Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willem Dafoe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willem Dafoe. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2014

Grand Budapest Hotel

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson
2014


Pewien pisarz (Tom Wilkinson) uważa, że najlepsze inspiracje do tworzenia książek przynosi mu samo życie. Aby przekonać nas, widzów, iż jego powieści są wybuchową mieszanką jego fantazji i zasłyszanych historii, sięga pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz i opisuje nam swój pobyt w lekko podupadłym Grand Budapest Hotel. To tam, jeszcze piękny, młody i ciekawy świata (na dodatek o aparycji Juda Law), spotkał niejakiego pana Mustafę (F. Murray Abraham), tajemniczego bogacza, który podczas wspólnej kolacji opowiedział mu szczegółowo pewne wydarzenia ze swojej młodości.


Te sekwencje w formie retrospekcji przenoszą nas do lat 30. w fikcyjnej Republice Żubrówka, którą Wes Anderson zasiedlił masą fantastycznych bohaterów i powiązał ich siecią historii, które w efekcie dają film będący nie tylko koktajlem gatunków, ale i wspaniałą, błyskotliwą, czarującą, ale i nieco nostalgiczną opowieścią o pasjach, namiętnościach i pewnym obrazie. Głównymi bohaterami filmu są Gustave H. (rewelacyjnie obsadzony Ralph Fiennes), doskonały portier hotelu Grand Budapest i miłośnik kobiet (ważne, by były dojrzałe, majętne i blond) oraz Zero (Tony Revolori), boy hotelowy, który staje się powiernikiem, wybawicielem, ale i prawdziwym przyjacielem Gustava. 



Mam wrażenie, że "Grand Budapest Hotel" powstał po to, by Wes Anderson mógł dać upust swojej nieograniczonej wyobraźni: kilkunastu bohaterów, wiele małych historii tworzących osobliwy gatunkowy patchwork oraz ogromna dbałość o estetykę... w tym przypadku absolutnie nie jest to zarzut. Połączenia między tymi mininarracjami są bardzo błyskotliwe, bo sam Anderson ma naprawdę wspaniałe poczucie humoru, miejscami nieco czarne, ale zawsze rozbrajające. Każdy bohater to zupełnie osobna, fascynująca historia - zakochana w Gustavie Madame D. (Tilda Swinton), ofiarowująca w spadku swojemu kochankowi cenny (aczkolwiek nieco szkaradny) obraz przedstawiający chłopca z jabłkiem, jej syn Dmitri (wspaniały Adrien Brody), furiat i despota, któremu towarzyszą trzy siostry (wyglądające jak zdjęte z obrazów Gustava Klimta, wymienianego przez kostiumografkę, Milenę Canonero jako jedną z głównych inspiracji), jego usłużny znajomy-zabijaka (Willem Dafoe) nie rozstający się ze swoimi kastetami, najgorszy portier na świecie (Jason Schwartzman), prawy i odważny adwokat (Jeff Goldblum), urocza pomocnica najsłynniejszego cukiernika w mieście (Saoirse Ronan), główny macho więzienia Ludwig (Harvey Keitel) czy dobroduszny oficer policji (Edward Norton) - tworzą wielobarwną galerię złożonych osobowości.



Wesa Andersona można kochać, lub nie znosić, bo jego specyficzny styl z pewnością bywa dla niektórych widzów męczący. "Grand Budapest Hotel" to jednak film, który warto obejrzeć choćby ze względu na wciągającą (miejscami może wręcz pozornie chaotyczną) plątaninę wątków i liczne odwołania do innych dzieł sztuki czy popkultury (tatuaże Ludwiga są piękną parodią najgorszych przykładów więziennej sztuki tatuażu, autotematyczna rola Adriena Brody przywodzi na myśl jego występ w "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena, a niektóre kostiumy i kadry są niemal identyczną kopią malarstwa Klimta, Łempickiej czy Grosza). 
Ja podczas seansu kilkakrotnie wydałam szczery okrzyk zachwytu.



