Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Jakub Kolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Jakub Kolski. Pokaż wszystkie posty

6 stycznia 2015

Moje ulubione filmy 2014 roku

Witajcie po (bardzo) długiej przerwie!
W minionym roku dostałam się na studia doktoranckie, dzięki czemu, paradoksalnie, ogromną część moich dni pochłania kino, bo mam przyjemność (i zaszczyt) prowadzić bardzo filmowy przedmiot na UWr (i zawsze przygotowuję się do niego z wielkim zapałem). Jeżdżę też na konferencje naukowe, na które za każdym razem staram się zgłosić temat związany z kinem (lub telewizją), ale przez to wszystko mam pewne trudności z przestawianiem się formę blogową. Niemniej, postanowiłam spróbować, może z okazji nowego roku uda mi się odzyskać systematyczność...
Trzymajcie kciuki, a na rozgrzewkę postanowiłam napisać o filmach, które podobały mi się najbardziej spośród wszystkich obejrzanych i mających polską premierę w 2014 roku.
Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

Grand Budapest Hotel
reż. Wes Anderson

Budynek hotelu stworzono na podstawie projektu Adama Stockhausena

Ten film nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem. Wes Anderson sięgnął do swoich stałych motywów (dorosłe dzieci, szkatułkowe opowieści, ogromna dbałość o stronę wizualną filmu...) i znów mnie nie zawiódł. To czarująca, słodko-gorzka historia, nieco zabawna, ale i miejscami wzruszająca, z imponującą obsadą, rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych, której głównymi bohaterami są pewien pisarz (Jude Law), wybitny konsjerż (świetny Ralph Fiennes) i bardzo obiecujący boy hotelowy (Tony Revolori).
Recenzję Grand Budapest Hotel możecie przeczytać TUTAJ.

Bogowie
reż. Łukasz Palkowski


Biograficzny film o najwybitniejszym polskim kardiochirurgu, Zbigniewie Relidze (w tej roli znakomity Tomasz Kot), ogląda się jak sprawnie nakręcony thriller. Palkowski zdecydował się na pokazanie w swoim filmie czasu od nieśmiałych prób, aż do pierwszego polskiego - i zakończonego pełnym sukcesem - przeszczepu serca. Główny bohater został sportretowany w tu nie tylko jako świetny lekarz, ale i człowiek z krwi i kości - wizjoner, całkowicie oddany sprawie, czasami oschły, a innym razem aż nazbyt wybuchowy, niepodważalny autorytet, który dla sprawy poświęca wszystko i popełnia błędny (co więcej, ma odwagę popełniać je nadal, by w końcu osiągnąć cel). 
To jednocześnie historia, która wychodzi poza szpitalne sale, podgląda zawiłości systemu (prawnego i politycznego), czasami zagląda nawet w dosyć intymne przestrzenie mieszkań lub poczekalni, w których oznajmia się o czyimś odejściu. W żadnym momencie jednak Palkowski nie przekracza granicy, nie żeruje na emocjach, nie szafuje tanimi chwytami, przeciwnie: obraz jest skonstruowany bardzo mądrze i to prawdopodobnie najlepszy polski film minionego roku.


Boyhood
reż. Richard Linklater



Mason (Ellar Coltrane) i Samantha (Lorelei Linklater) są rodzeństwem. Poznajemy ich, gdy Mason jest dosyć zamkniętym w sobie, bujającym w obłokach pięciolatkiem, a jego starsza siostra - przemądrzałą fanką Britney Spears. Ich rodzice rozstali się kilka lat temu: matka (Patricia Arquette) postanawia wrócić do koledżu i znów poukładać sobie życie. Ojciec (Ethan Hawke) natomiast, nieco zbyt mocno wierzy w siłę i ideały swojej (przemijającej) młodości. 

"Boyhood" to dwanaście lat z życia tej rodziny. Lat zupełnie zwykłych, a jednocześnie bardzo, bardzo wciągających i jednocześnie imponujące osiągnięcie w dziedzinie kinematografii: czas kręcenia filmu trwał dokładnie tyle, ile czas akcji jego fabuły.
Zapraszam do czytania recenzji TUTAJ.

Sekretne życie Waltera Mitty 
reż. Ben Stiller

To rozkosznie zabawna historia z elementami parodii korporacyjnych machin i pastiszowych wariacji na temat superbohaterów czy pracy korespondentów wojennych do szaleństwa oddanych swojej misji. Głównym bohaterem filmu jest Walter (Ben Stiller) - jeden z najnudniejszych ludzi na świecie, który pracuje w archiwum poczytnego czasopisma, szuka miłości na portalach randkowych i nieustannie śni na jawie o swoim lepszym wcieleniu. 
Pewnego dnia jednak, za sprawą zagubionego negatywu, jego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, a Walter wraz z rozpoczęciem poszukiwania przekonuje się, że jego sny mogą stać się rzeczywistością. 
Uwielbiam surrealistyczny klimat tego filmu i jego bardzo błyskotliwy humor.

