Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances McDormand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances McDormand. Pokaż wszystkie posty

19 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 3.


Artykuł pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, tę część nieco skróciłam, bo o większości poniższych filmów kiedyś już tutaj pisałam. 
Ale jeśli jesteście ciekawi, cały tekst (i magazyn!) do poczytania TUTAJ

Błędy młodości

Początek filmu: młoda dziewczyna w bluzie idzie popijając sok pomarańczowy z wielkiego plastikowego kanistra. To Juno (Ellen Page), tytułowa bohaterka filmu Jasona Reitmana. Szybko okazuje się, że Juno planuje zrobienie testu ciążowego, a jego wynik przewróci świat nastolatki do góry nogami. Dziecko, które ma przyjść na świat nie jest tym, czego Juno życzyłaby sobie w tym momencie życia.


Jej chłopak nie wydaje się być, przynajmniej na razie, księciem z bajki, a relacje z ojcem (i jego partnerką) to kolejna kropla w morzu problemów dziewczyny. Dlatego postanawia ona znaleźć swojemu dziecku nową, idealną rodzinę. „Juno” to jednak nie ckliwa opowieść o niechcianym niemowlęciu i nastoletnich ciężarnych. To natomiast bardzo błyskotliwy (i wybornie komediowy) portret kursu przyspieszonego dojrzewania, który Juno musi przejść odkrywając po drodze, czym jest odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za własne błędy w kolejnym, bo dorosłym życiu.


W nurt filmów o błędach młodości wpisuje się także film „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig. Jenny (przeurocza Carey Mulligan) to inteligentna, wychowywana w tak zwanej dobrej, angielskiej rodzinie nastolatka, która moknąc na przystanku autobusowym ze swoją wiolonczelą poznaje Davida (Peter Sarsgaard). „Była sobie dziewczyna” to, wbrew pozorom, film daleki od pospolitej komedii romantycznej – on proponuje dziewczynie ochronę przed deszczem i podwiezienie do domu, co staje się preludium do ich burzliwej znajomości [...].


"Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli wprowadza do niego Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego świata, który z czasem zupełnie ją uzależnia, a wrodzona ambicja nakazuje jej błyskawicznie odnaleźć się w zupełnie nowych konwenansach. „Była sobie dziewczyna” to interesująca historia o dojrzewaniu i konieczności brania odpowiedzialności za konsekwencje wszystkich decyzji. To również opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie mogła robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata można było uciec chociaż na kilka chwil [...]. 


Młodość urocza

Urocza. Dokładnie taka jest młodość z filmów Wesa Andersona, a szczególnie ta znana z „Rushmore” i najnowszego filmu Amerykanina, „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Bohater pierwszego z nich to Max Fischer (Jason Schwartzman) – uczeń prestiżowej, tytułowej szkoły Rushmore i jednocześnie najaktywniejszy uczestnik oraz pomysłodawca zajęć pozalekcyjnych. Max jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Marzy o byciu kimś znaczącym dla ludzkości, a jego pozycja w szkolnej hierarchii daje mu tego nieocenioną namiastkę. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się nauczycielka, pani Cross (Olivia Williams), która wpada w oko także pewnemu nauczycielowi, Hermanowi Blume (Bill Murray) – do tej pory najbardziej zaufanemu powiernikowi Maxa. 


„Rushmore” jest jednak czymś znacznie więcej, niż tylko autorskim potraktowaniem high school comedy. To piękny portret niestrudzonego poszukiwania swojego miejsca na ziemi, kształtowania osobowości i dążenia do wymarzonego celu, bez względu na konsekwencje.[...].


Najważniejsze jest jednak to, że młodość u Andersona, mimo że urocza i potraktowana z dużą dozą ironii, traktowana jest przez reżysera z pełnym zrozumieniem i absolutną powagą. Problemy nastolatków w tych perfekcyjnych stylistycznie filmach nabierają wielowymiarowego znaczenia, co sprawia, że jest to kino niebywale wartościowe. W swoim najnowszym filmie „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom Wes Anderson powraca z tym, co w jego kinie zachwyca najbardziej: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i charakterystycznym poczuciem humoru. Oraz portretem bezpretensjonalnej, zaskakująco pomysłowej młodości. 


Bohaterowie filmu, Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka (Frances McDormand) ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis) maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). 


