Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve McQueen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve McQueen. Pokaż wszystkie posty

15 marca 2014

Zniewolony. 12 Years a Slave.

reż. Steve McQueen
scen. John Ridley
2013


Pomyślałam, że filmowi, który zdobył najważniejszego Oscara należy się osobny wpis. Fakt, że to właśnie "Zniewolony..." otrzymał tę nagrodę nie był żadnym zaskoczeniem - bardzo dobrze zrealizowany obraz o tematyce, która porusza do dziś (szczególnie publiczność amerykańską), z gwiazdorską obsadą i wzruszającą historią - to nie mogło się zakończyć inaczej. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wśród nominowanych filmów były znacznie bardziej interesujące propozycje: oryginalniejsze pod względem tematu (jak "Ona") czy wyjątkowo nowatorskie realizacyjnie (jak "Grawitacja"), ale na pewno nie można powiedzieć, że film McQueena nie zasłużył na nagrodę.
I właśnie o tym dziś kilka słów.


To, że film jest "poprawny" (żeby nie napisać: "hiperpoprawny") wydaje się być w wielu recenzjach podstawowym zarzutem.
Przypomina mi to jeden z wykładów, na które uczęszczałam w ubiegłym semestrze w Madrycie. Sam przedmiot nazywał się "Picasso" i, jak sama nazwa wskazuje, był bardzo detalicznym, czteromiesięcznym studium twórczości Pabla Picassa. Odkrywając kolejne etapy jego aktywności artystycznej, omawialiśmy oczywiście oba rodzaje kubizmu (analityczny, którego główną cechą była dekonstrukcja prezentowanego obiektu oraz syntetyczny, którego celem było stworzenie jakiegoś wizerunku na zasadzie konstrukcji, stąd jednym z głównych przejawów kubizmu syntetycznego jest collage).
Dlaczego o tym piszę?
Studiując chronologicznie kolejne dzieła kubistyczne (należące do obu nurtów) zauważamy, że te ostatnie są istną wirtuozerią. I dotyczy to również innych kierunków malarskich (jak surrealizm czy impresjonizm). Profesor prowadzący wykład zwracając naszą uwagę na tę prawidłowość dodał: "gdy ruch artystyczny staje się wirtuozerski, kona".
Czy podobną zasadę moglibyśmy zastosować do twórców filmowych? Według mnie tak i właśnie dlatego przywołuję ją dokładnie w tym momencie. McQueen-wirtuozer reżyserii okazuje się być o wiele mniej zajmujący, niż McQueen poszukujący, niepewny i odrobinę rozedrgany (a taki właśnie był jako reżyser "Głodu" i "Wstydu").


"Zniewolony" ma jednak wiele zalet. 
Przede wszystkim, to naprawdę poruszająca historia (poprowadzona i rozwiązana w sposób dosyć prosty, ale jednocześnie zapewniający sukces). To opowieść o Solomonie Northupie (Chiwetel Ejiofor), czarnoskórym mieszkańcu stanu Waszyngton pierwszej połowy XIX wieku, który, będąc wolnym człowiekiem i szanowanym obywatelem, wskutek wstrętnego spisku trafia do niewoli oraz o jego trwającej dwanaście lat tułaczce. 
To również koncert świetnego aktorstwa. McQueenowi udało się zebrać obsadę składającą się zarówno z aktorów, którzy są w czołówce od dawna, jak Brad Pitt (jednocześnie producent filmu) czy Michael Fassbender (o jego współpracy z reżyserem pisałam TUTAJ), jak i takich, którzy dopiero co do niej trafili, jak  Benedict Cumberbatch. W obsadzie wyróżniają się także Paul Dano (od wielu lat pozostający właściwie na granicy mainstreamu i kina niezależnego) oraz dwójka aktorów nieznanych dotychczas szerokiej publiczności, czyli Chiwetel Ejiofor oraz sensacja sezonu, Lupita Nyong'o.



"Zniewolony" jest również filmem przepięknym wizualnie oraz muzycznie. Wspaniale skomponowane kadry - zarówno pod względem umiejscowienia postaci i obiektów w przestrzeni, jak i perfekcyjnej harmonii kolorystycznej - dają wielką przyjemność oglądania. Przepiękną muzykę skomponował klasyk gatunku Hans Zimmer, chociaż chciałoby się, by muzyka była tutaj nieco mniej przewidywalna. Natomiast sekwencje, w których grupy niewolników śpiewają wspólnie na plantacji bawełny bądź na podwórkach swoich skromnych domów, to prawdziwa wirtuozeria.