Wielkie piękno
reż. Paolo Sorrentino


Jep Gambardella (wspaniały Toni Servillo) jest literatem i czarującym, nieprzeciętnie błyskotliwym mężczyzną. Garściami czerpie z życia, nieustannie dyskutuje, obśmiewa i kontestuje.
Film rozwija się niespiesznie. To wyborny flirt z kinem Felliniego, który pokazuje fascynujące kontrasty pomiędzy powagą (czy wręcz pewną monumentalnością) rzymskich ulic i skwerów, a diabolicznością ukrytych tarasów czy wystawnych lokali, w których Jep wraz ze znajomymi oddaje się dzikim zabawom i dyskusjom, które nierzadko obnażają prawdziwą stronę ich natury, odzierając bezlitośnie z warstwy pięknie ułożonych pozorów.

Frank
reż. Leonard Abrahamson


Frank (Michael Fassbender) to bohater wykreowany na podstawie postaci Franka Sidebottoma - jednego z wcieleń ekscentrycznego amerykańskiego komika Chrisa Sievey'a - to superkreatywny muzyk o enigmatycznej przeszłości, który nie rozstaje się ze swoją wielką maską. Film natomiast (mówiąc w skrócie) opowiada o procesie twórczym, którego efektem ma być genialna płyta, o zmaganiu się z odpowiedzialnością, o samotności, a nawet o mocy mediów społecznościowych (serio.).
To historia pełna absurdalnych, ale urokliwych epizodów; film, do którego mam wiele mieszanych uczuć, jednak zafrapował mnie na tyle, bym mogła powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych premier minionego roku.

A recenzję możecie znaleźć TUTAJ.

Ona
reż. Spike Jonze


Czym jest prawdziwa miłość? Czy można pokochać kogoś, kto nie ma ciała? Jaka będzie definicja człowieczeństwa w niedalekiej przyszłości? - zdaje się pytać reżyser. I pomimo że może to zabrzmieć jak zbiór wyświechtanych frazesów, Jonze poprzez umieszczenie swojego bohatera w nieco surrealistycznym środowisku i osobliwym emocjonalnym układzie, jednocześnie unika banału i nie szuka odpowiedzi na siłę.
"Ona" to również bardzo intrygujące spojrzenie na sci-fi. Gatunek ten, klasycznie opisywany jako projekcja marzenia sennego oparta na rozwoju historycznym i obserwacji osiągnięć technologicznych tutaj zyskuje dodatkową wartość. Wrażliwość reżysera na stronę estetyczną filmu oraz smakowite detale jego autorskiego scenariusza sprawiają, że film ma w sobie wiele poetyckości.
Zapraszam do przeczytania recenzji TUTAJ.

Serce, Serduszko
reż. Jan Jakub Kolski


To nie jest jeden z najlepszych filmów roku, ale siła sentymentu znaczy dla mnie nieco więcej, niż rozsądek... Jan Jakub Kolski powraca do Jańciolandu - wiejskiej krainy znanej z wielu poprzednich jego filmów - i tym razem w sielsko-anielski krajobraz, pełen rozkosznych kurczaków i domów z karuzelami na podwórkach, wprowadza trójkę bohaterów: Maszeńka (Maria Blandzi) to dziewczynka przebywająca tymczasowo w domu dziecka, która marzy o byciu baletnicą, Kordula (Julia Kijowska) to nowa, dosyć kontrowersyjna opiekunka, a Mirek (świetny Marcin Dorociński), alkoholizujący się pan inżynier, jest ojcem Maszeńki, który nie potrafi uporać się z życiem po śmierci żony. Cała trójka rusza w podróż, której celem ma być egzamin dziewczynki do szkoły baletowej.
Film Kolskiego pełen jest wyrazistych drugoplanowych bohaterów (wśród których znajdziemy szaloną panią weterynarz, zakręconego księdza, który ma na swoim ciele rozliczne tatuaże z Matką Boską czy - mojego ulubionego w tym zestawie - leciwego już twórcę marionetek, mieszkającego w towarzystwie upasionych, leniwych kotów) i bardzo urokliwych, czasami wzruszających epizodów (jak noc spędzona na klimatycznej barce, czy wszystkie sceny, w których Mirek stara się odzyskać zaufanie córki). To przede wszystkim film o odmienności i wytrwałości, ale także o budującej sile miłości i niszczącej mocy po jej utracie.
* * *
Nie jest to, bez wątpienia, Lista Idealna, bo (jak zwykle, niestety...) mam spore zaległości, jeśli chodzi o najnowsze premiery. Mimo wszystko starałam się jednak wybrać te filmy, które mnie poruszyły, dały mi do myślenia, albo, po prostu, okazały się być bardzo przyjemną rozrywką.
A korzystając z okazji życzę Wam niezapomnianych wrażeń oraz filmowo-serialowych odkryć w Nowym Roku. 
Marta 

fotografie: voices.nationalgeographic.com, gotchamovies.com, film.onet.pl, beliefnet.com, culture.pl

7 sierpnia 2013

Filmowe Odkrycia Lipca

Nie zawsze mam wystarczająco dużo czasu na to, by wyczerpująco opisać Wam filmy, które oglądam lub te, które mnie z jakiegoś powodu zachwyciły, zaintrygowały lub chociaż zaciekawiły.
Dlatego na początku każdego miesiąca będę dzieliła się z Wami moimi filmowymi (i okołofilmowymi!) olśnieniami minionych trzydziestu dni. 
Mam nadzieję, że moje krótkie opisy zainspirują Was do seansów (i lektury).

