Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scarlett Johansson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scarlett Johansson. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2014

Oscary 2014 - wielcy zwycięzcy i drobne oczarowania

Muszę przyznać, że przez moment chciałam porzucić pomysł oglądania oscarowej nocy, jednak moja Siostra z bardzo poważną miną oznajmiła mi: "Powinnaś". Przez całą noc śledziłam więc galę i opisywałam ją na facebookowym profilu bloga, pomyślałam jednak, że najlepiej będzie zebrać to wszystko w jednym miejscu (jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wirtualnie towarzyszyli mi tej nocy, to było po prostu super!).


Niekwestionowanymi triumfatorami 86. edycji rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej okazały się być filmy "Grawitacja" Alfonso Cuarona oraz "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Powinnam jednak zacząć od tego, że największą siłą tej gali był nikt inny, jak jej prowadząca - wspaniała, błyskotliwa, przezabawna Ellen DeGeneres.
Pierwszą nagrodę odebrał Jared Leto (Najlepszy Aktor Drugoplanowy) za rolę w filmie "Witaj w klubie" - i muszę przyznać, że był on jednym moich największych faworytów tej nocy. Jego rola zarażonego wirusem HIV transwestyty Rayona to prawdziwy majstersztyk. W podobnych rolach bardzo łatwo o śmieszność czy karykaturę, natomiast Leto jest w tym filmie nie tylko autentyczny, ale również niesamowicie przejmujący. Przemowa Jareda podczas podziękowań za statuetkę okazała się być z kolei jednym z najmocniejszych i najbardziej wzruszających punktów programu. Dziękował przede wszystkim swojej rodzinie (na gali towarzyszyli mu przecudna mama i brat), ale w jego dyskursie nie zabrakło również odniesień do niepokojącej sytuacji politycznej w różnych częściach świata. Cóż - dziś rano obudziłam się jako prawdziwa fanka Jareda Leto.



Byłam bardzo ciekawa, kto dostanie statuetkę za Najlepszą Piosenkę. Zauroczyła mnie zarówno "The Moon Song" Karen O z filmu "Her" (wokalistka przyszła na galę w pięknej czerwonej sukni i wykonała swój utwór przy akompaniamencie Ezry Koeniga, który włożył z tej okazji perfekcyjnie pasujące do jej kreacji czerwone skarpetki), jak i "Happy" Pharrella Williamsa do filmu "Minionki rozrabiają" (zauważyliście, jak świetnie bawiła się Meryl Streep, gdy Pharrell wykonywał swój utwór?), natomiast moim faworytem był chyba zespół U2 z piosenką "Ordinary Love" z filmu "Mandela: Long Walk to Freedom" (występ U2 był według mnie jednym z najmocniejszych elementów całej gali, bezbłędny).
Statuetka powędrowała jednak do Kristen Anderson-Lopez i Roberta Lopeza i było to moje największe rozczarowanie tej nocy, bo piosenka (pochodząca z filmu animowanego "Kraina Lodu", który zgarnął również Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany) niestety w ogóle mi się nie podoba: jest za ckliwa, za nijaka i, naprawdę, cieszyłabym się z każdego innego werdyktu, bo każda z pozostałych trzech piosenek miała w sobie coś wyjątkowego.


Tej nocy aż dwie osoby opuściły Dolby Theatre z dwiema statuetkami.
Pierwszą z nich jest Catherine Martin, pracująca głównie ze swoim mężem, Bazem Luhrmannem (ta współpraca przyniosła jej już wcześniej dwa Oscary - za kostiumy i scenografię do "Moulin Rouge!"). I tym razem okazało się, że życiowo-profesjonalny tandem przynosi jej wyjątkowo dużo szczęścia. Pierwszego Oscara Martin odebrała wczoraj za kostiumy, a drugiego - wspólnie z Beverley Dunn - za scenografię do filmu "Wielki Gatsby" (o filmie pisałam przy okazji jego majowej premiery TUTAJ i TUTAJ). 



Kolejną osobą z dwoma Oscarami jest Alfonso Cuarón, który najpierw (wspólnie z Markiem Sangerem) odebrał statuetkę za Najlepszy Montaż, a następnie - tę dużo ważniejszą - dla Najlepszego Reżysera.
Dla mnie te nagrody są ważne z pewnego dodatkowego powodu: bacznie przyglądam się twórczości trzech meksykańskich reżyserów, którzy zwani są w niektórych kręgach Los Tres Mariachis, a mam tu na myśli Guillermo del ToroAlejandro Gonzáleza Iñárritu i właśnie Alfonso Cuaróna.
Pierwszy raz o Los Tres Mariachis jako o pewnej nieformalnej grupie zrobiło się w Hollywood głośno w 2007 roku, gdy filmy wymienionej trójki reżyserów (którzy prywatnie naprawdę bardzo się przyjaźnią) zdobyły wspólnie aż szesnaście nominacji (były to "Labirynt Fauna" del Toro, "Babel" Iñárritu oraz "Ludzkie dzieci" Cuaróna). 
Iñárritu powiedział wtedy:
"To szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ wszyscy trzej zrobiliśmy filmy skomunikowane ze sobą tematycznie. Wydawałoby się, że stworzyliśmy trylogię zupełnie tego nie planując, ponieważ każdy z nas opowiada o autorytaryzmie, emigracji, dehumanizacji. Film Guillermo del Toro odkrywa przeszłość,  mój - teraźniejszość, natomiast film Cuaróna - przyszłość. Można mieć wrażenie, że powstała trylogia Meksykanów wywodzących się z klasy średniej, żyjących poza krajem i ponadto prezentujących swoje filmu w tym samym czasie, gdy świat chce o tym wszystkim rozmawiać".
(fragment książki En la frontera con Iñárritu, wprowadzenie: Rafael Cerrato, str. 11-12, tłumaczenie własne)