Przyznam, że "Zniewolony" rozbudził mój apetyt i czekam na kolejny film Steve'a McQueena. Jestem bowiem przekonana, że chwilowe odejście w stronę realizacyjnej wirtuozerii (z zagubieniem, niestety, tych elementów, które w jego kinie intrygowały najbardziej) nie jest drogą ku filmowej miałkości, tylko pewnym eksperymentem, po którym McQueen znów nas pozytywnie zaskoczy.

fotografie: listal.com

3 marca 2014

Oscary 2014 - wielcy zwycięzcy i drobne oczarowania

Muszę przyznać, że przez moment chciałam porzucić pomysł oglądania oscarowej nocy, jednak moja Siostra z bardzo poważną miną oznajmiła mi: "Powinnaś". Przez całą noc śledziłam więc galę i opisywałam ją na facebookowym profilu bloga, pomyślałam jednak, że najlepiej będzie zebrać to wszystko w jednym miejscu (jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wirtualnie towarzyszyli mi tej nocy, to było po prostu super!).


Niekwestionowanymi triumfatorami 86. edycji rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej okazały się być filmy "Grawitacja" Alfonso Cuarona oraz "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Powinnam jednak zacząć od tego, że największą siłą tej gali był nikt inny, jak jej prowadząca - wspaniała, błyskotliwa, przezabawna Ellen DeGeneres.
Pierwszą nagrodę odebrał Jared Leto (Najlepszy Aktor Drugoplanowy) za rolę w filmie "Witaj w klubie" - i muszę przyznać, że był on jednym moich największych faworytów tej nocy. Jego rola zarażonego wirusem HIV transwestyty Rayona to prawdziwy majstersztyk. W podobnych rolach bardzo łatwo o śmieszność czy karykaturę, natomiast Leto jest w tym filmie nie tylko autentyczny, ale również niesamowicie przejmujący. Przemowa Jareda podczas podziękowań za statuetkę okazała się być z kolei jednym z najmocniejszych i najbardziej wzruszających punktów programu. Dziękował przede wszystkim swojej rodzinie (na gali towarzyszyli mu przecudna mama i brat), ale w jego dyskursie nie zabrakło również odniesień do niepokojącej sytuacji politycznej w różnych częściach świata. Cóż - dziś rano obudziłam się jako prawdziwa fanka Jareda Leto.



Byłam bardzo ciekawa, kto dostanie statuetkę za Najlepszą Piosenkę. Zauroczyła mnie zarówno "The Moon Song" Karen O z filmu "Her" (wokalistka przyszła na galę w pięknej czerwonej sukni i wykonała swój utwór przy akompaniamencie Ezry Koeniga, który włożył z tej okazji perfekcyjnie pasujące do jej kreacji czerwone skarpetki), jak i "Happy" Pharrella Williamsa do filmu "Minionki rozrabiają" (zauważyliście, jak świetnie bawiła się Meryl Streep, gdy Pharrell wykonywał swój utwór?), natomiast moim faworytem był chyba zespół U2 z piosenką "Ordinary Love" z filmu "Mandela: Long Walk to Freedom" (występ U2 był według mnie jednym z najmocniejszych elementów całej gali, bezbłędny).
Statuetka powędrowała jednak do Kristen Anderson-Lopez i Roberta Lopeza i było to moje największe rozczarowanie tej nocy, bo piosenka (pochodząca z filmu animowanego "Kraina Lodu", który zgarnął również Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany) niestety w ogóle mi się nie podoba: jest za ckliwa, za nijaka i, naprawdę, cieszyłabym się z każdego innego werdyktu, bo każda z pozostałych trzech piosenek miała w sobie coś wyjątkowego.


