Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julie Delpy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julie Delpy. Pokaż wszystkie posty

2 września 2010

Happy Birthday!



Mam wielką przyjemność ogłosić, że mój blog obchodzi dzisiaj pierwszy rok swojego istnienia w sieci.

fanfary


Dokładnie rok temu opublikowałam tutaj pierwszego posta (był bardzo ogólny, a ilustrowała go fotografia przedstawiająca George'a Clooney'a, możecie go podejrzeć o TUTAJ), pierwszym filmem, który tutaj zrecenzowałam był "Dwa dni w Paryżu" Julie Delpy, a reżyserem, o którym pisałam najwięcej jest mój mistrz Pedro Almodóvar.



Z tej okazji po pierwsze dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali i zaglądają, tym, którzy publikowali komentarze tutaj lub przesyłali je bezpośrednio do mnie i tym, którzy w różnych dziwnych miejscach, momentach i sytuacjach (w autobusie linii 146, poprzez członków mojej rodziny, podczas jedzenia pysznych tostów z pełnoziarnistej ciabatty, etc.) powiedzieli mi, że czytają wszystko regularnie. Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie to cieszy i jak bardzo jest budujące.


Po drugie, postanowiłam wyjść naprzód pewnym powszechnym tendencjom i zdecydowałam się na założenie blogowi jego własnego profilu na Facebooku. Znajdziecie go TUTAJ i możecie zdecydować, czy LUBICIE TO ;)


Z miesiąca na miesiąc blogowanie zaczęło sprawiać mi coraz większą przyjemność i jestem pewna, że szybko tego nie porzucę, przeciwnie. Mam ciągle nowe pomysły na to, o czym chciałabym Wam opowiadać, co pokazywać, jakie filmy polecać i kim się zachwycać. Fotografie, które ilustrują mój dzisiejszy potok słów to mała (!) próbka tego, co lubię w kinie najbardziej.
Jeszcze raz dziękuję za całe wsparcie, miłe słowa i zachęcam do regularnego czytania.
Enjoy!











ps. Dziękuję Maćkowi za przecudne logo.

fotografie: vanityfair.com, harpersbazaar.com, filmweb.pl, newline.com


3 września 2009

Dwa dni w Paryżu


reż. Julie Delpy
scen. Julie Delpy
2007




Nie wiem, czy powinnam go polecić jako film dla par - z jednej strony jest to gotowy przepis na to, jak nie powinien wyglądać udany związek, jednak z drugiej - wiem, że dla wielu osób film mógłby być swoistym zwierciadłem, w którym raczej nie chcieliby się przeglądać...




Niewątpliwą zaletą "Dwóch Dni w Paryżu" jest kapitalny, szalenie błyskotliwy scenariusz napisany przez Julie Delpy, bardzo cyniczny jednocześnie, co sprawia, że film nie jest klasyczną komedią, a raczej - satyrą na związki damsko-męskie i długie procesy poszukiwania drugich połówek jabłka.
Świetna jest obsada - Julie Delpy (Marion) i Adam Goldberg (Jack) dają autentyczny aktorski popis, ona - wyzwolona Francuzka, on - znerwicowany, neurotyczny Amerykanin szukają romantyzmu w Europie. Przyjeżdżają do Paryża i odwiedzają jej rodziców, którzy, nie dosć, że słabiuteńko mówią po angielsku, w dodatku w burzliwej hippisowskiej młodości byli jeszcze bardziej wyzwoleni, niż ich córka (Matka miała romans z Jimem Morrisonem, ojciec jest stale artystą plastykiem o, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnym, żeby nie powiedzieć obscenicznym obejściu).
Podczas spacerów paryskimi ulicami Marion i Jack spotykają znajomych i wśród nich byłych kochanków Marion, co podnosi temperaturę ich relacji, wzmaga frustrację Jacka, prowadzi do kłótni i wywołuje refleksje na temat sensu istnienia ich związku.
Wisienką na torcie jest Daniel Brühl jako szalony antyglobalista podkładający bomby w toaletach restauracji McDonald's.




Zakończenie filmu jest niejednoznaczne. Marion i Jack przekonują się, że są jak ogień i woda, jak najgorsza ze wszystkich par świata, a jednocześnie - że nie mogą bez siebie żyć. I dlatego właśnie powinni być razem.