PS. Mam do tego filmu dosyć osobisty stosunek z jeszcze jednego powodu, poza absolutnym uwielbieniem dla Wesa Andersona: zdjęcia do "Grand Budapest Hotel" kręcone były w Sudetach (czyli najpiękniejszych górach regionu, z którego pochodzę) oraz niemieckim mieście Görlitz, które było niegdyś jednym z moich ulubionych celów szybkich wycieczek (trudno się dziwić, patrząc na klimatyczne uliczki, czarujące zaułki i przepiękne kamienice). Mój ulubiony moment w filmie to natomiast scena, w której Gustave po ukradnięciu ze ściany "Chłopca z jabłkiem" chce zakryć powstałe puste miejsce na ścianie innym dziełem sztuki. Rozgląda się wokół i wybiera "coś szkaradnego", co okazuje się być... obrazem Egona Schiele.


fotografie: cinemania.es, listal.com


28 marca 2014

Alfabet Wesa Andersona - część 2

Część pierwsza Alfabetu Wesa Andersona znajduje się TUTAJ.

M - Moonrise Kingdom

Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami (Frances McDormand i Bill Murray), maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Podczas gdy Sam spędza przymusowe wakacje na obozie dla skautów.
Również i w tym filmie znajdziemy tematy i motywy, które stały się już cechą charakterystyczną twórczości Wesa Andersona: wspaniałe poczucie humoru, skomplikowane relacje rodzinne, werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i nostalgia za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe... 
O filmie pisałam TUTAJ.


O - Opiekun

Mam na myśli artystycznego (nieformalnego) opiekuna, którym dla Wesa Andersona jest sam Martin Scorsese. Mistrz najpierw nazwał "Bottle Rocket" - pełnometrażowy debiut Andersona - jednym z najlepszych filmów lat 90., a następnie napisał, iż Wes ma "szczególny rodzaj talentu: wie, jak ukazać proste radości oraz interakcje między ludźmi tak dobrze i z taką głębią. Taki rodzaj wrażliwości jest bardzo rzadki w świecie kina". Scorsese uważa również, że filmy Andersona są zarówno zabawne, jak i poruszające, a specyficzny związek, jaki wytwarza się między nim-widzem, a bohaterami z ekranu porównuje z relacją, jaką sam zawiązywał z postaciami z filmów Jeana Renoira, które oglądał, gdy był jeszcze dzieckiem.
Więcej przeczytacie TUTAJ.

P - Przestrzeń

Przestrzenie w filmach Wesa Andersona nie dosyć, że są pełne smakowitych detali (które po pierwsze, charakteryzują wyjątkowy styl estetyki jego kina, ale także służą jako dodatkowe opisy bohaterów), zazwyczaj bywają klaustrofobiczne. Przypomnijcie sobie łódź Steve'a Zissou, dom, w którym mieszkała rodzina Suzy, głównej bohaterki "Moonrise Kingdom", lub tytułowy Genialny Klan. Pociąg, który jechał do Darjeeling, lub wspominany w poprzednim wpisie hotel...
Każda taka schizofreniczna przestrzeń to w kinie Andersona zupełnie osobny świat, który, w połączeniu ze światami z innych filmów tworzy wspaniały obraz nieograniczonej wyobraźni reżysera.



R - Reklamy

Wes Anderson jest również cenionym reżyserem reklam. Ma na swoim koncie zrealizowanie spotów dla Ikei, American Express, SoftBank (w której pojawia się uroczo wystylizowany Brad Pitt) czy Stella Artois. Każdy z klipów jest kwintesencją stylu Andersona, błyskotliwym mikroopowiadaniem, pełnym odwołań z jednej strony do jego własnej twórczości, ale także do innych dzieł filmowych.
Ja najbardziej cenię współpracę reżysera z Pradą.