Tej nocy aż dwie osoby opuściły Dolby Theatre z dwiema statuetkami.
Pierwszą z nich jest Catherine Martin, pracująca głównie ze swoim mężem, Bazem Luhrmannem (ta współpraca przyniosła jej już wcześniej dwa Oscary - za kostiumy i scenografię do "Moulin Rouge!"). I tym razem okazało się, że życiowo-profesjonalny tandem przynosi jej wyjątkowo dużo szczęścia. Pierwszego Oscara Martin odebrała wczoraj za kostiumy, a drugiego - wspólnie z Beverley Dunn - za scenografię do filmu "Wielki Gatsby" (o filmie pisałam przy okazji jego majowej premiery TUTAJ i TUTAJ). 



Kolejną osobą z dwoma Oscarami jest Alfonso Cuarón, który najpierw (wspólnie z Markiem Sangerem) odebrał statuetkę za Najlepszy Montaż, a następnie - tę dużo ważniejszą - dla Najlepszego Reżysera.
Dla mnie te nagrody są ważne z pewnego dodatkowego powodu: bacznie przyglądam się twórczości trzech meksykańskich reżyserów, którzy zwani są w niektórych kręgach Los Tres Mariachis, a mam tu na myśli Guillermo del ToroAlejandro Gonzáleza Iñárritu i właśnie Alfonso Cuaróna.
Pierwszy raz o Los Tres Mariachis jako o pewnej nieformalnej grupie zrobiło się w Hollywood głośno w 2007 roku, gdy filmy wymienionej trójki reżyserów (którzy prywatnie naprawdę bardzo się przyjaźnią) zdobyły wspólnie aż szesnaście nominacji (były to "Labirynt Fauna" del Toro, "Babel" Iñárritu oraz "Ludzkie dzieci" Cuaróna). 
Iñárritu powiedział wtedy:
"To szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ wszyscy trzej zrobiliśmy filmy skomunikowane ze sobą tematycznie. Wydawałoby się, że stworzyliśmy trylogię zupełnie tego nie planując, ponieważ każdy z nas opowiada o autorytaryzmie, emigracji, dehumanizacji. Film Guillermo del Toro odkrywa przeszłość,  mój - teraźniejszość, natomiast film Cuaróna - przyszłość. Można mieć wrażenie, że powstała trylogia Meksykanów wywodzących się z klasy średniej, żyjących poza krajem i ponadto prezentujących swoje filmu w tym samym czasie, gdy świat chce o tym wszystkim rozmawiać".
(fragment książki En la frontera con Iñárritu, wprowadzenie: Rafael Cerrato, str. 11-12, tłumaczenie własne)

Paradoksalnie, mam wrażenie, że do tej pory to Cuarón był najmniej utytułowanym z całej trójki. "Grawitacja" udowodniła, że jest naprawdę znakomitym reżyserem. 


Nie ukrywam, że prawdopodobnie moim ulubionym Oscarem tego wieczoru jest ten za Najlepszy Scenariusz Oryginalny.
Spike Jonze stworzył (napisał i wyreżyserował!) bowiem piękną, kameralną, ale jednocześnie dosyć odważną historię o mężczyźnie (wspaniały, pominięty podczas nominacji Joaquin Phoenix), który zakochuje się w... systemie operacyjnym (mówiącym superseksownym głosem Scarlett Johansson). O filmie pisałam TUTAJ.
Ellen DeGeneres nie mogła oczywiście powstrzymać się przed skomentowaniem udziału Jonze'a w produkcji wątpliwie inteligentnych tworów filmowych z serii Jackass...


Pisałam bardzo dużo o Oscarze dla Jareda Leto, nie mogę jednak pominąć pozostałych kategorii aktorskich.
Nagrodę za Najlepszą Drugoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Lupita Nyong'o za przejmujący (miejscami wręcz rozdzierający) występ w "Zniewolonym". Jej wyjście po nagrodę to bajeczna sukienka i nieco rozedrgane, ale piękne podziękowania w których przedstawiła swojego brata jako najlepszego przyjaciela i w bardzo ładny sposób nawiązała do historii swoich przodków (o czym z resztą opowiada film).


