Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie. Pokaż wszystkie posty

7 sierpnia 2013

Filmowe Odkrycia Lipca

Nie zawsze mam wystarczająco dużo czasu na to, by wyczerpująco opisać Wam filmy, które oglądam lub te, które mnie z jakiegoś powodu zachwyciły, zaintrygowały lub chociaż zaciekawiły.
Dlatego na początku każdego miesiąca będę dzieliła się z Wami moimi filmowymi (i okołofilmowymi!) olśnieniami minionych trzydziestu dni. 
Mam nadzieję, że moje krótkie opisy zainspirują Was do seansów (i lektury).

Lipiec 2013

film: "Zeszłej nocy", reż. Massy Tadjedin, 2010


Jest to jeden z filmów, w których pozornie nic się nie dzieje: czwórka bohaterów, niewiele wnętrz, niespieszne tempo... i właśnie takie filmy lubię szczególnie, ponieważ to, co uwodzi w nich najbardziej to wciągająca gra emocji i uczuć.

Joanna (Keira Knightley) i Michael (Sam Worthington) są młodym (i tak, tak - bardzo atrakcyjnym) małżeństwem. Pewna noc, podczas której Joanna spotka swojego dawnego ukochanego Alexa (Guillaume Canet), a którą Michael spędzi ze swoją koleżanką z pracy, ponętną Laurą (Eva Mendes), podda w wątpliwość to, co łączyło ich do tej pory. 


Największymi atutami tego filmu są bez wątpienia jego kameralny klimat oraz aktorzy, którzy zostali prześwietnie dobrani do swoich ról (dzięki "Zeszłej nocy" ostatecznie przekonałam się do Keiry Knightley, a Guillaume Canet gra samym spojrzeniem porywająco jak nikt inny).

Jeśli znacie podobne filmy (mi przychodzą na myśl na przykład "Rozmowa z gwiazdą", "Like Crazy", "Zakochać się" czy "Restless"), koniecznie mi o nich napiszcie! 


film: "The Deep Blue Sea", reż. Terence Davies, 2011


Film Terrence'a Davisa to czysta filmowa melancholia, w której historia spełnia raczej drugorzędną rolę: żona sędziego (Rachel Weisz) wdaje się w pełen pasji romans z pilotem sił powietrznych (Tom Hiddleston), który okazuje się być natomiast czystą destrukcją. 

Mam wrażenie, że to obraz, który wymaga naprawdę szczególnej atmosfery seansu - zaburzona chronologia i bardzo duży ładunek naprawdę intymnych, niełatwych emocji, a także miejscami teatralne aktorstwo sprawiają, że może wydawać się on dosyć trudny w odbiorze, podczas gdy z drugiej strony te cechy sprawiają, że "The Deep Blue Sea" jest tak wyjątkowy.


To również film, dzięki któremu chcę poznać resztę ról Toma Hiddlestone'a, a Rachel Weisz jest w nim wprost zachwycająca.


książka: Jan Jakub Kolski, "Kulka z chleba", 1998


To jest najbardziej osobiste odkrycie i na pewno sami macie wiele podobnych, swoich własnych - ja czytając "Kulkę z chleba" przekonałam się, że mój ulubiony polski reżyser, Jan Jakub Kolski, jest artystą totalnym i uwielbiam to, że mogę nie tylko z zamiłowaniem oglądać jego filmy, ale również czytać jego książki. Tą pierwszą zachwyciłam się od pierwszych stron.
W swojej debiutanckiej powieści Kolski przenosi się znów w rejony znane chociażby z filmów "Jańcio Wodnik", "Pograbek" czy "Historia Kina w Popielawach"Można odnaleźć w niej nie tylko silne fascynacje realizmem magicznym Gabriela Garcii Marqueza, ale także spotkać samego kolumbijskiego pisarza pod postacią jednego z bohaterów. "Kulka z chleba" to powieść metaliteracka, przepiękna rozprawa o byciu pisarzem i o zmaganiu się z przeszłością - nie tylko własną, ale także kreowanego, powieściowego świata.
Już nie mogę doczekać się przeczytania kolejnej powieści Kolskiego (a także następnego filmu reżysera, o ostatnim, "Zabić bobra", pisałam TUTAJ).

fotografie: listal.com

10 lipca 2013

Mój Rower

reż. Piotr Trzaskalski
scen. Wojciech Lepianka, Piotr Trzaskalski
2012

Wydawałoby się, że niewiele więcej można powiedzieć w kinie o konflikcie pokoleń. I rzeczywiście, Piotr Trzaskalski w swoim filmie "Mój rower" nie dochodzi do przełomowych wniosków, ani nie odkrywa przed widzami nieznanych czy zapomnianych prawd. A jednak, ciężko byłoby chyba znaleźć film, który o trudnościach w międzygeneracyjnej komunikacji opowiadałby z takim wdziękiem, w tak urokliwych krajobrazach i z tak stylową oprawą muzyczną.