Lipiec 2013

film: "Zeszłej nocy", reż. Massy Tadjedin, 2010


Jest to jeden z filmów, w których pozornie nic się nie dzieje: czwórka bohaterów, niewiele wnętrz, niespieszne tempo... i właśnie takie filmy lubię szczególnie, ponieważ to, co uwodzi w nich najbardziej to wciągająca gra emocji i uczuć.

Joanna (Keira Knightley) i Michael (Sam Worthington) są młodym (i tak, tak - bardzo atrakcyjnym) małżeństwem. Pewna noc, podczas której Joanna spotka swojego dawnego ukochanego Alexa (Guillaume Canet), a którą Michael spędzi ze swoją koleżanką z pracy, ponętną Laurą (Eva Mendes), podda w wątpliwość to, co łączyło ich do tej pory. 


Największymi atutami tego filmu są bez wątpienia jego kameralny klimat oraz aktorzy, którzy zostali prześwietnie dobrani do swoich ról (dzięki "Zeszłej nocy" ostatecznie przekonałam się do Keiry Knightley, a Guillaume Canet gra samym spojrzeniem porywająco jak nikt inny).

Jeśli znacie podobne filmy (mi przychodzą na myśl na przykład "Rozmowa z gwiazdą", "Like Crazy", "Zakochać się" czy "Restless"), koniecznie mi o nich napiszcie! 


film: "The Deep Blue Sea", reż. Terence Davies, 2011


Film Terrence'a Davisa to czysta filmowa melancholia, w której historia spełnia raczej drugorzędną rolę: żona sędziego (Rachel Weisz) wdaje się w pełen pasji romans z pilotem sił powietrznych (Tom Hiddleston), który okazuje się być natomiast czystą destrukcją. 

Mam wrażenie, że to obraz, który wymaga naprawdę szczególnej atmosfery seansu - zaburzona chronologia i bardzo duży ładunek naprawdę intymnych, niełatwych emocji, a także miejscami teatralne aktorstwo sprawiają, że może wydawać się on dosyć trudny w odbiorze, podczas gdy z drugiej strony te cechy sprawiają, że "The Deep Blue Sea" jest tak wyjątkowy.


To również film, dzięki któremu chcę poznać resztę ról Toma Hiddlestone'a, a Rachel Weisz jest w nim wprost zachwycająca.


książka: Jan Jakub Kolski, "Kulka z chleba", 1998


To jest najbardziej osobiste odkrycie i na pewno sami macie wiele podobnych, swoich własnych - ja czytając "Kulkę z chleba" przekonałam się, że mój ulubiony polski reżyser, Jan Jakub Kolski, jest artystą totalnym i uwielbiam to, że mogę nie tylko z zamiłowaniem oglądać jego filmy, ale również czytać jego książki. Tą pierwszą zachwyciłam się od pierwszych stron.
W swojej debiutanckiej powieści Kolski przenosi się znów w rejony znane chociażby z filmów "Jańcio Wodnik", "Pograbek" czy "Historia Kina w Popielawach"Można odnaleźć w niej nie tylko silne fascynacje realizmem magicznym Gabriela Garcii Marqueza, ale także spotkać samego kolumbijskiego pisarza pod postacią jednego z bohaterów. "Kulka z chleba" to powieść metaliteracka, przepiękna rozprawa o byciu pisarzem i o zmaganiu się z przeszłością - nie tylko własną, ale także kreowanego, powieściowego świata.
Już nie mogę doczekać się przeczytania kolejnej powieści Kolskiego (a także następnego filmu reżysera, o ostatnim, "Zabić bobra", pisałam TUTAJ).

fotografie: listal.com

6 czerwca 2013

(ulubieni) reżyserzy. część 2.

Zanim napiszę o moich absolutnie najulubieńszych reżyserach, chciałabym opowiedzieć Wam jeszcze o kilku, których pracę bardzo sobie cenię (pierwszą dwójkę prezentowałam w TYM wpisie):

Jan Jakub Kolski

fot. Adam Golec

To bez wątpienia mój ulubiony polski reżyser. Uwielbiam jego interpretację filmowego realizmu magicznego, sielsko-anielską wieś (zwaną Jańciolandem od według mnie najlepszego filmu reżysera, "Jańcia Wodnika") z przydrożnymi świętymi, miłostkami, samozwańczymi czarodziejami, zbuntowanymi kaznodziejami i rozbuchaną przyrodą.
Rzeczywiście najbardziej pokochałam "Jańcia Wodnika" ze wspaniałą tytułową rolą Franciszka Pieczki - jego bohater odkrywa pewnego dnia, że potrafi czynić cuda, wyrusza więc w świat nieść dobro, zostawiając w domu ciężarną żonę. Jańcio nie wie jednak, że jego wieś została przeklęta wcześniej przez Dziada (Olgierd Łukaszewicz) i od tej pory nic już nie będzie takie samo. Drugą wspaniałą kreację w tym filmie stworzył Bogusław Linda - wcielił się on w rolę Stygmy, który stygmaty Jezusa Chrystusa wywołuje za pieniądze.


