Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lynch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lynch. Pokaż wszystkie posty

6 lipca 2011

Magiczne Projekcje Zastępczej Rzeczywistości (część 3)


Demoniczna wydaje się być także nienamacalność świata Davida Lyncha. Reżyser potrafi odtworzyć go niezależnie od okresu historycznego i opowiadanej historii, co jest wyrazem potęgi surrealizmu.


W filmie "Człowiek Słoń" Lynch przenosi się do wiktoriańskiej Anglii opowiadając historię Johna Merricka (John Hurt) cierpiącego na rzadką przypadłość genetyczną – zespół Proteusza – asymetryczny przerost skóry, mięśni i kości. Z powodu deformacji John przezywany jest tytułowym określeniem, wyrażającym pogardę dla jego fizycznej ułomności. 


Bohater, przez lata występujący w objazdowym cyrku został przez swojego protegowanego obdarty z człowieczeństwa. Staje się atrakcją, eksponatem, dzięki któremu ludzie mogą dać upust swojej ciekawości oraz uleczyć kompleksy. Dopiero przypadkowo poznany doktor Frederick Treves (Anthony Hopkins) nie tylko odkrywa w nim wrażliwość, inteligencję i niebywałą kulturę osobistą, ale także pomaga mu odnaleźć się w społeczeństwie. John przez chwilę może się poczuć, jak... człowiek, mimo że zdążył już zapomnieć, iż naprawdę nim jest. 


Film Lyncha z jednej strony może być odebrany jako manifest – filmowa walka z odmiennościami. Z drugiej jednak strony, to świetny przykład na to, iż nawet w, wydawałoby się, skostniałym XIX wieku, wielokrotnie ukazywanym w kulturze, reżyser oprócz historii potrafił przemycić wiele swojego stylu. Klimat jego twórczości szczególnie silne piętno odciska na scenie, w której nocny stróż szpitala, gdzie John odzyskuje siły, przyprowadza za uprzednią opłatą do pokoju pacjenta pijanych gości baru. Jarmarczna atmosfera sceny podkreśla upodlenie Merricka, a towarzyszące jej surrealistyczne kadry nadają rytmu i dynamiki. 


Lynch, jako czołowy przedstawiciel filmowego postmodernizmu wymyka się jakiemukolwiek klasyfikowaniu. Sam reżyser przyznaje, iż tworząc film, często nie ma nawet przygotowanego scenariusza. Liczy się pomysł, zdanie, strzępek koncepcji, który zostaje starannie zapisany i następnie zrealizowany. W "Inland Empire" Lynch zastosował metafilmową konwencję, przeplatając opowieść o tworzeniu filmu z wydarzeniami rzeczywistymi.



Miłość i zdrada stają się synonimami, a jednocześnie: nigdy nie wiadomo, co jest rzeczywistością, a co fikcją. Najsłynniejsze dzieło reżysera, "Miasteczko Twin Peaks" pozornie tylko jest filmową odpowiedzią na pytanie "Kto zabił Laurę Palmer?".


Wielopoziomowy portret prowincjonalnej społeczności, towarzyszącej tej kryminalnej zagadce, u Lyncha staje się obrazem czystej groteski. Idylliczne miasteczko skrywa w sobie wiele tajemnic, a zjawiska paranormalne, dziwaczni ludzie i konwencja dreszczowca to również wnikliwa obserwacja amerykańskiej rzeczywistości. Nie bez przyczyny mówi się więc, ze świat wykreowany w "Twin Peaks" zrewolucjonizował obraz telewizji.

Kino autorskie jest samo w sobie bardzo rewolucyjne. Reżyserzy proponują nam zupełnie nowe patrzenie na kino i wymagają od widzów dużej otwartości umysłu dla historii i obrazów, które tworzą. Wykreowane światy mówią także wiele o kondycji współczesnego społeczeństwa, często niosąc zakodowany przekaz poprzez finezyjne fantasmagorie, którym warto dać się porwać.


