Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

19 marca 2015

serial: The Affair

reż. Mark Mylod, Jeffrey Reiner
premiera pierwszego sezonu: październik 2014


"The Affair" został nagrodzony Złotym Globem w kategorii "Najlepszy serial dramatyczny", dlatego pomyślałam, że w oczekiwaniu na sezon drugi (którego premiera jeszcze w tym roku) warto napisać o nim kilka słów (chociaż, prawdę mówiąc, sama trzymałam kciuki za "House of Cards", bo drugi sezon bardzo mnie rozemocjonował).

Pozwólcie, że najpierw przedstawię Wam bohaterów:
ALISON mieszka w niewielkim miasteczku Montauk na Long Island. Pracuje jako kelnerka, ma kochającego męża Cole'a i jest bardzo blisko jego rodziny - matki trzymającej pieczę nad ich wspólnym ranczem i braci. Alison i Cole'a łączy również pewna tragedia z przeszłości, która z czasem staje się przyczyną wzajemnych oskarżeń.
NOAH mieszka w Nowym Jorki, jest ojcem czwórki dzieci i mężem wyrozumiałej, opiekuńczej Helen. Pracuje jako nauczyciel w collegu, ale tak naprawdę chce być pisarzem. Tymczasem zmaga się z kryzysem pisania drugiej książki i w poszukiwaniu spokoju oraz inspiracji wyjeżdża na wakacje do swoich teściów, którzy mieszkają w okazałej rezydencji w Monatuk. Sprawy nie ułatwia fakt, że rodzice Helen nigdy nie byli szczególnie przychylni ich małżeństwu, w dodatku jej ojciec sam jest poczytnym pisarzem, a matka nieustannie wtrąca się w ich metody wychowawcze.


Alison i Noah poznają się podczas wakacji i nawiązują tytułowy romans. Historia z pozoru może wyglądać banalnie, ale to, co najciekawsze w samym serialu to jego forma: przede wszystkim wiemy, że zostało popełnione przestępstwo (a historię poznajemy w większości w formie zeznań składanych detektywowi na komisariacie). Wiemy też niemal od samego początku, że dwójkę głównych bohaterów połączyło uczucie, które początkowo było wakacyjną chwilą zapomnienia, by przerodzić się w coś znacznie ważniejszego i trwalszego, co wpłynie na losy obu rodzin. 
Każdy odcinek jest natomiast podzielony na dwie części. Jedna zatytułowana jest imieniem męskim - Noah, a druga imieniem żeńskim - Alison, bowiem detektyw chce poznać oba punkty widzenia na sprawę. Oglądamy więc zarówno niezależne wydarzenia z życia tych dwóch rodzin, jak i te, w których brali udział Noah i Alison. To powtórzenie wspólnych chwil pozwala nam dostrzec, na co kochankowie zwracają uwagę i w jaki sposób pamiętają wydarzenia sprzed kilku lat (dotyczy to szczegółów - od sukienki, którą Alison miała na sobie na pewnym bankiecie - jak i nieco poważniejszych elementów, jak dialogi lub kolejność zdarzeń).


Bardzo spodobał mi się taki sposób przedstawienia historii i muszę przyznać, że serial zaintrygował mnie niemal od pierwszych scen. W pewnym momencie pojawił się jednak wątek - nazwijmy go "przestępczo-pobocznym", żeby nie ujawniać zbyt wiele fabuły - który trochę mnie zirytował (jakby został wprowadzony na siłę). Nie popsuło to na szczęście odbioru całego serialu, bo przedstawiona historia jest autentycznie poruszająca i bardzo dobrze zagrana, na pochwałę zasługują szczególnie odtwórcy głównych ról - Dominic West oraz nagrodzona Złotym Globem Ruth Wilson, a także grający ich współmałżonków Maura Tierney i Joshua Jackson.
Nie dajcie się zwieść pięknym widokom czy wakacyjnemu klimatowi serialu, bo "The Affair" jest nie tylko dosyć oryginalny (przez sposób ukazania historii) i bardzo dopracowany wizualnie (wystrój wnętrz!), ale i niesamowicie smutny. Ale warto dać mu szansę.



fotografie: listal.com

6 września 2014

Filmowe Odkrycia Sierpnia

Odkrycia poprzednich miesięcy możecie znaleźć TUTAJ.

Film: "Szare Ogrody"
reż. Michael Sucsy
2009


Edie Seniorka (fenomenalna Jessica Lange) i Edie Juniorka (czarująca Drew Barrymore) mieszkają w pięknej, ale zaniedbanej (i zapomnianej przez resztę świata) rezydencji Szare Ogrody. Pewnego dnia do ich domu przyjeżdżają bracia Maysles (znani między innymi z nakręcenia jednego z najpopularniejszych dokumentów o The Rolling Stones, "Gimme Shelter"). Filmowcy chcą nakręcić o kobietach film dokumentalny, w którym opowiedzą ich historię: mieszkanki Szarych Ogrodów to z jednej strony ciotka i kuzynka Jackie Onassis (co dodawało tej historii odpowiedniej pikanterii) i dwie samotne ekscentryczki z nieustającymi pretensjami do artystycznej kariery. Z drugiej strony, to jednak wciąż intrygujące osobowości, które mają za sobą dosyć smutną historię.


Film ma więc dwie warstwy: metafilmową, która pokazuje sytuację bohaterek w momencie tworzenia filmu przez braci Maysles oraz retrospektywną, dzięki której poznajemy przeszłość kobiet, schowaną gdzieś za mgłą czasu. "Szare ogrody" to bardzo ciepłe, stylowe i świetnie zagrane kino.