Jeśli miałabym wybrać jeszcze inne filmy reżysera, które podbiły moje serce, na pewno byłyby to: "Pograbek" (i wspaniali Mariusz Saniternik oraz Grażyna Błęcka-Kolska w rolach głównych), "Historia kina w Popielawach" (który opowiada o tym, kto tak naprawdę stoi za wynalazkiem braci Lumière) i nieprawdopodobnie urokliwe "Jasminum".
Ostatni film Kolskiego, "Zabić bobra" do dzisiaj wzbudza we mnie mieszane (ale nieustająco gorące) uczucia. To według mnie film nie do końca udany, ale z pewnością bardzo ważny. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ.


- A czy ktoś z Was czytał ostatnią powieść Kolskiego, "Egzamin z oddychania"? Moja Mama jest w trakcie lektury i z niecierpliwością czekam na komentarz po skończeniu, sama planuję zabrać się za nią po egzaminach, ale chętnie poczytam również Wasze opinie!

Michel Gondry


Michel Gondry jest bardzo wszechstronnym filmowcem: w jego dorobku znajdziemy zarówno filmy fabularne, jak i dokumentalne oraz całą masę teledysków (między innymi dla Björk czy The White Stripes). Ja jednak najbardziej cenię dwa filmy, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podczas seansu przenoszą nas do fascynującego, czarodziejskiego świata. Mam na myśli oczywiście "Zakochanego bez pamięci", czyli niebezpieczne eksperymenty dokonywane na własnej pamięci, oraz "Jak we śnie", bardzo surrealistyczny obraz o potędze snów i wyobraźni, z wątkiem miłosnym w tle.
Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz obejrzałam "Zakochanego bez pamięci", uznałam, że jest okropnym, pretensjonalnym chaosem. Z perspektywy czasu jednak widzę, jak bardzo się myliłam: jest to bowiem szalenie mądry, błyskotliwy obraz, w którym wspaniałe role wykreowali Kate Winslet oraz Jim CarreyDzisiaj myślę, że może w wieku czternastu lat miałam nieco inną wrażliwość, a może po prostu ten film trafił na nieswój czas..? Niemniej teraz uważam, że jest to filmowa lektura obowiązkowa. Czy wymazanie z pamięci przykrych wydarzeń przyniosłoby nam wyłącznie ulgę, czy może nieodwracalne szkody? Jak ważne są wspomnienia w kontekście naszej tożsamości? - warto poszukać odpowiedzi właśnie w tym filmie.


To, co podczas seansu zwraca uwagę najbardziej, to (poza intrygującymi historiami) bez wątpienia fantazyjna scenografia. Każde pomieszczenie zdaje się opowiadać zupełnie osobną, oryginalną historię, a każdy znajdujący się w nim przedmiot niesie ze sobą dodatkowe znaczenie (niekoniecznie dla fabuły, czasami wyłącznie dla sceny, a czasami bardzo wprawnie uzupełnia portrety bohaterów).
Wkrótce swoją premierę będzie miał najnowszy film Francuza, "Dziewczyna z lilią", czyli romantyczno-magiczna historia z udziałem Audrey TautouRomaina Durisa i Omara Sy. Nie mogę się doczekać!


Oczywiście, taką listę mogłabym ciągnąć znacznie dłużej: 

Bardzo lubię filmy braci Coen, z tych już obejrzanych zauroczył mnie absurd w "Tajne przez poufne", styl życia Dude'a Lebowskiego czy czarny humor "Fargo", ale także niespokojna atmosfera "To nie jest kraj dla starych ludzi".
(wiecie, że co roku organizowany jest zjazd miłośników i naśladowców Dude'a Lebowskiego? Odtwórcę tej roli, Jeffa Bridgesa tak zafascynowała idea spotkania wielkiej grupy ludzi poprzebieranych za wykreowanego przez niego i braci Coen czołowego filmowego nihilistę, że postanowił zrobić im niespodziankę. Wraz ze swoim zespołem pojawił się na jednym z takich zlotów i zagrał niespodziewany koncert dla oczarowanego tłumu. Przepiękne!)


Z wielką ciekawością sięgam po filmy nowojorskiego artysty, Juliana Schnabela (i bezapelacyjnie najwspanialszym z nich jest dla mnie "Zanim zapadnie noc", biografia kubańskiego pisarza rewolucyjnego, Reinaldo Arenasa - w tę rolę wcielił się niezawodny Javier Bardem), jakiś czas temu zaczęłam poznawać filmografię pochodzącej z Danii Susanne Bier i każdy film autentycznie mnie porusza (recenzję znakomitego "Tuż po weselu" przeczytacie TUTAJ), bardzo cenię umiejętność Davida Finchera do opowiadania emocjonujących, nieco mrocznych historii i kręcenia znakomitych adaptacji, działa też na mnie wrażliwość Todda Haynesa (szczególnie, gdy zajmuje go tematyka szeroko rozumianej tożsamości)...