Suzy i Sam, znający się do tej pory jedynie korespondencyjnie, postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia. Werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i tęsknota za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe to motywy, których Wes Anderson także nie potrafi porzucić. Jego kino podszyte jest warstwą nostalgii, którą można bezwarunkowo pokochać. Swoje małe-wielkie opowieści reżyser snuje uciekając od banalnych rozwiązań, a ich wielobarwność pozostawia na bardzo długo wrażenie uczestnictwa w przepięknej przygodzie, w której młodość i dzieciństwo to najpoważniejsze i najpiękniejsze stany na świecie. 



fotografie: listal.com

23 lipca 2012

Moonrise Kingdom


reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson, Roman Coppola
2012


Wes Anderson powraca z przytupem i tym, co w jego kinie najlepsze: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i zaskakującym, uroczym poczuciem humoru.


Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami (Frances McDormand i Bill Murray) oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis), maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii.


Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). Suzy i Sam postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia.


W kinie Wesa Andersona można z łatwością wyodrębnić powtarzające się tematy i w „Moonrise Kingdom” również znajdziemy te, które stały się już cechą charakterystyczną twórczości reżysera: wspaniałe poczucie humoru, skomplikowane relacje rodzinne, werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i nostalgia za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe... 


I to, co mnie w filmach tego reżysera zachwyca najbardziej: długie ujęcia prezentujące wnętrza, kostiumy będące często wariacją na temat czegoś tak zuniformizowanego jak mundurek skauta (wdzianko Sama w „Moonrise Kingdom”) czy kostiumy płetwonurków (uniformy ekipy statku z „Podwodnego świata ze Stevem Zissou”), a także barwne postacie drugoplanowe (czy może bardziej: dalszoplanowe). 


W „Moonrise Kingdom” są to (poza rodzicami głównej bohaterki, Harcmistrzem Wardem i policjantem): narrator (przezabawny Bob Balaban), demoniczna pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), Kuzyn Ben (Jason Schwartzman), dowódca Pierce (Harvey Keitel) i cała barwna grupa młodych skautów.


Nie wiem, czy „Moonrise Kingdom” to najlepszy film Wesa Andersona, ale wielobarwność postaci, emocji i kadrów sprawia, że można (i warto!) się w nim zakochać.



fotografie: movies.nytimes.com, listal.com

21 marca 2012

Zemsta Jeździ Pickupem


Najnowszy film Paolo Sorrentino, „Wszystkie odloty Cheyenne’a”  ogląda się jak piękny, wzruszający, miejscami zaskakujący teledysk ze szczyptą dosyć abstrakcyjnego humoru. To westchnienie pełne nostalgii, muzyki z lat 80., pięknych amerykańskich obrazków i talentu Seana Penna.


Cheyenne (znakomity Sean Penn) jest podstarzałą gwiazdą rocka o wyglądzie Roberta Smitha. Nie chce śpiewać („po co wracać na scenę, skoro jest Lady Gaga..?” – pyta), nagrywać, ani wydawać, ale swoim wizerunkiem bardzo mocno próbuje zatrzymać przeszłość. Desperacko broni się przed dorosłością, nie ma kontaktu z rodziną, nosi w sobie poczucie winy po tym, jak dwójka nastolatków popełniła samobójstwo pod wpływem jego muzyki i niechętnie rozmawia z ludźmi.  


Czas spędza ze smutną, depresyjną nastolatką Mary (Eve Hewson), której matka ciągle wypatruje swojego zaginionego syna, a jego żona Jane (wspaniała Frances McDormand) zdaje się zupełnie akceptować dziwactwa męża, traktując go z jednej strony jak świetnego znajomego z równie nietypowym jak ona poczuciem humoru, a z drugiej – jak dziecko, którego być może jej brakuje („Gwiazda rocka nie powinna mieć dzieci” – twierdził Cheyenne).


Gdy umiera ojciec Cheyenne’a, mężczyzna po 30 latach wraca do Nowego Jorku. Tam dowiaduje się, że jego ojciec wiele lat spędził poszukując możliwości zemsty na swoim oprawcy z Auschwitz. Syn postanawia dokończyć misję – w pożyczonym pickupie przemierza kolejne stany, a film zmienia się w klasyczne kino drogi. Plenery zmieniają się w przydrożne motele i zaniedbane stacje benzynowe. Pojawiają się osoby, które przybliżają Cheyenne’a do poszukiwanego nazisty, ale także do jego własnej dojrzałości. Podróż jest tutaj bowiem dość banalną, ale jakże świetnie sportretowaną metaforą wewnętrznej przemiany bohatera. Dorosłości najdłużej opierać się będzie image Cheyenne’a.


