Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty

6 stycznia 2015

Moje ulubione filmy 2014 roku

Witajcie po (bardzo) długiej przerwie!
W minionym roku dostałam się na studia doktoranckie, dzięki czemu, paradoksalnie, ogromną część moich dni pochłania kino, bo mam przyjemność (i zaszczyt) prowadzić bardzo filmowy przedmiot na UWr (i zawsze przygotowuję się do niego z wielkim zapałem). Jeżdżę też na konferencje naukowe, na które za każdym razem staram się zgłosić temat związany z kinem (lub telewizją), ale przez to wszystko mam pewne trudności z przestawianiem się formę blogową. Niemniej, postanowiłam spróbować, może z okazji nowego roku uda mi się odzyskać systematyczność...
Trzymajcie kciuki, a na rozgrzewkę postanowiłam napisać o filmach, które podobały mi się najbardziej spośród wszystkich obejrzanych i mających polską premierę w 2014 roku.
Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

Grand Budapest Hotel
reż. Wes Anderson

Budynek hotelu stworzono na podstawie projektu Adama Stockhausena

Ten film nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem. Wes Anderson sięgnął do swoich stałych motywów (dorosłe dzieci, szkatułkowe opowieści, ogromna dbałość o stronę wizualną filmu...) i znów mnie nie zawiódł. To czarująca, słodko-gorzka historia, nieco zabawna, ale i miejscami wzruszająca, z imponującą obsadą, rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych, której głównymi bohaterami są pewien pisarz (Jude Law), wybitny konsjerż (świetny Ralph Fiennes) i bardzo obiecujący boy hotelowy (Tony Revolori).
Recenzję Grand Budapest Hotel możecie przeczytać TUTAJ.

Bogowie
reż. Łukasz Palkowski


Biograficzny film o najwybitniejszym polskim kardiochirurgu, Zbigniewie Relidze (w tej roli znakomity Tomasz Kot), ogląda się jak sprawnie nakręcony thriller. Palkowski zdecydował się na pokazanie w swoim filmie czasu od nieśmiałych prób, aż do pierwszego polskiego - i zakończonego pełnym sukcesem - przeszczepu serca. Główny bohater został sportretowany w tu nie tylko jako świetny lekarz, ale i człowiek z krwi i kości - wizjoner, całkowicie oddany sprawie, czasami oschły, a innym razem aż nazbyt wybuchowy, niepodważalny autorytet, który dla sprawy poświęca wszystko i popełnia błędny (co więcej, ma odwagę popełniać je nadal, by w końcu osiągnąć cel). 
To jednocześnie historia, która wychodzi poza szpitalne sale, podgląda zawiłości systemu (prawnego i politycznego), czasami zagląda nawet w dosyć intymne przestrzenie mieszkań lub poczekalni, w których oznajmia się o czyimś odejściu. W żadnym momencie jednak Palkowski nie przekracza granicy, nie żeruje na emocjach, nie szafuje tanimi chwytami, przeciwnie: obraz jest skonstruowany bardzo mądrze i to prawdopodobnie najlepszy polski film minionego roku.


Boyhood
reż. Richard Linklater



Mason (Ellar Coltrane) i Samantha (Lorelei Linklater) są rodzeństwem. Poznajemy ich, gdy Mason jest dosyć zamkniętym w sobie, bujającym w obłokach pięciolatkiem, a jego starsza siostra - przemądrzałą fanką Britney Spears. Ich rodzice rozstali się kilka lat temu: matka (Patricia Arquette) postanawia wrócić do koledżu i znów poukładać sobie życie. Ojciec (Ethan Hawke) natomiast, nieco zbyt mocno wierzy w siłę i ideały swojej (przemijającej) młodości. 

"Boyhood" to dwanaście lat z życia tej rodziny. Lat zupełnie zwykłych, a jednocześnie bardzo, bardzo wciągających i jednocześnie imponujące osiągnięcie w dziedzinie kinematografii: czas kręcenia filmu trwał dokładnie tyle, ile czas akcji jego fabuły.
Zapraszam do czytania recenzji TUTAJ.