Natomiast z reżyserujących aktorów bardzo szanuję Clinta Eastwooda (jego "Co się wydarzyło w Madison County" to według mnie jeden z najpiękniejszych melodramatów w historii, który pokazał nieprawdopodobną wrażliwość filmowego Brudnego Harry'ego, zarówno jako reżysera, jak i aktora. Z kolei jego "Rzeka tajemnic" jest jednym z moich ulubionych filmów - znakomicie zagrana, porywająco opowiedziana, miejscami wręcz porażająca i przesmutna historia) oraz George'a Clooney'a (o jego wyczynach z obu stron kamery pisałam TUTAJ). 



Zapraszam Was też na blogowego Facebooka, bardzo się cieszę, że jest tam Was tak wielu!

fotografie: culture.pl, listal.com, kultura.gazeta.pl, europeanmovies.org

28 lutego 2013

Zabić bobra

scenariusz i reżyseria: Jan Jakub Kolski

Jan Jakub Kolski w swoim najnowszym filmie niepokoi, zaskakuje i, co najważniejsze, porusza nietknięty dotąd w polskim kinie temat arcytrudnej sztuki zaadaptowania się w rzeczywistości po powrocie z frontu. "Zabić bobra" to obraz nieznośny, osobliwy, czasami wręcz przykry w odbiorze. A jednak, jestem przekonana, że poprzez bezkompromisowe potraktowanie treści, to jednocześnie film naprawdę ważny.


Eryk (nagrodziny na MFF w Karlowych Warach Eryk Lubos) jest weteranem z Iraku i Afganistanu. Powraca do swojego domu, by rozpocząć przygotowania do skomplikowanej misji. O jej kolejnych elementach dowiaduje się krok po kroku od niezidentyfikowanego, znanego tylko sobie mężczyzny, z którym sporadycznie rozmawia przez telefon. Zachowuje się jak przybysz z zupełnie innych czasów, jest dziwaczną hybrydą niedzisiejszej estetyki z supernowoczesną technologią umożliwiającą mu pracę. Starannie przygotowaną operację komplikuje jednak poznana przypadkiem ekscentryczna dziewczyna (intrygująca Agnieszka Pawełkiewicz), która w Eryku szuka opiekuna, powiernika i kochanka.

Eryka i dziewczynę dzieli bardzo dużo, ale to, co ich łączy, to obezwładniające demony przeszłości: oboje muszą się ich pozbyć, by odzyskać spokój. Wielki dom staje się dla nich miejscem nie tylko oczyszczenia, ale także pewnym uniwersum, gdzie zaczynają mówić nawet o miłości, którą każde z nich rozumie na swój własny, równie anormalny sposób.

Reżyser porzuca swoją stylistykę i dobrze znany z innych filmów ("Jańcio Wodnik""Historia kina w Popielawach") Jańcioland, a jednak udaje się w tym filmie odnaleźć elementy sielsko-anielskiej wsi, poddane teraz zupełnej destrukcji: o przydrożnej kapliczce nikt nie pamięta, a przepiękny dworek jest kompletnie zdewastowany tak, jakby Jan Jakub Kolski chciał wykrzyczeć, że to nie jest czas idylli, że nie ma na nią miejsca, albo że ma ona prawo powrócić dopiero wtedy, gdy rzeczywistość, o której opowiada, zmieni się chociaż trochę na lepsze.


Eryk Lubos podczas spotkania po pokazie "Zabić bobra" przytoczył słowa Jana Jakuba Kolskiego, który powiedział, że istnieją filmy, które należy oglądać stojąc na palcach, czyli mając nieco szerszy horyzont, niż widz wtopiony w bezmyślnie patrzący się tłum. I rzeczywiście, również "Zabić bobra" jest filmem, na który trzeba się otworzyć, bo to bardzo nieprzyjemne kino, pełne brudu, gorzkich emocji i autentycznie przerażającej prawdy.
Muszę przyznać, że po seansie długo nie mogłam wypędzić filmu z głowy i z każdą kolejną refleksją przekonywałam się, że reżyser naprawdę wiedział, co robi.


Jan Jakub Kolski pozostaje jednym z moich ulubionych (jeśli nie ulubionym!) polskich reżyserów, a Eryk Lubos swoją rolą w "Zabić bobra" potwierdza, to, co pokazał w swoich najlepszych rolach: że nie lubi w kinie banału.
A ja go właśnie za to (pomimo że czasami zdarza mu się zboczyć z tej konsekwentnej drogi) bardzo lubię.

fot. Marcin Oliva Soto (www)

Film obejrzałam w ramach festiwalu ZOOM-Zbliżenia, który odbywa się każdego roku w moim rodzinnym mieście, więc mam do niego szczególny sentyment.
Więcej informacji o festiwalu TUTAJ.

fotografie: wakacyjnekadry.pl, radioram.pl, tvp.info

PS. Zmieniłam nieco szablon bloga, bo wcześniej marnowało się kilka centymetrów z lewej strony. Nie jestem szczególnie uzdolniona w kwestiach informatycznych, więc czeka mnie jeszcze sporo pracy, ale mam nadzieję, że teraz prezentuje się odrobinę lepiej :)

