Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Areces. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Areces. Pokaż wszystkie posty

13 maja 2013

Przelotni kochankowie: obsada

Miałabym poczucie absolutnie niewykorzystanego momentu, gdybym przy okazji premiery najnowszego filmu Pedro Almodóvara (recenzję możecie przeczytać TUTAJ, zapraszam!) nie napisała trochę więcej o aktorach, którzy w "Przelotnych kochankach" grają główne role.
Przed premierą bohaterem jednego z tekstów był Javier Cámara (tekst znajduje się TUTAJ), tym razem opowiem o pozostałych stewardach i jednym z pilotów z podniebnego filmu maestro z La Manchy.

Antonio de la Torre


Były dziennikarz sportowy, miłośnik filmu "Wielki błękit" Luca Bessona oraz laureat nagrody Goya dla najlepszego aktora drugoplanowego (2007), który swoją karierę aktorską zaczynał od drugoplanowych ról w filmach takich, jak "Torrente, el brazo tonto de la ley" Santiago Segury czy "Moimi oczami" Icíar Bollaín. Przed "Przelotnymi kochankami" wystąpił już u Almodóvara w filmie "Volver" (dokładnie on był lubieżnym mężem Raimundy (granej przez Penelope Cruz), którego zwłoki kobieta przechowywała w zamrażarce!). 
Ja go lubię najbardziej w filmie "Hiszpański cyrk" Álexa de la Iglesii - to krwawa groteska pełna poturbowanych przez życie bohaterów i smoliście czarnego humoru o zemście, żądzach i namiętnościach, rozgrywająca się w bardzo osobliwym cyrku. Antonio de la Torre wciela się w tym obrazie w Sergio - wesołego klauna, który u de la Iglesii staje się uosobieniem fałszu: śmieszny na scenie, po zdjęciu maski jest bezwzględnym brutalem.


W filmie "Hiszpański cyrk" zagrał również Carlos Areces - jeden ze stewardów (ten z zalotnymi rzęsami i zawadiacką grzywką) z "Przelotnych kochanków". Areces wcielił się w rolę smutnego klauna i jego obłęd w filmie de la Iglesii również mnie zachwycił, spójrzcie tylko na tę fotografię:



Filmografia Carlosa Arecesa nie jest jeszcze zbyt pokaźna i nie znam jej za dobrze, więc nie będę o nim pisać więcej, ale jeśli zaglądacie czasami na blogowego Facebooka, mogliście go kiedyś zobaczyć na jednym ze zdjęć z festiwalu CinemaJove, TUTAJ.


Raúl Arévalo


fot. Bernardo Doral dla hiszpańskiego "ELLE"

Prawdziwie ważnym debiutem Arévalo był film "El camino de los ingleses", czyli melodramat w reżyserii Antonio Banderasa. Aktor przyznał w jednym z wywiadów, że praca nad tym obrazem była dla niego czymś znacznie ważniejszym, niż granie w filmie - prawdziwym życiowym doświadczeniem. Arévalo dodał również, że to Antonio Banderas pomógł mu się ukształtować, że dzięki niemu rozwija się aktorsko tak, a nie inaczej i że Banderas jest "najwybitniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkał na swojej drodze".



Z całej filmografii Raúla Arévalo najbardziej spodobał mi się film "Nawet deszcz" Icíar Bollaín, czyli historia wielowątkowa i wieloznaczna: do Boliwii przyjeżdża ekipa filmowa, by nakręcić film o przybyciu Krzysztofa Kolumba do Ameryki Południowej. Poznajemy jednak nie tylko problemy i tajniki planu filmowego (członków ekipy zagrali między innymi Gael Garcia Bernal i Luis Tosarczy elementy historyczne (co ciekawe, scenariusz tego filmu w filmie jest bardzo intrygujący: wizerunek odkrywcy daleki jest od ideału, a Kolumb i jego współpodróżnicy mają niewiele wspólnego z ideałami wielokulturowości), ale także: realne problemy tubylczej ludności oraz ich walkę o dostęp do wody, wywołaną prywatyzacją wodociągów. 
Wieloznaczność słowa konkwista (ta historyczna i ta współczesna, dokonywana przez wielkie koncerny) i bliźniacze (mimo upływu setek lat) klisze sytuacyjne intrygują, a zapierające dech w piersiach plenery i przepiękna muzyka to dodatkowe atuty filmu BollaínRaúl Arévalo wciela się tu w aktora odgrywającego rolę Antonio de Montesinos, zakonnika znanego z walki o prawa Indian oraz publicznej krytyki niewolnictwa.