Włodek (Michał Urbaniak) jest alkoholizującym się byłym muzykiem. Gdy pewnego dnia porzuca go żona (Anna Nehrebecka) i na dodatek trafia do szpitala, z nieco odległych zakątków Europy do Włodka przyjeżdżają syn Paweł (Artur Żmijewski) i wnuk Maciek (Krzysztof Chodorowski). Mężczyźni postanawiają przekonać Włodka do uroków trzeźwości, odnaleźć babcię i przywrócić życie dziadka z powrotem na dobre tory.


Film ma bardzo niespieszne tempo, ale pełen jest scen, które nadają mu kolorytu (i podkreślają styl oraz wrażliwość reżysera, znane chociażby z nakręconego dziesięć lat wcześniej filmu "Edi"). Tytułowy rower z pozornie lekkiego i niewiele znaczącego leitmotivu filmu zmienia się w pewnym momencie w główny rekwizyt minitraktatu o odwadze i ojcowskiej miłości. 
Poszukiwanie matki okazuje się być dla Pawła także sentymentalną podróżą do dzieciństwa i okazją do poznania osób, które wcale nie są mu najbliższe: matki, ojca i syna.


Obsada też naprawdę mi się podobała, bo główne role to trzy przemiłe niespodzianki: Michał Urbaniak, tutaj nieco rubaszny, kreuje swoją postać z dużą dozą delikatności oraz instynktowną (to jego debiut na ekranie) frywolnością. Również debiutującego w długim metrażu Krzysztofa Chodorowskiego kamera wprost uwielbia, a ja polubiłam oglądanie na ekranie jego rozterek i przepięknie sportretowanej relacji jego bohatera z dziadkiem. I trzymam kciuki za kolejne role. 
Artur Żmijewski natomiast porzuca nieskazitelną dobroć ojca Mateusza, do której przyzwyczaił nas swoją rolą serialową (jasne, oglądam "Ojca Mateusza", niezbyt często, ale jak przypadkowo natrafię na jakiś odcinek skacząc po kanałach podczas kolacji, zawsze sprawia mi to sporą przyjemność) i w "Moim rowerze" staje się bardzo zdolnym, ale i nieznośnie egocentrycznym pianistą. A scena wspólnego, zupełnie przypadkowego muzykowania Włodka i Pawła jest przepiękna i autentycznie poruszająca.


Film jest być może nieco przewidywalny, ale pozostawia po sobie uczucie delikatnego niepokoju i wzbudza (przynajmniej we mnie wzbudził!) refleksje na temat bliskości, rodzinnej czułości i wyrozumiałości. Mam wrażenie, że wszystkie te uczucia wzmaga niepowtarzalny klimat filmu, wykreowany przede wszystkim za pomogą zdjęć Piotra Śliskowskiego oraz muzyki Wojciecha Lemańskiego. Obraz niesie ze sobą mimo wszystko również całą masę ciepła i pełen jest humoru, który trafił zupełnie w moją wrażliwość, dlatego seans "Mojego roweru" był dla mnie naprawdę sporą przyjemnością.


PS. Wielu z Was pewnie nie zdziwi, że niemal od razu po obejrzeniu polskiego filmu zabrałam się za jego opisywanie, ale jeśli ktoś z Was wpadł na blog przypadkiem, lub śledzi go od niedawna przypomnę, że polskie kino interesuje mnie szczególnie i kocham je miłością bezwarunkową. Inne teksty na temat polskich produkcji znajdziecie otagowane słowem Polskie.

fotografie: moj-rower.tvn.pl

17 czerwca 2013

Dziewczyna z szafy

reż. Bodo Kox
scen. Bodo Kox
2012

Bodo Kox wynurza się z undergroundu i debiutuje filmem, który wzbudził we mnie mieszane uczucia. Zabiegi z kina niezależnego przeplatają się tu z mainstreamową tematyką, elementy filmowej układanki nie zawsze pasują do siebie perfekcyjnie, a surrealistyczne projekcje wyobraźni głównych bohaterów miejscami wprawiły mnie w lekką konsternację. A jednak, "Dziewczyna z szafy" to film błyskotliwy, bardzo wzruszający i z pewnością warty uwagi.