Sekretne życie Waltera Mitty 
reż. Ben Stiller

To rozkosznie zabawna historia z elementami parodii korporacyjnych machin i pastiszowych wariacji na temat superbohaterów czy pracy korespondentów wojennych do szaleństwa oddanych swojej misji. Głównym bohaterem filmu jest Walter (Ben Stiller) - jeden z najnudniejszych ludzi na świecie, który pracuje w archiwum poczytnego czasopisma, szuka miłości na portalach randkowych i nieustannie śni na jawie o swoim lepszym wcieleniu. 
Pewnego dnia jednak, za sprawą zagubionego negatywu, jego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, a Walter wraz z rozpoczęciem poszukiwania przekonuje się, że jego sny mogą stać się rzeczywistością. 
Uwielbiam surrealistyczny klimat tego filmu i jego bardzo błyskotliwy humor.

Wielkie piękno
reż. Paolo Sorrentino


Jep Gambardella (wspaniały Toni Servillo) jest literatem i czarującym, nieprzeciętnie błyskotliwym mężczyzną. Garściami czerpie z życia, nieustannie dyskutuje, obśmiewa i kontestuje.
Film rozwija się niespiesznie. To wyborny flirt z kinem Felliniego, który pokazuje fascynujące kontrasty pomiędzy powagą (czy wręcz pewną monumentalnością) rzymskich ulic i skwerów, a diabolicznością ukrytych tarasów czy wystawnych lokali, w których Jep wraz ze znajomymi oddaje się dzikim zabawom i dyskusjom, które nierzadko obnażają prawdziwą stronę ich natury, odzierając bezlitośnie z warstwy pięknie ułożonych pozorów.

Frank
reż. Leonard Abrahamson


Frank (Michael Fassbender) to bohater wykreowany na podstawie postaci Franka Sidebottoma - jednego z wcieleń ekscentrycznego amerykańskiego komika Chrisa Sievey'a - to superkreatywny muzyk o enigmatycznej przeszłości, który nie rozstaje się ze swoją wielką maską. Film natomiast (mówiąc w skrócie) opowiada o procesie twórczym, którego efektem ma być genialna płyta, o zmaganiu się z odpowiedzialnością, o samotności, a nawet o mocy mediów społecznościowych (serio.).
To historia pełna absurdalnych, ale urokliwych epizodów; film, do którego mam wiele mieszanych uczuć, jednak zafrapował mnie na tyle, bym mogła powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych premier minionego roku.

A recenzję możecie znaleźć TUTAJ.

Ona
reż. Spike Jonze


Czym jest prawdziwa miłość? Czy można pokochać kogoś, kto nie ma ciała? Jaka będzie definicja człowieczeństwa w niedalekiej przyszłości? - zdaje się pytać reżyser. I pomimo że może to zabrzmieć jak zbiór wyświechtanych frazesów, Jonze poprzez umieszczenie swojego bohatera w nieco surrealistycznym środowisku i osobliwym emocjonalnym układzie, jednocześnie unika banału i nie szuka odpowiedzi na siłę.
"Ona" to również bardzo intrygujące spojrzenie na sci-fi. Gatunek ten, klasycznie opisywany jako projekcja marzenia sennego oparta na rozwoju historycznym i obserwacji osiągnięć technologicznych tutaj zyskuje dodatkową wartość. Wrażliwość reżysera na stronę estetyczną filmu oraz smakowite detale jego autorskiego scenariusza sprawiają, że film ma w sobie wiele poetyckości.
Zapraszam do przeczytania recenzji TUTAJ.

