17 września 2014

Boyhood

reż. Richard Linklater
scen. Richard Linklater
2014


Mason (Ellar Coltrane) i Samantha (Lorelei Linklater) są rodzeństwem. Poznajemy ich, gdy Mason jest dosyć zamkniętym w sobie, bujającym w obłokach pięciolatkiem, a jego starsza siostra - przemądrzałą fanką Britney Spears. Ich rodzice rozstali się kilka lat temu: matka (Patricia Arquette) postanawia wrócić do koledżu i znów poukładać sobie życie. Ojciec (Ethan Hawke) natomiast, nieco zbyt mocno wierzy w siłę i ideały swojej (przemijającej niestety) młodości. 
"Boyhood" to dwanaście lat z życia tej rodziny. Lat zupełnie zwykłych, a jednocześnie bardzo, bardzo wciągających.


Jest coś, co nie pozwala mi spojrzeć na ten film tak, jak na większość innych. Mam na myśli oczywiście proces twórczy. Instynkt podpowiada mi, że czas kręcenia filmu (który trwał dokładnie tyle, ile czas akcji jego fabuły, czyli dwanaście lat) nie powinien mieć wpływu na jego ocenę, a jednak przyznam, że Richard Linklater i jego ekipa wzbudzili we mnie autentyczny podziw. 
Historia jest też bardzo dobrze zmontowana, spójna i przemyślana - film jest nie tylko zbiorem epizodów z życia przeciętnej, patchworkowej rodziny. To jednocześnie pamiętnik, który wzrusza i pokazuje jej zmiany na przestrzeni wielu miesięcy, pod wpływem pozornie zwyczajnych (czy wręcz nudnych) wydarzeń każdego dnia. Dlatego "Boyhood" naprawdę mi się podoba.


To również film nieźle napisany, miejscami autentycznie zabawny, jednak nie wszyscy bohaterowie wzbudzili we mnie jednakową sympatię. Nie polubiłam głównego bohatera, bo wydał mi się nieco zbyt zblazowany (choć jednocześnie jego ideały wieku nastoletniego są mi się całkiem bliskie). Za to bohaterka Patricii Arquette to moja absolutna faworytka - mam wrażenie, że właśnie ta rola była największym wyzwaniem ze wszystkich, najbardziej dynamiczna i zwyczajnie najbardziej intrygująca.


Świat według Richarda Linklatera widziany oczami dorastającego chłopca jest, paradoksalnie, tak pospolity i tuzinkowy, że nie sposób przejść koło niego obojętnie. I właśnie w tej zwyczajności tkwi siła filmu "Boyhood".


fotografie: listal.com

6 września 2014

Filmowe Odkrycia Sierpnia

Odkrycia poprzednich miesięcy możecie znaleźć TUTAJ.

Film: "Szare Ogrody"
reż. Michael Sucsy
2009


Edie Seniorka (fenomenalna Jessica Lange) i Edie Juniorka (czarująca Drew Barrymore) mieszkają w pięknej, ale zaniedbanej (i zapomnianej przez resztę świata) rezydencji Szare Ogrody. Pewnego dnia do ich domu przyjeżdżają bracia Maysles (znani między innymi z nakręcenia jednego z najpopularniejszych dokumentów o The Rolling Stones, "Gimme Shelter"). Filmowcy chcą nakręcić o kobietach film dokumentalny, w którym opowiedzą ich historię: mieszkanki Szarych Ogrodów to z jednej strony ciotka i kuzynka Jackie Onassis (co dodawało tej historii odpowiedniej pikanterii) i dwie samotne ekscentryczki z nieustającymi pretensjami do artystycznej kariery. Z drugiej strony, to jednak wciąż intrygujące osobowości, które mają za sobą dosyć smutną historię.


Film ma więc dwie warstwy: metafilmową, która pokazuje sytuację bohaterek w momencie tworzenia filmu przez braci Maysles oraz retrospektywną, dzięki której poznajemy przeszłość kobiet, schowaną gdzieś za mgłą czasu. "Szare ogrody" to bardzo ciepłe, stylowe i świetnie zagrane kino.