Serial: "Peaky Blinders"
twórca: Steven Knight


Na ulicach Birmingham z początku XX wieku rządzą chłopaki w kaszkietach z wszytymi w daszki błyskającymi żyletkami. To Thomas Shelby (wspaniały Cillian Murphy) oraz jego bracia - starszy Arthur (Paul Andersoni młodszy John (Joe Cole), którzy tworzą najsilniejszy miejscowy gang. Rodzina, której jednym z głównych ogniw jest również charakterna ciotka Polly (Helen McCrory), zarabia na nielegalnych zakładach bukmacherskich i wymuszeniach. Peaky Blinders, bo tak ich nazywają, planują jednak rozpocząć legalną działalność i wzmocnić swoją pozycję w kraju. Kiedy wchodzą w posiadanie dużego ładunku broni, otwierają się przed nimi kolejne możliwości. Ta delikatna sprawa sprowadza jednak do miasta komisarza Campbella (Sam Neil) i pewną przepiękną, tajemniczą kobietę śpiewającą tradycyjne irlandzkie pieśni (Annabelle Wallis)...


Dawno nie widziałam miniserialu, w którym tak pieczołowicie wykreowana byłaby przestrzeń (zwróćcie uwagę na scenografię i tę zachwycającą grę linii i symetrii!), tak dobrze dobrana muzyka (na soundtracku między innymi Nick Cave, Jack White i Tom Waits) i tak emocjonująco stopniowane napięcie.
Jestem zachwycona i nie mogę się doczekać drugiego sezonu.


Guilty Pleasure: 
Gala rozdania nagród Emmy

Odkąd polubiłam seriale, zaczęłam się naprawdę żywo interesować wszystkim, co się z serialami wiąże*. Dlatego z wielkim zainteresowaniem obejrzałam relację z Gali przygotowaną przez jedną z telewizji, mimo że wciąż nie widziałam większości nominowanych produkcji (w szczególności tych komediowych). 
Prowadzenie Setha Meyersa trafiło w mój gust (może trochę głupio się przyznać, ale zazwyczaj śmieszą mnie nawet niezbyt dobre żarty na podobnych imprezach...), dzięki tegorocznym Emmy nabrałam ochoty na obejrzenie (wreszcie!) "Breaking Bad"najbardziej kibicowałam Jessice Lange (nominowanej i nagrodzonej za rolę w "American Horror Story: Sabat"a na czerwonym dywanie zachwycili mnie Claire Danes, Robin WrightJulia Roberts oraz państwo McConaughey.


* Za trzy tygodnie jadę na konferencję naukową na temat seriali, więc po powrocie na pewno będę miała Wam coś ciekawego do opowiedzenia!

fotografie: listal.com

26 lutego 2014

(Serialowe) Odkrycia Stycznia i Lutego

Powrót do domu to powrót do regularnego blogowania!
Na początek, żeby zachować ciągłość cyklu stworzonego kilka miesięcy temu (a są to wpisy z moimi filmowymi odkryciami minionego miesiąca), kilka słów na temat seriali, które obejrzałam na początku tego roku:

"The Killing"

Przyznam szczerze, że dosyć długo nie mogłam zabrać się do oglądania, pomimo setek pozytywnych komentarzy, docierających do mnie z każdej strony. Dopiero moja przyjaciółka, z którą mieszkałam przez ostatnie kilka miesięcy, nieustannym powtarzaniem tytułu "The Killing" niemal zmusiła mnie do jego obejrzenia i cóż... był to oczywiście strzał w dziesiątkę.


Dwa pierwsze sezony naprawdę mnie wciągnęły. Uwielbiam dwójkę głównych bohaterów z ich słabościami, obsesjami i przeszłością. 
Motto sezonów jest jednocześnie wskazówką, czym będą zajmować się detektywi Sarah Linden (Mireille Enosi Stephen Holder (Joel Kinnaman): muszą znaleźć odpowiedź na pytanie "Kto zabił Rosie Larsen?". Wkrótce okazuje się, że w zabójstwo zamieszane może być zarówno środowisko polityczne Seattle (ogarnięte gorączką przedwyborczą), jak i mieszkająca nieopodal społeczność Indian (ze swoimi własnymi prawami i specyficznym minipaństwem w państwie)... co więcej, nawet przeszłość rodziców dziewczyny i jej szkolni znajomi to kolejne tropy w tej przeciwnej układance.


Mimo wszystko jednak nie jestem fanką koncepcji poszukiwania zabójcy przez całe dwa sezony. Co prawda historia poprowadzona jest błyskotliwie i logicznie, dzięki czemu nie czuć dłużyzn, ani przesady, jednak teraz, oglądając sezon trzeci czuję, że rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie całej historii w ciągu dwunastu odcinków to nieco lepszy pomysł (szczególnie dla osób takich jak ja - które nie mogą się powstrzymać od podpytywania osób już zaznajomionych z serialem: "No dobrze... to kto jest zabójcą?"). I pomimo że dwa pierwsze sezony były bardzo emocjonujące, czuję, że trzeci sezon ekscytuje jeszcze bardziej.
Dodatkowo, w obsadzie pojawia się naprawdę znakomity Peter Sarsgaard.


