Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivia Williams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivia Williams. Pokaż wszystkie posty

19 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 3.


Artykuł pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, tę część nieco skróciłam, bo o większości poniższych filmów kiedyś już tutaj pisałam. 
Ale jeśli jesteście ciekawi, cały tekst (i magazyn!) do poczytania TUTAJ

Błędy młodości

Początek filmu: młoda dziewczyna w bluzie idzie popijając sok pomarańczowy z wielkiego plastikowego kanistra. To Juno (Ellen Page), tytułowa bohaterka filmu Jasona Reitmana. Szybko okazuje się, że Juno planuje zrobienie testu ciążowego, a jego wynik przewróci świat nastolatki do góry nogami. Dziecko, które ma przyjść na świat nie jest tym, czego Juno życzyłaby sobie w tym momencie życia.


Jej chłopak nie wydaje się być, przynajmniej na razie, księciem z bajki, a relacje z ojcem (i jego partnerką) to kolejna kropla w morzu problemów dziewczyny. Dlatego postanawia ona znaleźć swojemu dziecku nową, idealną rodzinę. „Juno” to jednak nie ckliwa opowieść o niechcianym niemowlęciu i nastoletnich ciężarnych. To natomiast bardzo błyskotliwy (i wybornie komediowy) portret kursu przyspieszonego dojrzewania, który Juno musi przejść odkrywając po drodze, czym jest odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za własne błędy w kolejnym, bo dorosłym życiu.


W nurt filmów o błędach młodości wpisuje się także film „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig. Jenny (przeurocza Carey Mulligan) to inteligentna, wychowywana w tak zwanej dobrej, angielskiej rodzinie nastolatka, która moknąc na przystanku autobusowym ze swoją wiolonczelą poznaje Davida (Peter Sarsgaard). „Była sobie dziewczyna” to, wbrew pozorom, film daleki od pospolitej komedii romantycznej – on proponuje dziewczynie ochronę przed deszczem i podwiezienie do domu, co staje się preludium do ich burzliwej znajomości [...].


"Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli wprowadza do niego Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego świata, który z czasem zupełnie ją uzależnia, a wrodzona ambicja nakazuje jej błyskawicznie odnaleźć się w zupełnie nowych konwenansach. „Była sobie dziewczyna” to interesująca historia o dojrzewaniu i konieczności brania odpowiedzialności za konsekwencje wszystkich decyzji. To również opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie mogła robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata można było uciec chociaż na kilka chwil [...]. 


Młodość urocza

Urocza. Dokładnie taka jest młodość z filmów Wesa Andersona, a szczególnie ta znana z „Rushmore” i najnowszego filmu Amerykanina, „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Bohater pierwszego z nich to Max Fischer (Jason Schwartzman) – uczeń prestiżowej, tytułowej szkoły Rushmore i jednocześnie najaktywniejszy uczestnik oraz pomysłodawca zajęć pozalekcyjnych. Max jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Marzy o byciu kimś znaczącym dla ludzkości, a jego pozycja w szkolnej hierarchii daje mu tego nieocenioną namiastkę. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się nauczycielka, pani Cross (Olivia Williams), która wpada w oko także pewnemu nauczycielowi, Hermanowi Blume (Bill Murray) – do tej pory najbardziej zaufanemu powiernikowi Maxa. 


„Rushmore” jest jednak czymś znacznie więcej, niż tylko autorskim potraktowaniem high school comedy. To piękny portret niestrudzonego poszukiwania swojego miejsca na ziemi, kształtowania osobowości i dążenia do wymarzonego celu, bez względu na konsekwencje.[...].


Najważniejsze jest jednak to, że młodość u Andersona, mimo że urocza i potraktowana z dużą dozą ironii, traktowana jest przez reżysera z pełnym zrozumieniem i absolutną powagą. Problemy nastolatków w tych perfekcyjnych stylistycznie filmach nabierają wielowymiarowego znaczenia, co sprawia, że jest to kino niebywale wartościowe. W swoim najnowszym filmie „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom Wes Anderson powraca z tym, co w jego kinie zachwyca najbardziej: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i charakterystycznym poczuciem humoru. Oraz portretem bezpretensjonalnej, zaskakująco pomysłowej młodości. 


Bohaterowie filmu, Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka (Frances McDormand) ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis) maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). 