Jacek (Piotr Głowacki) jest młodym grafikiem, który z pozoru wydaje się być klasycznym przykładem Piotrusia Pana - nieustannie poznaje nowe dziewczyny (ale w każdej się troszkę zakochuje), kolekcjonuje figurki z jajek z niespodzianką* i opowiada nieśmieszne żarty. To jednak tylko pozory: Jacek zajmuje się swoim upośledzonym (zamkniętym w sobie, ale niezwykle utalentowanym) bratem Tomkiem (Wojciech Mecwaldowski). 
Mikrokosmos filmu można właściwie zawęzić do klatki schodowej i trzech mieszkań, w których rozgrywają się kluczowe wydarzenia tej historii. Jedną z sąsiadek Jacka i Tomka jest pani Kwiatkowska (Teresa Sawicka) - cyniczna, interesowna dewotka, która pomimo epatowania religijnością, bez mrugnięcia okiem jest skłonna wyrządzić krzywdę innym. Na przeciwko chłopaków mieszka natomiast Magda (Magdalena Różańska), nieśmiała i zdystansowana, w swoim mieszkaniu (w którym centralnym punktem, osobliwą enklawą, jest wielka, drewniana szafa) prowadzi dziwaczne eksperymenty.

fot. Anna Rzepka

Pewnego dnia Jacek, wezwany na spotkanie biznesowe, jest zmuszony poprosić Magdę o opiekę nad bratem. Staje się to początkiem  pozornie bardzo powściągliwej, ale i jednocześnie głębokiej, niesamowicie emocjonalnej relacji. Magda i Tomek to dwie zagubione dusze, które w finale połączy pewne rozdzierające pragnienie.

fot. Anna Rzepka

Niektóre sekwencje filmu zbudowane są z krótkich skeczy, co w moim odczuciu przywodzi na myśl filmową przeszłość Bodo Koxa (z jego niezależnych produkcji najlepiej wspominam "Nie Panikuj!", film, który widziałam kilka lat temu na festiwalu kina niezależnego w moim rodzinnym mieście). Sama postać Jacka wydaje mi się być właśnie w takim offowym klimacie, a wcielający się w tę postać Piotr Głowacki miejscami trochę zbyt mocno szarżuje  aktorskimi środkami wyrazu (co nie przeszkadza mi ani w odbiorze postaci, ani w uważaniu go za jednego z najciekawszych obecnie polskich aktorów!). Wojciech Mecwaldowski jako Tomek stworzył bezsprzecznie jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) kreacji w swojej karierze, natomiast reżyser w wywiadach wielokrotnie podkreślał, że dla niego objawieniem okazała się być Magdalena Różańska, wymarzona do roli tytułowej dziewczyny z szafy. 
Galerię bohaterów dopełnia policjant Krzysiek, podkochujący się w Magdzie dobry duch osiedla, którego brawurowo zagrał Eryk Lubos (jeden z moich ulubionych polskich aktorów, o czym mogliście przekonać się TUTAJ).

fot. Anna Rzepka

Zdecydowanie największe wrażenie zrobiły na mnie sceny kręcone we wnętrzach (i w szafie!). Pieczołowicie dopracowany wystrój mieszkań, zarówno braci, jak i Magdy oraz pani Kwiatkowskiej, nie tylko staje się intrygującym tłem dla zdarzeń, ale także niesie dla nich dodatkowe konteksty oraz opowiada bardzo dużo o bohaterach.
Film Bodo Koxa mógłby być uznany za czarną komedię, ale ma w sobie również ogromną dawkę refleksyjności. Tutaj surrealizm miesza się z realizmem magicznym, a narkotyczne wizje z potęgą wyobraźni.
Mogłabym powtarzać do znudzenia, że uwielbiam polskie filmy. Staram się ich oglądać jak najwięcej w kinie i uważam, że polskie kino ma się naprawdę dobrze. I pomimo że "Dziewczyna z szafy" nie jest dla mnie filmem bez wad, niesie ze sobą powiew świeżości, ponieważ Bodo Kox, obdarzony sporą wrażliwością, nie obawia się trudnych tematów, ani kontrowersyjnej** formy.

fot. Anna Rzepka

* Najbardziej ciekawi mnie to, czy zbiór Jacka został stworzony na potrzeby filmu, czy wypożyczony od Wojtka Mecwaldowskiego (usłyszałam kiedyś, że jest kolekcjonerem!). Jeśli ktoś z Was wie, proszę o zaspokojenie mojej ciekawości...