"American Horror Story: Asylum"

Gdy uleciała ze mnie początkowa euforia, patrzę na "American Horror Story" nieco krytycznym okiem, a jednak wciąż naprawdę bardzo go lubię. Szczególnie sezon drugi, "Asylum", którego akcja rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym Briarcliff. Instytucję prowadzoną twardą ręką przez siostrę Jude zaludnia nie tylko galeria osobliwych pacjentów, ale również wyjątkowo unikatowy personel. 
Niepokojąca atmosfera, świetnie zarysowane postacie (szczególnie kobiece, w które wcieliły się znakomite Jessica Lange, Lily Rabe, Frances ConroySarah Paulson, ale także mój ulubiony doktor Oliver Thredson, czyli Zachary Quinto) oraz miejsce (i jego klimat) i czas w których rozgrywają się wydarzenia - szpital psychiatryczny w latach 60. XX wieku - sprawiają, że oglądanie serialu to rodzaj pewnej, miejscami nieco masochistycznej, przyjemności.


Elementy sci-fi, czyli w tym wypadku powiązania z mocami pozaziemskimi, to zdecydowanie najmniej lubiany przeze mnie element tego sezonu. Natomiast wspomniana wcześniej, niezaprzeczalna zaleta to przychodzący do Briarcliff pacjenci, czyli bohaterowie, którzy pojawiają się na chwilę, ale zawsze wprowadzają do akcji dodatkowy, intrygujący element bądź kontekst.
Próbowałam obejrzeć kolejny, trzeci sezon serialu ("Sabat"), jednak pierwszy odcinek skutecznie mnie zniechęcił. 
A może ktoś z Was oglądał i jednak poleca? Chętnie przeczytam opinie!


"Girls: Sezon 3"

O Lenie Dunham i jej twórczości filmowo-serialowej pisałam na blogu już wcześniej (wszystkie teksty znajdziecie TUTAJ), jednak nie mogłabym nie napisać o niej ponownie.
Pierwszy sezon "Girls" był dla mnie absolutnym szałem. Oglądałam go dwukrotnie i dopiero za drugim razem odkryłam wszystkie najbardziej emocjonujące detale (i jeszcze bardziej doceniłam błyskotliwość scenariusza!). Drugi sezon był dla mnie nieco rozczarowujący i, miejscami niestety męczący.


Na szczęście w trzecim sezonie Lena Dunham znów potwierdza, że jest naprawdę utalentowaną, superinteligentną portrecistką swojego pokolenia. Bohaterowie znów są interesujący (podczas gdy w drugim sezonie bywali niemal irytujący) i wciąż pozostają oryginalni. I znów nie mogę powstrzymać się od wyrażenia zachwytu nad postacią Davida (wydawcy e-booka głównej bohaterki Hanny Horvath), w którą wcielił się John Cameron Mitchell i dodania, że Adam Driver (chłopak Hanny) z sezonu na sezon jest po prostu coraz lepszy.


fotografie: blogs.elperiodico.com, seriesadictos.com, rollingstone.com, fanpop.com, culturefly.co.uk, sheknows.com.

19 października 2013

Filmowe Odkrycia Września

Ten wpis powinien był pojawić się już dawno temu, ale niestety ostatnio zupełnie nie mogłam znaleźć czasu na regularne blogowanie - od prawie trzech tygodni mieszkam i studiuję w Madrycie i przede wszystkim musiałam poukładać sobie jak najlepiej pobyt tutaj (mieszkam w superczarującej okolicy, Madryt zauroczył mnie od samego początku, a sześć godzin w tygodniu spędzam na zajęciach o kinie i muszę przyznać, że jestem tymi zajęciami zachwycona od pierwszego kwadransa i chyba powinnam poświęcić mojej Pani Profesor zupełnie osobny wpis, bo jest doskonała...).

Mimo to wciąż bardzo chcę podzielić się z Wami moimi ulubionymi filmowymi odkryciami ostatnich tygodni.

Serial: Homeland


Wpadłam w ten serial po uszy od pierwszego odcinka!
Zazwyczaj mam spore trudności z emocjonalnym zaangażowaniem się w nowy serial. Kiedyś wprost nie cierpiałam tej formy, jednak od niedawna sięgam po nią znacznie częściej, bo coraz więcej seriali to małe dzieła sztuki (sztuki telewizyjnej - chyba nie brzmi to tak źle, nie sądzicie?). I "Homeland" jest właśnie przykładem - po pierwsze: świetnie zrealizowanej formy telewizyjnej, po drugie: historii, która wciąga, zajmuje, a czasami nawet (co lubię w nim najbardziej!) wprowadza w stan autentycznego zdezorientowania.


fot. Annie Leibovitz dla "Vogue"

Carrie (nagrodzona za tę rolę dwoma Złotymi Globami, świetna Claire Danes), agentka CIA podejrzewa, że niedawno odnaleziony w Iraku marine Nicholas Brody (Damian Lewis) nie ma nic wspólnego z bohaterem wojennym, na jakiego kreuje go opinia publiczna, a podczas ośmioletniej niewoli przeszedł na stronę wroga. Carrie za wszelką cenę stara się więc udowodnić jego powiązania z siatką terrorystów.
To, co uwielbiam w tym serialu najbardziej to znakomicie napisany scenariusz: każda z postaci ma tutaj swoje racje, tajemnice i słabości, dzięki którym po pierwsze nie ma czarno-białego podziału na siły dobra i zła. Po drugie, ciężko zidentyfikować się z punktem widzenia którejkolwiek ze stron, tym silniejszy jest efekt zaskoczenia. 