30 października 2012

Afonia i pszczoły

reż. Jan Jakub Kolski
scen. Jan Jakub Kolski
2008


Kino Jana Jakuba Kolskiego kocham miłością wielką, do niedawna myślałam, że wręcz bezwarunkową. "Jańcio Wodnik" (pisałam o nim TUTAJ) to mój ulubiony polski film wszech czasów, uważam, że zarówno Franciszek Pieczka (jako tytułowy bohater), jak i Bogusław Linda (jako Stygma, który wywołuje rany Jezusa Chrystusa  za pieniądze) stworzyli w tym filmie role życia. W genezę kinematografu opowiedzianą w "Historii kina w Popielawach" jestem skłonna szczerze uwierzyć, "Pograbek" (TUTAJ) rozczula mnie do granic, a "Pogrzeb kartofla" to poruszająca refleksja na temat opozycji nowoczesności i tradycji oraz etosu pracy na roli.


Niestety, "Afonia i pszczoły" pokazała mi, że potrafię oglądać filmy tego reżysera z krytycznym spojrzeniem. To obraz, który z całej filmografii Jana Jakuba Kolskiego podobał mi się najmniej, a jednak odnalazłam w nim kilka elementów dobrze znanych z wcześniejszej twórczości reżysera. Realizm magiczny w wersji lokalnej nie stał się Kolskiemu zupełnie obcy (co potwierdziła późniejsza "Wenecja"), jednak "Afonia i pszczoły" to film tak autorski, że aż manieryczny.


Mariusz Saniternik i Grażyna Błęcka-Kolska zagrali już parę w cudownym "Pograbku" z 1992 roku. Ich Pograbek i Kuśtyczka byli wspaniałym, kochającym się małżeństwem, któremu do szczęścia brakowało jednak dziecka. Pojawienie się w ich życiu przystojnego, niepokornego Heńka Materki (Tadeusz Szymków) wywróciło ten sielankowy, poukładany świat do góry nogami.


Afonia i Rafał (znów: Grażyna Błęcka-Kolska i Mariusz Saniternik) to dla mnie tacy Kuśtyczka i Pograbek po latach: ich córka jest już dorosła, ma własne życie i narzeczonego. Rafał po wypadku nie może chodzić, ani poprawnie mówić, natomiast Afonia spełnia się nakręcając swoją kamerą minifilmy ze swojej  nudnawej codzienności. Mimo to jednak widać, że cierpi i prawdziwego spełnienia odnaleźć nie potrafi. Świat Afonii zmienia się pewnego pięknego dnia w roku 1953, znów za sprawą mężczyzny. Radziecki zapaśnik (Andrei Bilanov), który pojawi się przed drzwiami Afonii pomoże jej odnaleźć uśpioną kobiecość i namiętność, jednak jej melancholia okaże się nieuleczalna, a finały poszczególnych wątków - przesmutne. 


Manieryczność "Afonii i pszczół" przejawiająca się w depresyjnej muzyce, ciężkich dialogach (którym brakuje błyskotliwości dialogów z "Jasminum", "Jańcia Wodnika" czy właśnie "Pograbka"!) i dosyć irytującym portrecie tytułowej bohaterki naprawdę mnie zawiodła, a jednak Jan Jakub Kolski wciąż pozostaje moim ukochanym polskim reżyserem wszech czasów.
Z tym większą niecierpliwością czekam na premierę jego najnowszego filmu, "Zabić bobra" z Erykiem Lubosem w roli głównej.



fotografie: filmweb.pl, galapagos.com.pl, filmpolski.pl, film.wp.pl

3 grudnia 2011

Dziwna miłość w polskim kinie

Miłość w polskim kinie to materiał na długie miesiące fascynujących badań. Ja przedstawię Wam dzisiaj kilka filmów, które szczególnie zapadły mi w pamięć, a w których miłość rozumiana jest na wiele skrajnie różnych sposobów.
(Z kolei o seksie w polskim kinie pisałam kiedyś tutaj: część 1, część 2, część 3)

"Pograbek"
reż. Jan Jakub Kolski
scen. Jan Jakub Kolski
1992

Po raz kolejny przenosimy się w ukochane filmowe plenery reżysera i magiczny świat, który kreuje w swoich obrazach. To świat anielski, spokojny, swojski, a jednak z lekką nutką absurdu i skrywający w sobie prawdziwe, głębokie historie. Tytułowy bohater, Pograbek, trudni się zabijaniem starych zwierząt. Mieszka w chacie ze swoją ukochaną żoną, kulawą Kuśtyczką i jedynym, czego brakuje w ich życiu jest dziecko.


Najpierw, Kuśtyczka (Grażyna Błęcka-Kolska) z Pograbkiem (Mariusz Saniternik) chcą kupić dziecko od pewnej dziewczyny ze wsi, jednak gdy ona wycofuje się z wcześniejszych ustaleń, ostatecznie decydują się na, z naszego punktu widzenia odrobinę mniej drastyczne rozwiązanie: proszą o pomoc miejscowego Don Juana, Materkę (Tadeusz Szymków), który godzi się na zapłodnienie Kuśtyczki. Ta sytuacja uświadamia Pograbkowi, jak mocno kocha swoją narzeczoną. To piękny film z wspaniałym, delikatnie komediowym sznytem i takim słodko-gorzkim zakończeniem, które mimo wszystko daje dużo nadziei dla pozytywnego rozwoju wydarzeń w przyszłości.