Serce, Serduszko
reż. Jan Jakub Kolski


To nie jest jeden z najlepszych filmów roku, ale siła sentymentu znaczy dla mnie nieco więcej, niż rozsądek... Jan Jakub Kolski powraca do Jańciolandu - wiejskiej krainy znanej z wielu poprzednich jego filmów - i tym razem w sielsko-anielski krajobraz, pełen rozkosznych kurczaków i domów z karuzelami na podwórkach, wprowadza trójkę bohaterów: Maszeńka (Maria Blandzi) to dziewczynka przebywająca tymczasowo w domu dziecka, która marzy o byciu baletnicą, Kordula (Julia Kijowska) to nowa, dosyć kontrowersyjna opiekunka, a Mirek (świetny Marcin Dorociński), alkoholizujący się pan inżynier, jest ojcem Maszeńki, który nie potrafi uporać się z życiem po śmierci żony. Cała trójka rusza w podróż, której celem ma być egzamin dziewczynki do szkoły baletowej.
Film Kolskiego pełen jest wyrazistych drugoplanowych bohaterów (wśród których znajdziemy szaloną panią weterynarz, zakręconego księdza, który ma na swoim ciele rozliczne tatuaże z Matką Boską czy - mojego ulubionego w tym zestawie - leciwego już twórcę marionetek, mieszkającego w towarzystwie upasionych, leniwych kotów) i bardzo urokliwych, czasami wzruszających epizodów (jak noc spędzona na klimatycznej barce, czy wszystkie sceny, w których Mirek stara się odzyskać zaufanie córki). To przede wszystkim film o odmienności i wytrwałości, ale także o budującej sile miłości i niszczącej mocy po jej utracie.
* * *
Nie jest to, bez wątpienia, Lista Idealna, bo (jak zwykle, niestety...) mam spore zaległości, jeśli chodzi o najnowsze premiery. Mimo wszystko starałam się jednak wybrać te filmy, które mnie poruszyły, dały mi do myślenia, albo, po prostu, okazały się być bardzo przyjemną rozrywką.
A korzystając z okazji życzę Wam niezapomnianych wrażeń oraz filmowo-serialowych odkryć w Nowym Roku. 
Marta 

fotografie: voices.nationalgeographic.com, gotchamovies.com, film.onet.pl, beliefnet.com, culture.pl

9 sierpnia 2014

słów kilka #1

W ramach (nieregularnego) cyklu słów kilka będę opisywać na blogu (pokrótce i dosyć osobiście) filmy, które z pewnego względu zwróciły moją uwagę, które chcę Wam polecić (lub odradzić), ale nie byłam nimi tak zachwycona, by włączyć je do grupy filmowych odkryć, ani nie znalazłam ochoty lub czasu, by napisać ich pełną recenzję.

Królowie lata
The Kings of Summer
reż. Jordan Vogt-Roberts
scen. Chris Galletta
2013

Joe (Nick Robinson) i Patrick (Gabriel Basso) to zbuntowani nastolatkowie, którzy przyjaźnią się od dzieciństwa i obaj nie potrafią znieść swoich rodziców. Postanawiają więc uciec i rozpocząć dorosłe życie we własnoręcznie wybudowanym domu w środku lasu. Razem z nimi w tej skomplikowanej misji udział bierze Biaggio (Moises Arias), odważny i pomysłowy dziwak, który jest moją ulubioną postacią w filmie.


Nigdy nie miałam domku na drzewie, ani nie byłam fanką biwaków w lesie. Film Królowie lata nie przywołał więc we mnie jakichś szczególnych wspomnień, ale wzbudził specyficzny rodzaj nostalgii. Nie chodzi tu o identyfikowanie się z którymkolwiek z bohaterów, ale samą atmosferę beztroski, która jest jedną z głównych cech portretowanej przez Vogta-Robertsa młodości.
Plus za wspaniały humor, klimat i błyskotliwe dialogi.


360. Połączeni
360
reż. Fernando Meirelles
scen. Peter Morgan
2011

Filmowi Meirellesa przyświeca idea, że świat jest zespołem połączonych ze sobą losów. To (nieco banalnie brzmiące, oczywiście) stwierdzenie portretuje w filmie, w którym życiorysy bohaterów (statecznego angielskiego biznesmena, słowackiej prostytutki i jej siostry, rosyjskiego bodyguarda, brazylijskiego fotografa, gwałciciela odsiadującego wyrok czy amerykańskiego starszego mężczyzny poszukującego swojej zaginionej przed laty córki) przeplatają się w kilku oddalonych od siebie miejscach na świecie. 