Postać: Georges Méliès

Zauroczenie rozpoczęło się od filmu Martina Scorsese "Hugo i jego wynalazek", w którym Méliès jest jednym z głównych bohaterów (w tę rolę wcielił się Ben Kingsley).
Muszę przyznać, że oglądając ten film świetnie się bawiłam i najbardziej zauroczyło mnie w nim to, jak znakomicie Scorsese poprowadził całą historię, czyniąc z niej opowieść bardzo uniwersalną: z jednej strony to porcja zajmującego kina familijnego, które mogą pokochać dzieci, a z drugiej - piękny hołd dla jednego z pierwszych twórców języka filmowego, kina jako sztuki (i kina w ogóle!), który docenią wszyscy miłośnicy dziesiątej muzy.


A później zobaczyłam wystawę "Georges Méliès. La magia del cine" (TUTAJ), podczas której miałam między innymi możliwość obejrzenia "Podróży na księżyc" (film z 1902 roku uznawany jest za jeden z pierwszych przykładów kina science-fiction, poza tym to właśnie w nim wykorzystano po raz pierwszy technikę animacji) na dużym ekranie i odkrycia wszystkich tajników warsztatu oraz poznania największych inspiracji Mélièsa, co okazało się być naprawdę intrygującym filmowym przeżyciem (wiele filmów Mélièsa można znaleźć na youtube, polecam obejrzeć chociaż kilka!).



fotografie: hopelies.com, vanityfair.com, kedin.es, madridfree.org

16 sierpnia 2013

Serial: Zakazane Imperium

Nie da się ukryć, że od pewnego czasu stałam się wielbicielką seriali. Bez przesady, bo jednak najbardziej na świecie cenię filmy fabularne, ale jest kilka tytułów, które interesują mnie szczególnie i którym według mnie warto poświęcić trochę czasu. Ostatnio pisałam o serialu "Luther" (TUTAJ), a jeszcze wcześniej o znakomitym "House of Cards" (TUTAJ), "Dziewczynach" (TUTAJ), a także - z licealną melancholią - o "Skins" (TUTAJ). Nie mogę jednak nie wspomnieć o serialu, którego klimat, styl i bohaterowie niezmiennie mnie intrygują - to "Zakazane Imperium" ("Boardwalk Empire").


Dwoma czynnikami, które wpłynęły na to, że w ogóle zainteresowałam się tym serialem, są obsada oraz postać reżysera odpowiedzialnego za pierwszy odcinek. Pilota wyreżyserował bowiem mistrz Martin Scorsese (którego jestem bezkrytyczną psychofanką, chociaż przyznam, że musiałam do tego dorosnąć). Z kolei w główne role wciela się plejada znakomitych aktorów, wśród których warto wspomnieć nazwiska: Steve Buscemi, Michael Pitt (który wystąpił w jednym z moich ulubionych filmów muzycznych "Cal do szczęścia"), Michael ShannonMichael Stuhlbarg, Stephen Graham, czy Jack Huston. Brzmi nieźle, prawda?
Akcja serialu rozpoczyna się w 1920 roku i rozgrywa się głównie w Atlantic City, gdzie nieformalnym królem miasta jest skarbnik Nucky Thompson kontrolujący nie tylko sferę polityczną, ale również cały półświatek. Atlantic City zamienia się w centrum międzymiastowych gangsterskich układów, których siłą napędową staje się 18. poprawka do Konstytucji wyznaczająca okres prohibicji. "Zakazane Imperium" to nie tylko historia mafijnych i politycznych rozgrywek (bacznie obserwowanych również przez agentów federalnych). To jednocześnie portret przemian społeczno-obyczajowych (już w pierwszych odcinkach jednym z najważniejszych tematów jest prawo wyborcze dla kobiet) oraz siatka powiązanych ze sobą biografii gangsterów, polityków, ich kobiet i rodzin.


Akcja odcinków rozgrywa się niespiesznie, a związki pomiędzy bohaterami są dosyć skomplikowane, dlatego warto poświęcić temu serialowi w miarę możliwości maksimum uwagi (żeby przez przypadek nie uznać go za przykład czystej telewizyjnej nudy). 
Mam w tym serialu swoją ulubioną trójkę postaci. Nucky Thompson (Steve Buscemi) to pozornie chciwy tyran, a w głębi duszy całkiem wrażliwy i czarujący dżentelmen, który w pewnym momencie zaczyna tracić grunt pod stopami w imperium, które sam stworzył. Ważnym elementem jest również życie uczuciowe skarbnika, a sam Nucky został przez "Vanity Fair" okrzyknięty jedną z dziesięciu najlepiej ubranych postaci serialowych (obok, między innymi, Claire Underwood z "House of Cards"). 
Bardzo lubię też weterana wojennego-człowieka w masce, znakomitego snajpera Richarda, w którego wciela się Jack Huston. To według mnie jedna z najbardziej intrygujących postaci: oaza spokoju i uosobienie melancholii, skrywający jednocześnie tajemnicę, potrafiący przestraszyć i poruszyć jednocześnie.


Moją absolutnie ulubioną postacią w "Zakazanym imperium" jest jednak agent federalny Nelson Van Alden - według mnie to też jedna z najlepszych ról w dorobku Michaela Shannona. Walczący z prohibicją ultrakonserwatywny, nieco zdewociały i superpoważny Van Alden przechodzi w trakcie trwania serialu prawdziwie intrygującą przemianę.


Nie mogę przestać zachwycać się fantazją i dokładnością, z jaką twórcy serialu wykreowali świat "Zakazanego imperium". Miasta, samochody, kostiumy, wnętrza - to prawdziwe majstersztyki. Tak samo, jak błyskotliwe dialogi.
Nie pozostaje mi więc nic innego, jak powtórzenie, że naprawdę warto zainteresować się tym serialem, bo to jedna z najciekawszych, najbardziej precyzyjnych i błyskotliwych produkcji telewizyjnych ostatnich lat.