Serial: "Peaky Blinders"
twórca: Steven Knight


Na ulicach Birmingham z początku XX wieku rządzą chłopaki w kaszkietach z wszytymi w daszki błyskającymi żyletkami. To Thomas Shelby (wspaniały Cillian Murphy) oraz jego bracia - starszy Arthur (Paul Andersoni młodszy John (Joe Cole), którzy tworzą najsilniejszy miejscowy gang. Rodzina, której jednym z głównych ogniw jest również charakterna ciotka Polly (Helen McCrory), zarabia na nielegalnych zakładach bukmacherskich i wymuszeniach. Peaky Blinders, bo tak ich nazywają, planują jednak rozpocząć legalną działalność i wzmocnić swoją pozycję w kraju. Kiedy wchodzą w posiadanie dużego ładunku broni, otwierają się przed nimi kolejne możliwości. Ta delikatna sprawa sprowadza jednak do miasta komisarza Campbella (Sam Neil) i pewną przepiękną, tajemniczą kobietę śpiewającą tradycyjne irlandzkie pieśni (Annabelle Wallis)...


Dawno nie widziałam miniserialu, w którym tak pieczołowicie wykreowana byłaby przestrzeń (zwróćcie uwagę na scenografię i tę zachwycającą grę linii i symetrii!), tak dobrze dobrana muzyka (na soundtracku między innymi Nick Cave, Jack White i Tom Waits) i tak emocjonująco stopniowane napięcie.
Jestem zachwycona i nie mogę się doczekać drugiego sezonu.


Guilty Pleasure: 
Gala rozdania nagród Emmy

Odkąd polubiłam seriale, zaczęłam się naprawdę żywo interesować wszystkim, co się z serialami wiąże*. Dlatego z wielkim zainteresowaniem obejrzałam relację z Gali przygotowaną przez jedną z telewizji, mimo że wciąż nie widziałam większości nominowanych produkcji (w szczególności tych komediowych). 
Prowadzenie Setha Meyersa trafiło w mój gust (może trochę głupio się przyznać, ale zazwyczaj śmieszą mnie nawet niezbyt dobre żarty na podobnych imprezach...), dzięki tegorocznym Emmy nabrałam ochoty na obejrzenie (wreszcie!) "Breaking Bad"najbardziej kibicowałam Jessice Lange (nominowanej i nagrodzonej za rolę w "American Horror Story: Sabat"a na czerwonym dywanie zachwycili mnie Claire Danes, Robin WrightJulia Roberts oraz państwo McConaughey.


* Za trzy tygodnie jadę na konferencję naukową na temat seriali, więc po powrocie na pewno będę miała Wam coś ciekawego do opowiedzenia!

fotografie: listal.com

13 sierpnia 2014

Frank

reż. Leonard Abrahamson
scen. Jon Ronson, Peter Straughan
2014


Początkowo chciałam napisać na temat "Franka" Leonarda Abrahamsona superentuzjastyczny tekst pełen zachwytów nad każdym elementem tego filmu. Emocje opadły i zaczynam dostrzegać we "Franku" pewne wady, ale nie zmienia to faktu, że seans był dla mnie czystą przyjemnością, bo uwielbiam filmy, w których abstrakcja zwycięża nad logiką, a klimat bywa nieco ważniejszy, niż fabuła.
Nie będę zatem pisać za dużo o fabule, bo nie chcę psuć Wam zabawy w odkrywaniu, o co w całym zamieszaniu naprawdę chodzi (bo wbrew pozorom nie tylko o muzykę), a także, kto jest w tej barwnej galerii postaci bardziej szalony, niż inni.
"Frank" jest pełen świetnej, zakręconej muzyki i bardzo smacznych, błyskotliwych epizodów (nic dziwnego - jeden ze scenarzystów, Peter Straughan, pisał również scenariusze między innymi do "Szpiega" czy "Człowieka, który gapił się na kozy"). Na pewno warto poświęcić mu chwilę.


największy plus filmu:

- Frank - to bohater wykreowany na podstawie postaci Franka Sidebottoma - jednego z wcieleń ekscentrycznego amerykańskiego komika Chrisa Sievey'a (film powstał na bazie autentycznych zdarzeń) - to superkreatywny muzyk o enigmatycznej przeszłości, który nie rozstaje się ze swoją wielką maską. 
W rolę Franka wcielił się Michael Fassbender, który, pozbawiony ukrytej za maską mimiki, próbował stworzyć swojego bohatera z gestów, dźwięków, gwałtownych relacji z innymi bohaterami (oraz przestrzenią) i głosu. Według mnie, z sukcesem.


największy minus filmu:

