28 kwietnia 2013

Mebelki. Tiny Furniture.

reż. Lena Dunham
scen. Lena Dunham
2010

Kilka tygodni pisałam na blogu o serialu "Girls" wykreowanym przez urodzoną w Nowym Jorku Lenę Dunham. (tekst o serialu możecie przeczytać TUTAJ). W międzyczasie, przygotowując się do prezentacji o "Dziewczynach" obejrzałam również debiutancki pełnometrażowy film Leny Dunham, w którym ona sama zajęła się reżyserią, scenariuszem i zagrała główną rolę.
I muszę przyznać, że "Mebelki" nieco mnie rozczarowały.


Aura (Lena Dunham) ma dwadzieścia dwa lata i właśnie skończyła studia. Nie wie, co ze sobą zrobić, więc wraca do domu rodzinnego, gdzie pod okiem matki-artystki (w rolę wcieliła się mama LenyLaurie Simmonsi u boku swojej wybitnie uzdolnionej siostry (Grace Dunham, siostra Leny) próbuje poukładać swoje życie i zaplanować przyszłość.
Aura nie umie porozumieć się ani ze swoją rodziną, ani najlepszą przyjaciółką, ponieważ to właśnie oni oczekują od dziewczyny dorosłych decyzji. Aura włóczy się po mieście z koleżanką z dzieciństwa, Charlotte (znana z serialu "Girls" Jemima Kirke), przyjmuje pod swój dach dziwacznego, aspirującego artystę Jeda (Alex Karpovsky, który również pojawił się w "Girls") i nawiązuje pełen niezręczności romans ze swoim szefem (David Call).
Ale, niestety, według mnie, nic konkretnego z tych historii nie wynika.


Dużo mówiło się o tym, że Lena Dunham tworzy swoje historie na podstawie własnych doświadczeń. Wydaje mi się jednak, że właśnie to, co początkowo wydawało się być jej siłą, staje się powoli jej słabością: historię kreowane przez Dunham są do siebie niebezpiecznie podobne. Co więcej, miejscami mam wrażenie, jakbym oglądała reality-show, w którym centralną gwiazdą jest cała rodzina Dunham.



Nie mogę jednak powiedzieć, że "Mebelki" kompletnie mi się nie podobały. To, co mnie ujęło, to bardzo przyjemna i bardzo twórcza atmosfera, która wciąż towarzyszy głównej bohaterce: nie tylko jej dom połączony jest z pracownią, ale i w kilku scenach możemy obserwować pracę jej mamy-fotografki, która stylizuje swoje kompozycje z wykorzystaniem tytułowych, miniaturowych zestawów mebli. Aura sama próbuje pisać, natomiast chłopak, któremu udziela schronienia nieudolnie stara się zostać gwiazdą youtube'a. 


Jeśli miałabym spojrzeć na "Mebelki" przez pryzmat debiutu fabularnego, muszę powiedzieć, że to całkiem interesująca próba. A jednak, Aura wydaje mi się być pierwszą z (na razie skromnej) galerii zupełnie apatycznych i niepozbieranych dziewcząt (figuruje w niej również oczywiście Hannah z serialu "Girls") u progu dorosłości. 

Warto dodać, że "Mebelki" uznawane są za przykład nurtu mumblecore, czyli podgatunku (głównie) amerykańskiego kina niezależnego, który charakteryzuje się małym budżetem produkcji , obsadą złożoną głównie z amatorów i jest mocno skoncentrowany na naturalistycznych dialogach.


fotografie: listal.com, aceshowbiz.com

23 kwietnia 2013

Kostiumy: Obywatel Milk

Wielokrotnie pisałam, że temat mody w kinie oraz rola i znaczenie filmowych kostiumów bardzo mnie fascynują. Chciałabym jak najczęściej o tym pisać, a wszystkie teksty o tej tematyce znajdziecie w zakładkach: Kostiumy oraz Moda i Kino.

"Obywatel Milk", 2008
reż. Gus Van Sant
kostiumy: Danny Glicker


Film opowiada historię kariery politycznej Harvey'a Milka będącego pierwszym działaczem społecznym na rzecz równouprawienia homoseksualistów, który zasiadał we władzach miejskich. Milk (mistrzowsko wykreowany w filmie przez Seana Penna) obecnie uważany jest za jednego z największych męczenników amerykańskiego ruchu gejowskiego, ponieważ 27 listopada 1978 roku został zastrzelony przez znajomego z rady miejskiej – znanego z wyznawania bardzo konserwatywnych wartości moralnych Dana White'a (Josh Brolin). 