Kategoria Pierwszoplanowa Rola Męska podzieliła publiczność na tych, którzy trzymali kciuki za Leonardo DiCaprio i na tych, którzy liczyli na wygraną Matthew McConaughey
Jestem pewna, że na Leonardo przyjdzie jeszcze czas (jest nieco za młody, żeby przyznawać mu statuetkę "za całokształt", więc ten argument zupełnie do mnie nie przemawia...), bo Matthew był w tym roku po prostu bezkonkurencyjny, a jego rola w "Witaj w klubie" - znakomita. 
I naprawdę nie wiedziałam, że McConaughey jest tak zakręcony i tak... sympatyczny. W swojej przemowie powiedział, że do życia potrzebne mu są trzy rzeczy: coś, co może szanować, coś, na co może czekać i coś, co może gonić - co jednocześnie dodaje mu odwagi. I opowiadając o tych rzeczach naprawdę mnie wzruszył, tak samo, jak wpatrzona w niego przepiękna żona, Camila Alves.


Oscara za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Cate Blanchett za występ w filmie "Blue Jasmine". Gdy tylko wyszła na scenę i wypowiedziała pierwsze zdanie pomyślałam: "Co za klasa! Co za poczucie humoru!"
Kate mówiła dużo, ale niesamowicie zajmująco. W swojej błyskotliwej przemowie nazwała swojego męża legendą, swoją agentkę - boginią i pokazała, że jest świetną babką z charakterem.


Najlepszym Filmem okazał się być "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Spotkałam się z wieloma opiniami, że jest to film zbyt poprawny i jednocześnie jakby skrojony pod Oscary - zarówno tematycznie, jak i formalnie. Po części muszę się z tą opinią zgodzić. 
Jednocześnie film ten zasługuje na osobny wpis i jeszcze w tym tygodniu postaram się wyjaśnić, dlaczego mimo wszystko cieszę się z takiego werdyktu Akademii.


Co jeszcze warto zapamiętać z wczorajszej gali? 
Pozwólcie, że wypunktuję:
- słynna już na cały Internet selfie zaproponowana przez Ellen Meryl Streep, do której dołączyli się... popatrzcie tylko:


- Radość Meryl Streep na wieść o tym, jak szybko to zdjęcie stało się megapopularne. W ogóle, jak już zapewne zauważyliście, Meryl Streep jest poniekąd moją bohaterką tej gali.

- Początkowo nie byłam fanką numeru Ellen z zamawianiem pizzy (ona naprawdę zamówiła pizzę do Dolby Theatre..!), ale Brad Pitt rozdający talerzyki lub Jared Leto oddający z dumą swój kawałek pizzy mamie - to było czarujące.

- Pewne elementy garderoby, jak butelkowozielona mucha Billa Murray'a czy granatowy garnitur (i perfekcyjnie przyczesana grzywka) Kevina Spacey.

- Brad Pitt dumny z honorowej nagrody dla Angeliny Jolie.


- Paolo Sorrentino, który odbierając Oscara za "Wielkie Piękno" (Najlepszy Film Nieanglojęzyczny) dziękował między innymi Martinowi Scorsese i Maradonie - osobom, które go inspirują.

- Niezaprzeczalna klasa Glenn Close (!) i przepiękna kompilacja In Memoriam o osobach ze świata kina, które odeszły w minionych dwunastu miesiącach.

A które momenty gali Wy zapamiętacie na dłużej?
Jesteście zadowoleni z werdyktu?


fotografie: businessinsider.com, newnownext.com, materiały prasowe Warner Bros, listal.com, swide.com, eonline.com, hollywoodreporter.com.

4 października 2012

Europejska Nagroda Filmowa


Jeśli ktoś z Was śledzi troszkę mój profil na Facebooku, to mógł zauważyć, że ostatnio (znacznie bardziej, niż w ubiegłych latach) zainteresowałam się tegorocznym rozdaniem European Film Awards.
Dlaczego?


Po pierwsze: animacje.

W tej kategorii poza dwoma innymi filmami nominowany został obraz "Dyskretne uroki starości", który kilka tygodni temu RECENZOWAŁAM, a także ROZMAWIAŁAM z Paco Rocą, jednym z jego scenarzystów (i jednocześnie autorem komiksu, na podstawie którego powstało to dzieło!)


Byłabym więc niezwykle zadowolona, gdyby to właśnie przepiękna i poruszająca historia o staruszkach mieszkających w doku spokojnej starości otrzymała nagrodę.

Po drugie: People's Choice Award

Dokładnie tak: Wy także możecie zagłosować na swój ulubiony film ostatnich miesięcy. Jeden z dwunastu filmów otrzyma nagrodę publiczności, a wybierać można spośród naprawdę zróżnicowanych tytułów.
Swój głos można oddać TUTAJ. Nie zapomnijcie napisać mi w komentarzach, na który film zagłosowaliście, ja też to już zrobiłam, a moim faworytem jest..:




Po trzecie: selekcja.