- Jon - to, obok Franka, drugi główny bohater filmu, którego, niestety, nie byłam w stanie polubić. Nie jestem pewna, czy w Jonie bardziej denerwowało mnie jego zachowanie czy charakter, a ma on w sobie pewien rodzaj naiwności, który wydaje mi się wyjątkowo irytujący.
Jona zagrał Domhnall Gleeson, który staje się z kolei coraz ciekawszym aktorem i chętnie będę przyglądać się jego filmowym poczynaniom.


fotografie: entertainment.ie, theguardian.com, justaplatform.com, 

9 sierpnia 2014

słów kilka #1

W ramach (nieregularnego) cyklu słów kilka będę opisywać na blogu (pokrótce i dosyć osobiście) filmy, które z pewnego względu zwróciły moją uwagę, które chcę Wam polecić (lub odradzić), ale nie byłam nimi tak zachwycona, by włączyć je do grupy filmowych odkryć, ani nie znalazłam ochoty lub czasu, by napisać ich pełną recenzję.

Królowie lata
The Kings of Summer
reż. Jordan Vogt-Roberts
scen. Chris Galletta
2013

Joe (Nick Robinson) i Patrick (Gabriel Basso) to zbuntowani nastolatkowie, którzy przyjaźnią się od dzieciństwa i obaj nie potrafią znieść swoich rodziców. Postanawiają więc uciec i rozpocząć dorosłe życie we własnoręcznie wybudowanym domu w środku lasu. Razem z nimi w tej skomplikowanej misji udział bierze Biaggio (Moises Arias), odważny i pomysłowy dziwak, który jest moją ulubioną postacią w filmie.


Nigdy nie miałam domku na drzewie, ani nie byłam fanką biwaków w lesie. Film Królowie lata nie przywołał więc we mnie jakichś szczególnych wspomnień, ale wzbudził specyficzny rodzaj nostalgii. Nie chodzi tu o identyfikowanie się z którymkolwiek z bohaterów, ale samą atmosferę beztroski, która jest jedną z głównych cech portretowanej przez Vogta-Robertsa młodości.
Plus za wspaniały humor, klimat i błyskotliwe dialogi.


360. Połączeni
360
reż. Fernando Meirelles
scen. Peter Morgan
2011

Filmowi Meirellesa przyświeca idea, że świat jest zespołem połączonych ze sobą losów. To (nieco banalnie brzmiące, oczywiście) stwierdzenie portretuje w filmie, w którym życiorysy bohaterów (statecznego angielskiego biznesmena, słowackiej prostytutki i jej siostry, rosyjskiego bodyguarda, brazylijskiego fotografa, gwałciciela odsiadującego wyrok czy amerykańskiego starszego mężczyzny poszukującego swojej zaginionej przed laty córki) przeplatają się w kilku oddalonych od siebie miejscach na świecie. 


Ten film nie jest szczególnie dobry. Z perspektywy zauważam w nim trochę wad (szczególnie scenariuszowych, co dziwi, biorąc pod uwagę to, że jego autorem jest współtwórca filmów Frost/Nixon czy Królowa), miejscami brak logiki oraz pewną nieudolność w konstruowaniu postaci, ale oglądało mi się go bardzo dobrze. Dlaczego? Bo widziałam go na wspólnym luźnym, wieczornym, telewizyjnym seansie z Tatą. I pomimo że podczas oglądania kilka razy zdarzyło nam się skomentować absurdy scenariusza, podsumowaliśmy film zupełnie pozytywnie...
Wniosek? Filmy oglądane z Tatą, zawsze będą lepsze, niż są w rzeczywistości. Sprawdziłam wielokrotnie.
Plus za obsadę, w której znaleźli się między innymi Jude Law, Moritz Bleibtreu, Ben Foster i Rachel Weisz.


Wichrowe wzgórza
Wuthering Heights
reż. Andrea Arnold
scen. Andrea ArnoldOlivia Hetreed
2011

Andrea Arnold (znana jako reżyserka interesującego Fish Tank) podjęła się ekranizacji XIX-wiecznego romansu Emily Brontë. Według mnie, ze średnim skutkiem.
Filmowa historia miłości osieroconego Heathcliffa i Catherine Earnshaw, pochodzącej z aspirującej, ale zubożałej rodziny ma, typowy dla literackiego pierwowzoru, nieco gotycki klimat, jednak brak jej emocjonalności, która powinna cechować tę (kultową) opowieść. Relacje pomiędzy Heathcliffem, a resztą bohaterów (nie tylko Cathy, ale również jej bratem czy późniejszym mężem) zostały nakreślona bardzo wątle, a brak chemii pomiędzy aktorami (James Howson, Kaya Scodelario) oraz pogłębienia postaci sprawia, że jest to historia, w którą nie chce się uwierzyć, która nie wciąga, a z minuty na minutę staje się coraz bardziej irytująca. 