"Noce i dnie"
reż. Jerzy Antczak
scen. Jerzy Antczak
1977

To film, który też szczególnie polecam Wam na zbliżające się długie, zimowe wieczory, bo naprawdę warto sięgnąć nie do skróconej filmowej, ale poszerzonej, kilkugodzinnej, serialowej wersji tego filmu. Praca nad filmem trwała aż pięć lat, a wspomnienia między innymi z tego czasu reżyser, Jerzy Antczak opublikował w książce "Noce i dnie mojego życia", gdzie można przeczytać całą masę anegdot i rozczulających opowiastek filmowych, teatralnych czy wspaniałe opowieści prawdziwych miłośników kotów.


Ale powróćmy do samego filmu.
"Noce i dnie" opowiadają historię życia rodzin Niechciców i Ostrzeńskich na przełomie XIX i XX wieku, z retrospekcjami powstania z 1863 roku. Film zaczyna się sceną, gdy Barbara Niechcic, utraciwszy wszystko, jedzie na wozie Żyda Szymszela, który wiezie ją do Borowna, do majątku Józefa Tolibowskiego – idealizowanej przez całe życie przez Barbarę jej pierwszej miłości (wszyscy znają chyba scenę, w której młody Tolibowski, grany przez Karola Strasburgera łowi dla Barbary bukiet nenufarów).


To, co oglądamy w filmie to tak naprawdę wspomnienia Barbary, dlatego w filmie to ona staje się postacią nadrzędną. Jej życie z mężem, wychowywanie dzieci i cała seria epizodów oddająca również klimat i specyfikę czasów tworzą wciągającą fabułę. Największą zaletą tego filmu jest bezbłędne aktorstwo. kreacje kapryśnej Barbary, która przez całe życie melancholijnie tęskni za niespełnioną miłością oraz jej męża, statecznego, poważnego i kochającego Bogumiła o wielkim sercu wykreowali Jadwiga Barańska i Jerzy Bińczycki. Ich uczucie jest równie mocne, jak niepewne, pełne emocji, a jednak nie pozostawia wątpliwości, że zostali oni dla siebie stworzeni pomimo, że czasami wydają się być najgorzej dobraną parą świata.
Dla mnie to Majstersztyk.


"Krótki film o miłości"
reż. Krzysztof Kieślowski
scen. Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Piesiewicz
1988


Ten obraz, nagrodzony na festiwalu w San Sebastian to kinowa wersja szóstej części słynnego "Dekalogu". To w tym filmie szóste przykazanie, Nie cudzołóż nie jest kojarzone z jego tradycyjnym rozumieniem, czyli zdradą, a z odzieraniem drugiej osoby z jej prywatności. Zakochany, nieśmiały Tomek (Olaf Lubaszenko), podgląda przez lunetę starszą od siebie artystkę, Magdę (Grażyna Szapołowska), która mieszka w bloku naprzeciwko.


Druga interpretacja odniesienia szóstego przykazania w tym filmie jest również nietypowa. W rozumieniu Magdy miłość to tylko gra i żadnego z mężczyzn, z którymi się spotyka, nie traktuje poważnie. Jak pisze Tadeusz Lubelski w książce "Historia Filmu Polskiego", grzechem Magdy jest odzieranie miłości z należnej jej powagi. Obydwa te grzechy, będące najważniejszym tropem w interpretacji filmu wynikają jednak z ogromnego poczucia pustki i samotności. Wycinek historii opowiedziany w filmie może stać się jednak początkiem duchowego odrodzenia.


przygotowując tekst korzystałam ze znakomitej książki :
Tadeusz Lubelski, "Historia Kina Polskiego (1895-2007)", Warszawa 2009.
i materiałów z portalu Filmpolski.pl
fotografie: tvp.pl, we2.pl, plejada.pl, swiatseriali.pl, dystrybucja,tvp.pl, alekino.pl

19 listopada 2011

Bogusław Linda

Ostatnio gdy myślę o polskim kinie serce zaczyna mi bić mocniej na dźwięk słów "lata 80." - nic dziwnego, ten czas dla polskiej historii, a przez to także dla całego polskiego kina był zupełnie szczególny. Ponadto, początek lat 80. to moment, w którym reżyserowie dali wiele szans jednemu z moich ulubionych aktorów, a jest nim - Bogusław Linda. Co ciekawe, widzowie mogli przekonać się o jego talencie dopiero dobrych kilka lat później, bo wiele z tych filmów zostało odłożonych na półkę z powodu bezwzględnej cezury. 

 fot. Andrzej Koziar dla "Malemen"

Bogusław Linda, niestety, ostatnio jest dla mnie nie tylko symbolem kina, o którym piszę, ale także, symbolem przełomu w kinie polskim i jednocześnie, jednym z najmocniejszych znaków upadku etosu aktora przez wielkie A. Nie chcę tutaj podkreślać jego błędów w doborze ról czy niezbyt udanej kariery reżyserskiej. Dla kontrastu, przypomnijmy sobie najważniejsze i najbardziej imponujące role Bogusława Lindy.

fot. Tomek Bergmann dla "Twojego Stylu"

"Przypadek"
reż. Krzysztof Kieślowski
scen. Krzysztof Kieślowski
1981

Początki lat 80. to kontynuacja Kina Moralnego Niepokoju. Reżyserzy widzieli wtedy szczególną potrzebę diagnozy społeczeństwa, niestety, jak już napisałam, nie wszystkie z tych filmów mogły być od razu pokazane szerokiej publiczności. Krzysztof Kieślowski opublikował wtedy artykuł, w którym postulował wzbogacenie dotychczasowej konwencji realistycznej. Mówił, że Kino Moralnego Niepokoju powinno się rozwijać, jak to ujął: "głęboko zamiast szeroko, do środka, nie na zewnątrz".