Ten film nie jest szczególnie dobry. Z perspektywy zauważam w nim trochę wad (szczególnie scenariuszowych, co dziwi, biorąc pod uwagę to, że jego autorem jest współtwórca filmów Frost/Nixon czy Królowa), miejscami brak logiki oraz pewną nieudolność w konstruowaniu postaci, ale oglądało mi się go bardzo dobrze. Dlaczego? Bo widziałam go na wspólnym luźnym, wieczornym, telewizyjnym seansie z Tatą. I pomimo że podczas oglądania kilka razy zdarzyło nam się skomentować absurdy scenariusza, podsumowaliśmy film zupełnie pozytywnie...
Wniosek? Filmy oglądane z Tatą, zawsze będą lepsze, niż są w rzeczywistości. Sprawdziłam wielokrotnie.
Plus za obsadę, w której znaleźli się między innymi Jude Law, Moritz Bleibtreu, Ben Foster i Rachel Weisz.


Wichrowe wzgórza
Wuthering Heights
reż. Andrea Arnold
scen. Andrea ArnoldOlivia Hetreed
2011

Andrea Arnold (znana jako reżyserka interesującego Fish Tank) podjęła się ekranizacji XIX-wiecznego romansu Emily Brontë. Według mnie, ze średnim skutkiem.
Filmowa historia miłości osieroconego Heathcliffa i Catherine Earnshaw, pochodzącej z aspirującej, ale zubożałej rodziny ma, typowy dla literackiego pierwowzoru, nieco gotycki klimat, jednak brak jej emocjonalności, która powinna cechować tę (kultową) opowieść. Relacje pomiędzy Heathcliffem, a resztą bohaterów (nie tylko Cathy, ale również jej bratem czy późniejszym mężem) zostały nakreślona bardzo wątle, a brak chemii pomiędzy aktorami (James Howson, Kaya Scodelario) oraz pogłębienia postaci sprawia, że jest to historia, w którą nie chce się uwierzyć, która nie wciąga, a z minuty na minutę staje się coraz bardziej irytująca. 


Mam wrażenie, że fabułę oraz związki między bohaterami zdominowała bardzo precyzyjna warstwa wizualna i to jest główny plus filmu: zdjęcia autorstwa Nicolasa Chaudeurge'a.
Piękne, wysmakowane kadry, operowanie zbliżeniami i detalem, a także wykorzystanie zapierających dech w piersiach angielskich krajobrazów stały się jedynym zapamiętywalnym elementem Wichrowych wzgórz.
Poza przepięknym utworem promującym film, czyli "The Enemy" autorstwa Mumford & Sons.

fotografie: listal.com

31 marca 2014

Grand Budapest Hotel

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson
2014


Pewien pisarz (Tom Wilkinson) uważa, że najlepsze inspiracje do tworzenia książek przynosi mu samo życie. Aby przekonać nas, widzów, iż jego powieści są wybuchową mieszanką jego fantazji i zasłyszanych historii, sięga pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz i opisuje nam swój pobyt w lekko podupadłym Grand Budapest Hotel. To tam, jeszcze piękny, młody i ciekawy świata (na dodatek o aparycji Juda Law), spotkał niejakiego pana Mustafę (F. Murray Abraham), tajemniczego bogacza, który podczas wspólnej kolacji opowiedział mu szczegółowo pewne wydarzenia ze swojej młodości.


Te sekwencje w formie retrospekcji przenoszą nas do lat 30. w fikcyjnej Republice Żubrówka, którą Wes Anderson zasiedlił masą fantastycznych bohaterów i powiązał ich siecią historii, które w efekcie dają film będący nie tylko koktajlem gatunków, ale i wspaniałą, błyskotliwą, czarującą, ale i nieco nostalgiczną opowieścią o pasjach, namiętnościach i pewnym obrazie. Głównymi bohaterami filmu są Gustave H. (rewelacyjnie obsadzony Ralph Fiennes), doskonały portier hotelu Grand Budapest i miłośnik kobiet (ważne, by były dojrzałe, majętne i blond) oraz Zero (Tony Revolori), boy hotelowy, który staje się powiernikiem, wybawicielem, ale i prawdziwym przyjacielem Gustava. 