Pierwszą miniserię reklam zapachu Candy - stworzony wspólnie z Romanem Coppolą zainspirował film "Jules i Jim" Françoisa Truffauta, a w główną bohaterkę wcieliła się jedna z najciekawszych aktorek francuskich młodego pokolenia, Léa SeydouxDrugi to "Castello Cavalcanti", w której główną rolę (kierowcy zagubionego na włoskiej prowincji) zagrał jeden z ulubionych aktorów Andersona, Jason Schwartzman i jest to swoisty hołd dla mistrza kina włoskiego, Federico Felliniego ("Candy" i "Castello Cavalcanti" to również typowe przykłady filmu modowego - o co chodzi, przeczytacie TUTAJ).

Nic tylko podziwiać!


Reklamy Wesa Andersona możecie obejrzeć na przykład TUTAJ.



S - Szkoła Rushmore

Czyli główne miejsce akcji filmu "Rushmore", uznawanego przez wielu za najwybitniejszy film Andersona.
Max Fischer (świetny Jason Schwartzman) jest uczniem tej prestiżowej szkoły i najaktywniejszym uczestnikiem (oraz pomysłodawcą) zajęć pozalekcyjnych. Marzy o byciu kimś wielkim, kimś znaczącym, a Rushmore, które daje mu tego namiastkę, staje się jego całym życiem. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się czarująca pani Cross (Olivia Williams). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jej urok zaczyna działać również na Hermana Blume'a (Bill Murray), nauczyciela i, do pewnego czasu, najbardziej zaufanego powiernika Maxa.



"Rushmore" jest czymś znacznie więcej, niż autorskim potraktowaniem gatunku high school comedy. To metafora młodości, dojrzewania i poszukiwania swojego miejsca na ziemi (to motyw, który będzie nieustannie powracał w filmografii reżysera). Wes Anderson sięga do swoich ulubionych tematów, ubiera młodzieńczy bunt w płaszcz groteski, a jednocześnie (co jest w tym filmie wprost cudowne!), traktuje swojego bohatera z pełnią zrozumienia.
Pełną recenzję filmu znajdziecie TUTAJ.


W - Walizki

Nie mogłam się powstrzymać przed umieszczeniem tego hasła...

Słynne (i na każdym roku przeze mnie podkreślane) upodobanie Wesa Andersona do filmowych detali zaowocowało współpracą reżysera z marką Louis Vuitton - to jej główny projektant, Marc Jacobs podjął się zaprojektowania walizek, z którymi podróżują bohaterowie "Pociągu do Darjeeling" (te kolorowe plamki, które na nich widać to w rzeczywistości inicjały byłego właściciela, a także obrazki dzikich zwierząt jak słonie, antylopy czy nosorożce oraz palmy narysowane przez brata reżysera!).

Z - Zissou

"Podwodne życie ze Stevem Zissou" to pięknie wystylizowany film, okraszony wielką dawką rewelacyjnego poczucia humoru. Tytułowy bohater (kapitalny Bill Murray) jest oceanografem, który tworzy słynne filmy dokumentalne opisujące jego pasjonujące podróże. Podczas jednej z takich wypraw ginie (pożarty przez rekina-jaguara) Esteban - najbliższy współpracownik i jednocześnie najlepszy przyjaciel Zissou. Ten poprzysięga zemstę na potworze i wyrusza w kolejną podróż.



Poza tytułową gwiazdą mórz na ekranie pojawiają się Eleanor Zissou (Anjelica Huston), żona, "mózg" każdej operacji, Ned Plimpton (Owen Wilson), podający się za syna Steve'a, ciężarna Jane (Cate Blanchett), reporterka gromadząca materiał do artykułu o swoim idolu-oceanografie, a także barwna galeria współpracowników Zissou, wśród których chyba na największą uwagę zasługuje Klaus (świetny Willem Dafoe), niemiecki mechanik oraz Bill (Bud Cort), wysłannik skarbówki posługujący się płynnie językiem filipińskim. 
O filmie pisałam TUTAJ.



fotografie: listal.com, tumblr.com, sojo.net

23 grudnia 2012

Na Boże Narodzenie...