Suzy i Sam, znający się do tej pory jedynie korespondencyjnie, postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia. Werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i tęsknota za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe to motywy, których Wes Anderson także nie potrafi porzucić. Jego kino podszyte jest warstwą nostalgii, którą można bezwarunkowo pokochać. Swoje małe-wielkie opowieści reżyser snuje uciekając od banalnych rozwiązań, a ich wielobarwność pozostawia na bardzo długo wrażenie uczestnictwa w przepięknej przygodzie, w której młodość i dzieciństwo to najpoważniejsze i najpiękniejsze stany na świecie. 



fotografie: listal.com

11 czerwca 2012

Rushmore

reż. Wes Anderson
scen. Owen Wilson, Wes Anderson
1998


Komedie nie są jedynym gatunkiem filmowym, jaki ostatnio oglądam, ale przyznam, że odkrywanie ciekawych i pisanie o nich sprawia mi ogromną przyjemność. Jakiś czas temu, przy okazji przygotowywania pracy licencjackiej oglądałam (i opisywałam TUTAJ) "Podwodne życie ze Stevem Zissou"
W ramach dalszego odkrywania i delektowania się filmografią Wesa Andersona, przyszła kolej na "Rushmore".


Max Fischer (świetny Jason Schwartzman) jest uczniem prestiżowej szkoły Rushmore i najaktywniejszym uczestnikiem (oraz pomysłodawcą) zajęć pozalekcyjnych. Jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Max marzy o byciu kimś wielkim, kimś znaczącym, a Rushmore, które daje mu tego namiastkę, staje się jego całym życiem. 


Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się pani Cross (Olivia Williams). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jej urok zaczyna działać również na Hermana Blume'a (Bill Murray), nauczyciela i, do pewnego czasu, najbardziej zaufanego powiernika Maxa.


"Rushmore" jest czymś więcej, niż autorskim potraktowaniem high school comedy. To metafora młodości, dojrzewania i poszukiwania swojego miejsca na ziemi. Wes Anderson sięga do swoich ulubionych tematów (relacje rodzinne determinujące lub opisujące charakter bądź zachowanie bohaterów, odmienność utożsamiana/stosowana zamiennie z geniuszem, blaski i cienie dojrzewania), ubiera młodzieńczy bunt w płaszcz groteski, a jednocześnie (co jest w tym filmie wprost cudowne!), traktuje swojego bohatera z pełnią zrozumienia.


Nie zabrakło w filmie również abstrakcyjnego humoru (w którym Wes Anderson jest mistrzem) i bardzo dopracowanej stylistyki (będącej jednym z wyznaczników stylu reżysera). Kapitalny film!

fotografie: listal.com


28 marca 2010

An Education


reż. Lone Scherfig
scen. Nick Hornby
2009


Jenny (Carey Mulligan), która pochodzi z tak zwanej dobrej, angielskiej rodziny poznaje Davida (Peter Sarsgaard) w czasie wielkiej ulewy: moknie ze swoją wiolonczelą, a od ulewy ratuje ją mężczyzna w eleganckim samochodzie. Początek wydawałby się niczym ściągnięty z pospolitej komedii romantycznej, jednak "An Education" wymyka się poza utarte schematy.


Jenny to czarująca, inteligentna uczennica renomowanej szkoły dla dobrze wychowanych (i jednocześnie odrobinę pretensjonalnych) panien. Jest zafascynowana francuską kulturą i uparcie dąży do tego, aby spełnić życzenie apodyktycznego ojca (Alfred Molina), który marzy o tym, aby ujrzeć swoją córkę wśród przyszłych absolwentów Oxfordu.


David jest miły, ujmujący i starszy - wiek i emocjonalna dojrzałość imponują Jenny, która porównuje go ze swoimi nieopierzonymi rówieśnikami. "Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli pojawia się tam z nim Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego przyjaciół (Rosamund Pike i Dominic Cooper) - pary yuppies żyjących z dnia na dzień. Ten świat wciąga ją jednak, wręcz uzależnia, a życiowa ambicja pozwala jej błyskawicznie nauczyć się zupełnie nowych konwenansów.


Jest to elektryzująco interesująca opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie może robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata uciec. Chociaż na kilka chwil.


Ponadto (załączone fotografie są tego świetnym przykładem!) film jest kwintesencją tego, co najlepsze w latach 60.: wnętrza, ubrania, dekadencja... klimat oddany jest tak dobrze, że niemal można poczuć unoszący się w powietrzu na planie dym papierosowy.


Kapitalne jest w filmie aktorstwo: Alfred Molina - krótkowzroczny, interesowny ojciec, Rosamund Pike - głupiutka Helen, Olivia Williams - nauczycielka, która jest dla Jenny głównym oparciem w krytycznym momencie i przede wszystkim - Carey Mulligan w roli Jenny - eteryczna, delikatna, śliczna, z ujmującym uśmiechem, była idealną kandydatką do tej roli i chcę oglądać ją częściej.


Zakończenie filmu (którego nie zdradzę, ale jest naprawdę dobre, dziękuję Ci, Nicku Hornby!) nie jest czystym happy-endem, ale daje nadzieję. Jenny dostaje szansę na kolejny (lepszy?) początek.


PS. Czy możemy udać, ze sceny z bananem w ogóle w filmie nie było?

fotografie: filmweb.pl