Wydarzenia opowiadane w filmie, czyli kilkanaście miesięcy politycznej walki Milka to nie tylko krok milowy w walce przeciwko homofobii amerykańskiego społeczeństwa, ale także okres przypadający na czas wczesnej młodości reżysera. Gus Van Sant portretuje doskonale znaną mu rzeczywistość, nie tylko za pomocą  historii i scenografii, ale także – wplecionych materiałów archiwalnych. Film jest więc również nostalgicznym westchnieniem do przeszłości, na szczęście bez ckliwych banałów.


W wywiadzie dla miesięcznika "Interview" Danny Glicker (twórca kostiumów również do filmów takich jak "Dziękujemy za palenie""Transamerica""W chmurach""W drodze" czy "Restless") przyznał, iż kreując kostiumy do "Obywatela Milka" inspirował się przede wszystkim życiorysem głównego bohatera oraz kulturą lat 70. w San Francisco. 
Danny Glicker przyznaje, iż Harvey Milk uwielbiał być w centrum wydarzeń, a jednocześnie zawsze starał się podkreślać wierność ideałom. Stąd najbardziej charakterystyczną dla niego częścią garderoby była biała koszulka z czerwonym nadrukiem głoszącym: "I'll Never Go Back!" i rysunkiem zamkniętych drzwi, którą wkładał na Gay Freedom Day, a także – własnoręcznie zrobiona opaska na ramię z naszytym symbolicznym różowym trójkątem. "Milk dosłownie nosił swoje serce na rękawie" – powiedział Glicker.

Podczas kreowania garderoby dla bohaterów, bardzo ważna była dla kostiumografa ścisła współpraca zarówno z Gusem Van Santem, jak i Seanem Pennem, ponieważ cały projekt miał dla całej ekipy kolosalne znaczenie. 
Co ciekawe, dla ówczesnego San Francisco kultowe Levisy są tak ikoniczne, że część kostiumów stworzono z oryginalnego jeansu z lat 70., a Glicker w poszukiwaniu inspiracji i materiału odwiedzał najdziwniejsze second-handy. Odtworzenie autentycznej rzeczywistości w "Obywatelu Milku" wymagało szczególnej uwagi nie tylko ze względu na autorytet i rangę głównego bohatera – wielu widzów może traktować ten film osobiście, odbierając zdarzenia, jak reżyser Gus Van Sant, z perspektywy obserwatorów tych zdarzeń. Bardzo istotny jest również fakt, jak ogromne znaczenie miała działalność Milka dla całej rewolucji seksualnej, rozpoczętej już w poprzedniej dekadzie.



PS. Tymczasem muszę pakować walizkę, bo pojutrze w Lublinie odbywa się konferencja naukowa  pod tytułem "Nowoczesne i ponowoczesne przygody ciała" organizowana przez Studenckie Koła Naukowe Polonistów, Teatrologów i Medioznawców Instytutu Filologii Polskiej UMCS. Więcej informacji TUTAJ.
Ja opowiem o wątkach transgenderowych w kinie Pedro Almodóvara w piątek, 26 kwietnia, w bloku filmowym od 8:30.


fotografie: listal.com

21 kwietnia 2013

Serial: Skins, część 2. Obsada.


W poprzednim wpisie (TUTAJ) wspomniałam o tym, że serial "Skins" stał się początkiem kilku (bardziej lub mniej dynamicznych czy spektakularnych) aktorskich karier. I dlatego dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy z nich:

Nicholas Hoult - Tony Stonem


fot. Julian Broad

Pamiętacie przeuroczą komedię "Był sobie chłopiec" braci Weitz?  Fabuła jest prosta, ale film czarujący: gdy Will Freeman (Hugh Grant), typowy Piotruś Pan, postanawia poszukać swojej nowej wybranki w grupie samotnych matek, przypadkowo poznaje dwunastoletniego Marcusa (Nicholas Hoult)... Rola Marcusa  stała się początkiem przygody Houlta z aktorstwem, ale to serial "Skins" sprawił, że Brytyjczyk zdecydował się zamienić hobby w zawód.
Nicholas Hoult mówi, że gdyby nie był aktorem, chętnie widziałby siebie w roli kierowcy Formuły 1. Uważa również, że jest kompletnie nieinteresujący dla paparazzi - "To jest dziwaczne. Przez większość czasu nawet nie jesteś w stanie ich zauważyć. Są jak ninja" - dodaje.

fot. Jacob Sutton

Z całej filmografii Nicholasa Houlta najbardziej intrygującym filmem jest dla mnie zdecydowanie "Samotny mężczyzna" Toma Forda. Kameralna, emocjonalna, zaskakująca i wizualnie wysmakowana opowieść o profesorze literatury (Colin Firth), który próbuje uporać się ze śmiercią ukochanego, między innymi poprzez stworzenie więzi z jednym ze swoich studentów (w tej roli Nicholas Hoult). O filmie pisałam TUTAJ.