W serialu pojawia się oczywiście kilka ważnych postaci kobiecych. Aktorki wcielające się w te role (Paz de la Huerta, Aleksa Palladino, Gretchen Mol i Kelly Macdonaldwystąpiły w przepięknej sesji dla "Vanity Fair" - fotografowała świetna Ellen Von Unwerth, a cały materiał możecie zobaczyć TUTAJ.



fotografie: tumblr.com, listal.com, vanityfair.com

13 sierpnia 2013

Serial: Luther

John Luther (Idris Elba) jest detektywem pracującym w londyńskiej policji. Cechują go brawura, dosyć niekonwencjonalne podejście do ustalonych metod i, paradoksalnie, ogromna wrażliwość, z powodu której w najmniej odpowiednich momentach obnaża swoje słabe strony.
"Luther", ten mroczny i trzymający w napięciu thriller z miejsca trafił na moją osobistą listę absolutnie ulubionych seriali. Do tej pory cała historia zmieściła się w czternastu odcinkach podzielonych na trzy sezony i to również utwierdziło mnie w przekonaniu, że miniserial jest chyba jednak odrobinę lepszą formą, niż serial - przynajmniej dla mnie, osoby z trudem wczuwającej się w losy bohaterów przez jeden sezon (a co dopiero przez sześć czy dwanaście).


Bardzo podoba mi się struktura serialu: jego siłą napędową, a także pośrednią lub bezpośrednią przyczyną większości wydarzeń jest bez wątpienia John Luther. W każdym odcinku oglądamy więc po pierwsze kolejne postępowania mające na celu ujęcie groźnych przestępców - Johnowi partnerują, w zależności od sezonu i sytuacji, jego najlepszy przyjaciel Ian Reed (Steven Mackintosh), młody policjant Justin Ripley (Warren Brown) czy wyjątkowo tajemnicza Alice Morgan (Ruth Wilson).
Wszystkie epizody łączą również historie związane bezpośrednio z życiem prywatnym samego Johna Luthera, a jest to bohater na tyle fascynujący (i otacza go tyle intrygujących osób), że jego bardziej osobiste wątki są równie emocjonujące, co najbardziej wymyślne zbrodnie.
Wiem, że to wszystko brzmi bardzo enigmatycznie, ale staram się uniknąć spojlerów. Wszystko, co piszę ma na celu jednak utwierdzenie Was w przekonaniu - jeśli jeszcze nie znacie tego serialu - że "Luther" to prawdopodobnie jedna z najciekawszych serialowych propozycji, nie tylko w kategorii "kryminał".


Na początku tytułowa postać trochę mnie irytowała - John Luther jest bowiem totalnym samcem Alfa, londyńskim superbohaterem i nieustraszonym herosem jednocześnie, i właśnie ta jego śmiałość godna Williama Wallace'a wydawała mi się być drażniąca. 
Teraz jednak myślę, że to jedna z jego największych zalet i cecha, która odróżnia go od całej rzeszy (nierzadko równie oryginalnych) bohaterów współczesnych seriali.
Ogromna w tym zasługa, oczywiście, odtwórcy głównej roli - Idris Elba za kreację w "Lutherze" zdobył Złoty Glob.



Kim jest Idris Elba?
Pochodzący z Anglii Elba jest nie tylko aktorem, ale również muzykiem oraz DJem.
Daily Mail napisał o nim:
"Niewielu jest mężczyzn, którzy mogą spędzić kilka godzin całując się z Beyoncé  a później usiąść z boku i delektować się drinkiem w towarzystwie jej męża, Jay'a-Z" - Elba zagrał z Beyoncé w thrillerze "Obsesja", a dwa lata wcześniej współpracował z Jayem-Z przy nagrywaniu albumu "American Gangster". Aktor dodaje: - "o wiele bardziej stresujące były sceny z Catherine Deneuve. To był najbardziej przerażający ekranowy pocałunek (w filmie "Moja piękna teściowa" w 1999 roku). Byłem jak sparaliżowany, przecież ta kobieta jest legendą".
Kilkanaście lat później to Idris Elba powoli staje się legendą ze swoją trudną drogą na szczyt (zanim został jednym z najbardziej pożądanych aktorów swojego pokolenia, spędził wiele lat pracując w barach, nocnych klubach i fabrykach) oraz czarującą osobowością, dzięki której jest bohaterem niezliczonej ilości towarzyskich anegdot: o tym, że na pewnym obiedzie w Białym Domu Barack Obama osobiście poprosił go, by siadł obok niego, o tym, że Anna Wintour, wielka fanka serialu "Luther", ochoczo do niego mailuje, Daniel Craig wyznaczył go na kolejnego Bonda i że jest ulubieńcem folkowych chłopców z zespołu Mumford & Sons (Elba wystąpił nawet w teledysku do ich utworu "Lover of the Light" - LINK).

fot. Nigel Parry dla "Vanity Fair"

Przełomem w karierze Elby było bez wątpienia wystąpienie w serialu "The Wire" (nazywanym czasami najwybitniejszym serialem w historii). Natomiast w listopadzie swoją premierę będzie miał film "Mandela: long walk to freedom" w reżyserii Justina Chadwicka ("Kochanice Króla"). Idris Elba zagrał w nim oczywiście tytułową rolę.

fotografie: tumblr.com, listal.com

21 kwietnia 2013

Serial: Skins, część 2. Obsada.