** W wywiadzie dla Dwutygodnika Bodo Kox w części dyskusji na temat zachowawczości polskiego kina, przeciwstawia ją węgierskiej "Taxidermii", która zrobiła na mnie kiedyś ogromne wrażenie. Mówi też o tym, że uwielbia filmy Wesa Andersona. Jak go więc nie lubić?

Zapraszam Was też na mój profil na Instagramie!


fotografie: Anna Rzepka, materiały prasowe Kino Świat

6 czerwca 2013

(ulubieni) reżyserzy. część 2.

Zanim napiszę o moich absolutnie najulubieńszych reżyserach, chciałabym opowiedzieć Wam jeszcze o kilku, których pracę bardzo sobie cenię (pierwszą dwójkę prezentowałam w TYM wpisie):

Jan Jakub Kolski

fot. Adam Golec

To bez wątpienia mój ulubiony polski reżyser. Uwielbiam jego interpretację filmowego realizmu magicznego, sielsko-anielską wieś (zwaną Jańciolandem od według mnie najlepszego filmu reżysera, "Jańcia Wodnika") z przydrożnymi świętymi, miłostkami, samozwańczymi czarodziejami, zbuntowanymi kaznodziejami i rozbuchaną przyrodą.
Rzeczywiście najbardziej pokochałam "Jańcia Wodnika" ze wspaniałą tytułową rolą Franciszka Pieczki - jego bohater odkrywa pewnego dnia, że potrafi czynić cuda, wyrusza więc w świat nieść dobro, zostawiając w domu ciężarną żonę. Jańcio nie wie jednak, że jego wieś została przeklęta wcześniej przez Dziada (Olgierd Łukaszewicz) i od tej pory nic już nie będzie takie samo. Drugą wspaniałą kreację w tym filmie stworzył Bogusław Linda - wcielił się on w rolę Stygmy, który stygmaty Jezusa Chrystusa wywołuje za pieniądze.


Jeśli miałabym wybrać jeszcze inne filmy reżysera, które podbiły moje serce, na pewno byłyby to: "Pograbek" (i wspaniali Mariusz Saniternik oraz Grażyna Błęcka-Kolska w rolach głównych), "Historia kina w Popielawach" (który opowiada o tym, kto tak naprawdę stoi za wynalazkiem braci Lumière) i nieprawdopodobnie urokliwe "Jasminum".
Ostatni film Kolskiego, "Zabić bobra" do dzisiaj wzbudza we mnie mieszane (ale nieustająco gorące) uczucia. To według mnie film nie do końca udany, ale z pewnością bardzo ważny. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ.


- A czy ktoś z Was czytał ostatnią powieść Kolskiego, "Egzamin z oddychania"? Moja Mama jest w trakcie lektury i z niecierpliwością czekam na komentarz po skończeniu, sama planuję zabrać się za nią po egzaminach, ale chętnie poczytam również Wasze opinie!

Michel Gondry


Michel Gondry jest bardzo wszechstronnym filmowcem: w jego dorobku znajdziemy zarówno filmy fabularne, jak i dokumentalne oraz całą masę teledysków (między innymi dla Björk czy The White Stripes). Ja jednak najbardziej cenię dwa filmy, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podczas seansu przenoszą nas do fascynującego, czarodziejskiego świata. Mam na myśli oczywiście "Zakochanego bez pamięci", czyli niebezpieczne eksperymenty dokonywane na własnej pamięci, oraz "Jak we śnie", bardzo surrealistyczny obraz o potędze snów i wyobraźni, z wątkiem miłosnym w tle.
Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz obejrzałam "Zakochanego bez pamięci", uznałam, że jest okropnym, pretensjonalnym chaosem. Z perspektywy czasu jednak widzę, jak bardzo się myliłam: jest to bowiem szalenie mądry, błyskotliwy obraz, w którym wspaniałe role wykreowali Kate Winslet oraz Jim CarreyDzisiaj myślę, że może w wieku czternastu lat miałam nieco inną wrażliwość, a może po prostu ten film trafił na nieswój czas..? Niemniej teraz uważam, że jest to filmowa lektura obowiązkowa. Czy wymazanie z pamięci przykrych wydarzeń przyniosłoby nam wyłącznie ulgę, czy może nieodwracalne szkody? Jak ważne są wspomnienia w kontekście naszej tożsamości? - warto poszukać odpowiedzi właśnie w tym filmie.