A jutro ciąg dalszy opowieści o kinie hiszpańskim!

11 maja 2013

Przelotni Kochankowie

reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
2013


Najnowszy film Pedro Almodóvara, już dziewiętnasty w jego szalonej karierze, jest błyskotliwą, autorską wariacją na temat różnych obliczy miłości oraz oryginalnym komentarzem na temat aktualnej sytuacji w Hiszpanii. Almodóvar, wykorzystując znaną konwencję małej apokalipsy, umieszcza swoich bohaterów na pokładzie samolotu lecącego na trasie Madryt-México City, w sytuacji śmiertelnego niebezpieczeństwa i pozwala im na kompletne obnażenie wszystkich sekretów.


Dwóch biseksualnych pilotów i trzech stewardów-gejów stara się opanować panikę w klasie biznesowej (po uprzednim podaniu środka usypiającego wszystkim przebywającym w klasie ekonomicznej, ze stewardessami włącznie), jednak ich rozbuchana seksualność oraz osobliwa przypadłość jednego ze stewardów - Joserry (Javier Cámara), który nigdy nie kłamie - skutecznie potęgują poczucie paranoi.
Największą paranoiczką wśród pasażerów jest Norma (Cecilia Roth), gwiazda hiszpańskiego światka usług sado-maso, a także bohaterka okładki najlepiej sprzedającego się w historii numeru magazynu erotycznego "Interviú". Norma stała się dla Almodóvara również narzędziem do skomentowania plotek na temat domniemanych miłosnych ekscesów króla, Juana Carlosa, którego sama bohaterka nazwała "numerem jeden" wśród rzeszy bardzo ważnych i bardzo znanych klientów. Poznajemy także innych podróżujących klasą biznesową: nowożeńców - przemytnika narkotyków i lunatyczkę-nimfomankę (Miguel Ángel Silvestre, Laya Marti), słynnego aktora (Guillermo Toledo), tajemniczego Infanta (José María Yazpik), oszusta gospodarczego (José Luis Torrijo) oraz kobietę-medium (Lola Dueñas). Wskutek awarii, pokładowym telefonie zawsze włączony jest głośnik i to właśnie z telefonicznych rozmów poznajemy pikantne szczegóły z życia każdego pasażera. 


Ja jednak największą sympatią zapałałam do samolotowej kadry, czyli pilotów i stewardów, wśród których każdy prezentuje zupełnie osobną, groteskową historię. 
Joserra (Javier Cámarana skutek traumy z przeszłości nie umie kłamać, Fajas (Carlos Areces) modli się do tekturowego ołtarza w każdej sytuacji kryzysowej, a Ulloa (Raúl Arévalo) jest pokładowym don Juanem. Ich słynny już taniec do piosenki "I'm So Excited" grupy The Pointer Sisters jest szalenie urokliwym i przezabawnym musicalowym przerywnikiem historii.

Piloci natomiast (Hugo Silva, Antonio de la Torre), oboje żonaci, wspólnie zmagają się z nienawiścią do swoich żon i definiowaniem swojej seksualności, co zajmuje ich nieporównywalnie bardziej, niż problemy z podwoziem.


Almodóvar z upodobaniem cytuje samego siebie, a takie autotematyczne motywy można odkrywać w "Przelotnych kochankach" na każdym kroku: rozkładany ołtarz, do którego Fajas zanosi swoje modlitwy jest jasnym nawiązaniem do "Prawa pożądania", a pomarańczowy koktajl Agua de Valencia z meskaliną przywodzi na myśl gazpacho ze środkiem nasennym z "Kobiet na skraju załamania nerwowego" (do tego ostatniego nawiązań jest w filmie znacznie więcej!).
Do bardzo niewielkich (ale, jak się potem okazuje, naprawdę istotnych) ról Almodóvar zaprosił również dwójkę swoich ulubionych aktorów: Penelope Cruz i Antonio Banderasa, którzy grają zakochanych w Andaluzyjczyków (Banderas pochodzi z Malagi, ale Cruz w ich dialogu prześwietnie naśladuje andaluzyjski akcent, przedmiot żartów wielu mieszkańców innych regionów Hiszpanii).

