Moja przygoda z kinem Michela Gondry'ego zaczęła się, gdy byłam jeszcze w gimnazjum. Wybrałam się wtedy z przyjaciółkami do kina na "Zakochanego bez pamięci" i film nie podobał się nam do tego stopnia, że miałyśmy ochotę wyjść z kina. Jakieś trzy lata później dałam mu jeszcze jedną szansę i była to miłość od drugiego wejrzenia.
Tym przydługim wstępem chciałam zacząć opowieść o moim stosunku do filmów reżysera: traktuję je zawsze z pewną czułością, oglądam z zaciekawieniem i mam do nich całe pokłady wyrozumiałości, bo to kino dalekie od ideału, ale bardzo stylowe, oryginalne i błyskotliwe w sposób, który bardzo mi się podoba.
Nie inaczej jest z najnowszym filmem Gondry'ego, który nosi (w polskiej wersji językowej arcydosłowny) tytuł "Dziewczyna z lilią" (dlaczego nie jest to "Piana dni" - tytuł będący dokładnym tłumaczeniem francuskiego odpowiednika i jednocześnie tytułem powieści, na podstawie której został nakręcony? To pytanie nurtuje mnie do dziś).
To, co jest tego filmu największą słabością odkrywa słowo-klucz: adaptacja.
"Dziewczyna z lilią" jest bowiem adaptacją powieści Borisa Viana "L'ecume des jours" ("Piana dni"), którą ja przeczytałam z autentycznym zachwytem. To opowieść o miłości Colina (Romain Duris) i Chloé (Audrey Tautou), którą przerywa choroba dziewczyny - okazuje się, że w jej płucu rośnie lilia wodna, powoli wycieńczając organizm Chloé. Colin musi więc podejmować się wielu prac, by zarobić na kosztowne leczenie ukochanej...
Najlepszymi przyjaciółmi Colina są Chick (mój faworyt w obsadzie, Gad Elmaleh), zakochany w literackiej twórczości niejakiego Jeana-Sola Partre dosłownie do szaleństwa (miłość ta doprowadzi go nie tylko do wydania wszystkich pieniędzy na rękopisy i przedmioty związane z filozofem, ale i do prawdziwego obłędu. Podobieństwo do Jeana-Paula Sartre'a jest oczywiście nieprzypadkowe, cała twórczość Partre'a jest bowiem wariacją Viana na temat prac tego francuskiego egzystencjalisty) oraz kucharz Nicolas (Omar Sy).
Niestety (dla reżysera) powieść Viana to książka praktycznie nieprzekładalna. "Głownym problemem, z jakim zmagałem się podczas tworzenia tego projektu był fakt, że Boris Vian należy do wszystkich i każdy ma własną wersję powieści w głowie" - mówił Michel Gondry. - "To niesie ze sobą dodatkową odpowiedzialność". Mnogość metafor, synestezji i surrealistyczna estetyka książki sprawiają, że film wydaje się jakby niekompletny.
Według mnie ma jednak sporo zalet.
Już w powieści bardzo ważną rolę spełnia... muzyka. Jazz jest tutaj cichym bohaterem (nawet imię głównej bohaterki zostało zaczerpnięte ze standardu Duke'a Ellingtona), pięknie rozbrzmiewającym w filmie, a genialny wynalazek Colina, pianocktail, to maszyna w kształcie przypominającym fortepian, która po zagraniu dowolnej muzyki, przygotowuje drink odpowiadający wygrywanej melodii.
Nieograniczona wyobraźnia Borisa Viana zestawiona z podobną fantazją Michela Gondry'ego dała film, w którym każdy najbardziej odrealniony element ma znaczenie i wartość. Każdy kadr pełen jest scenograficznych detali, nierzadko będących wprost ucieleśnieniem opisów z powieści (jak wnętrza pomieszczeń czy piękny zabieg sportretowania upływającego czasu, na który wpływa przede wszystkim choroba Chloe).