W poprzednim wpisie (TUTAJ) wspomniałam o tym, że serial "Skins" stał się początkiem kilku (bardziej lub mniej dynamicznych czy spektakularnych) aktorskich karier. I dlatego dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy z nich:

Nicholas Hoult - Tony Stonem


fot. Julian Broad

Pamiętacie przeuroczą komedię "Był sobie chłopiec" braci Weitz?  Fabuła jest prosta, ale film czarujący: gdy Will Freeman (Hugh Grant), typowy Piotruś Pan, postanawia poszukać swojej nowej wybranki w grupie samotnych matek, przypadkowo poznaje dwunastoletniego Marcusa (Nicholas Hoult)... Rola Marcusa  stała się początkiem przygody Houlta z aktorstwem, ale to serial "Skins" sprawił, że Brytyjczyk zdecydował się zamienić hobby w zawód.
Nicholas Hoult mówi, że gdyby nie był aktorem, chętnie widziałby siebie w roli kierowcy Formuły 1. Uważa również, że jest kompletnie nieinteresujący dla paparazzi - "To jest dziwaczne. Przez większość czasu nawet nie jesteś w stanie ich zauważyć. Są jak ninja" - dodaje.

fot. Jacob Sutton

Z całej filmografii Nicholasa Houlta najbardziej intrygującym filmem jest dla mnie zdecydowanie "Samotny mężczyzna" Toma Forda. Kameralna, emocjonalna, zaskakująca i wizualnie wysmakowana opowieść o profesorze literatury (Colin Firth), który próbuje uporać się ze śmiercią ukochanego, między innymi poprzez stworzenie więzi z jednym ze swoich studentów (w tej roli Nicholas Hoult). O filmie pisałam TUTAJ.


Jak na razie, domeną Houlta są jednak głównie filmy przygodowe i sci-fi ("Starcie Tytanów", "X-Men: Pierwsza klasa", niedługo zobaczymy go w nowym "Mad Maxie"), ale chcę się tej karierze przyglądać. 
Niestety, niewiele mogę powiedzieć o filmach, które miały premierę w tym roku, bo ich jeszcze nie widziałam. A może ktoś z Was obejrzał już "Jacka pogromcę olbrzymów" albo "Wiecznie żywego"? Chętnie poczytam Wasze opinie.

Kaya Scodelario - Effy Stonem

Chłopcy w liceum kochali się w Effy Stonem do szaleństwa. Niezrównoważona, ekscentryczna, małomówna (według magazynu "Interview" Effy odezwała się dopiero w swoim ósmym odcinku) ale obłędnie hipnotyzująca, główna bohaterka trzeciego i czwartego sezonu "Skins" okazała się być najsilniejszym elementem tej części serialu. 

Chyba najgłośniejszą jak do tej pory rolą Kai była Cath Earnshaw w okrzyczanej adaptacji "Wichrowych wzgórz" autorstwa Andrei Arnold, twórczyni kina niezależnego ("Fish Tank"). W tym roku swoją premierę mają kolejne dwa filmy, w których Scodelario zagrała główne role: "Emanuel And The Truth About Fishes" Francesci Gregorini, u boku Alfreda Moliny i Jessiki Biel oraz "Invisible" Stewarta Svaasanda.

Kaya Scodelario w jednym z wywiadów przyznała, że marzy o pracy u boku Toma Hardy, ale jej mama wolałaby, aby jej córka pewnego dnia zagrała z Antonio Banderasem, w którym sama skrycie się podkochuje (Kaya ma bardzo bliskie kontakty z mamą-Brazylijką, świetnie mówi po portugalsku i chciałaby zagrać w brazylijskim filmie)... 

Hannah Murray - Cassie


fot. Vita Hewison

Zwichrowana anorektyczka o sarnich, błyszczących oczach - Cassie  - jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych, najlepiej  pamiętanych i najczęściej cytowanych bohaterek "Skins"
Wcielająca się w tę rolę Hannah Murray szukając inspiracji przed castingiem do serialu obejrzała w telewizji "Śniadanie u Tiffany'ego" i w scenie przyjęcia ujrzała zegarek na kostce jednego z gości. Ten skopiowany element nie tylko przyniósł jej szczęście, ale stał się również kolejną charakterystyczną cechą niebanalnej Cassie.



Życie po Cassie jest jednak równie interesujące: Hannah Murray zagrała w superpopularnym serialu "Gra o tron", ale co jakiś czas upomina się o nią także kino. W 2010 roku pojawiła się w filmie "Łono", dramacie sci-fi Benedeka Fliegaufa, poruszającym kwestię etyki klonowania, w którym zagrała ukochaną głównego bohatera. Dwa lata później pracowała u Tima Burtona, grając w jego "Mrocznych cieniach" (w jednym z wywiadów przyznała, że z filmografii Burtona sama najbardziej lubi "Ed Wooda"). W bieżącym roku mają się ukazać aż trzy premiery z jej udziałem. W międzyczasie Hanna skończyła studia (język angielski na Uniwersytecie Cambridge), a w poprzednim życiu, jak przypuszcza, prawdopodobnie była królową Elżbietą I Tudor.



Oczywiście, to nie jedyni bohaterowie serialu "Skins" którzy wyszli poza świat zdegenerowanych nastolatków.
Joe Dempsie (Chris) gra w "Grze o tron", Luke Pasqualino (Freddie) - w "Rodzinie Borgiów"Dev Patel (Anwar) ma na swoim koncie między innymi rolę w oscarowym filmie Danny'ego Boyle'a - "Slumdog. Milioner z ulicy" (ale również w uhonorowanym pięcioma Złotymi Malinami obrazie "Ostatni Władca Wiatru" M. Nighta Shyamalana)...