"Przelotni kochankowie" nie są arcydziełem, ale to naprawdę dobry film. Według mnie Almodóvar próbuje przywrócić swojej twórczości nieco bezkompromisowości, "uwznioślonej wulgarności" (o której pisała badaczka Almodóvara, Ewa Mazierska) oraz ikry, z których słynęły jego dokonania z czasów movidy ("Pepi, Luci, Bom", "Labirynt Namiętności") czy dzieła takie jak "Prawo pożądania", "Drżące ciało" czy "Wysokie obcasy". Almodóvar z wdziękiem powtarza swoje ulubione tematy (seksualność, podglądanie czyjegoś życia, codzienna religijność, paranoja), wpisując je nie tylko w nowe konteksty, sytuacje czy bohaterów, ale również - aktualną rzeczywistość Hiszpanii.

fot. Jean-Paul Goude dla "V Magazine"

fotografie: gutekfilm.pl, cinedor.es, filmweb.pl, tumblr.com

9 maja 2013

Przed premierą: Przelotni kochankowie, Javier Cámara.

Już jutro oficjalną polską premierę będzie miał najnowszy film Pedro Almodóvara, "Przelotni kochankowie" (na który czekam od kilku miesięcy z największą niecierpliwością). W recenzji oczywiście opowiem czy i dlaczego film warto (chociaż ja zakładam, że filmy Almodóvara ZAWSZE warto) obejrzeć, ale chcę też przedstawić Wam aktorów, którzy zagrali w "Przelotnych kochankach" jedne z głównych ról. Tym bardziej, że naprawdę ich lubię, a mam wrażenie, że są oni polskim widzom (nie będącym miłośnikami kina hiszpańskiego) raczej nieznani.
Ponieważ akcja filmu rozgrywa się wewnątrz samolotu (a dokładniej: podczas lotu Madryt-Mexico City), nic dziwnego, że głównymi męskimi bohaterami filmu są dwaj piloci i trzech stewardów. Dziś pierwszy z nich.

Steward 1 - Javier Cámara

fot. Pedro Walter dla hiszpańskiej edycji "Glamour"

To już trzecia rola Javiera Cámary w kinie Pedro Almodóvara. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać go w roli pielęgniarza Benigno w filmie "Porozmawiaj z nią" - tę postać publicysta Javier Giner w tekście dla "V Magazine" nazwał "codziennym psychopatą", którego niebezpieczeństwo tkwi głównie w tym, że da się je odkryć dopiero przy bliższym kontakcie - nie chcę Wam psuć filmu, jeśli jeszcze go nie widzieliście, dlatego nie napiszę na temat Benigno nic więcej, ale muszę przyznać, że po seansie byłam lekko zszokowana drogą, jaką Almodóvar poprowadził tę postać... 
Sam aktor w wywiadzie z "El Mundo" powiedział, że gdy Almodóvar zdecydował się go zatrudnić do pracy przy filmie, usiadł na ławce przed domem i zaczął płakać ze szczęścia.


Po raz drugi u Almodóvara Cámara wystąpił w filmie "Złe wychowanie". Tu wcielił się w rolę drag queen Paquito - jego postać nie miała żadnej istotnej funkcji dla rozwoju akcji, ale pojawienie się Paquito na ekranie wprowadziło po pierwsze, sporo humoru, po drugie, dzięki niemu Almodóvar mógł podkreślić swoje umiłowanie estetyki kampowej i żywe zainteresowanie środowiskiem transwestytów (drag queens są bardzo częstymi bohaterami filmów Hiszpana).

fot. Caterina Barjau (www.caterinabarjau.com)