Najmocniejszym elementem obrazu jest bez wątpienia rola Seana Penna. Laureat dwóch Oscarów kradnie dla siebie cały film, można mieć jednak wrażenie, że większość użytych przez niego środków wyrazu znamy już z wcześniejszego (równie wspaniałego) „Sama” Jessie Nelson. Penn świetnie sprawdza się w roli zagubionego, nieco zdziecinniałego gwiazdora w glam rockowej stylizacji, potrafiąc oddać zarówno jego smutek jak i nostalgię. To ostatnie uczucie jest chyba również bardzo bliskie reżyserowi, a najsilniej da się ją odczuć w scenie występu zespołu Talking Heads wykonującego piosenkę „This must be the place”, któremu przygląda się Cheyenne. Również później, ten sam utwór zaśpiewa napotkany przez głównego bohatera mały chłopiec (symbol „nowych czasów”, znający ten kawałek jedynie jako cover Arcade Fire).


Interesujący są również bohaterowie drugoplanowi. O większości z nich nie wiemy zbyt wiele, ale to galeria fascynujących osobowości: poza wspomnianą Marią, jej enigmatyczną matką i szaloną żoną Cheyenne’a (pracującą na co dzień jako strażak, zajmującą się naprawianiem samochodu i entuzjastycznym uprawianiem tai-chi), na uwagę zasługuje poznany przez tytułowego bohatera Ernie Ray (Shea Whigham, szerokiej publiczności znany z roli snajpera w „Maczecie” Roberto Rodrigueza i szeryfa Eliasa Thompsona w serialu „Zakazane Imperium”), biznesmen w typie macho, który pożycza Cheyenne swój samochód.


Spotkanie Cheyenne’a z dawnym oprawcą ojca jest niewątpliwie najbardziej poruszającą sceną z całego filmu. Zemsta dokonuje się na bezkresnej, śnieżnej przestrzeni, ale nie jest to tylko akt swoistego okrucieństwa. Nie jest to także wyłącznie spełnienie niewyrażonej woli ojca. To moment podjęcia prawdziwie dorosłej decyzji, po której Cheyenne, paradoksalnie, może spać spokojniej, niż kiedykolwiek i wrócić do domu z podniesionym czołem.

fotografie: listal.com

14 września 2009

Burn After Reading


reż.

scen. Joel Coen , Ethan Coen
2008



Bracia Coen mają klasę.
Ci, którzy widzieli "To nie jest kraj dla starych ludzi" z szokująco doskonałą kreacją Javiera Bardema zgodzą się ze mną, że jest to film, którego nie sposób zapomnieć - świetnie zrealizowany, nasycony psychozą, świdrujący każdą komórkę nerwową. Joel i Ethan Coen kolejnym filmem przekonują, że ich dobra passa nigdy nie była dziełem przypadku. I dla tych, którzy szukają dobrej, werbalnie pikantnej komedii ze świetną obsadą - "Tajne Przez Poufne" z pewnością przypadnie Wam do gustu.



Siłą tego filmu, oprócz dialogów, są bezapelacyjnie postacie. Jest to absolutny koncert znakomitego aktorstwa, bohaterowie filmu są ze sobą powiązani dość skomplikowaną siecią zależności, wśród których wyróżniamy nie tylko relacje damsko-męskie (włączając randkowanie on-line), ale i posiadanie pewnych ściśle tajnych danych, które zaprowadzą ich wszystkich do rosyjskiej ambasady.



Przede wszystkim zwróćmy uwagę na świetnego
Brada Pitta - jego mimikę, jego teksty, jego ruchy (!) - nawiasem mówiąc, z każdym kolejnym filmem coraz bardziej go lubię - a tutaj, cóż... jego Chad jest instruktorem z siłowni, przygłupim mięczakiem, którego w tym wykonaniu się absolutnie kocha.



Rewelacyjny jest też George Clooney jako Harry - szeryf w ministerstwie skarbu, zakochany w sobie Casanova, mający manię prześladowczą i nieodparty urok osobisty.



Nie można oczywiście nie wspomnieć o aktorach tej rangi co Tilda Swinton, John Malkovich (czyli mężczyzna obdarzony niepowtarzalnie hipnotyzującym głosem) jako tajny agent CIA czy Frances McDormand jako rozhisteryzowana Linda Litzke marząca o Panu Doskonałym i równie doskonałym ciele (dlatego przeszukuje sieć w poszukiwaniu miłości i wplątuje się w polityczną aferę chcąc wyłudzić pieniądze potrzebne do kilku operacji plastycznych) - wszyscy mistrzowsko obsadzeni.



Osobiście nie przepadam za komediami, jednak ta według mnie jest autentycznie zabawna. Sceny zbrodni traktowane są z przymrużeniem oka, ale, jak na dobrą komedię przystało, nie wydaje się to niesmaczne, ponadto zachęcam do wyławiania perełek, jak erotyczna zabawka, którą swojej żonie skonstruował Harry czy scena wizyty Lindy u lekarza.