To, co podczas seansu zwraca uwagę najbardziej, to (poza intrygującymi historiami) bez wątpienia fantazyjna scenografia. Każde pomieszczenie zdaje się opowiadać zupełnie osobną, oryginalną historię, a każdy znajdujący się w nim przedmiot niesie ze sobą dodatkowe znaczenie (niekoniecznie dla fabuły, czasami wyłącznie dla sceny, a czasami bardzo wprawnie uzupełnia portrety bohaterów).
Wkrótce swoją premierę będzie miał najnowszy film Francuza, "Dziewczyna z lilią", czyli romantyczno-magiczna historia z udziałem Audrey TautouRomaina Durisa i Omara Sy. Nie mogę się doczekać!


Oczywiście, taką listę mogłabym ciągnąć znacznie dłużej: 

Bardzo lubię filmy braci Coen, z tych już obejrzanych zauroczył mnie absurd w "Tajne przez poufne", styl życia Dude'a Lebowskiego czy czarny humor "Fargo", ale także niespokojna atmosfera "To nie jest kraj dla starych ludzi".
(wiecie, że co roku organizowany jest zjazd miłośników i naśladowców Dude'a Lebowskiego? Odtwórcę tej roli, Jeffa Bridgesa tak zafascynowała idea spotkania wielkiej grupy ludzi poprzebieranych za wykreowanego przez niego i braci Coen czołowego filmowego nihilistę, że postanowił zrobić im niespodziankę. Wraz ze swoim zespołem pojawił się na jednym z takich zlotów i zagrał niespodziewany koncert dla oczarowanego tłumu. Przepiękne!)


Z wielką ciekawością sięgam po filmy nowojorskiego artysty, Juliana Schnabela (i bezapelacyjnie najwspanialszym z nich jest dla mnie "Zanim zapadnie noc", biografia kubańskiego pisarza rewolucyjnego, Reinaldo Arenasa - w tę rolę wcielił się niezawodny Javier Bardem), jakiś czas temu zaczęłam poznawać filmografię pochodzącej z Danii Susanne Bier i każdy film autentycznie mnie porusza (recenzję znakomitego "Tuż po weselu" przeczytacie TUTAJ), bardzo cenię umiejętność Davida Finchera do opowiadania emocjonujących, nieco mrocznych historii i kręcenia znakomitych adaptacji, działa też na mnie wrażliwość Todda Haynesa (szczególnie, gdy zajmuje go tematyka szeroko rozumianej tożsamości)...




Natomiast z reżyserujących aktorów bardzo szanuję Clinta Eastwooda (jego "Co się wydarzyło w Madison County" to według mnie jeden z najpiękniejszych melodramatów w historii, który pokazał nieprawdopodobną wrażliwość filmowego Brudnego Harry'ego, zarówno jako reżysera, jak i aktora. Z kolei jego "Rzeka tajemnic" jest jednym z moich ulubionych filmów - znakomicie zagrana, porywająco opowiedziana, miejscami wręcz porażająca i przesmutna historia) oraz George'a Clooney'a (o jego wyczynach z obu stron kamery pisałam TUTAJ). 



Zapraszam Was też na blogowego Facebooka, bardzo się cieszę, że jest tam Was tak wielu!

fotografie: culture.pl, listal.com, kultura.gazeta.pl, europeanmovies.org

2 maja 2013

Sekret

reż. Przemysław Wojcieszek
scen. Przemysław Wojcieszek
2012

Najnowszy film Przemysława Wojcieszka to obraz dość trudny w odbiorze i realizacyjnie niedoskonały. A jednak, wrażliwość, z jaką reżyser (i jednocześnie scenarzysta) odkrywa kolejne elementy historii i motywacje bohaterów, a także nieprawdopodobna precyzja kompozycji kadrów i piękno wizualne filmu sprawiają, że "Sekret" wydał mi się obrazem szczególnie wartym uwagi.

Ksawery (świetny Tomasz Tyndyk), tancerz, występujący na scenie jako drag queen, przyjeżdża do domu swojego dziadka (Marek Kępiński). Ksaweremu towarzyszy przyjaciółka, początkowo bardzo wycofana, milcząca Karolina (Agnieszka Podsiadlik), która jest Żydówką. Ich pobyt w domu dziadka związany jest z pragnieniem odkrycia tytułowego sekretu: w przeszłości dziadek był sądzony za zabójstwo Żyda, ale został uniewinniony. Czy słusznie? "Chcę ci pomóc. Kocham cię. Muszę znać prawdę" - mówi Ksawery.