Ja bardzo cenię Javiera Cámarę, ponieważ ma on w sobie ogromną wrodzoną klasę, szlachetność i spokój, dzięki któremu potrafi uduchowić nawet najdziwniejszą rolę w najsłabszym filmie, jakim jest dla mnie na przykład komedia "Torrente, el brazo tonto de la ley". Film opowiada historię byłego policjanta, alkoholika (Santiago Segura), który nieustannie marzy o tym, by dokonać wielkich rzeczy w imię sprawiedliwości. Film początkowo aspirował do bycia hiszpańskim pastiszem kina Quentina Tarantino i "Taksówkarza" Martina Scorsese (co więcej, to jedna z najchętniej oglądanych hiszpańskich komedii w historii). Ostatecznie jest to jednak próba wyjątkowo nieudana i pełna wyjątkowo prymitywnych żartów. W rolę pomocnika tytułowego Torrente wcielił się właśnie Javier Cámara  i, co zachwyca mnie najbardziej, pokazał prawdziwy talent komediowy i sprawił, że oglądanie tego filmu nie stało się dla mnie kompletną stratą czasu.
W wywiadzie dla magazynu "GQ" Javier Cámara przyznał, że jego ikonami są James Gandolfini i Farrah Fawcett, a ulubionym filmem - "Piękny i zły" Vincente Minnellego.

fot. Pedro Walter dla hiszpańskiej edycji "GQ"

20 lipca 2011

Hiszpański Cyrk

Balada triste de trompeta
reż. Álex de la Iglesia
2009


Krwawa groteska w szaro-czarnych barwach, poturbowani przez życie bohaterowie i smoliście czarny humor - "Hiszpański cyrk", najnowszy film Álexa de la Iglesii to film, który można pokochać, albo wyłączyć z poczuciem totalnego niesmaku. Ja byłam zauroczona.


Głównymi tematami filmu są zemsta, żądza i namiętności, a główna oś historii rozgrywa się w krajobrazach podupadłego cyrku. Reżyser świetnie bawi się toposem klauna, niejako rozbijając go na dwie postacie - Sergio (Antonio de la Torre), wesoły klaun jest u Iglesii uosobieniem fałszu - śmieszny na scenie po zdjęciu maski okazuje się być brutalem, natomiast Javier (Carlos Areces), smutny klaun, obarczony dramatami przeszłości, całą tragedię swojego przejmująco smutnego dzieciństwa pragnie przelać w kreowaną przez siebie postać. Mężczyzn łączy (a może - rozdziela?!) ogromna namiętność do akrobatki Natalii (Carolina Bang), która bawiąc się ich uczuciami napędza spiralę przemocy, szaleństwa i bólu.



Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, pomyślałam (jak zapewne wielu innych widzów): Álex de la Iglesia jest/musi/chce być hiszpańskim Quentinem Tarantino. Jednak wkładanie go do takiej szufladki jest dość krzywdzące: reżyser garściami czerpie nie tylko z dziedzictwa światowego kina czy amerykańskiej popkultury, bo "Hiszpański Cyrk", na swój perwersyjny sposób wciąż pozostaje filmem na wskroś hiszpańskim, przemycając delikatnie cytaty z historii i tradycji.


Co ciekawe, Álex de la Iglesia w swojej filmowej twórczości sięga po tematy z pogranicza horroru i groteski, tworzy antyutopie, w których umieszcza klaunów, wykolejeńców i terrorystów-mutantów (jest między innymi reżyserem filmu "Perdita Durango", opowieści o kapłanie voodoo, który porywa dwójkę nastolatków chcąc złożyć ich w ofierze swoim bogom, zagranym przez samego Javiera Bardema na moment przed rozpoczęciem się jego błyskotliwej międzynarodowej kariery). 


W doborze tematów oraz ich realizacji de la Iglesia wydaje się być bezkompromisowym entuzjastą, przez co, przyznaję, dla mnie jest jednym z najciekawszych hiszpańskich twórców.


TUTAJ możecie polubić blog na Facebooku!


fotografie: listal.com, sgomistika.com, baladatristedetrompeta.blogspot.com