Poprzednie części tekstu można przeczytać TUTAJ i TUTAJ, a cały artykuł pojawił się  w trzecim numerze Eclectic Magazine

fotografie: listal.com, allmoviephoto.com

28 grudnia 2010

David Lynch


Dzisiaj swoje urodziny obchodzi 
wspaniała, utalentowana Juanka
której zdjęcia możecie podziwiać TUTAJ i TUTAJ.
Z tej okazji życzę jej samych wspaniałych chwil, 
nieustającej pogody ducha, niewyczerpanych źródeł inspiracji 
i powodzenia w maju !!!

Wiele tygodni temu obiecałam jej, że napiszę coś o jej ulubionym reżyserze i, niestety, na obietnicach się skończyło, ponieważ ja do Davida Lyncha czuję wielką obojętność. Przyznaję szczerze, że nie mam serca do oglądania i późniejszego interpretowania jego surrealistycznych wizji filmowych, jednak z drugiej strony potrafię zrozumieć, dlaczego jest to twórca mający tak ogromne rzesze fanów (czy wręcz fanatyków).

Kiedyś przeczytałam pogląd, według którego Lynch jest tak naprawdę najbardziej wyrachowaną osobą w historii kina. Pomimo że sam przyznaje, jakoby jego filmy odznaczały się nieprawdopodobną logiką, w rzeczywistości - przez wiele lat swojej działalności zdołał tak zmanipulować opinię publiczną, iż obecnie nie wypada po prostu przyznać, że jest inaczej.


Autor tej wypowiedzi dowodził również, że Lynch tak naprawdę realizuje swoje chore wizje składając je w zupełnie dowolny sposób, bo... sprawia mu to wielką przyjemność i cieszy go, że można do tego dopisać każdą opinię (od "najlepszy film Lyncha" po "najgorszy film Lyncha" w konkurencyjnych magazynach) oraz niemal każdą interpretację (w myśl zasady - ile osobowości, tyle poglądów).

Przyznam, że skłaniam się do przyznania racji.

Ale przejdźmy do faktów. David Lynch był czterokrotnie nominowany do Oscara, ale nigdy nie należał do twórców kasowych, wysokobudżetowa adaptacja "Diuny" z 1984 okazała się klapą, dochód niemal wszystkich filmów pochodzi z rynków europejskich. Nie dziwi więc fakt, że kilka ostatnich filmów Lyncha najchętniej finansowali Francuzi (Canal +). I paradoksalnie, mimo że reżyser mieszka w Los Angeles i podkreśla, że żadne miasto nie jest dla niego bardziej odpowiednie, największym szacunkiem darzy go Europa. On sam, po pobycie w Polsce, zakochał się w Łodzi, podkreślał, jak bardzo podobają mu się stare, opuszczone fabryki i postindustrialna architektura miasta.


Lynch często kręci film bez gotowego scenariusza (jak było na przykład w wypadku "Inland Empire"). Pojawia się pomysł, na planie są aktorzy gotowi na wszystko, kamery czekają na naciśnięcie przycisku REC, a nad wszystkim czuwa reżyser ze swoimi wizjami. Jednak sam Lynch nie uznaje tego za improwizację, a podążanie za ściśle określoną ideą, którą przekazuje współpracownikom podczas niekończących się prób, bo, jak sam podkreśla, najważniejsza jest komunikacja. Ponadto, przyznaje, że jego pomysły nie pochodzą z koszmarów sennych, a raczej urzeka go "senna logika", bo, jak wspominałam na początku, podkreśla, że jego filmy są "logiczne, logiczne i jeszcze raz logiczne".

Jego debiutancki film pełnometrażowy, "Głowę do Wycierania" (1977) Francis Ford Coppola pokazywał aktorom na planie "Czasu Apokalipsy", by osiągnęli pożądany przez niego stopień szaleństwa. Ten sam film zrobił równie ogromne wrażenie na George'u Lucasie, który zaproponował Lynchowi wyreżyserowanie VI epizodu "Gwiezdnych Wojen".


fotografie: allmoviephoto.com, aceshowbiz.com
część materiału do tekstu pochodzi z artykułu Bartosza Żurawieckiego, "Z wizytą w imperium", magazyn FILM, nr 04/2007.