Jak na razie, domeną Houlta są jednak głównie filmy przygodowe i sci-fi ("Starcie Tytanów", "X-Men: Pierwsza klasa", niedługo zobaczymy go w nowym "Mad Maxie"), ale chcę się tej karierze przyglądać. 
Niestety, niewiele mogę powiedzieć o filmach, które miały premierę w tym roku, bo ich jeszcze nie widziałam. A może ktoś z Was obejrzał już "Jacka pogromcę olbrzymów" albo "Wiecznie żywego"? Chętnie poczytam Wasze opinie.

Kaya Scodelario - Effy Stonem

Chłopcy w liceum kochali się w Effy Stonem do szaleństwa. Niezrównoważona, ekscentryczna, małomówna (według magazynu "Interview" Effy odezwała się dopiero w swoim ósmym odcinku) ale obłędnie hipnotyzująca, główna bohaterka trzeciego i czwartego sezonu "Skins" okazała się być najsilniejszym elementem tej części serialu. 

Chyba najgłośniejszą jak do tej pory rolą Kai była Cath Earnshaw w okrzyczanej adaptacji "Wichrowych wzgórz" autorstwa Andrei Arnold, twórczyni kina niezależnego ("Fish Tank"). W tym roku swoją premierę mają kolejne dwa filmy, w których Scodelario zagrała główne role: "Emanuel And The Truth About Fishes" Francesci Gregorini, u boku Alfreda Moliny i Jessiki Biel oraz "Invisible" Stewarta Svaasanda.

Kaya Scodelario w jednym z wywiadów przyznała, że marzy o pracy u boku Toma Hardy, ale jej mama wolałaby, aby jej córka pewnego dnia zagrała z Antonio Banderasem, w którym sama skrycie się podkochuje (Kaya ma bardzo bliskie kontakty z mamą-Brazylijką, świetnie mówi po portugalsku i chciałaby zagrać w brazylijskim filmie)... 

Hannah Murray - Cassie


fot. Vita Hewison

Zwichrowana anorektyczka o sarnich, błyszczących oczach - Cassie  - jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych, najlepiej  pamiętanych i najczęściej cytowanych bohaterek "Skins"
Wcielająca się w tę rolę Hannah Murray szukając inspiracji przed castingiem do serialu obejrzała w telewizji "Śniadanie u Tiffany'ego" i w scenie przyjęcia ujrzała zegarek na kostce jednego z gości. Ten skopiowany element nie tylko przyniósł jej szczęście, ale stał się również kolejną charakterystyczną cechą niebanalnej Cassie.



Życie po Cassie jest jednak równie interesujące: Hannah Murray zagrała w superpopularnym serialu "Gra o tron", ale co jakiś czas upomina się o nią także kino. W 2010 roku pojawiła się w filmie "Łono", dramacie sci-fi Benedeka Fliegaufa, poruszającym kwestię etyki klonowania, w którym zagrała ukochaną głównego bohatera. Dwa lata później pracowała u Tima Burtona, grając w jego "Mrocznych cieniach" (w jednym z wywiadów przyznała, że z filmografii Burtona sama najbardziej lubi "Ed Wooda"). W bieżącym roku mają się ukazać aż trzy premiery z jej udziałem. W międzyczasie Hanna skończyła studia (język angielski na Uniwersytecie Cambridge), a w poprzednim życiu, jak przypuszcza, prawdopodobnie była królową Elżbietą I Tudor.



Oczywiście, to nie jedyni bohaterowie serialu "Skins" którzy wyszli poza świat zdegenerowanych nastolatków.
Joe Dempsie (Chris) gra w "Grze o tron", Luke Pasqualino (Freddie) - w "Rodzinie Borgiów"Dev Patel (Anwar) ma na swoim koncie między innymi rolę w oscarowym filmie Danny'ego Boyle'a - "Slumdog. Milioner z ulicy" (ale również w uhonorowanym pięcioma Złotymi Malinami obrazie "Ostatni Władca Wiatru" M. Nighta Shyamalana)...

A których bohaterów "Skins" wy lubicie najbardziej?

źródła: guardian.co.uk, dailymail.co.uk, interviewmagazine.com.
fotografie: guardian.co.uk, listal.com, gq.com.

14 kwietnia 2013

Serial: Skins, część 1.


twórcy: Bryan Elsley, Jammie Brittain
od 2007 roku

w tekście odnoszę się wyłącznie do oryginalnej wersji brytyjskiej.