Mam wrażenie, że fabułę oraz związki między bohaterami zdominowała bardzo precyzyjna warstwa wizualna i to jest główny plus filmu: zdjęcia autorstwa Nicolasa Chaudeurge'a.
Piękne, wysmakowane kadry, operowanie zbliżeniami i detalem, a także wykorzystanie zapierających dech w piersiach angielskich krajobrazów stały się jedynym zapamiętywalnym elementem Wichrowych wzgórz.
Poza przepięknym utworem promującym film, czyli "The Enemy" autorstwa Mumford & Sons.

fotografie: listal.com

5 sierpnia 2014

Madryt Pedro Almodóvara

Dzisiaj chcę pokazać Wam tekst, który napisałam do dziewiątego numeru periodyku naukowego "Znaczenia". Kilka miesięcy temu wspominałam o tym, że bardzo interesuje mnie praca naukowa i poświęciłam jej dużo czasu, szczególnie w ciągu minionych dwóch lat studiów. Jednym z jej efektów jest właśnie ten tekst, o roli Madrytu w kinie Pedro Almodóvara, który w całości możecie przeczytać TUTAJ

Wiem, że większości z Was teksty naukowe kojarzą się Wam z czymś raczej do pisania niż do czytania, jednak zawsze staram się znaleźć balans pomiędzy supernaukowym bełkotem, a publicystycznym luzem. Dlatego tym bardziej zapraszam do lektury!


„Po raz pierwszy o Madrycie usłyszałem z ust mojej matki, kiedy byłem bardzo mały. Opowiadała nam w taki sposób, jak opowiada się bajki o wróżkach, że kiedy była małą dziewczynką, przyjechała do Madrytu i spacerowała ulicą Alcalá [...]. Dla dziewczynki z początku wieku, z La Mancha, wyjazd ten musiał być tak niesamowity, jak podróż na księżyc – mieszkańcy tego regionu mało podróżują, a w tamtych czasach podróżowali jeszcze mniej. Matka przedstawiała mi Madryt jako miasto z bajki, a ja wyobrażałem go sobie jak z ilustracji encyklopedii, które bardzo lubiłem oglądać”[1] – tak w jednym ze swoich esejów wspominał Pedro Almodóvar. Reżyser przyjechał do Madrytu w 1968 roku[2] i już trzy lata później poczuł, że dojrzał do tego, by zrobić pierwsze kroki w świecie filmu. Od tamtej pory stolica Hiszpanii jest jednym z głównych i jednocześnie najbardziej fascynujących bohaterów jego twórczości: z własnym charakterem i psychologią. Nieustannie ewoluującym, dynamicznym, ale i naznaczonym piętnem upływającego czasu.
[...]
Zadziwia mnogość strategii filmowych, które wykorzystuje Almodóvar, by zaprezentować Madryt jako przestrzeń kinematograficzną i socjokulturową. Jego pierwsze filmy: Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy oraz Labirynt namiętności to swoista kronika wydarzeń w postfrankowskim Madrycie, których Almodóvar był jednocześnie świadkiem i pomysłodawcą. Reżyser uznawany jest za jednego z założycieli i głównych reprezentantów ruchu społeczno-kulturowego, który nazywał się la movida madrileña (madrycka movida) i powstał około roku 1977[2], a momentem kluczowym w jego formowaniu się była śmierć generała Francisco Franco w 1975 roku. „Miasta to przedmieścia i zanieczyszczenie, hałas i nędza, ale czasami również i z tych niedoskonałości wywodzi się ich wielkość” – pisał Pedro Almodóvar. – „Ale Madryt był nie tylko tą nędzą, odkryłem również zwariowane miasto, które za czasów dyktatury potajemnie bawiło się i przygotowywało do błyskawicznych zmian w chwili, gdy koszmar przeminie”[3].