Mam wrażenie, że "Grand Budapest Hotel" powstał po to, by Wes Anderson mógł dać upust swojej nieograniczonej wyobraźni: kilkunastu bohaterów, wiele małych historii tworzących osobliwy gatunkowy patchwork oraz ogromna dbałość o estetykę... w tym przypadku absolutnie nie jest to zarzut. Połączenia między tymi mininarracjami są bardzo błyskotliwe, bo sam Anderson ma naprawdę wspaniałe poczucie humoru, miejscami nieco czarne, ale zawsze rozbrajające. Każdy bohater to zupełnie osobna, fascynująca historia - zakochana w Gustavie Madame D. (Tilda Swinton), ofiarowująca w spadku swojemu kochankowi cenny (aczkolwiek nieco szkaradny) obraz przedstawiający chłopca z jabłkiem, jej syn Dmitri (wspaniały Adrien Brody), furiat i despota, któremu towarzyszą trzy siostry (wyglądające jak zdjęte z obrazów Gustava Klimta, wymienianego przez kostiumografkę, Milenę Canonero jako jedną z głównych inspiracji), jego usłużny znajomy-zabijaka (Willem Dafoe) nie rozstający się ze swoimi kastetami, najgorszy portier na świecie (Jason Schwartzman), prawy i odważny adwokat (Jeff Goldblum), urocza pomocnica najsłynniejszego cukiernika w mieście (Saoirse Ronan), główny macho więzienia Ludwig (Harvey Keitel) czy dobroduszny oficer policji (Edward Norton) - tworzą wielobarwną galerię złożonych osobowości.



Wesa Andersona można kochać, lub nie znosić, bo jego specyficzny styl z pewnością bywa dla niektórych widzów męczący. "Grand Budapest Hotel" to jednak film, który warto obejrzeć choćby ze względu na wciągającą (miejscami może wręcz pozornie chaotyczną) plątaninę wątków i liczne odwołania do innych dzieł sztuki czy popkultury (tatuaże Ludwiga są piękną parodią najgorszych przykładów więziennej sztuki tatuażu, autotematyczna rola Adriena Brody przywodzi na myśl jego występ w "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena, a niektóre kostiumy i kadry są niemal identyczną kopią malarstwa Klimta, Łempickiej czy Grosza). 
Ja podczas seansu kilkakrotnie wydałam szczery okrzyk zachwytu.



PS. Mam do tego filmu dosyć osobisty stosunek z jeszcze jednego powodu, poza absolutnym uwielbieniem dla Wesa Andersona: zdjęcia do "Grand Budapest Hotel" kręcone były w Sudetach (czyli najpiękniejszych górach regionu, z którego pochodzę) oraz niemieckim mieście Görlitz, które było niegdyś jednym z moich ulubionych celów szybkich wycieczek (trudno się dziwić, patrząc na klimatyczne uliczki, czarujące zaułki i przepiękne kamienice). Mój ulubiony moment w filmie to natomiast scena, w której Gustave po ukradnięciu ze ściany "Chłopca z jabłkiem" chce zakryć powstałe puste miejsce na ścianie innym dziełem sztuki. Rozgląda się wokół i wybiera "coś szkaradnego", co okazuje się być... obrazem Egona Schiele.


fotografie: cinemania.es, listal.com


4 lipca 2011

Magiczne Projekcje Zastępczej Rzeczywistości (część 1)


Czym jest film i kim dla obrazu jest reżyser? Nie ma, wbrew pozorom, jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo dla wielu widzów słownikowe objaśnienia są co najmniej niedokładne. Znany od renesansu topos boga-artysty, twórcy spektaklu na scenie teatru, jakim jest świat, w epoce srebrnego ekranu zaczął nabierać dodatkowego sensu. Tym razem, bóg-reżyser jest nie tyle znacznie bardziej wizjonerski, co dysponuje ogromnymi możliwościami technologicznymi i grzechem byłoby z nich nie korzystać. Ponadto, to reżyser stwarza świat, który staje się znakiem rozpoznawczym jego twórczości. Powracające w kolejnych filmach motywy, scenerie czy postaci nie oznaczają jednak powtarzalności, braku pomysłów ani kryzysu kreatywności. W przypadku największych filmowych wizjonerów, powracanie w filmografii do starannie wykreowanego świata to znak konsekwentnego, bardzo indywidualnego stylu.


Jednym z najbardziej charakterystycznych reżyserów-wizjonerów jest Terry Gilliam. Pracę w przemyśle filmowym zaczynał jako rysownik i autor animacji, a będąc jedynym Amerykaninem w grupie Monty Pythona szerokiej publiczności dał się poznać jako aktor komediowy. Gilliam–reżyser to twórca o ogromnej wyobraźni i bezkompromisowym krytycyzmie w stosunku do rzeczywistości, jak również - osoba obdarzona nieprawdopodobnym zmysłem estetycznym.