Z serialem "Skins" po raz pierwszy zetknęłam się kilka lat temu (czyli w czasie, gdy chodziłam jeszcze do liceum). Z zaciekawieniem oglądałam perypetie głównych bohaterów, bo z każdym odcinkiem dostawałam zakręconą akcję wspieraną przez bardzo dobry soundtrack - było w tym serialu coś, co mnie naprawdę intrygowało, ale nigdy nie utożsamiałam się z żadnym bohaterem (mimo że była to galeria naprawdę różnorodnych typów osobowości, pochodzących z podobnych środowisk, a jednak różniących się bardzo pod względem sytuacji rodzinnej), a koniec czterech pierwszych sezonów przywitałam bez większego żalu. 
Od początku nieco irytowało mnie również natężenie problemów, z którymi potencjalnie mogą borykać się młodzi ludzie: miałam wręcz wrażenie, że jest ich zwyczajnie zbyt dużo, ale podobna konwencja była po prostu sposobem twórców na nakreślenie portretu wycinka brytyjskiej młodzieży. Zdegenerowanej i bardzo zagubionej.

Bohaterowie dwóch pierwszych sezonów kończą właśnie szkołę średnią i znajdują się dokładnie na skraju dorosłości, przed którą bronią się uciekając w używki, imprezy i skorupę obojętności wobec tego, co mówią rodzice i nauczyciele. Paradoksem jest, że jednocześnie właściwie każdy z bohaterów musi przejść przyspieszony kurs dojrzewania... 

Niechciana ciąża, śmiertelna choroba, śmierć rodzica, tragiczny wypadek, anoreksja, przygody z narkotykami, eksperymentowanie z seksem i tożsamością - to jedynie niewielki wycinek poruszanych problemów. Dodatkowo serial "Skins" wyróżnia stylistyczny naturalizm, który czasami może być przyjęty za przesadę, a jednak jest to cecha, która wyróżnia "Skins" spośród dziesiątek innych seriali o młodzieży.
Warto zaznaczyć, że podczas emisji kolejnych sezonów pojawiły się głosy mówiące, że to prawdopodobnie najbardziej niebezpieczny serial w historii, niechybnie prowadzący do globalnej demoralizacji pod wpływem obrazów nierozsądnego i nielegalnego zachowania bohaterów telewizyjnej historii. Dla swojej wersji amerykańska MTV musiała nawet wprowadzić odpowiednie oznaczenie (wyłącznie dla widzów dorosłych).

Trzeci i czwarty sezon ponownie rozgrywa się w Bristolu, w tej samej szkole, ale ponieważ dotychczasowi bohaterowie już studiują, na ich miejsce pojawiają się zupełnie nowe postacie (ogniwem  spajającym "generacje" jest Effy (
Kaya Scodelario) - siostra Tony'ego (Nicholas Hoult), jednego z protagonistów początkowych odcinków, której niewielka rola z dwóch pierwszych sezonów rozrasta się do głównej w sezonie trzecim i czwartym). 
I ponownie mamy całą serię tragedii przeplatanych z miłosnymi uniesieniami, manifestami zazdrości i popowymi traktatami o tolerancji.

Niedawno jednak dałam się namówić na obejrzenie dwóch ostatnich sezonów (czyli znów: z zupełnie nowym zestawem bohaterów). I pomimo, że powinnam być już przygotowana na to, co mnie czeka, kompletnie się zawiodłam. I nie chcę zabrzmieć głupio, ale chyba po prostu ze "Skins" wyrosłam.

Nieustannie irytowała mnie głupota głównych bohaterów. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego aż taką radość sprawia im dewastowanie dorobku ich rodziców lub ludzi, którzy tak naprawdę nie zrobili im nic złego, bądź kompletnie niszczenie swojego życia na własne życzenie... Dlatego właśnie dokręcanie kolejnych sezonów wydaje mi się być kompletnie bezcelowe. Kiedyś był to bardzo świeży, otrzeźwiający produkt, a teraz nie robi chyba już na nikim takiego wrażenia.

"Skins" to dla mnie też serial bez złudzeń, bo każdy pozytywny element (czy jest nim udany związek, fajna rodzina czy względny spokój ducha) zostaje przez twórców prędzej czy później poddany destrukcji. 
Jeśli według autorów serialu tak właśnie działa świat, jest to przykra diagnoza, nie uważacie?

A Wy oglądaliście ten serial?
Macie swoich ulubionych bohaterów? Historie?

PS. W kolejnym wpisie przyjrzę się bliżej odtwórcom najważniejszych ról, bo serial "Skins" stał się początkiem kilku bardziej lub mniej spektakularnie rozwijających się karier.
Mam teraz naprawdę sporo pracy na uczelni i poza nią, więc taki zupełnie luźny blogowy temat jest dla mnie idealny!