W tym roku nie będzie podsumowania, bo widziałam zdecydowanie zbyt mało nowości: ciągle jeszcze muszę ponadrabiać filmowe zaległości, które piętrzą się z zatrważającą szybkością, a ostatnio znacznie bardziej, niż do nowości, ciągnie mnie to kina sprzed co najmniej kilkunastu lat.
Zanim jednak koniec roku, będzie przerwa świąteczna, a ja wprost KOCHAM Boże Narodzenie. Spakowałam już prezenty, zrobiłam z Mamą świąteczne stroiki i pomagałam w ubieraniu choinki. W święta (lub tuż po nich!) uwielbiam wraz z całą rodzinką zrobić sobie mały seans filmowy, dlatego dzisiaj również dla Was mam kilka filmowych inspiracji, które możecie wykorzystać, jeśli również planujecie świąteczne oglądanie:

ANIMACJA

"Fantastyczny Pan Lis"
reż. Wes Anderson
2009

Wspaniała animacja dla całej rodziny, będąca brawurową ekranizacją prozy Roalda Dahla ("Matylda", "Wiedźmy", "Charlie i fabryka czekolady") ze znakomitym dubbingiem (dlatego polecam wersję z napisami!), w którym błyszczą Meryl Streep, Willem Dafoe, Bill Murray, George Clooney, Jason Schwartzman czy sam Wes Anderson.


Tytułowy lis mieszka w skomplikowanym systemie podziemnych korytarzy i wraz z rodziną i przyjaciółmi wiedzie spokojne i dostatnie życie trudniąc się... okradaniem okolicznych farmerów. Problem pojawia się, gdy cała trójka poszkodowanych postanawia pozbyć się lisa raz na zawsze.


MELODRAMAT "Powrót do Brideshead"
reż. Julian Jarrold
2008



Ten przepiękny (szczególnie pod względem estetyki!) melodramat jest wnikliwym i wciągającym portretem angielskiej arystokracji (a właściwie jej powolnego upadku) u progu II wojny światowej. 
To również opowieść o różnicach międzyklasowych i fascynującym trójkącie uczuciowym pomiędzy zdolnym, ale skromnie urodzonym Charlesem (Matthew Goode) oraz bogatym i dekadenckim rodzeństwem - Sebastianem (Ben Whishaw) oraz Julią (Hayley Atwell).


Tytułowe Brideshead do posiadłość Sebastiana i Julii, w którym Charles spędza sporo czasu, podczas którego daje się wciągnąć w towarzyskie gry i narażony jest na niezliczoną ilość (nierzadko ekstrawaganckich) pokus. 
Jednym z najbardziej ekscytujących wątków filmu jest natomiast opozycja religijna (Charles to ateista, natomiast rodzeństwo zostało wychowane w środowisku radykalnie katolickim) i to, jak wiele hipokryzji kwitnie w świecie, który tak pociąga Charlesa.


MUSICAL

"Across the Universe"
reż. Julie Taymor 
2007

Jude (Jim Sturgess) jedzie do Stanów Zjednoczonych, by odnaleźć ojca którego nigdy nie poznał. Tam, w samym centrum hippisowskiej rewolucji poznaje Lucy (Evan Rachel Wood) i jest to początek, oczywiście, historii miłosnej.



