Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Malkovich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Malkovich. Pokaż wszystkie posty

5 sierpnia 2011

Klimt


reż. Raoul Ruiz
scen. Raoul Ruiz
2006
 

Lubicie filmy o malarzach?
Ja kiedyś naprawdę uwielbiałam je oglądać (pisałam o nich nawet wiele miesięcy temu TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ), do czasu, aż w moje ręce wpadł film "Klimt" w reżyserii Raoula Ruiza.


Biografia austriackiego malarza-symbolisty Gustava Klimta, prawdopodobnie najbardziej znanego przedstawiciela secesji wydaje się być znakomitym materiałem na filmową historię. Silna osobowość kobieciarza rozwijającego swoją sztukę w czasie dekadenckiego przełomu IXX i XX wieku, pragnącego stworzyć dzieło totalne, wtnikające z nieograniczonej swobody twórczej, niesplątanego żadymi konwenansami... Niestety, obraz z 2006 roku to kolejny film zmarnowanej szansy.


Raoul Ruiz chyba od początku założył, iż jego film nie będzie biografią 1:1. To pozwoliło mu na znacznie większą swobodę, ale jednocześnie - po zderzeniu się z wielką sztuką i osobowością Klimta, reżyser wpadł w pułapkę, w której jego film stał się wydmuszką, jedynie ładnie oprawioną kostiumami i scenografią.


Ruiz przez większą część filmu opowiada nam lekko schizofreniczną historię, w której Gustav Klimt (John Malkovich), targany namiętnością do pewnej tajemniczej kobiety (Safron Burrows), ścigany przez wścibskiego sekretarza (Stephen Dillane) jawi się widzowi jako egocentryczny brutal. Zaryzykuję stwierdzenie, że Klimt miał być tutaj uosobieniem fin de siecle'u, jednak skończyło się na (zapewne dobrych) chęciach.


Ja w tej historii nie znalazłam głębszego sensu, a dodanie rozmetaforyzowanych wątków pozbawia biografię błyskotliwości i większość filmu zmienia w pseudoartystyczną papkę. Być może ktoś kiedyś jeszcze podejmie się sportretowania Klimta, byśmy mogli zachwycić się filmem tak, jak zachwycamy się na przykład "Pocałunkiem"...


PS. Być może to tylko moje zbyt daleko idące wnioski, ale czasami miałam wrażenie, że pochodzący z Chile reżyser nadaje historii klimat bardziej południowoamerykański, niż europejski?

fotografie: moviesonline.ca, silenzio-in-sala.com

14 września 2009

Burn After Reading


reż.

scen. Joel Coen , Ethan Coen
2008



Bracia Coen mają klasę.
Ci, którzy widzieli "To nie jest kraj dla starych ludzi" z szokująco doskonałą kreacją Javiera Bardema zgodzą się ze mną, że jest to film, którego nie sposób zapomnieć - świetnie zrealizowany, nasycony psychozą, świdrujący każdą komórkę nerwową. Joel i Ethan Coen kolejnym filmem przekonują, że ich dobra passa nigdy nie była dziełem przypadku. I dla tych, którzy szukają dobrej, werbalnie pikantnej komedii ze świetną obsadą - "Tajne Przez Poufne" z pewnością przypadnie Wam do gustu.



Siłą tego filmu, oprócz dialogów, są bezapelacyjnie postacie. Jest to absolutny koncert znakomitego aktorstwa, bohaterowie filmu są ze sobą powiązani dość skomplikowaną siecią zależności, wśród których wyróżniamy nie tylko relacje damsko-męskie (włączając randkowanie on-line), ale i posiadanie pewnych ściśle tajnych danych, które zaprowadzą ich wszystkich do rosyjskiej ambasady.



Przede wszystkim zwróćmy uwagę na świetnego
Brada Pitta - jego mimikę, jego teksty, jego ruchy (!) - nawiasem mówiąc, z każdym kolejnym filmem coraz bardziej go lubię - a tutaj, cóż... jego Chad jest instruktorem z siłowni, przygłupim mięczakiem, którego w tym wykonaniu się absolutnie kocha.



Rewelacyjny jest też George Clooney jako Harry - szeryf w ministerstwie skarbu, zakochany w sobie Casanova, mający manię prześladowczą i nieodparty urok osobisty.



Nie można oczywiście nie wspomnieć o aktorach tej rangi co Tilda Swinton, John Malkovich (czyli mężczyzna obdarzony niepowtarzalnie hipnotyzującym głosem) jako tajny agent CIA czy Frances McDormand jako rozhisteryzowana Linda Litzke marząca o Panu Doskonałym i równie doskonałym ciele (dlatego przeszukuje sieć w poszukiwaniu miłości i wplątuje się w polityczną aferę chcąc wyłudzić pieniądze potrzebne do kilku operacji plastycznych) - wszyscy mistrzowsko obsadzeni.



Osobiście nie przepadam za komediami, jednak ta według mnie jest autentycznie zabawna. Sceny zbrodni traktowane są z przymrużeniem oka, ale, jak na dobrą komedię przystało, nie wydaje się to niesmaczne, ponadto zachęcam do wyławiania perełek, jak erotyczna zabawka, którą swojej żonie skonstruował Harry czy scena wizyty Lindy u lekarza.