12 kwietnia 2013

Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?

reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
1984

Nie pamiętam, czy pisałam Wam już o tym, że naprawdę bardzo pociąga mnie praca naukowa..? 
Owocem moich pierwszych prób jest tekst opublikowany w periodyku naukowym "Znaczenia", który w wolnej chwili w całości możecie przeczytać TUTAJ.
Dzisiaj chciałam Wam pokazać Wam jedynie fragmenty:

Postfrankowska klaustrofobia 
- rola przestrzeni w filmie 
"Czym sobie na to zasłużyłam?" Pedro Almodóvara


"Czym sobie na to zasłużyłam?" (1984) to piąty pełnometrażowy film Pedro Almodóvara [...] Ten obraz jest wynikiem zmieszania kodów gatunkowych melodramatu, czarnej komedii, tragedii oraz filmu obyczajowego z elementami groteski, absurdu i surrealizmu, w którym swoje miejsce znalazły także pastisz konwencji horroru, parodia reklam telewizyjnych i wyraźne nawiązanie do neorealizmu włoskiego (który miał również swoją odmianę hiszpańską). John Hopewell przypomina, iż w latach pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych również w przypadku kina hiszpańskiego można mówić o etapie neorealizmu, który w przeciwieństwie do włoskiego był nieco mniej sentymentalny, a zarazem bardziej okrutny i zabawny jednocześnie [1].


Główną bohaterką filmu Almodóvara jest Gloria (grana przez jedną z ulubionych aktorek reżysera, Carmen Maurę), gospodyni domowa, żona i matka dwóch synów, mieszkająca ze swoją najbliższą rodziną i teściową w niewielkim mieszkaniu blokowiska na przedmieściach Madrytu. To kobieta udręczona codziennością: jej monotonią oraz problemami finansowymi i rodzinnymi. Mąż Antonio jest taksówkarzem nieustannie wspominającym czas, gdy był szoferem i kochankiem niemieckiej gwiazdy piosenki, Ingrid Müller. Teściowa (Chus Lampreave) marzy o powrocie na wieś, starszy syn handluje narkotykami, natomiast młodszy oddaje się ojcu swojego kolegi, twierdząc, że jest „panem swojego ciała”, a w pewnym momencie wyprowadza się z domu do dentysty o pedofilskich skłonnościach, za opłacenie lekcji malarstwa i innych zachcianek [...]. Wątki poboczne, jak zwykle u Almodóvara, łączą się i przeplatają ze sobą. Największym oparciem dla Glorii jest jej sąsiadka Cristal, prostytutka o złotym sercu. Wątek surrealistyczny wprowadzają Juani, mieszkająca w sąsiedztwie matka nienawidząca swojej córki, i mała Vanessa, mająca zdolności telekinetyczne. Miejsca pracy Glorii połączą ją z policjantem-impotentem, małżeństwem pisarzy ogarniętych permanentnym kryzysem twórczym i finansowym oraz ich krewnym, alkoholizującym się psychiatrą [...].
„Realizuję swoje filmy tak, jakby Franco nigdy nie było” – powiedział Pedro Almodóvar w rozmowie z Peterem Besasem, autorem książki "Behind the Spanish Lens: Spanish Cinema under Fascism and Democracy"[2]. Rzeczywiście, w swoich filmach Almodóvar nie odwołuje się bezpośrednio do epoki frankistowskiej w Hiszpanii [...], jednak bohaterowie często umieszczani są w rzeczywistości będącej wynikiem tej epoki [...]. Promowany przez dyktatora model kobiety poddanej mężczyźnie, realizującej się wyłącznie przez służbę rodzinie (w który idealnie wpisuje się bohaterka "Czym sobie na to zasłużyłam?"), brak wsparcia dla edukacji kobiet czy tak zwane permiso marital, czyli prawo męża do absolutnej kontroli nad sprawami żony (zniesione dopiero w 1975 roku), na wiele lat zdeterminowały rolę kobiety w społeczeństwie hiszpańskim[3] [...]. Problematyka wpływu ideologii frankistowskiej na społeczeństwo hiszpańskie jest w przypadku "Czym sobie na to zasłużyłam?" szczególnie istotna. Pomaga bowiem lepiej zrozumieć główną bohaterkę, Glorię: jej postępowanie, sytuację rodzinną oraz postawę w stosunku do męża i synów [...].