Sprzeciwia się konserwatywnemu myśleniu, mentalnej biurokratyzacji życia codziennego, a filmy, które tworzy, są tego swoistym manifestem. Takim obrazem jest "Parnassus". Grupa ludzi podróżuje po Londynie ze swoim magicznym teatrem i wydaje się być całkowicie niezauważalna przez społeczeństwo, pochłonięte dobrodziejstwami nowoczesnych technologii, próbujące za wszelką cenę złapać uciekający czas. Wiktoriański teatr obwoźny z jarmarcznymi dekoracjami, proponujący widzom krótką podróż do świata z ich marzeń, staje się areną odwiecznej walki dobra ze złem, którą symbolizuje diabelski układ zawarty między doktorem Parnassusem (Christopher Plummer), a demonicznym panem Nickiem (Tom Waits).


Spotkanie cierpiącego na amnezję Tony'ego (postać zagrana została przez czterech aktorów ze względu na śmierć pierwotnie odgrywającego ją Heatha Ledgera - oprócz niego w Tony'ego wcielili się Jude Law, Colin Farrell i Johnny Depp) jest dla tytułowego bohatera ostatnią szansą nie tylko na renesans teatru, ale także na pokonanie ciemnych stron mocy.


Świat, do którego można wejść przez czarodziejskie lustro – największy skarb tej dziwacznej trupy - oszałamia plastycznym kunsztem i zachwyca feerią barw oraz ekstrawagancją idei.


Doktor Parnassus jest w pewnym sensie alter ego samego Gilliama. Reżyser między swoimi sukcesami ("Las Vegas Parano", "12 Małp") kilkakrotnie tworzył projekty będące spektakularnymi klęskami (jak planowana od lat historia na motywach "Don Kichota").


Parnassus wykorzystuje swoją nieśmiertelność na to, by swoją działalnością chociaż odrobinę zmienić świat. Gilliam, jako dziecko kontrkultury lat 60. część swojej osobowości oddaje także Noah – jednemu z bohaterów "Krainy Traw" – ekranizacji powieści Mitcha Cullina.


Noah (Jeff Bridges) to hippis, który po śmierci żony zostaje sam z kilkuletnią córeczką, Jelizą-Rose. Ona, nie mając wsparcia w ojcu, którego głównym sensem życia jest alkohol i branie narkotyków, całymi dniami bawi się na łące główkami swoich starych lalek Barbie, traktując je jak najlepsze przyjaciółki i jedyne powiernice. On buntuje się przeciwko życiu samemu w sobie. Uczy swoje dziecko, jak podawać narkotyk, by sam nie musiał ruszać się z fotela i po jego przyjęciu zapada w długotrwały letarg.


Noah nie jest jednak z gruntu zły. Jego ucieczka od życia jest wyrazem przejmującej tęsknoty za światem, z którego pochodzi i formą ukrycia się przed odpowiedzialnością, do której nigdy nie dorósł. Jeliza-Rose natomiast, po śmierci ojca, zostaje zupełnie sama. Poznaje Dell i jej niepełnosprawnego umysłowo brata Dickensa, spędza wiele godzin na strychu, a widz nie wie do końca, czy to, co widzi niejako oczami dziewczynki jest prawdą, czy tylko wytworem jej imaginacji.


Film Gilliama, uznany za wyjątkowo brutalny to nie tylko bardzo wierna ekranizacja książki Cullina. To przede wszystkim westchnienie za miejscami, które w swoim prymitywizmie były ucieleśnieniem nieskończonej wolności. Wrażenie okrucieństwa potęguje jednak fakt, iż całą akcję oglądamy oczami małej, delikatnej Jelizy-Rose.