Jednym z tych filmów jest właśnie "Przypadek". Film przedstawia trzy warianty losu Witka Długosza, którego gra Bogusław Linda. Pierwsza historia rozpoczyna się w momencie, gdy Witek zdąża na pociąg z Łodzi do Warszawy, drugi - gdy nie zdąża i trzeci - gdy nie zdąża, a zatrzymuje go milicjant. Automatycznie pojawia się tu pytanie: co by było, gdyby życie głównego bohatera potoczyło się w różny sposób, zależnie od tytułowego przypadku? Witek staje się tym samym trzema różnymi postaciami - działaczem politycznym popierającym władzę, opozycjonistą, a także osobą całkowicie stroniącą od polityki. Kieślowski nie wpisuje go jednak w popularne stereotypy pokazując, że preferencje polityczne nie są jedynym wyznacznikiem osobowości.

fot. Lidia Popiel dla "Vivy!"

W tym samym nurcie, co "Przypadek" Kieślowskiego, W 1981 roku powstał film, który swoją premierę miał dopiero w 1987 roku:


"Kobieta Samotna"
reż. Agnieszka Holland
scen. Agnieszka Holland i Maciej Karpiński
1981

To bardzo naturalistyczny obraz życia społecznych outsiderów: listonoszki samotnie wychowującej synka i młodego górnika, który po wypadku kuleje i nie może dłużej pracować. Maria Chwalibóg i Bogusław Linda otrzymali za te role nagrody aktorskie w Gdyni, ale dopiero w 1988 roku. Film jest gorzką historią samotnej matki, która, rozgoryczona swoją trudną sytuacją życiową, sama próbuje walczyć z całym światem. Bohater Bogusława Lindy, Jacek, załamany po wypadku, próbuje w nowym uczuciu odnaleźć promień nadziei, niestety, finał tej historii jest wyjątkowo brutalny.


Dodatkowym poziomem tej historii jest poziom polityczny. Reżyserka, Agnieszka Holland przedstawiła problemy bohaterów z jednej strony w zupełnym kontraście do euforii wielkiego sezonu "Solidarności" z roku 1980. Z drugiej strony, bohaterowie "Kobiety Samotnej" natrafiają także na ścianę obojętności ze strony partii, w której w pewnym momencie tytułowa bohaterka, opuszczona i zaszczuta próbuje znaleźć oparcie.


"Psy"
reż. Władysław Pasikowski
scen. Władysław Pasikowski
1992


To właściwie nie jest zwykły film, to raczej kultowe, symboliczne rozliczenie się z systemem. To właśnie tutaj reguły amerykańskiego filmu policyjnego zostały skrzyżowane z polską rzeczywistością. Z kolei rola Bogusława Lindy, który wcielił się w rolę Franza Maurera, miała symbolizować "mit przełomu". Do tej pory aktor wcielający się w role wrażliwych inteligentów, tutaj stał się symbolem nowego porządku, męskości, trywialnego kultu pieniądza.

i mój absolutny faworyt...

"Jańcio Wodnik"
reż. Jan Jakub Kolski
scen. Jan Jakub Kolski
1993

Mój absolutny faworyt. Jańcio Wodnik (Franciszek Pieczka) to prawy, pobożny człowiek, który pod wpływem pozarealnych znaków postanawia wyruszyć w świat. Chodzi od wsi do wsi i obmywając ludziom nogi usuwa ich schorzenia i choroby. Staje się kwadransowym świętym, zapominając o ciężarnej żonie, która pod wpływem klątwy rzuconej przez Dziada rodzi... dziecko z ogonkiem (okrzyczane we wsi wcieleniem diabła). Oprócz kapitalnego Franciszka Pieczki w roli tytułowej, rewelacyjną postać stworzył w tym filmie właśnie Bogusław Linda - jest Stygmą jeżdżącym na lekko zdezelowanym motocyklu, który "rany Pana naszego przywołuje mistycznie"... za pieniądze.


A Wy macie swoje ulubione filmy z udziałem Bogusława Lindy?

fot. Zuza Krajewska & Bartek Wieczorek dla "Exklusiv"

przygotowując tekst korzystałam ze znakomitej książki :
Tadeusz Lubelski, "Historia Kina Polskiego (1895-2007)", Warszawa 2009.
i materiałów z portalu Filmpolski.pl

fotografie: flickr.com, viva.pl, malemen.pl, 100latpolskiegofilmu.pl