Telewizja w "Czym sobie na to zasłużyłam?" stanowi osobną przestrzeń, ponieważ Almodóvar za jej pomocą umieszcza w filmie dwa klipy: teledysk oraz reklamę, które nie są ściśle związane z przebiegiem historii. Zostają wplecione w akcję jako obrazy, które oglądają w telewizji domownicy, i odpowiadają tematyce całego filmu. Pierwszym z klipów jest teledysk, określony przez Katarzynę Citko mianem „hiszpańskiego, sentymentalnego kiczu w wydaniu burżuazyjnym”[4]. Piosenkę "La bien pagá" (Dobra zapłata) wykonują z playbacku Pedro Almodóvar i Fabio McNamara[5]. Wnętrze, w którym rozgrywa się ten specyficzny wideoklip, stanowią czerwone ściany, czerwone łóżko i tego samego koloru pluszowe draperie z falbankami, odsłaniające figurkę Wenus na postumencie. W lewym rogu pomieszczenia stoi sporych rozmiarów palma, a na jej tle toaletka, w której lustrze przegląda się przebrany za kobietę McNamara w blond peruce, słomkowym kapeluszu i błękitnej sukni z krynoliną. Wokół niego chodzi Pedro Almodóvar, ubrany w kostium torreadora, i to jego można uważać za podmiot liryczny tekstu śpiewanego utworu. „Scena ta ukazana jest na ekranie telewizora, stając się metaforą wystawności świata mediów, nieosiągalnej dla przeciętnej proletariackiej rodziny” – pisze Katarzyna Citko[6]. Jest także druga interpretacja sceny, związana ściśle z tekstem piosenki "La bien pagá". Utwór wykonywany w rzeczywistości przez Miguela de Molinę stanowi w filmie jednocześnie podkład muzyczny do aktu seksualnego pomiędzy Glorią i Antoniem. Katarzyna Citko przywołuje komentarz do tej sceny autorstwa Alejandro Yarzy: „Słowa tej piosenki ewidentnie odnoszą się do mężczyzny, który kupił pocałunki swojego kochanka za dobrą cenę. Owo nakładanie się piosenki na scenę łóżkową, które zostaje nagle przerwane przez przedwczesną ejakulację męża, wytwarza efekt ironiczny, podkreślając pełną desperacji sytuację Glorii oraz «impotencję» jej męża zarówno w dziedzinie seksualnego jej zaspokojenia, jak i ekonomicznej”[7] [...].

Kino
Transkontekstualizm to jedna z dominujących cech kina Pedro Almodóvara. Reżyser często wykorzystuje całe fragmenty innych filmów, by rozszerzyć kontekst swojej opowieści. Postaci z filmów Hiszpana chętnie więc oglądają telewizję i z upodobaniem chodzą do kina. Największymi (i właściwie jedynymi) kinomanami w rodzinie Glorii są babcia i Toni. Na wspólnym seansie w kinie oglądają "Wiosenną bujność traw" ("Splendor in the Grass", 1961) Elii Kazana. Film ukazuje trudne dojrzewanie Buda Stampera (Warren Beatty), młodego syna bogatego właściciela pól naftowych. Ojciec naciska, by syn skończył Yale. Jest pewien, że to zapewni mu świetlaną przyszłość. Bud jednak wolałby skończyć technikum rolnicze, nawet będąc już na wymarzonych przez ojca studiach myśli o swoich młodzieńczych planach. Kryzys ekonomiczny powoduje załamanie się sytuacji finansowej rodziny Stamperów. Zrozpaczony ojciec popełnia samobójstwo, a Bud wraca w rodzinne strony i osiedla się na ranczu. Nastoletni Toni identyfikuje się z młodym Stamperem: są w podobnym wieku, Toniemu imponuje postawa protagonisty filmu Kazana. Również babcia może czuć pewną więź z Budem: ona również nieustannie myśli o powrocie na wieś (mówi na przykład, że w Madrycie jest zimno, co może oznaczać nie tylko wrażenie wywołane pogodą, ale także jej uczucia. Czuje się samotna, jedynym jej oparciem jest starszy wnuk, a najbardziej ożywia się dopiero wtedy, gdy czekając na autobus mający ją zawieźć na wieś, spotyka swoją znajomą z rodzinnych stron) [...].


Bar
Jego wprowadzenie ma głównie funkcję humorystyczną. Do baru przychodzą wspólnie babcia i Toni: chłopak ma się tu spotkać ze znajomym, od którego kupuje narkotyki. Lokal podoba im się, ponieważ znajduje się w nim automat do gier („To jedyne, co lubię w Madrycie” – mówi babcia), a stylistyka baru przypomina architekturę grenadyjską. „Usiądźmy w Alhambrze” – proponuje babcia wskazując na część dla klientów i dodaje, zwracając się do kolegi wnuka: „U mnie mówią «kto nie widział Granady, nie widział niczego»”[8], a po chwili pyta: „Widziałeś Granadę?” – „Nie” – odpowiada chłopak. – „Ja też nie” – przyznaje babcia z rozbrajającą szczerością [...].


Pedro Almodóvar nigdy wcześniej i nigdy później nie stworzył tak realistycznego w formie filmu ani tak tragicznej bohaterki, jak Gloria. Katarzyna Citko zauważa, że: „W odróżnieniu od dzieł neorealistycznych, 80% zdjęć do Czym sobie na to zasłużyłam? kręconych było w studio, w sztucznych dekoracjach. Efektem tego jest uczucie klaustrofobii i zamknięcia w mieszczańskim świecie o charakterze represyjnym, ubezwłasnowolniającym jednostkę, podporządkowującym ją machinie tradycyjnych struktur społecznych”[9]. Taki jednak sposób wykreowania przestrzeni dla protagonistów budzi w stosunku do nich współczucie, a pokazane z okrutną szczerością realia społeczne i ekonomiczne przynoszą odczucie przygnębienia, być może i smutku.
Aby przełamać ten depresyjny charakter filmu, hiszpański reżyser często sięga po efekt komizmu. Sam przyznaje, że w efekcie film jest bardzo dwuznaczny[10], i dodaje: „Poczucie humoru jest bronią Hiszpanów przeciwko temu, co wywołuje cierpienie, co niepokoi, przeciwko śmierci”[11].