[...]
W wielu filmach Pedro Almodóvara należy rozdzielić obrazy miasta na przestrzenie otwarte i zamknięte (wnętrza) i w taki sposób można również rozróżnić filmowy Madryt z czasów movidy. W Pepi, Luci, Bom ekscesy głównych bohaterów rozgrywają się przede wszystkim we wnętrzach i mieszkaniach (między innymi w Casa Costus w dzielnicy Malasaña, czyli domu należącym do znanej pary malarzy Costus, którą tworzyli Enrique Naya i Juan Carrero[4]) lub w miejscach ukrytych, znanych wyłącznie ówczesnej bohemie. W tych uniwersach Madryt wydaje się dławić dopiero co odzyskaną wolnością. Z kolei w filmie Labirynt namiętności większość wydarzeń rozgrywa się w przestrzeniach publicznych: na targach, ulicach, w kawiarniach czy lotnisku. Wnętrza służą tutaj przede wszystkim uzupełnieniu charakterystyki osobowości i charakterów postaci. Ewa Mazierska pisze, że „[m]iejscem szczególnie ważnym ze względu na postmodernistyczną mise-en-scène jest madrycki pchli targ [...], El Rastro. Niegdyś obfitował on w najświeższe produkty twórczości członków movidy, takie jak płyty hiszpańskich grup punkowych, plakaty i fanziny oraz przedmioty potrzebne im do tworzenia [...], obecnie można znaleźć pozostałe po niej pamiątki. Rastro było też miejscem, gdzie członkowie i sympatycy movidy spotykali się w celach towarzyskich i erotycznych. Od sceny takich erotycznych spotkań zaczyna się Labirynt namiętności[5].



okolice El Rastro

Sam Almodóvar pisał o tym obrazie następująco: „W 1981 roku zrobiłem film, którego przesłanie brzmiało: «Madryt jest centrum wszechświata i wszyscy przyjeżdżają tu bawić się»”[6]. Podsumowując, można powiedzieć, że movida była nie tylko jednym z głównych tematów wczesnej twórczości Pedro Almodóvara, ale także tworzyła przestrzeń filmową dla poszczególnych wątków i scen. Spełniała rolę tła wydarzeń, uzupełniała portrety bohaterów, wyjaśniała ich kontrowersyjne bądź niezwykłe zachowania, a same filmy są uważane przez niektórych krytyków za jedno z bezcennych i emblematycznych świadectw całej movidy. Według mnie obraz Madrytu znany z pierwszych filmów Almodóvara jest bez wątpienia najważniejszy, gdyż determinuje unikalny styl filmowy reżysera: we wszystkich jego filmach przestrzeń spełnia nadrzędną rolę, natomiast sama movida pomogła wykrystalizowaniu się postawy Almodóvara wobec moralności. Echa tego ruchu można odnaleźć także w kolejnych filmach reżysera, takich jak Złe wychowanie lub Przelotni kochankowie.



[...]
Pedro Almodóvar uważa, że „Prawo pożądania jest melodramatem hiperrealistycznym, pełnym czarnego humoru i czerwonej, spotniałej namiętności madryckiego lata”[7]. Jego głównymi bohaterami jest rodzeństwo – Pablo oraz Tina (która będąc jeszcze chłopcem, była molestowana przez swojego wychowawcę-księdza, następnie przeszła operację zmiany płci na prośbę swojego ojca, z którym połączył ją krótkotrwały, ale bardzo intensywny romans). Tina, postać tragiczna filmu, uważa się za osobę niedoskonałą i postanawia nigdy nie zaufać żadnemu mężczyźnie. Niestety, nawet gdy zwiąże się z kobietą, także nie będzie jej dane zaznać prawdziwego szczęścia. „Tak oto my, mieszkańcy Madrytu, w większości przypadków kochamy nie tego, kogo trzeba, i jesteśmy kochani przez nieodpowiednie osoby”[8] – pisał Pedro Almodóvar, jakby miał na myśli wykreowaną przez siebie bohaterkę. Mark Allinson zauważa, że „[c]zasami interakcje między miastem i bohaterami są bardziej bezpośrednie, czy wręcz spersonalizowane”[9], i jako przykład podaje jedną z najsłynniejszych scen z twórczości Almodóvara, w której Tina, wracając do domu w upalną noc, prosi mężczyznę sprzątającego ulicę, by ten polał ją wodą, którą zmywał z bruku czerwcowy kurz. Stojąc na ulicy w kompletnie przemoczonej (wymownie czerwonej) sukience, mówi swojemu bratu, że zawsze marzyła, by móc zrobić coś podobnego. Na jej twarzy pojawia się uśmiech i Tina znów czuje się dobrze na madryckiej ulicy. Czerwcowy upał miasta nie tylko czyni życie bohaterów jeszcze bardziej nieznośnym, ale wydaje się również metaforą ich uczuciowości. Wysokie temperatury stają się nie tylko wytłumaczeniem dla chwilowych zaćmień czy irracjonalnych zachowań, ale są też jednoznaczną analogią do tytułowego pożądania.
[...]
W filmie Kika ulubione miasto Pedro Almodóvara przedstawiane jest przede wszystkim przez program telewizyjny: równolegle do rozwoju wątków obserwujemy bowiem proces powstawania programu Lo peor del día (Okropności dnia), którego gospodynią jest Andrea Caracortada (Andrea z Blizną). To zdesperowana reporterka, która, ubrana w uniform przypominający zbroję, z kamerą przytwierdzoną do czoła, przemierza na swoim motocyklu całe miasto w poszukiwaniu sensacji. Każdy program rozpoczyna od wymienienia w bardzo teatralny sposób wszystkich zbrodni, o których dowiedziała się w ostatnim czasie. Katarzyna Citko uważa, że Lo peor del día jest kwintesencją tego, co nazywamy spektaklem: „[...] jest to czysty, skondensowany strumień przemocy o silnych konotacjach erotycznych, w najbardziej widowiskowym wydaniu”[10]. Badaczka zauważa również, że w swoim futurystycznym kostiumie Andrea przypomina pierwszą filmową kobietę-maszynę, czyli Marię z Metropolis Fritza Langa: „Podobnie jak ona, bohaterka Almodóvara reprezentuje znamienne połączenie seksualności i technologii, podniety i niebezpieczeństwa, uosabiając ideał męskiego pożądania, jako że technologia zdaje się umożliwiać kontrolę nad cielesnością, a męskie fantazje znajdują wszak odzwierciedlenie w idei kontroli”[11].