A których bohaterów "Skins" wy lubicie najbardziej?

źródła: guardian.co.uk, dailymail.co.uk, interviewmagazine.com.
fotografie: guardian.co.uk, listal.com, gq.com.

14 kwietnia 2013

Serial: Skins, część 1.


twórcy: Bryan Elsley, Jammie Brittain
od 2007 roku

w tekście odnoszę się wyłącznie do oryginalnej wersji brytyjskiej.

Z serialem "Skins" po raz pierwszy zetknęłam się kilka lat temu (czyli w czasie, gdy chodziłam jeszcze do liceum). Z zaciekawieniem oglądałam perypetie głównych bohaterów, bo z każdym odcinkiem dostawałam zakręconą akcję wspieraną przez bardzo dobry soundtrack - było w tym serialu coś, co mnie naprawdę intrygowało, ale nigdy nie utożsamiałam się z żadnym bohaterem (mimo że była to galeria naprawdę różnorodnych typów osobowości, pochodzących z podobnych środowisk, a jednak różniących się bardzo pod względem sytuacji rodzinnej), a koniec czterech pierwszych sezonów przywitałam bez większego żalu. 
Od początku nieco irytowało mnie również natężenie problemów, z którymi potencjalnie mogą borykać się młodzi ludzie: miałam wręcz wrażenie, że jest ich zwyczajnie zbyt dużo, ale podobna konwencja była po prostu sposobem twórców na nakreślenie portretu wycinka brytyjskiej młodzieży. Zdegenerowanej i bardzo zagubionej.

Bohaterowie dwóch pierwszych sezonów kończą właśnie szkołę średnią i znajdują się dokładnie na skraju dorosłości, przed którą bronią się uciekając w używki, imprezy i skorupę obojętności wobec tego, co mówią rodzice i nauczyciele. Paradoksem jest, że jednocześnie właściwie każdy z bohaterów musi przejść przyspieszony kurs dojrzewania... 

Niechciana ciąża, śmiertelna choroba, śmierć rodzica, tragiczny wypadek, anoreksja, przygody z narkotykami, eksperymentowanie z seksem i tożsamością - to jedynie niewielki wycinek poruszanych problemów. Dodatkowo serial "Skins" wyróżnia stylistyczny naturalizm, który czasami może być przyjęty za przesadę, a jednak jest to cecha, która wyróżnia "Skins" spośród dziesiątek innych seriali o młodzieży.
Warto zaznaczyć, że podczas emisji kolejnych sezonów pojawiły się głosy mówiące, że to prawdopodobnie najbardziej niebezpieczny serial w historii, niechybnie prowadzący do globalnej demoralizacji pod wpływem obrazów nierozsądnego i nielegalnego zachowania bohaterów telewizyjnej historii. Dla swojej wersji amerykańska MTV musiała nawet wprowadzić odpowiednie oznaczenie (wyłącznie dla widzów dorosłych).

Trzeci i czwarty sezon ponownie rozgrywa się w Bristolu, w tej samej szkole, ale ponieważ dotychczasowi bohaterowie już studiują, na ich miejsce pojawiają się zupełnie nowe postacie (ogniwem  spajającym "generacje" jest Effy (
Kaya Scodelario) - siostra Tony'ego (Nicholas Hoult), jednego z protagonistów początkowych odcinków, której niewielka rola z dwóch pierwszych sezonów rozrasta się do głównej w sezonie trzecim i czwartym). 
I ponownie mamy całą serię tragedii przeplatanych z miłosnymi uniesieniami, manifestami zazdrości i popowymi traktatami o tolerancji.

Niedawno jednak dałam się namówić na obejrzenie dwóch ostatnich sezonów (czyli znów: z zupełnie nowym zestawem bohaterów). I pomimo, że powinnam być już przygotowana na to, co mnie czeka, kompletnie się zawiodłam. I nie chcę zabrzmieć głupio, ale chyba po prostu ze "Skins" wyrosłam.

Nieustannie irytowała mnie głupota głównych bohaterów. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego aż taką radość sprawia im dewastowanie dorobku ich rodziców lub ludzi, którzy tak naprawdę nie zrobili im nic złego, bądź kompletnie niszczenie swojego życia na własne życzenie... Dlatego właśnie dokręcanie kolejnych sezonów wydaje mi się być kompletnie bezcelowe. Kiedyś był to bardzo świeży, otrzeźwiający produkt, a teraz nie robi chyba już na nikim takiego wrażenia.

"Skins" to dla mnie też serial bez złudzeń, bo każdy pozytywny element (czy jest nim udany związek, fajna rodzina czy względny spokój ducha) zostaje przez twórców prędzej czy później poddany destrukcji. 
Jeśli według autorów serialu tak właśnie działa świat, jest to przykra diagnoza, nie uważacie?

A Wy oglądaliście ten serial?
Macie swoich ulubionych bohaterów? Historie?

PS. W kolejnym wpisie przyjrzę się bliżej odtwórcom najważniejszych ról, bo serial "Skins" stał się początkiem kilku bardziej lub mniej spektakularnie rozwijających się karier.
Mam teraz naprawdę sporo pracy na uczelni i poza nią, więc taki zupełnie luźny blogowy temat jest dla mnie idealny!