[1] K. Citko, Filmowy świat Pedra Almodóvara. Uniwersum emocji, Białystok 2007, s. 222.
[2] E. Mazierska, Słoneczne kino Pedra Almodóvara, Gdańsk 2007, s. 81.
[3] Ibidem, s. 82–83.
[4] K. Citko, op. cit., s. 228.
[5] Fabio McNamara (właściwie Fabio de Miguel, znany także pod pseudonimem Fanny McNamara), nazywany chodzącym dziełem sztuki, do dziś jest jednym z symboli movidy. Był osobą o wszechstronnych zainteresowaniach artystycznych, współtworzył duet muzyczny Almodóvar–McNamara, którego występy utrzymane były w estetyce kampu. Ten ekscentryczny transwestyta był inspiracją wielu artystów-plastyków movidy, wystąpił w kilku filmach Almodóvara, był także pierwowzorem Patty Diphusy, bohaterki cyklu opowiadań hiszpańskiego reżysera (notatka na podstawie: W. Bryl-Roman, Madrycka movida jako ruch kulturowy, Poznań 2008, s. 189).
[6] K. Citko, op. cit., s. 228.
[7] Ibidem, s. 230.
[8] To popularne przysłowie hiszpańskie w oryginale rymuje się i brzmi: „Quien no ha visto Granada no ha visto nada”.
[9] K. Citko, op. cit., s. 222–223.
[10] F. Strauss, Almodóvar. Rozmowy, przeł. O. Hedemann, Izabelin 2003, s. 59.
[11] Ibidem, s. 60.

fot. listal.com

10 kwietnia 2013

Spring Breakers

reż. Harmony Korine
scen. Harmony Korine
2012


Już pierwsza scena "Spring Breakers" wprowadza nas w klimat: słońce, plaża, dużo nagości, nieprzebrane tłumy ludzi, nielimitowane używki, nakręceni raperzy... czysta uciecha wczasów na Florydzie. W swoim najnowszym filmie Harmony Korine (być może wbrew pozorom) nie daje jednak przepisu na idealne wakacje. Korzystając z popkulturowych cytatów, nieskrępowanej wyobraźni i kampowej* estetyki reżyser obnaża dekadencję i zagubienie amerykańskiej młodzieży.


Głównymi bohaterkami filmu są cztery studentki: Faith (Selena Gomez), Candy (Vanessa Hudgens), Brit (Ashley Benson) i Cotty (Rachel Korine). W bezkompromisowy sposób zdobywają pieniądze i wyjeżdżają na wybrzeże, poznać smak wolności i zabawy. Portret radosnego odpoczynku i niekończącej się zabawy prezentowany przez reżysera od początku sprawił, że poczułam się nieswojo: to przerażający tłum ciał, jakby stanowiący jeden organizm, w którym nie tylko zabawa, ale i normalność czy moralność zyskują zupełnie niecodzienne definicje.


Rozmodlona Faith z katolickiej szkoły początkowo czuje, że trafiła do raju: "chciałabym, żeby czas się zatrzymał na jedno moje pstryknięcie palcami" - mówi dodając, że chce, by przerwa wakacyjna nigdy się nie skończyła. A jednak, po nocy spędzonej w areszcie i spotkaniu z Alienem (James Franco), lokalnym królem rapu, jako pierwsza zaczyna wątpić w sens, cel i przyszłość swojego wyjazdu. W tym dziwnym, oślepiającym świecie każda z dziewcząt czuje się jednak równie zabłąkana, co zafascynowana. Także Candy, Brit i Cotty umieją rozróżnić dobro od zła, ale nie potrafią porzucić uzależnienia od ryzyka.


Harmony Korine pełnymi garściami czerpie z popkulturowych dóbr: Alien jest wystylizowany na Seana Paula (ma jednak jedyne w swoim rodzaju metalowe uzębienie), bezrefleksyjna agresja finału "Spring Breakers" przypomniała mi "Urodzonych morderców" Olivera Stone'a, a ścieżką dźwiękową do jednych z najważniejszych scen stały się piosenki Britney Spears (która, dla przypomnienia, zbudowała swoją karierę na wizerunku niewiniątka z collegu). 
Ja od początku stałam się wielką fanką fanką kostiumów z filmu, w szczególności oczywiście różowych kominiarek z motywem jednorożca na czole...