Do tej makabrycznej formuły programu perfekcyjnie pasuje wystrój studia. Almodóvar wykreował szczególny rodzaj przestrzeni, która przywodzi na myśl sam Madryt. Posępne opisy i fragmenty wideo, które ilustrują opisywane zbrodnie, wspaniale komponują się ze scenografią imitującą centrum niemal pustynnej, złowieszczej metropolii. Studio telewizyjne zmienia się dzięki temu w miasto wewnątrz innego miasta, a Lo peor del día staje się świadectwem czasów, w których media spełniają kluczową rolę w procesie kształtowania świadomości społecznej. Sam Almodóvar tłumaczył: „Kika opowiada o problemie życia w wielkim mieście, co chciałem przedstawić jako aurę wyczuwalną w powietrzu, i dlatego też prawie w ogóle w filmie nie jest pokazane samo miasto”[12]. Andrea wyśmiewa codzienne tragedie, trywializuje bliskość śmierci. Ponieważ w jej studiu nie ma ludzi, a jedynie puste czerwone krzesła, jej słowom towarzyszy sztuczny aplauz, nagrane wcześniej oklaski, jakby widz, czyli przeciętny mieszkaniec miasta, właściwie w ogóle jej nie interesował. Według Katarzyny Citko: „W Kobietach na skraju załamania nerwowego miasto było przestrzenią idylliczną, pełną życia i zamieszkałą przez życzliwe osoby [...] zaś presja i napięcie wynikały jedynie z tego, że mężczyźni porzucali kobiety odchodząc z innymi. Natomiast w Kice miasto staje się agresywnym molochem i piekłem, pełnym podglądaczy, nieudolnych stróży prawa i maniaków seksualnych, zaś mężczyźni nie opuszczają kobiet, lecz zwodzą je, oszukują, szpiegują, a nawet zabijają”[13].
[...]