Przemysław Wojcieszek dużo uwagi przywiązuje do odkrywania kolejnych stron relacji pomiędzy członkami tego nietypowego, emocjonalnego trójkąta. Dziadek uwielbiający snuć opowieści o przeszłości (które Ksawery nazywa "rodzinnym porno") zrobiłby dla wnuka wszystko. Gdy dowiaduje się o przyczynie ostatniej wizyty Ksawerego, pyta: "Pozwolisz skrzywdzić jedyną ci bliską osobę?". Karolina myśli tylko o tym, by odkryć prawdę, jest targana skrajnościami, zarówno w uczuciach do starszego mężczyzny (jej  emocjonalna huśtawka balansuje pomiędzy opiekuńczością, wyrozumiałością, a nienawiścią), jak i Ksawerego, bo relacja między tym dwojgiem jest dziwaczna, odrobinę nienaturalna i do końca niejednoznaczna.



Film podzielono na segmenty, a każdy z nich nosi swój symboliczny tytuł. Niespokojny montaż potęguje poczucie zagubienia bohaterów, ale także widza. Szczególną uwagę muszę zwrócić na przepiękne zdjęcia Jakuba Kijowskiego, wspaniale skomponowane, malarskie kadry i świetną scenografię Mileny Czarnik (przede wszystkim to wnętrze wiejskiego domu dziadka, z rzeźbionym drewnianym Chrystusem i makatą z końmi na ścianach). Największe wrażenie zrobiły na mnie sceny, w których Ksawery przywdziewa swój sceniczny kostium drag queen i przedstawia pełen targających nim emocji taniec. Jego układ to cała opowieść, historia samotnego mężczyzny, który z jednej strony czuje, że musi odkryć prawdę, a z drugiej - wie, że ta prawda zamiast oczyszczenia może przynieść wyłącznie ból. 
Bardzo spodobały mi się też powtarzalne sceny obierania ryb, które nie tylko są jak dubstepowy teledysk: w pewnym sensie ta pozornie trywialna, ale wymagająca niesamowitej skrupulatności czynność pozwala bohaterom na chwilę zapomnieć o sprawie, o którą walczą (tak, jak Karolina o prawdę) czy której bronią (jak dziadek swojej godności).



Największe zastrzeżenie mam do zakończenia filmu, bo miałam wrażenie, jakby w pewnym momencie opowiadana historia się wyczerpała, a kolejne, końcowe sceny nie wnosiły do niej niczego nowego. Nie zmienia to faktu, że "Sekret" uważam za film oryginalny (zarówno pod względem tematyki, jak i realizacji), intrygujący, o dużym ładunku emocjonalnym i zdecydowanie warty poznania.
Nawet, jeśli będzie to znajomość niełatwa.


fotografie: news.o.pl

PS. Chyba Wam już o tym wspominałam, ale warto przypomnieć: Tomasz Tyndyk poza tym, że jest aktorem teatralnym i filmowym, zajmuje się również fotografią. Jego prace (które uwielbiam!) możecie obejrzeć TUTAJ i TUTAJ.
fot. Tomasz Tyndyk

fot. Tomasz Tyndyk

fot. Tomasz Tyndyk

Bloglovin

5 kwietnia 2013

W sypialni

reż. Tomasz Wasilewski
scen. Tomasz Wasilewski
2012


"W sypialni" Tomasza Wasilewskiego to bardzo udany debiut. To również intymne, niejednoznaczne kino o poszukiwaniu swojej tożsamości. Zagubionej? Nigdy nie odnalezionej? Porzuconej na kilka chwil? Dla każdej odpowiedzi na te zagadki można odnaleźć w filmie stosowne uzasadnienie. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że Wasilewskiemu nie chodzi o szukanie odpowiedzi, tylko zadawanie pytań.


Edyta (Katarzyna Herman) potrzebuje przerwy od dotychczasowego życia, więc wsiada w samochód i wyjeżdża do Warszawy. Umawia się z mężczyznami przez Internet, odwiedza w domach, usypia ich i w ten sposób odnajduje miejsca, w których może spędzić noc. W pewnym momencie wydaje się, że odnajduje również szansę na prawdziwą kobiecą przyjaźń z Klaudią (Agata Buzek), ale zupełnie nie potrafi zbudować nowej relacji. Edyta nie jest jednak ani całkowicie wyrachowana, ani zła do szpiku kości. Gdy w jej życiu pojawia się Paweł (Tomek Tyndyk), kobieta jest nie tylko zafascynowana chłopakiem, ale też na chwilę odnajduje spokój i prawdziwą, spontaniczną radość.