Kanwą dla filmu stały się piosenki zespołu The Beatles (wśród których moim faworytem pozostaje wykonanie piosenki "I Am The Walrus" przez Bono - być może dlatego, że to moja ulubiona piosenka z całego repertuaru Beatlesów). Nie jest to być może film pełen ubogacających treści, ale jego warstwa wizualna (która wygląda jakby powstawała pod wpływem silnych środków halucynogennych...) i oprawa muzyczna sprawiają, że naprawdę warto go zobaczyć!

fotografie: listal.com



Ale PRZEDE WSZYSTKIM, 

życzę Wam ciepłych, rodzinnych, pogodnych 
świąt Bożego Narodzenia 
i wielu filmowych olśnień w Nowym Roku!


24 maja 2012

Podwodne życie ze Stevem Zissou

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson, Noah Baumbach
2004


Ponieważ Wes Anderson był jednym z bohaterów mojej obrony pracy licencjackiej, chcę poświęcić dzisiejszy post jednemu z jego filmów.
Anderson to jeden z tych twórców, którzy wywołują szczególnie skrajne uczucia. Przez fanów (do których, przyznaję, dołączyłam dosyć niedawno) jest bezgranicznie uwielbiany, jego przeciwnicy zarzucają (sama już nie wiem, czy fanom, czy samemu reżyserowi) intelektualny snobizm, a jako argumenty podają między innymi przesadne stylizowanie filmów i zbyt abstrakcyjny żart, czyli dokładnie to, co można w kinie Andersona bezgranicznie pokochać.


"Podwodne życie ze Stevem Zissou" to właśnie jeden z takich filmów: pięknie wystylizowany, okraszony wielką dawką rewelacyjnego poczucia humoru. Tytułowy bohater (kapitalny Bill Murray) jest oceanografem, który tworzy słynne filmy dokumentalne opisujące jego pasjonujące podróże. Podczas jednej z takich wypraw ginie (pożarty przez rekina-jaguara) Esteban - najbliższy współpracownik i jednocześnie najlepszy przyjaciel Zissou. Ten poprzysięga zemstę na potworze i wyrusza w kolejną podróż.


Co w tym filmie zachwyca najbardziej?
Po pierwsze, warstwa wizualna. Statek ekipy Zissou pokazany jest z ogromną precyzją, każda jego kajuta to zupełnie osobna historia (warto zwrócić na to uwagę w scenie, w której Steve prowadza swojego syna w tajniki swojej pracy). Zachwyca również fauna i flora świata oceanicznego, która została wykreowana przez Henry'ego Selicka ("Miasteczko Halloween") i jest ona z jednej strony wyrazem nieograniczonej wręcz wyobraźni Wesa Andersona, ale także projekcją wyobrażeń samego Steve'a Zissou na temat podwodnego świata.


Po drugie, bohaterowie. Poza tytułową gwiazdą mórz podczas wyprawy pojawiają się Eleanor Zissou (Anjelica Huston), żona, "mózg" każdej operacji, Ned Plimpton (Owen Wilson), podający się za syna Steve'a, ciężarna Jane (Cate Blanchett), reporterka gromadząca materiał do artykułu o swoim idolu-oceanografie, a także barwna galeria współpracowników Zissou, wśród których chyba na największą uwagę zasługuje Klaus (świetny Willem Dafoe), niemiecki mechanik oraz Bill (Bud Cort), wysłannik skarbówki posługujący się płynnie językiem filipińskim. 


Po trzecie, kostiumy. Wykreowane przez Milenę Canonero (autorkę kostiumów do filmów takich, jak "Lśnienie", "Mechaniczna pomarańcza" czy "Pożegnanie z Afryką"), stylizowane na stare, charakterystyczne okrycia płetwonurków w połączeniu z czerwonymi czapeczkami z pomponami są dodatkowym elementem  komicznym filmu (który, wbrew pozorom, czystą komedią wcale nie jest!)


Mnie ten film absolutnie urzekł, a wykorzystanie piosenki "Life on Mars" Davida Bowiego dodało mu klasy (w tym raz zaśpiewanej po portugalsku przez Seu Jorge, tej wersji możecie posłuchać TUTAJ). 
Rewelacja!

fotografie: aquic.com.ar, listal.com

7 maja 2011

Wojna w Wietnamie - część 3.