Poza pierwszymi filmami Pedro AlmodóvaraPepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy oraz Labirynt namiętności, trzecim, który mówiłby tak wiele o mieście, jest bez wątpienia Drżące ciało. Pomimo że Madryt jest ciągle obecny w twórczości reżysera i nieustannie ewoluuje, to w ostatnim z wymienionych filmów możemy bezpośrednio obserwować jego transformację. Katarzyna Citko podsumowuje: „Filmowa przestrzeń, jak zwykle bywa w filmach Almodóvara, służy do charakteryzowania zdarzeń i bohaterów. W Drżącym ciele ponownie poruszamy się po ulicach Madrytu, ale urbanistyczna przestrzeń jest inna niż w Kice (w tym filmie abstrakcyjne obrazy miasta przywoływały wizję apokaliptyczną), inna niż w Kobietach na skraju załamania nerwowego (tu miasto stwarzało wrażenie sielankowe i idylliczne), inna niż w Kwiecie mojego sekretu (tu z kolei miasto było smutne i wyludnione w swych nocnych pejzażach), inna niż w Czym sobie na to zasłużyłam? (ten obraz eksponował bezduszne i porażająco brzydkie pejzaże madryckich peryferyjnych blokowisk). Drżące ciało przynosi wizję Madrytu nowoczesnego, rozwijającego się i rozkwitającego”[14].Mark Allinson policzył, iż w scenariuszu pierwszych scen dwunastego z kolei pełnometrażowego filmu Pedro Almodóvara nazwa hiszpańskiej stolicy wspominana jest co najmniej siedemnaście razy, co więcej, według autora reżyser w Drżącym ciele nadaje Madrytowi „wyjątkowość bliską adoracji”[15]. We wspomnianych początkowych sekwencjach poznajemy historię narodzin Victora, który (gdy reżyser powróci do jego historii, opowiadając ją z perspektywy o dwadzieścia lat późniejszej) będzie głównym bohaterem filmu. Mark Allinson nazywa Victora „Synem totalnym Madrytu”, ponieważ matka urodziła go w autobusie miejskim na środku wyludnionej ulicy w noc 1969 roku, dokładnie wtedy, gdy minister informacji i turystyki Manuel Fraga ogłosił w ogólnokrajowym radiu „stan wyjątkowy”. Poprzez pojawienie się podobnych detali Madryt w kinie Pedro Almodóvara jest nie tylko stolicą Hiszpanii, ale także zwierciadłem dla transformacji kraju[16]
[...]



Reżyser powiedział: „Tak, jak inni moi bohaterowie, Madryt jest przestrzenią, której nie wystarczy mieć przeszłości, ponieważ przyszłość nieustannie ją ekscytuje” [17]. Bez wątpienia, Pedro Almodóvar od początków lat osiemdziesiątych pozostaje głównym filmowym portrecistą stolicy Hiszpanii. Prezentuje mnogość twarzy miasta, a także jego transformacje społeczne, polityczne czy architektoniczne, zachowując swój własny styl i wyrażając swoją bezwarunkową miłość do tego miasta i nieuleczalną fascynację, ponieważ, jak sam pisał: „Madryt jest tak samo nieogarniony jak istota ludzka. Tak samo sprzeczny i różnorodny. Tak samo jak ludzie mają tysiąc oblicz (wiele z nich sprzecznych), to miasto jest dla mnie połączeniem tysiąca innych miast”[18].



fotografie Madrytu pochodzą z mojego zbioru, inne: tumblr.com


PRZYPISY:[1] P. Almodóvar, Pojechać do Madrytu, [w:] Patty Diphusa, przeł. H. Torrent-Piasecka, Izabelin 1996, s. 95.[2] W. Bryl-Roman, Madrycka movida jako ruch kulturowy, Poznań 2008, s. 25.[3] P. Almodóvar, op. cit., s. 97 i 98.[4] W. Bryl-Roman, op. cit., s. 150.[5] E. Mazierska, Słoneczne kino Pedra Almodóvara, Gdańsk 2007, s. 36.[6] P. Almodóvar, op. cit., s. 136.[7] Ibidem, s. 89.[8] Ibidem, s. 90.[9] M. Allinson, Un laberinto español. Las películas de Pedro Almodóvar, Madrid 2003, s. 161, tłumaczenie własne.[10] K. Citko, Filmowy świat Pedra Almodóvara. Uniwersum emocji, Białystok 2007, s. 323.[11] Ibidem, s. 326.[12] F. Strauss, Almodóvar. Rozmowy, przeł. O. Hedemann, Izabelin 2003, s. 150.[13] K. Citko, op. cit., s. 415.[14] Ibidem, s. 115.[15] M. Allinson, op. cit., s. 149.[16] Ibidem, s. 150.[17] Ibidem, s. 149.[18] P. Almodóvar, op. cit., s. 98.

29 lipca 2014

Odkrycia Książkowe

Moja trzymiesięczna przerwa od blogowania nie oznacza, że przestałam oglądać filmy. Przynajmniej niezupełnie. 
A jednak, przez ostatnie kilkanaście tygodni oglądałam ich znacznie mniej, niż kiedyś, ponieważ większą część mojego czasu pochłonęło pisanie pracy magisterskiej* i wielogodzinna analiza wyłącznie trzech filmów (dzięki temu trylogię Alejandro Gonzáleza Iñárritu znam już niemal na pamięć!).

