Kochani, nie wiem, na ile zajmuje Was kino hiszpańskie (i ogólniej - hiszpańskojęzyczne), ale dla mnie jest to absolutna perła i jedna z moich ulubionych (jeśli nie ulubiona!) kinematografii całego świata. W piątek będą miały premierę dwa filmy, które według mnie po prostu trzeba zobaczyć. Pierwszym z nich jest oczywiście najnowszy film maestro Pedro Almodóvara - "Skóra, w której żyję". Mistrz, który po wielu latach powrócił do pracy z Antonio Banderasem, po raz pierwszy dokonuje adaptacji powieści ("Tarantula" Thierry'ego Jonqueta). Drugim filmem jest "Biutiful" Alejandro Gonzáleza Iñárritu - miałam już okazję obejrzeć ten film i muszę przyznać, że jest to jeden z najbardziej poruszających obrazów, jakie udało mi się zobaczyć w ostatnim czasie. Odtwórca głównej roli w tym filmie, Javier Bardem, otrzymał za ten występ nominację do Oscara.
Dzisiaj natomiast chciałabym Was przenieść w znacznie lżejszy klimat, stąd Filmem Dnia zostaje:
Dzisiaj natomiast chciałabym Was przenieść w znacznie lżejszy klimat, stąd Filmem Dnia zostaje:
"Chico i Rita"
reż. Tono Errando, Javier Mariscal, Fernando Trueba
scen. Ignacio Martinez de Pisón, Fernando Trueba
muzyka - Bebo Valdés
dystrybutor - Gutek Film
2010
Muszę przyznać, że mam z tym filmem pewien problem. Wynika on z faktu, iż "Chico i Rita" jest po prostu filmem bardzo nierównym: jeśli podzielimy go na dwie części i w jednej pozostawimy fabułę, a w drugiej - muzykę z oprawą plastyczną, to ta druga kategoria wygrywa z pierwszą miażdżącą przewagą. Bo to animacja pięknie zrealizowana, ale - trochę zbyt banalna.
Zacznę od tej słabszej części, bo w warstwie fabularnej film pozostawia wiele do życzenia: dwójka tytułowych bohaterów spotyka się pewnego wieczoru w Hawanie. Ona jest utalentowaną piosenkarką, on - najlepszym pianistą na Kubie (mała dygresja - akcja filmu kilka razy przenosi się do najsłynniejszego klubu w Hawanie - La Tropicany. Ten sam klub i historia jego właściciela pojawiła się wcześniej w filmie Andy'ego Garcii "Hawana - miasto utracone", który jest według mnie wspaniałym i bardzo dokładnym opisem różnorodnych aspektów rewolucji kubańskiej).
Chico i Rita spędzają ze sobą piękną noc i rozstają się - w późniejszym czasie ich drogi wielokrotnie będą się przecinać, łączyć i rozchodzić, dyktowane przez ich kariery, intrygi czy ból po urażonej dumie. Mam wrażenie, jakby w "Chico i Ricie" wiele kwestii było niepotrzebnie (!) niedopowiedzianych, a bohaterowie... starali się o siebie zbyt mało, jak na piękną historię o miłości.
Mimo to jednak mogę film "Chico i Rita" polecić Wam z ręką na sercu.
Wydaje mi się bowiem, że najważniejsza jest tam tak wychwalona przeze mnie na początku warstwa muzyczna i wizualna. Próbkę wrażeń plastycznych możecie zobaczyć na załączonych obrazkach - ta kreska, dbałość o szczegóły, kapitalne oddanie atmosfery Hawany (a później także i Nowego Jorku) naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie już od pierwszych scen filmu. Ten sposób animacji buduje także wspaniały klimat, potęgowany przez niepowtarzalną muzykę - mamy tu bowiem nie tylko najwybitniejsze kubańskie rytmy jak bolero czy bossa novę, ale także świetnie oddany moment ewolucji i największej świetności jazzu.
Urocza jest także historia opowiadająca o samym powstawaniu filmu:
Nagrodzony Oscarem reżyser Fernando Trueba („Belle époque”) poznał cenionego projektanta i artystę plastyka Javiera Mariscala przed 10 laty, gdy zwrócił się do niego z propozycją stworzenia plakatu do dokumentu o latynoskim jazzie „Ulica 54”. Mariscal projektował później oprawę graficzną do płyt wydawanych nakładem wytwórni Trueby Calle 54 Records, tworzył dla niej animowane teledyski oraz otworzył z Truebą jazzową restaurację w Madrycie.
Mariscal, Trueba, Errando
Pomysł na stworzenie animowanej fabuły zrodził się podczas pracy nad teledyskiem do piosenki „La Negra Tomaza” w wykonaniu kubańskiego muzyka Compaya Segundo (możecie to obejrzeć TUTAJ). Mariscal wspomina: „Fernando obejrzał go i powiedział: To fantastyczne! Pięknie pokazałeś Hawanę!”. Młodszy brat Mariscala, Tono Errando, to doświadczony muzyk, filmowiec i autor animacji kierujący działem audiowizualnym w kompleksowym studio filmowym brata - był więc naturalnym kandydatem na spoiwo pomiędzy energią twórczą Trueby i Mariscala. „Trueba nie miał żadnego doświadczenia w pracy nad animacją. Mariscal nie zrobił wcześniej żadnej fabuły. Trzeba było stworzyć im warunki do wykazania się ich wszechstronnymi talentami” - powiedział Errando.
I właśnie to pasja tworzenia, wielki talent plastyczny Mariscala, miłość do Kuby i wspaniała muzyka są głównymi atutami filmu i dla nich naprawdę warto jest obejrzeć "Chico i Ritę".
W tekście wykorzystałam informacje z pressbooku udostępnionego przez dystrybutora, Gutek Film.
foto - chicoandrita.co.uk