Kończąc już temat wojny w Wietnamie (obiecuję, że następnym razem napiszę coś weselszego), chciałabym przedstawić Wam jeszcze kilka filmów, które opowiadają o życiu weteranów wojny po ich powrocie z frontu. Przyznam, że obrazy, o których napiszę poniżej są równie wstrząsające i/lub wymowne jak te, o których pisałam w dwóch poprzednich notatkach TUTAJ i TUTAJ.

"Urodzony Czwartego Lipca"
reż. Oliver Stone
1989


Sparaliżowany podczas wojny wietnamskiej Ron Kovic staje się się politycznym aktywistą praw człowieka po tym, jak poczuł się zdradzony przez państwo. Na wojnę wyruszył zachęcony pięknymi ideami, którymi karmiony był przez amerykańską propagandę. Gdy jednak na froncie zetknął się z rzeczywistością, pojawiają się w nim pretensje do całego świata i nie może pogodzić się z wszechobecnym okrucieństwem. Sięga po alkohol i stacza się niemal na samo dno, by nagle, obudzić się i stać się jednym z liderów antywojennej formacji. Dziś Ron Kovic jest legendą.


Największymi atutami tego filmu są ogromny ładunek emocjonalny, prezentowany w nim bez niepotrzebnej czułostkowości i fantastyczne aktorstwo. Znakomite role w filmie zagrali Tom Cruise wcielający się w tytułowego bohatera oraz Willem Dafoe jako poznany przez niego weteran. Podczas oglądania koniecznie zwróćcie uwagę na groteskowo-absurdalną scenę ich bójki...
 
Uważam, że w tym nurcie równie ważnym filmem jest 

"Rambo: Pierwsza Krew" 
reż. Ted Kotcheff
1982 

John Rambo, grany przez Sylvestra Stallone'a to weteran wojny w Wietnamie, który podróżuje od miasta do miasta szukając swych kolegów z wojska. Zderza się z brutalną prawdą gdy zdaje sobie sprawę z tego, iż jako jedyny przeżył, i udaje się w dalszą, zupełnie samotną wędrówkę. Kiedy w jednym z miasteczek mimo próśb szeryfa nie chce opuścić jego terytorium, zostaje aresztowany.


Wkrótce jednak ucieka i ścigany przez zastępy uzbrojonych strażników wypowiada im własną wojnę. "Rambo" nie jest błahą opowieścią o superbohaterze w podkoszulku kryjącym się w wielkim lesie. Należy zwrócić uwagę na fakt, iż Rambo wszystkie działania wymierzone przeciwko niemu kojarzy z brutalnymi torturami Wietnamu, a atakując policjantów i szeryfa walczy przede wszystkim o własną godność.


Najbardziej wymowny, wręcz wzruszający w tym filmie jest finałowy monolog Rambo, w którym bohater przyznaje, iż tego wszystkiego nie da się tak po prostu wyłączyć. Wietnam nie był jego wojną, on robił wszystko, by wygrać, a teraz powrócił do świata, w którym nikt go nie szanuje. Dla niego życie w cywilu nic nie znaczyło, bo to w Wietnamie żołnierze mieli zasady i honor. Tam miał broń za tysiące dolarów, podczas gdy po powrocie do kraju może być najwyżej parkingowym. To bardzo przejmujący tekst, który zmienia zupełnie wydźwięk całego filmu. Obowiązkowy.
 