Ciąg dalszy nastąpi,
Jest to fragment tekstu opublikowanego w trzecim numerze Eclectic Magazine.


fotografie: allmoviephoto.com, listal.com, parismatch.com

8 grudnia 2010

Before Christmas


Śnieg za oknem raz pada, raz topnieje, dni grudniowe mijają coraz szybciej, a spadające kartki z kalendarza krzyczą, że Boże Narodzenie coraz bliżej.
Z tej okazji opowiem o filmach, które potrafią idealnie wprawić każdego w świąteczny nastrój.
"To właśnie miłość"
reż. Richard Curtis
2003


Dziesięć absolutnie czarujących, wzajemnie przeplatających się historii, które opowiadają o miłości oraz blaskach i cieniach życia codziennego. Jest to absolutna perełka gatunku, ciepła i wzruszająca, nigdy nie zostawiająca widza z poczuciem beznadziei, wręcz przeciwnie - przekonuje, że nie ma  żadnych przeszkód, byśmy ostatecznie mogli być szczęśliwi.
w rolach głównych plejada gwiazd (na szczególną uwagę zasługują Hugh Grant w roli premiera Wielkiej Brytanii i Bill Nighy jako podstarzała gwiazda rocka).


"Holiday"

reż. Nancy Meyers
2006


Brytyjka Iris jest zakochana w mężczyźnie, który ma poślubić inną. Amerykanka Amanda odkrywa zdrady swojego ukochanego. Obie pod wpływem przejmującego uczucia  beznadziei postanawiają zbojkotować święta Bożego Narodzenia i za pomocą międzynarodowego programu wymiany mieszkań wprowadzają się do siebie nawzajem. Kompletna  zmiana trybu i stylu życia okazuje się być niesamowitą przygodą dla obu kobiet. "Holiday" to ciepła, humorystyczna opowieść o poszukiwaniu miłości niemal na drugim  końcu świata.


Czarujący klimat to największy atut filmu, tuż obok bardzo dobrego aktorstwa Kate Winslet, Cameron Diaz, Jude'a Law i Jacka Blacka. Przesłodka scena godna  zapamiętania: Iris i Miles w  wypożyczalni video rozmawiają o "Absolwencie", a zza sąsiedniego regału podgląda ich nikt inny, jak sam... Dustin Hoffman.

"Zakochać się"
reż. Ulu Grosbard
1984


Pisałam o tym filmie dość niedawno i podtrzymuję opinię, że to jeden z najpiękniejszych melodramatów świata. Mężczyzna spotyka kobietę w drzwiach księgarni, w której oboje kupują bożonarodzeniowe prezenty dla swoich partnerów.  Zderzają się, przypadkowo zamieniają paczkami i... rozchodzą każde w swoją stronę. Spotykają się wkrótce znów, spostrzegają, jak bardzo są do siebie podobni i jak bardzo im na sobie zależy oraz jednocześnie: co mogą stracić, gdy poddadzą się temu uczuciu. Ona - stabilny związek  z długoletnim partnerem, on - życie rodzinne z żoną i dwójką dzieci. Wbrew pozorom film nie jest gorzki i daje nadzieję na istnienie prawdziwej miłości. Ponadto -  bezkonkurencyjni Robert de Niro i Meryl Streep w rolach głównych.

"Masz Wiadomość"
reż. Nora Ephron
1998


Kathleen - właścicielka malutkiej księgarni "Za rogiem" wszystkie obserwacje świata i problemy życia codziennego opowiada przyjacielowi poznanemu przez Internet.  Mężczyzna fascynuje ją swoim poczuciem humoru, błyskotliwością i inteligencją. To on jest jej największym powiernikiem, gdy okazuje się, że wybudowana w pobliżu  wielopoziomowa księgarnia nie tylko przyciąga kupujących zniżkami i, paradoksalnie, brakiem osobowości, ale jednocześnie zabiera klientów księgarni prowadzonej przez Kathleen. Kobieta staje przed ogromnym dylematem, gdy okazuje się, że jej przyjaciel, i Joe - znienawidzony bezduszny właściciel księgarni to... ta sama osoba.

"Masz Wiadomość" to wspaniała komedia romantyczna, a ponadto ponowne spotkanie duetu Meg Ryan - Tom Hanks po wcześniejszej, równie cudnej, "Bezsenności w Seattle"  (1993).

