości możecie przeczytać na portalu G-Punkt.pl, TUTAJ

fotografie: listal.com, gq.com