"Taksówkarz"
reż. Martin Scorsese
1976


Główny bohater grany przez Roberta de Niro, Travis Bickle wydaje się być jak najczarniejszy koszmar z naszych snów. Ze wzrokiem szaleńca śledzi dziewczynę swoich marzeń jeżdżąc po okolicy wściekle żółtą taksówką. Co ciekawe, kolor żółty konotuje poczucie zagrożenia, które ma wzbudzić w widzach dodatkowe napięcie. Z kolei połączenie koloru żółtego z czarnym wskazuje na symbolikę trucizny, bowiem to połączenie kolorów jest częste u jadowitych gadów, płazów i owadów, a także – pojawia się na znakach ostrzegawczych.
 

Travis jest także weteranem wojny w Wietnamie, zatrudnił się jako taksówkarz, ponieważ cierpi na bezsenność. Po tym, jak poznaje młodziutką Iris, prostytutkę (Jodie Foster) i jej oprawców, na własną rękę chcę rozprawić się z robactwem Nowego Jorku. Koszmary przeszłości i rzeczywistości, do której powrócił łączą się w nim i prowadzą do szokującego finału.


Najlepszym cytatem, jaki opisuje tę kultową postać jest wymowny tekst, który można znaleźć na kilku (nawiasem mówiąc, rewelacyjnych) plakatach:
Na każdej ulicy jest nieznajomy, który marzy o tym, by stać się Kimś. To człowiek samotny, zapomniany, który rozpaczliwie próbuje udowodnić, że żyje.

Robert de Niro przygotowując się do roli Travisa pracował po 12 godzin dziennie jako taksówkarz i studiował choroby psychiczne, a słynna scena przed lustrem została w całości przez de Niro zaimprowizowana.

I jeszcze jeden film, który temat Wietnamu traktuje w sposób niepowtarzalny, bez artystowsko-intelektualnego zadęcia ukazując ją jako jeden z najważniejszych punktów w amerykańskiej historii drugiej połowy XX wieku.
 
"Forrest Gump"
reż. Robert Zemeckis
1994 


Forrest Gump, jedna z najbardziej kultowych filmowych postaci, powiedział o Wietnamie takie słowa:
W Wietnamie było zawsze gdzie iść. I zawsze było coś do roboty. Pewnego dnia zaczęło padać i nie przestało przez 4 miesiące. Doświadczyliśmy każdego możliwego rodzaju deszczu. Były małe kapuśniaczki i wielkie ulewy.Deszcz zacinający z boku i taki, co padał jakby z dołu w górę. Kurczę, lało nawet w nocy.


Nie możemy zapomnieć o tym, iż podczas swojego wspaniale bujnego życia Forrest Gump  (życiowa rola Toma Hanksa) oprócz tego, że stał się królem przemysłu krewetkowego, gwiazdą ping ponga i odkrył aferę Watergate, został także wysłany do Wietnamu. Przede wszystkim, stał się bohaterem wojennym, pomógł swoim rannym towarzyszom broni, przenosząc ich do medycznych helikopterów, po czym po powrocie z Wietnamu udał się od razu do Waszyngtonu, gdzie otrzymał Medal Honoru. Przez przypadek został wplątany w wielką hippisowską antywojenną demonstrację, podczas której miał powiedzieć do rozszalałych tłumów co tak naprawdę sądzi o wojnie.
 

W parę tygodni później Forrest mówił także:
Myślałem, że wrócę do Wietnamu, ale dowództwo postanowiło, że skuteczniej będę zwalczał komunistów grając w ping-ponga. W ramach Służb Specjalnych jeździłem po kraju zabawiając rannych weteranów i ucząc ich gry w ping-ponga. Byłem tak dobry, że włączono mnie do reprezentacji USA. Byliśmy pierwszymi Amerykanami na terytorium Chin od jakiegoś miliona lat. Podobno pokój na świecie zależał od nas, ale ja tylko grałem w ping-ponga.

Oczywiście, to jedynie wycinek z całej masy filmów, które opowiadają o wojnie w Wietnamie (bądź skupiają się na wątkach powojennych). Jestem jednak przekonana, że warto je obejrzeć.

fotografie: movingimagesource.us, listal.com, tvworthwatching.com