Dlatego też dzisiaj chcę podzielić się z Wami moimi najulubieńszymi, nie filmowymi, a filmowo-książkowymi odkryciami ubiegłych tygodni.

Odkrycie: Książka
Matt Zoller Seitz "Wes Anderson Collection"


Wes Anderson jest w ścisłej czołówce moich ukochanych reżyserów, a książka okazała się być idealnym prezentem urodzinowym. Co w niej lubię najbardziej, to możliwość odkrywania czegoś interesującego na (dosłownie!) każdej stronie i odczuwalną pasję, z jaką została napisana.

Książka jest zapisem rozmów pomiędzy dziennikarzem Mattem Zollerem Seitzem i Wesem Andersonem, z których dowiadujemy się dużo na temat procesu twórczego poszczególnych filmów oraz inspiracji, które pomagają Andersonowi w tworzeniu jego unikalnego filmowego świata, albo na przykład co łączy "Ostatniego Mohikanina" z "Fantastycznym Panem Lisem" czy Michelangelo Antonioniego ze Stevem Zissou. Książka wypełniona jest również wspaniałymi fotografiami i ilustracjami (są to zarówno rysunki samego Wesa, jak i materiały inspirowane jego twórczością, a także wykonane specjalnie na potrzeby publikacji ilustracje Maxa Daltona).


Jest to również jedna z książek, które można czytać zarówno od deski do deski, jak i na wyrywki i za każdym razem wspaniale się bawić podczas lektury. Według mnie jest to również obecnie najważniejsze narzędzie do wnikliwej analizy i pełnego zrozumienia kina Wesa Andersona.


Odkrycie: Książka
Maria Eladia Hagerman (wyd.), "Babel"

Kupiłam ten album zupełnie przypadkiem, bo to publikacja, obok której nie da się przejść obojętnie. Szczególnie, jeśli jest się prawdziwym miłośnikiem twórczości Alejandro Gonzáleza Iñárritu: w szczególności filmu "Babel", ale nie tylko, bo pomiędzy wierszami (oraz w opublikowanym w książce wywiadzie) można wyczytać o wiele więcej na temat samego reżysera oraz inspiracji i wartości, które determinują jego podejście do kina.


Główną część książki stanowią zdjęcia robione na planie przez czwórkę fotografów (Mary Ellen Mark, Patricka Barda, Gracielę Iturbide oraz Miguela Rio Branco) oraz komentarze i anegdoty reżysera, a w spójną całość złożyła ten materiał Maria Eladia Hagerman (prywatnie żona Iñárritu, obecna na planie w każdym z krajów będących miejscem akcji filmu, czyli w Maroku, Meksyku i Japonii).

fot. Mary Ellen Mark


Odkrycie: Książka
Pedro Almodóvar, "Patty Diphusa"

Jestem fanką twórczości Almodóvara z czasu movidy (ruchu społeczno-kulturowego, który rozkwitł w Madrycie, ale również innych miastach Hiszpanii, po śmierci generała Francisco Franco), czyli początku lat 80., kiedy nie liczyły się konwenanse, konwencje, obyczajowość czy talent. W cenie były natomiast odwaga, szaleństwo, kreatywność, pewien nonkonformizm i wrażliwość na rozmaicie pojmowaną sztukę, czego echa znajdziemy w filmach "Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy" oraz "Labirynt namiętności"


Tytułowa bohaterka zbioru opowiadań jest postacią fikcyjną, ale z powodzeniem mogłaby szaleć w klubie Rock-Ola, przyjaźnić się z movidowcami czy występować w pierwszych filmach Almodóvara. To gwiazda porno zakochana w Madrycie, która mówi o sobie, iż jest "kobietą, która nie boi się przyjemności".
Poza historiami z życia Patty, w książce znajdują się również felietony reżysera, w których opowiada on między innymi o stolicy Hiszpanii czy swoich filmach - wszystko z dużą dawką absurdu i nieco czarnego humoru.

* Pracę napisałam i obroniłam na 5, jestem też bardzo zadowolona z efektu, jednak muszę przyznać, iż z perspektywy czasu zastanawiam się, co to za głos podsunął mi pomysł, by poświęcić tyle godzin z życia najsmutniejszym filmom pod słońcem?