Filmów zakwalifikowanych do nagród jest około 50 (pełną listę można zobaczyć TUTAJ). Jeśli się nie mylę, na początku listopada zostaną ogłoszone nominacje do innych kategorii (takich, jak Najlepszy Aktor, Najlepsza Aktorka czy Najlepszy Montaż).
Ta lista przypomniała mi jednak o wielu filmach, które bardzo  (!) chcę zobaczyć i o kilku takich, które w minionych miesiącach zrobiły na mnie (pozytywne lub nieco mniej pozytywne wrażenie):

- "Jagten", reż. Thomas Vinterberg

To najbardziej oczekiwany przeze mnie film ostatnich miesięcy.  O zaściankowości małego miasteczka i oskarżeniach, które mogą złamać całe życie. Plus uhonorowany za główną rolę Złotą Palmą w Cannes Mads Mikkelsen.


- "Paradise: Love", reż. Ulrich Seidl

Czyli film, który przegapiłam w polskich kinach z powodu wyjazdu na praktyki. Czekam z niecierpliwością na kolejną możliwość obejrzenia go, bo to podobno dosyć brutalny, ale kapitalny obraz.


Wśród proponowanych filmów znajdują się również tytuły tak popularne, jak "Nietykalni" Oliviera Nakache i Erica Toledano, czyli niekwestionowany sukces francuskiej komedii obyczajowej, "Wstyd" Steve'a McQueena (o którym pisałam TUTAJ), "Rzeź" Romana Polańskiego (TUTAJ) czy "Szpieg" Tomasa Alfredsona (recenzja TUTAJ)... Natomiast polskimi akcentami są tu rewelacyjna "Róża" Wojciecha Smarzowskiego i "W ciemności" Agnieszki Holland.


Miłym zaskoczeniem jest dla mnie pojawienie się w tej grupie  kameralnego filmu "The Woman Who Brushed Off Her Tears" Teony Strugar Mitevskiej z poruszającą rolą Victorii Abril nawet, jeśli film nie zrobił na mnie porażającego wrażenia (jego recenzję mogliście przeczytać przy okazji moich refleksji na temat festiwalu CinemaJove z Walencji, o TUTAJ).


Nie za bardzo rozumiem obecności w tym zestawieniu tytułu "Iron Sky" Timo Vuorensoli. Wiem, że jest to fenomen w dziedzinie finansowania filmu (fundusze na jego zrealizowanie w ogromnej części pochodziły z crowdfundingu!), jednak sam film jest dosyć nieporadnie wykonany. Pomysł na obraz, w którym hitlerowcy w 1945 roku uciekli na księżyc i w 2018 powracają, by podbić Ziemię wydaje się być co najmniej intrygujący. Sama opowieść jednak w miarę rozwoju akcji traci zarówno oryginalność, jak i klimat. A szkoda.


Temat Europejskiej Nagrody Filmowej na pewno pojawi się jeszcze na blogu, tymczasem czekam na Wasze opinie oraz komentarze: na kogo Wy zagłosujecie (lub już zagłosowaliście) w ramach People's Choice Award?

fotografie: listal.com

19 lipca 2012

Michael Fassbender i Steve McQueen


Po Ozonie w życiu Fassbendera pojawił się Steve McQueen. Pierwsze spotkanie aktora czekającego na przełomową rolę i artysty, który zapragnął wyreżyserować swój pierwszy film nie jest ich najszczęśliwszym wspomnieniem. Gdy Fassbender dowiedział się, że pewien Anglik planuje wyreżyserować film o irlandzkim bojowniku, Bobbym Sandsie, który zagłodził się na śmierć w 1981 roku w ramach protestu przeciwko brytyjskim władzom, miał wątpliwości czy będzie on odpowiednim kandydatem do opowiedzenia tak ważnego, szczególnie pod względem emocjonalnym, epizodu z irlandzkiej historii. McQueenowi z kolei w ogóle nie spodobał się facet, którego spotkał: uznał, że Fassbender jest zbyt zarozumiały. Aktor i reżyser dali sobie jeszcze jedną szansę: „Głód” powstał, a Fassbender zagrał jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) ról w swojej dotychczasowej karierze. 