28 marca 2013

Serial: House of Cards

Nie mogło być inaczej: jestem absolutnie zachwycona pierwszą serią serialu "House of Cards", dlatego dzisiaj postaram się opowiedzieć Wam, dlaczego naprawdę WARTO poświęcić mu 13 godzin swojego życia.


Jeśli jeszcze nie znacie tego serialu, spokojnie, na pewno nie zdradzę tu zbyt wielu szczegółów fabuły. 
Kongresmen Francis Underwood (genialny Kevin Spacey) nie otrzymuje upragnionego stanowiska Sekretarza Stanu - staje się to bezpośrednim punktem zapalnym do jego działań, które składają się na satysfakcjonującą i wyrafinowaną zemstę... 
Początkowo wydawało mi się, że słaba znajomość amerykańskiego systemu politycznego uniemożliwi mi zaangażowanie się w fabułę serialu - nic bardziej mylnego! To świetna historia, w której polityka jest ważnym tłem, ale mimo wszystko najważniejsze są relacje międzyludzkie, różne znaczenia moralności oraz, oczywiście, sam kongresmen Frank Underwood.


W wywiadzie dla "Vanity Fair" Kevin Spacey powiedział, że praca przy "House of Cards" była jednym z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń, jakie kiedykolwiek udało mu się zdobyć. "I’m the luckiest motherfucker from New Jersey you’ve ever met" - powiedział aktor podczas premiery. Wypowiedział się również na temat współpracy z reżyserem, Davidem Fincherem (który był odpowiedzialny za kilka odcinków pierwszej serii) - "Kiedy David zaczyna mieć obsesję punkcie czegoś - a uwierzcie mi, on ma okrutną* obsesję na punkcie tego serialu - zawsze efekt jest rewelacją"


Amerykańska wersja "House of Cards" powstała na podstawie miniserialu brytyjskiego z 1990 roku. Odpowiedzialność za adaptację i przeniesienie wątków opowieści na grunt amerykański przejął Beau Willimon, dramaturg i scenarzysta "Id Marcowych" (dramatu politycznego wyreżyserowanego przez George'a Clooney'a z nim samym i Ryanem Goslingiem w rolach głównych). Najważniejszy dla Willimona był fakt, iż mógł rozpisać od razu dwie serie (czyli 26 odcinków). Przyznawał w wywiadach, iż dało mu to możliwość bardziej precyzyjnego poprowadzenia historii, odpowiednie rozwinięcie wątków i nakreślenie postaci.

Już od pierwszego odcinka wchodzimy w sam środek pajęczyny zależności pomiędzy przedstawicielami najwyższych sfer amerykańskiej polityki. Frank Underwood jest w tej dżungli najniebezpieczniejszym (i, jak się początkowo wydaje, nieomylnym) drapieżnikiem, który tworzy intrygujący trójkąt uczuciowo-zawodowy ze swoją żoną Claire (Robin Wright) oraz młodziutką dziennikarką Zoe Barnes (Kate Mara).
Na drugim planie błyszczą Corey Stoll jako młody kongresmen Peter Russo, ulubiona marionetka w rękach Underwooda oraz Michael Kelly jako najbardziej lojalny współpracownik Franka, Doug.


Szczególnie fascynujący wydał mi się jednak portret relacji między małżonkami Underwoodów. Francis i Claire, szefowa fundacji dobroczynnej (oraz prawdopodobnie najlepiej ubrana serialowa bohaterka w historii), są nie tylko mężem i żoną, ale nade wszystko superpotężną instytucją, w której podstawą jest wzajemne zaufanie i niezachwiana lojalność. Co jednak zachwyciło mnie najbardziej to fakt, iż żadna z postaci nie jest od początku do końca jednakowa, ani jednowymiarowa. Każdy bohater skrywa sekret z przeszłości, zakłada maski pomagające mu odnaleźć się w tej dzikiej, skomplikowanej rzeczywistości, lub podlega transformacji.


Ten serial to z jednej strony superelegancki thriller polityczny, w którym najważniejsza jest gra pozorów, zależności i umiejętność doskonałego przystosowania się do nieustannie zmieniającej się sytuacji w kongresie. Z drugiej strony to również dzieło wybitnie teatralne - ze swoim pragnieniem zemsty i chorobliwą żądzą władzy Frank Underwood uznawany jest za postać wręcz Szekspirowską. Poza tym, bohater nieustannie łamie "czwartą ścianę", zwracając się bezpośrednio do widza lub chociażby puszczając do niego oko (ja zawsze na to czekam najbardziej! Mam ochotę wtedy odpowiedzieć Francisowi: "Stary, jak zwykle miałeś rację!")


Warto jeszcze wspomnieć o tym, dlaczego "House of Cards" jest przełomowym serialem w historii tego gatunku: to pierwsza wysokobudżetowa produkcja internetowa (odpowiedzialna jest za nią firma Netflix, do tej pory specjalizująca się w internetowej dystrybucji VOD - video na żądanie), serial 2.0, którego cały sezon trafił do sieci jednego dnia, a jego widzowie wolą laptop niż telewizję i nie chcą przejmować się  godziną emisji kolejnego odcinka. "House of Cards" nazywany jest już teraz symbolem schyłku ery telewizji (czy słusznie, czy przedwcześnie - przekonamy się za kilka lat). 


* W oryginale: "fucking". Ale wolę ugrzecznione synonimy.

źródła: kultura.newsweek.pl, elmundo.es, vanityfair.com
fotografie: uk.ign.com, nytimes.com, salon.com, listal.com