"Igraszki Losu"
reż. Peter Chelsom
2001


Sara (Kate Beckinsale) i Jonathan (cudny John Cusack) podczas bożonarodzeniowego szału zakupowego wpadają na siebie w jednym z nowojorskich centrów handlowych, mając zamiar kupić tę samą parę czarnych rękawiczek. Udają się później do klimatycznej kawiarni, gdzie Jonathan od razu odkrywa, że są sobie przeznaczeni. Sara jednak, ogarnięta obsesją powierzania swojej przyszłości  znakom losu, rozpoczyna bardzo dziwaczną grę, przez którą ponownie będą mogli spotkać się dopiero po kilku latach.

"Powrót Batmana"

reż. Tim Burton
1992


Tym razem człowiek-nietoperz (Michael Keaton) walczy z siłami zła w czasie bożonarodzeniowym. Nie ma mowy o spokojnych i wesołych świętach, podczas gdy mieszkańcy miasta znów są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Batman powraca i będzie się musiał zmierzyć z trzema przeciwnikami: Człowiekiem-Pingwinem  (Danny DeVito) i jego gangiem, Kobietą-Kotem (niesamowicie ponętna w swoim szaleństwie Michelle Pfeiffer) i nieuczciwym biznesmenem: Maksem Shreckiem (znakomity, jak zwykle, Christopher Walken).

Film nie jest aż tak dobry jak Burtonowski "Batman" z 1989, jednak świetne aktorstwo i kapitalna atmosfera Gotham City rekompensują inne niedociągnięcia obrazu.

"Family Man"
reż. Brett Rattner
2000


Przyznam, że jeszcze nie widziałam tego filmu, ale słyszałam o nim wiele dobrego. Jack (Nicolas Cage) to bajecznie bogaty człowiek sukcesu. Wydawałoby się, że ma już wszystko, jednak on coraz częściej myśli o tym, jak bardzo jest samotny i jak inne mogłoby być jego życie, gdyby nie rozstał się ze swoją eks-narzeczoną Kate, którą opuścił, by ruszyć w pogoń za karierą. Pewnego dnia Jack budzi się jako... mąż Kate, ojciec dwójki dzieci, sprzedawca samochodów w New Jersey i wreszcie ma możliwość skonfrontowania, do czego mogły go doprowadzić jego wcześniejsze wybory.

"Jack Frost"
reż. Troy Miller
1998



To propozycja dla szukających chwil prawdziwego wzruszenia. Jack Frost (Michael Keaton) jest wokalistą rockowego zespołu. Spiesząc się na wigilijną kolację do domu, ginie w wypadku samochodowym. Żona i syn nie potrafią poradzić sobie ze stratą osoby, która była dla nich największą podporą. Jack wraca jednak na kolejne święta pod postacią... śniegowego bałwana i pomaga swoim bliskim na nowo odkryć radość życia. Łzy gwarantowane.



"Opowieść wigilijna Muppetów"
reż. Brian Henson
1992


Ebenezera Scrooge'a, znanego skąpca odwiedzają kolejno duchy Przeszłości, Teraźniejszości i Przyszłości, by zmusić go do zastanowienia się nad swoim postępowaniem i podjęcia decyzji o niezbędnych zmianach dotychczasowego życia. W roli głównej - sir Michael Caine, wszystkie inne role obsadzone zostały oczywiście słynnymi Muppetami, co sprawiło, że ta ekranizacja jest moją ulubioną ze wszystkich adaptacji klasycznej prozy Dickensa. Absolutnie fenomenalny.



Dodam też, że podczas wprawiania się w świąteczny nastrój absolutnie omijamy filmy takie jak "Muskularny Święty Mikołaj", wszystkie części "Śniętego Mikołaja" czy "Święta Last Minute", który jest bezwzględną profanacją kapitalnej powieści Johna Grishama "Ominąć Święta". Podobne arcydzieła kinematografii świątecznej zamiast budować bożonarodzeniową atmosferę, skutecznie nas zdemotywują.


Możemy odpuścić sobie także kultowego Kevina, którego wyrodna rodzina najpierw zostawia samego w domu, później gubi gdzieś w Nowym Jorku, bo okazję do obejrzenia w tv superpopularnych filmów Chrisa Columbusa będziemy mieli na pewno podczas tegorocznych świąt. I prawdopodobnie każdych kolejnych również.

fotografie: allmoviephoto.com, aceshowbiz.com.