Muszę napisać również kilka słów o odtwórcach głównych ról. Wszystkie cztery aktorki spisały się naprawdę świetnie i, powtarzając za dziesiątkami recenzentów, zarówno Vanessie Hudgens, jak i Selenie Gomez udało się zerwać (z dużą klasą, odwagą i w sposób absolutnie nietuzinkowy!) z wizerunkiem słodkiego niewiniątka z filmów Disney'a. Ale tym, który nie tylko absorbuje najwięcej uwagi, ale i najbardziej zaskakuje na ekranie, jest bez wątpienia James Franco. Jego Alien to nie tylko charyzmatyczny król dzielnicy, ale pod skorupą rapera-zabijaki kryje zagubionego, być może nawet całkiem wrażliwego mężczyznę z trudną przeszłością.

"Spring Breakers" to film, który, jak o tej pory, z całej filmografii Harmony'ego Korine'a podobał mi się najbardziej. Nie zachwyciłam się "Skrawkami", nie do końca odpowiadają mi też  filmy na podstawie scenariuszy Amerykanina ("Ken Park", "Dzieciaki"). Nieco bardziej podobał mi się "Pan Samotny" w reżyserii Korine'a (o którym bardzo krótko pisałam TUTAJ), jednak dekadencja i deprawacja młodych ludzi została sportretowana w "Spring Breakers" w sposób tak interesujący (szczególnie z powodu wirtuozerskiego sposobu na przeplatanie i zapętlanie poszczególnych scen oraz dialogów), że bardzo chętnie wrócę do zapoznawania się z filmografią Korine'a i odkrywania tego, co w niej najlepsze.

* kamp - to estetyka, konwencja stylistyczna. Według Susan Sontag "istotą kampu jest umiłowanie tego, co nienaturalne: sztuczności i przesady”. Poza tym, według Sontag, „kamp jest [...] sposobem widzenia świata jako zjawiska estetycznego. Ten sposób – sposób kampu – nie widzi świata w kategoriach piękna, lecz w kategoriach sztuczności, stylizacji”. 
źródło: S. SontagNotatki o kampie, przeł. W. Wartenstein, „Literatura na Świecie” 1979, nr 9.
O kampie na pewno będę pisać tutaj jeszcze wielokrotnie... 

fotografie: listal.com

5 kwietnia 2013

W sypialni

reż. Tomasz Wasilewski
scen. Tomasz Wasilewski
2012


"W sypialni" Tomasza Wasilewskiego to bardzo udany debiut. To również intymne, niejednoznaczne kino o poszukiwaniu swojej tożsamości. Zagubionej? Nigdy nie odnalezionej? Porzuconej na kilka chwil? Dla każdej odpowiedzi na te zagadki można odnaleźć w filmie stosowne uzasadnienie. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że Wasilewskiemu nie chodzi o szukanie odpowiedzi, tylko zadawanie pytań.


Edyta (Katarzyna Herman) potrzebuje przerwy od dotychczasowego życia, więc wsiada w samochód i wyjeżdża do Warszawy. Umawia się z mężczyznami przez Internet, odwiedza w domach, usypia ich i w ten sposób odnajduje miejsca, w których może spędzić noc. W pewnym momencie wydaje się, że odnajduje również szansę na prawdziwą kobiecą przyjaźń z Klaudią (Agata Buzek), ale zupełnie nie potrafi zbudować nowej relacji. Edyta nie jest jednak ani całkowicie wyrachowana, ani zła do szpiku kości. Gdy w jej życiu pojawia się Paweł (Tomek Tyndyk), kobieta jest nie tylko zafascynowana chłopakiem, ale też na chwilę odnajduje spokój i prawdziwą, spontaniczną radość.


Świat portretowany przez Wasilewskiego zamieszkały jest przez bardzo enigmatycznych bohaterów, wśród których bez wątpienia najbardziej (bo od początku aż do samego końca) tajemnicza jest Edyta, protagonistka filmu. Bardzo podoba mi się w filmie to, że nie ma w nim jednoznacznych tez, co, oczywiście, niesie możliwość wielu interpretacji. Możemy mnożyć więc kolejne pytania: kim jest Edyta? Dojrzałą kobietą z symptomami kryzysu wieku średniego? A może dziewczyną, która postanowiła od dorosłości uciec? 


Już w pierwszym filmie widać wrażliwość i talent Tomasza Wasilewskiego, dla którego rzeczywistość jest trochę słodko-gorzka, trochę poetycka i wymyka się definicjom (zwróćcie uwagę również na piękne zdjęcia Marcina Martineza Swystuna!). Dlatego z tym większą niecierpliwością czekam na kolejny film reżysera, "Płynące wieżowce", którego światowa premiera będzie miała miejsce w kwietniu na festiwalu Tribeca, a polska - prawdopodobnie jesienią tego roku.


fotografie: artbiznes.pl, wyborcza.pl, magazyn.o.pl