Świat portretowany przez Wasilewskiego zamieszkały jest przez bardzo enigmatycznych bohaterów, wśród których bez wątpienia najbardziej (bo od początku aż do samego końca) tajemnicza jest Edyta, protagonistka filmu. Bardzo podoba mi się w filmie to, że nie ma w nim jednoznacznych tez, co, oczywiście, niesie możliwość wielu interpretacji. Możemy mnożyć więc kolejne pytania: kim jest Edyta? Dojrzałą kobietą z symptomami kryzysu wieku średniego? A może dziewczyną, która postanowiła od dorosłości uciec? 


Już w pierwszym filmie widać wrażliwość i talent Tomasza Wasilewskiego, dla którego rzeczywistość jest trochę słodko-gorzka, trochę poetycka i wymyka się definicjom (zwróćcie uwagę również na piękne zdjęcia Marcina Martineza Swystuna!). Dlatego z tym większą niecierpliwością czekam na kolejny film reżysera, "Płynące wieżowce", którego światowa premiera będzie miała miejsce w kwietniu na festiwalu Tribeca, a polska - prawdopodobnie jesienią tego roku.


fotografie: artbiznes.pl, wyborcza.pl, magazyn.o.pl

16 marca 2013

Miłość. Film Sławomira Fabickiego

reż. Sławomir Fabicki
scen. Sławomir Fabicki, Marek Pruchniewski
2012


Czekałam na ten film z niecierpliwością. Sławomir Fabicki ma w swojej filmografii między innymi nominowaną do Oscara świetną "Męską sprawę" i bardzo dobry (choć bardzo brutalny) "Z odzysku". Nic dziwnego, że pokładałam w "Miłości" ogromne nadzieje, które ten film spełnił w stopniu znacznie wyższym, niż tego oczekiwałam. Dlatego z pełnym przekonaniem i odpowiedzialnością mogę napisać, że "Miłość" to film znakomity.


Tomek (Marcin Dorociński) i Maria (Julia Kijowska) są małżeństwem, które oczekuje swojego pierwszego dziecka. Niepewność Tomka i jego wycofanie graniczące z ignorancją oraz pewne traumatyczne zdarzenie, które ukryje Maria, staną się katalizatorami dla lawiny emocji, które zachwieją ich związkiem. "Miłość" nie mówi jednak ani wyłącznie o rozpadzie małżeństwa, ani pragnieniu jego odbudowania, bo dla reżysera tytułowe uczucie jest zbyt skomplikowane, by móc włożyć je w jednoznaczny scenariuszowy schemat. 


Dzieło Sławomira Fabickiego to film nieprawdopodobnie bolesny, który tytułowe uczucie przedstawia bez makijażu, rozebrane na czynniki pierwsze. To jeden z tych filmów, które powinno się oglądać wielokrotnie, na różnych etapach swojego życia, ponieważ ich odbiór w dużej mierze zależy właśnie od sytuacji i momentu życia, w jakim się znajdujemy. Niezależnie jednak od naszego bagażu doświadczeń, oglądając "Miłość" narażamy się na odkrycie naprawdę silnych, ale głęboko ukrytych w nas emocji. 


Film jest również znakomicie obsadzony. Marcin Dorociński (po raz kolejny) potwierdza swoją wielką klasę, natomiast Julia Kijowska (również po raz kolejny!) dowodzi, że jest jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) aktorek swojego pokolenia. Najbardziej zaskakujący (ale jak najbardziej trafiony) wydał mi się natomiast wybór Adama Woronowicza do roli oprawcy głównej bohaterki. Jego bohater jest szanowanym i ustatkowanym prezydentem niewielkiego miasta, ale jego szczęście jest złudne, bo za drzwiami domu i kotarą pozorów kryją się problemy i popędy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Żonę prezydenta zagrała Agata Kulesza, natomiast w role rodziców Tomka wcielili się Dorota Kolak i Marian Dziędziel.