Michael Fassbender & Steve McQueen

Nie tylko drastycznie schudł, by wydobyć z opowiadanej historii niezbędny naturalizm, ale także oddał z ogromnym zrozumieniem desperację i motywację Bobby’ego Sandsa. Sam film intryguje również pewnym detalem realizacyjnym: jedna ze scen: rozmowa głównego bohatera z duchownym, ojcem Moranem (Liam Cunningham), to siedemnastominutowa konwersacja nakręcona na jednym ujęciu: sposób jej zaprezentowania pozwala bowiem maksymalnie skupić się na jej przejmującej treści.


Michael Fassbender & Liam Cunningham

W rozmowie z włoskim „Vogue” Fassbender mówił: „Praca ze Stevem jest zawsze wyjątkowym doświadczeniem, bo on nie działa według żadnych podręczników”. Bez wątpienia tandem reżysersko-aktorski McQueen-Fassbender to obecnie jeden z najciekawszych, najodważniejszych, najbardziej bezkompromisowych, a być może wkrótce i najważniejszych duetów współczesnego kina. Uwaga, z jaką przyglądają się światu i emocje, jakie wykorzystują do opowiadania historii są ostre jak uderzenie w policzek. 

 

Ta współpraca dla rozpędzonej kariery Michaela Fassbendera przyniosła film wywołujący niezliczoną ilość dyskusji, wśród których na jednym biegunie była nagość i kategorie wiekowe, na drugim – jednostka zagubiona w mikrowszechświecie swojego miasta, rodziny i obsesji. 


„Wstyd” w reżyserii Steve’a McQueena rzeczywiście okazał się być jednym z najbardziej intymnych filmów ostatnich lat nie tylko ze względu na fakt, że Michael Fassbender pojawia się na ekranie w pełnym negliżu (publikacjom i komentarzom na temat tej nagości mogłabym poświęcić zupełnie osobny artykuł. Od wypowiedzi George’a Clooney’a, który na rozdaniu Złotych Globów powiedział, że Fassbender może grać w golfa trzymając ręce za plecami, po tekst „Rok z życia penisa Michaela Fassbendera” opublikowany na oficjalnym filmowym blogu „Vanity Fair” – a przecież już dziesięć (!) lat wcześniej podobne poruszenie wywołała „Intymność” Patrice’a Chereau, nieco odrobinę później „Marzyciele” Bernardo Bertolucciego). „Wstyd” obnaża przede wszystkim emocje.


Brandon, główny bohater grany przez Fassbendera to trzydziestoletni yuppie. Jest przystojny, ma świetną pracę i prowadzi intensywne życie erotyczne. Piękne obrazki ukrywają jednak brutalną prawdę: Brandon jest uzależniony od seksu i pornografii, szuka zaspokojenia u prostytutek, przypadkowo spotkanych kobiet, w internetowych nagraniach czy masturbując się w toalecie swojego biurowca. Rozświetlony, wielki Nowy Jork jest dla bohatera z jednej strony pełną pokus kryjówką, z drugiej: dodaje mu anonimowości. Brandon zagłusza w sobie wszystkie oznaki niepokoju, szklany klosz jego sterylnego mieszkania pęka jednak wtedy, gdy wprowadza się tam jego tak samo zagubiona i równie nieszczęśliwa siostra Sissy (Carey Mulligan).

 

Spokojne tempo filmu i sceny w zbliżeniach bądź detalu pomagają snuć historię, w której emocje dominują nad zdarzeniami. Steve McQueen nie daje nam gotowych odpowiedzi. Nie wiemy zbyt wiele o przeszłości głównego bohatera, nie znamy jego upodobań. Niemożność określenia wszystkich źródeł problemów Brandona czyni z niego bohatera jeszcze słabszego, jeszcze bardziej tragicznego, ale i jeszcze bardziej uniwersalnego. Pewne kontrowersje spowodowało pominięcie Fassbendera w tegorocznych oscarowych nominacjach. Yago García z hiszpańskiej „Cinemaníi” odwołując się do „Wstydu” napisał: „To zbrodnia zapomnieć o tym facecie i o tym filmie” oraz dodał, że jeśli Akademia uznała ten film (i tę rolę) za zbyt prowokacyjną, można było nominować Fassbendera chociaż za drugoplanową rolę w „Niebezpiecznej Metodzie” lub „X Men: Pierwsza Klasa”.