A wady?
Przede wszystkim uproszczenie wątków pobocznych: nie chcę Wam psuć seansu, jeśli jeszcze nie oglądaliście "Dziewczyny z lilią", ale romantyczne historie Chicka i Nicolasa w powieści są znacznie bardziej złożone, przez co o wiele bardziej fascynujące.
Poza tym Gondry zastosował zabieg, którego w adaptacjach szczególnie nie lubię: zmienił wiek głównych bohaterów. W książce Colin ma nieco ponad dwadzieścia lat, jest niedoświadczony i zagubiony w rzeczywistości i to wiek niejako tłumaczy jego brak doświadczenia. Jako czterdziestoletni mężczyzna u Gondry'ego, Colin miejscami wręcz irytuje swoją nieporadnością.
"Dziewczyna z lilią" to historia bardzo smutna, ale jednocześnie szalenie urokliwa. Surrealistyczna estetyka (pełna charakterystycznych dla filmów Gondry'ego bibelotów i porozrzucanych wszędzie rękodzieł) i skomplikowana fabuła wciągają, ale jednocześnie pozostawiają pewien niedosyt.
Mimo to polecam seans filmu (a jeszcze bardziej lekturę książki!), bo jestem pewna, że co najmniej kilka scen może wzbudzić cichy okrzyk zachwytu.
wypowiedź reżysera pochodzi z reportażu magazynu Fotogramas.
fotografie: premiere.fr, listal.com, aceshowbiz.com
To, co jest tego filmu największą słabością odkrywa słowo-klucz: adaptacja.
Najlepszymi przyjaciółmi Colina są Chick (mój faworyt w obsadzie, Gad Elmaleh), zakochany w literackiej twórczości niejakiego Jeana-Sola Partre dosłownie do szaleństwa (miłość ta doprowadzi go nie tylko do wydania wszystkich pieniędzy na rękopisy i przedmioty związane z filozofem, ale i do prawdziwego obłędu. Podobieństwo do Jeana-Paula Sartre'a jest oczywiście nieprzypadkowe, cała twórczość Partre'a jest bowiem wariacją Viana na temat prac tego francuskiego egzystencjalisty) oraz kucharz Nicolas (Omar Sy).
Według mnie ma jednak sporo zalet.
Nieograniczona wyobraźnia Borisa Viana zestawiona z podobną fantazją Michela Gondry'ego dała film, w którym każdy najbardziej odrealniony element ma znaczenie i wartość. Każdy kadr pełen jest scenograficznych detali, nierzadko będących wprost ucieleśnieniem opisów z powieści (jak wnętrza pomieszczeń czy piękny zabieg sportretowania upływającego czasu, na który wpływa przede wszystkim choroba Chloe).
Przede wszystkim uproszczenie wątków pobocznych: nie chcę Wam psuć seansu, jeśli jeszcze nie oglądaliście "Dziewczyny z lilią", ale romantyczne historie Chicka i Nicolasa w powieści są znacznie bardziej złożone, przez co o wiele bardziej fascynujące.
Poza tym Gondry zastosował zabieg, którego w adaptacjach szczególnie nie lubię: zmienił wiek głównych bohaterów. W książce Colin ma nieco ponad dwadzieścia lat, jest niedoświadczony i zagubiony w rzeczywistości i to wiek niejako tłumaczy jego brak doświadczenia. Jako czterdziestoletni mężczyzna u Gondry'ego, Colin miejscami wręcz irytuje swoją nieporadnością.
Mimo to polecam seans filmu (a jeszcze bardziej lekturę książki!), bo jestem pewna, że co najmniej kilka scen może wzbudzić cichy okrzyk zachwytu.
wypowiedź reżysera pochodzi z reportażu magazynu Fotogramas.
fotografie: premiere.fr, listal.com, aceshowbiz.com




.jpg)