Muszę przyznać, że dawno żaden film tak mocno mnie nie poruszył. Swoją prawdą i gigantycznym ładunkiem bardzo intymnych emocji, które potrafią uruchomić najgłębiej skrywane afekty i niepokoje.


fotografie: Piotr Szczepański, TUTAJ

28 lutego 2013

Zabić bobra

scenariusz i reżyseria: Jan Jakub Kolski

Jan Jakub Kolski w swoim najnowszym filmie niepokoi, zaskakuje i, co najważniejsze, porusza nietknięty dotąd w polskim kinie temat arcytrudnej sztuki zaadaptowania się w rzeczywistości po powrocie z frontu. "Zabić bobra" to obraz nieznośny, osobliwy, czasami wręcz przykry w odbiorze. A jednak, jestem przekonana, że poprzez bezkompromisowe potraktowanie treści, to jednocześnie film naprawdę ważny.


Eryk (nagrodziny na MFF w Karlowych Warach Eryk Lubos) jest weteranem z Iraku i Afganistanu. Powraca do swojego domu, by rozpocząć przygotowania do skomplikowanej misji. O jej kolejnych elementach dowiaduje się krok po kroku od niezidentyfikowanego, znanego tylko sobie mężczyzny, z którym sporadycznie rozmawia przez telefon. Zachowuje się jak przybysz z zupełnie innych czasów, jest dziwaczną hybrydą niedzisiejszej estetyki z supernowoczesną technologią umożliwiającą mu pracę. Starannie przygotowaną operację komplikuje jednak poznana przypadkiem ekscentryczna dziewczyna (intrygująca Agnieszka Pawełkiewicz), która w Eryku szuka opiekuna, powiernika i kochanka.

Eryka i dziewczynę dzieli bardzo dużo, ale to, co ich łączy, to obezwładniające demony przeszłości: oboje muszą się ich pozbyć, by odzyskać spokój. Wielki dom staje się dla nich miejscem nie tylko oczyszczenia, ale także pewnym uniwersum, gdzie zaczynają mówić nawet o miłości, którą każde z nich rozumie na swój własny, równie anormalny sposób.

Reżyser porzuca swoją stylistykę i dobrze znany z innych filmów ("Jańcio Wodnik""Historia kina w Popielawach") Jańcioland, a jednak udaje się w tym filmie odnaleźć elementy sielsko-anielskiej wsi, poddane teraz zupełnej destrukcji: o przydrożnej kapliczce nikt nie pamięta, a przepiękny dworek jest kompletnie zdewastowany tak, jakby Jan Jakub Kolski chciał wykrzyczeć, że to nie jest czas idylli, że nie ma na nią miejsca, albo że ma ona prawo powrócić dopiero wtedy, gdy rzeczywistość, o której opowiada, zmieni się chociaż trochę na lepsze.


Eryk Lubos podczas spotkania po pokazie "Zabić bobra" przytoczył słowa Jana Jakuba Kolskiego, który powiedział, że istnieją filmy, które należy oglądać stojąc na palcach, czyli mając nieco szerszy horyzont, niż widz wtopiony w bezmyślnie patrzący się tłum. I rzeczywiście, również "Zabić bobra" jest filmem, na który trzeba się otworzyć, bo to bardzo nieprzyjemne kino, pełne brudu, gorzkich emocji i autentycznie przerażającej prawdy.
Muszę przyznać, że po seansie długo nie mogłam wypędzić filmu z głowy i z każdą kolejną refleksją przekonywałam się, że reżyser naprawdę wiedział, co robi.


Jan Jakub Kolski pozostaje jednym z moich ulubionych (jeśli nie ulubionym!) polskich reżyserów, a Eryk Lubos swoją rolą w "Zabić bobra" potwierdza, to, co pokazał w swoich najlepszych rolach: że nie lubi w kinie banału.
A ja go właśnie za to (pomimo że czasami zdarza mu się zboczyć z tej konsekwentnej drogi) bardzo lubię.

fot. Marcin Oliva Soto (www)

Film obejrzałam w ramach festiwalu ZOOM-Zbliżenia, który odbywa się każdego roku w moim rodzinnym mieście, więc mam do niego szczególny sentyment.
Więcej informacji o festiwalu TUTAJ.

fotografie: wakacyjnekadry.pl, radioram.pl, tvp.info

PS. Zmieniłam nieco szablon bloga, bo wcześniej marnowało się kilka centymetrów z lewej strony. Nie jestem szczególnie uzdolniona w kwestiach informatycznych, więc czeka mnie jeszcze sporo pracy, ale mam nadzieję, że teraz prezentuje się odrobinę lepiej :)