Ciąg dalszy nastąpi,
Korektę całego tekstu wykonał: Grzesiek Szklarczuk
Artykuł w całości możecie przeczytać na portalu G-Punkt.pl, dokladnie TUTAJ

fotografie: listal.com

9 marca 2012

Wstyd

EMOCJONALNE PORNO

„Wstyd” w reżyserii Steve’a McQueena jest jednym z najbardziej intymnych filmów ostatnich lat. Obnażenie emocjonalne wywołuje dreszcze i wprowadza w stan niepokoju. Chemia, jaką reżyser buduje między sobą, aktorami i miastem to uczucie, które po seansie ciężko jest zapomnieć.


Brandon (Michael Fassbender) jest trzydziestoletnim yuppie, któremu pozornie można zazdrościć. Jest przystojny, ma świetną pracę, odnoszących podobne sukcesy kolegów i prowadzi intensywne życie erotyczne. Te piękne obrazki to jednak zasłona dymna dla tego, co jest brutalną prawdą: jego szef, a jednocześnie przyjaciel próbuje dowartościować się zdradzając żonę i kompromitując się przed kobietami dość żenującymi próbami uwodzenia, sam Brandon jest uzależniony od seksu i pornografii, szuka zaspokojenia u prostytutek, przypadkowo spotkanych kobiet, w internetowych nagraniach czy masturbując się w toalecie swojego biurowca.


W swoim mikrokosmosie (za który może być uznane zarówno sterylne mieszkanie, jak i cały Nowy Jork, dodający bohaterowi anonimowości, jak również będący dla niego pełną pokus kryjówką) Brandon próbuje zagłuszyć wszystkie oznaki niepokoju. Jego szklany klosz zacznie pękać, gdy do mieszkania wprowadzi się jego siostra Sissy (Carey Mulligan). Tak samo zagubiona i równie nieszczęśliwa. Brandon nie chce dopuścić Sissy do siebie. Rozchwiana emocjonalnie dziewczyna rozpaczliwie szuka uwagi, zrozumienia, rady i, co najbardziej łączy ją z bratem, miłości. Ona jednak, w przeciwieństwie do Brandona, między słowami potrafi się do tego przyznać.   


Tempo całego filmu jest bardzo spokojne. Intrygują długie ujęcia, bardzo często opierające się na zbliżeniu (bądź nawet detalu!). Poszczególne sceny przeplatają się, układając patchwork z emocji, bo one we „Wstydzie” dominują nad zdarzeniami. To emocje są katalizatorem wszystkiego, co robią i mówią bohaterowie, dlatego tym silniejsza w wymowie wydaje się być dużo bardziej dynamiczna, wręcz emocjonalnie rozdzierająca końcówka filmu.


Mocną stroną tego obrazu jest również to, że Steve McQueen nie daje nam gotowych odpowiedzi. Nie wiemy zbyt wiele o przeszłości głównego bohatera, nie znamy jego upodobań. Brandon nie jest everymanem, bo jego status i problemy nie są powszechne, ale z pewnością odpowiada tysiącom mężczyzn tak samo jak on zagubionych  w świecie, wielkim mieście, własnych słabościach czy nałogu. Niemożność określenia wszystkich źródeł problemów Brandona czyni z niego bohatera jeszcze słabszego, jeszcze bardziej tragicznego, ale i jeszcze bardziej uniwersalnego. McQueen pokazuje też, że życie to nie jest prosty film. Nie sili się na rozwiązywanie problemów, wręcz nie pozwala Brandonowi na odzyskanie spokoju ducha. Szybko zabiera widzom delikatnie tlącą się nadzieję na jego przemianę pod wpływem atrakcyjnej i współczującej koleżanki z pracy. Strach przed kompromitacją i zmianą jest zbyt paraliżujący. I zbyt wstydliwy.


  Tandem reżysersko-aktorski McQueen-Fassbender to obecnie jeden z najciekawszych, najodważniejszych, najbardziej bezkompromisowych, ale być może wkrótce i najważniejszych duetów współczesnego kina. Uwaga, z jaką przyglądają się światu i emocje, jakie wykorzystują do opowiadania historii są ostre jak uderzenie w policzek. I to jest ich największa siłą.


fotografie: allmoviephoto.com

28 lipca 2011

Carey Mulligan czaruje ponownie.


W wywiadzie dla "Interview", udzielonym Susan Saradon, Carey Mulligan przyznała, że najszczęśliwsza jest w Nowym Jorku.


Carey opowiadała także o tym, iż kiedyś zdecydowanie wolała teatr od filmu, jednak jedyną sztuką, nad którą pracę naprawdę pokochała, była "Mewa" (w scenicznej adaptacji Czechowa zagrała Ninę) - Mulligan przyznała, że wszystkie związane z nią doświadczenia do dziś wydają jej się niebiańskie. Jednocześnie najbardziej pechowym ze wszystkich wystąpień uznaje to, gdy na scenie kompletnie nie mogła wczuć się w rolę, a po opadnięciu kurtyny za kulisami dowiedziała się, że spektakl oglądali Kate Winslet i Sam Mendes, co wpędziło Carey w serię czarnych myśli o beznadziei jej kariery teatralnej.


"Nie opuszczaj mnie" (reż. Mark Romanek) jest jednym z najciekawszych filmów w całym dorobku Carey Mulligan - to opowieść o trójce przyjaciół, którzy w Hailsham, elitarnej szkole z internatem na dalekiej angielskiej prowincji, wychowywani są na potencjalnych dawców organów. To także historia o miłości w świecie, w którym nie było na nią miejsca. Ten przejmujący, antyutopijny film (będący adaptacją powieści Kazuo Ishiguro) wydaje mi się jednak być obrazem nie do końca wykorzystanej szansy. Świetny temat mógł zostać potraktowany znacznie odważniej.
Oprócz tych najbardziej znanych filmów z filmografii Mulligan ja polecam także dwa kameralne filmy: "And When Did You Last See Your Father?" i "Najlepszy". Pierwszy z nich został wyreżyserowany przez Ananda Tuckera i jest piękną, spokojną opowieścią o miłości syna i ojca. Rodzinną historię oglądamy z perspektywy Blake'a (Colin Firth), który wspominając, zaczyna lepiej rozumieć sytuacje, których świadkiem był jako młody chłopak. Będąc już dorosłym mężczyzną, przyjeżdża do umierającego ojca (Jim Broadbent) i stara się zaakceptować przeszłość z wszystkimi jej wadami.


"Najlepszy"
w reżyserii Shany Feste to historia małżeństwa (Susan Sarandon i Pierce Brosnan), których syn (Aaron Johnson) ginie w wypadku. Pewnego dnia do ich drzwi puka nastoletnia Rose (Carey Mulligan), która oznajmia im, iż jest w ciąży, a ojcem dziecka jest zmarły niedawno Bennett. W filmie najmocniej dochodzą do głosu dwa wątki: pierwszym z nich jest ogromny ból rodziców po stracie dziecka, drugim - konieczność akceptacji osoby, która, nieproszona, pojawia się w ich życiu i jest najbardziej żywym (i paradoksalnie najbardziej bolesnym) przypomnieniem tragedii.


O Carey Mulligan pisałam już TUTAJ.
Zapraszam też na Facebooka!
PS. Co do premier z Carey Mulligan, w kolejce czeka "Drive" w reżyserii Nicolasa Winding Refna (za jego reżyserię Refn otrzymał Złotą Palmę w Cannes), w którym oprócz Carey wystąpili Ryan Gosling i Christina Hendricks) oraz "Shame" w reżyserii Steve'a McQueena (autora fenomenalnego "Głodu"), gdzie Mulligan będzie partnerowała Michaelowi Fassbenderowi, a także remake "Wielkiego Gatsby'ego", którego podjął się Baz Luhrmann, który zapewne spróbuje nie tylko zmierzyć się z legendą, ale także, zrehabilitować po chłodno przyjętej "Australii" (główne role w nowym "Wielkim Gatsbym" otrzymali Leonardo DiCaprio i Tobey Maguire) i "Electric Slide", w którym historię rabującego banki Eddiego Dodsona (Ewan McGregor) opowie reżyser Tristan Patterson.


fotografie: Mikael Jansson dla Interview Magazine