Paradoksalnie, mam wrażenie, że do tej pory to Cuarón był najmniej utytułowanym z całej trójki. "Grawitacja" udowodniła, że jest naprawdę znakomitym reżyserem. 


Nie ukrywam, że prawdopodobnie moim ulubionym Oscarem tego wieczoru jest ten za Najlepszy Scenariusz Oryginalny.
Spike Jonze stworzył (napisał i wyreżyserował!) bowiem piękną, kameralną, ale jednocześnie dosyć odważną historię o mężczyźnie (wspaniały, pominięty podczas nominacji Joaquin Phoenix), który zakochuje się w... systemie operacyjnym (mówiącym superseksownym głosem Scarlett Johansson). O filmie pisałam TUTAJ.
Ellen DeGeneres nie mogła oczywiście powstrzymać się przed skomentowaniem udziału Jonze'a w produkcji wątpliwie inteligentnych tworów filmowych z serii Jackass...


Pisałam bardzo dużo o Oscarze dla Jareda Leto, nie mogę jednak pominąć pozostałych kategorii aktorskich.
Nagrodę za Najlepszą Drugoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Lupita Nyong'o za przejmujący (miejscami wręcz rozdzierający) występ w "Zniewolonym". Jej wyjście po nagrodę to bajeczna sukienka i nieco rozedrgane, ale piękne podziękowania w których przedstawiła swojego brata jako najlepszego przyjaciela i w bardzo ładny sposób nawiązała do historii swoich przodków (o czym z resztą opowiada film).


Kategoria Pierwszoplanowa Rola Męska podzieliła publiczność na tych, którzy trzymali kciuki za Leonardo DiCaprio i na tych, którzy liczyli na wygraną Matthew McConaughey
Jestem pewna, że na Leonardo przyjdzie jeszcze czas (jest nieco za młody, żeby przyznawać mu statuetkę "za całokształt", więc ten argument zupełnie do mnie nie przemawia...), bo Matthew był w tym roku po prostu bezkonkurencyjny, a jego rola w "Witaj w klubie" - znakomita. 
I naprawdę nie wiedziałam, że McConaughey jest tak zakręcony i tak... sympatyczny. W swojej przemowie powiedział, że do życia potrzebne mu są trzy rzeczy: coś, co może szanować, coś, na co może czekać i coś, co może gonić - co jednocześnie dodaje mu odwagi. I opowiadając o tych rzeczach naprawdę mnie wzruszył, tak samo, jak wpatrzona w niego przepiękna żona, Camila Alves.


Oscara za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Cate Blanchett za występ w filmie "Blue Jasmine". Gdy tylko wyszła na scenę i wypowiedziała pierwsze zdanie pomyślałam: "Co za klasa! Co za poczucie humoru!"
Kate mówiła dużo, ale niesamowicie zajmująco. W swojej błyskotliwej przemowie nazwała swojego męża legendą, swoją agentkę - boginią i pokazała, że jest świetną babką z charakterem.


Najlepszym Filmem okazał się być "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Spotkałam się z wieloma opiniami, że jest to film zbyt poprawny i jednocześnie jakby skrojony pod Oscary - zarówno tematycznie, jak i formalnie. Po części muszę się z tą opinią zgodzić. 
Jednocześnie film ten zasługuje na osobny wpis i jeszcze w tym tygodniu postaram się wyjaśnić, dlaczego mimo wszystko cieszę się z takiego werdyktu Akademii.


Co jeszcze warto zapamiętać z wczorajszej gali? 
Pozwólcie, że wypunktuję:
- słynna już na cały Internet selfie zaproponowana przez Ellen Meryl Streep, do której dołączyli się... popatrzcie tylko:


- Radość Meryl Streep na wieść o tym, jak szybko to zdjęcie stało się megapopularne. W ogóle, jak już zapewne zauważyliście, Meryl Streep jest poniekąd moją bohaterką tej gali.

- Początkowo nie byłam fanką numeru Ellen z zamawianiem pizzy (ona naprawdę zamówiła pizzę do Dolby Theatre..!), ale Brad Pitt rozdający talerzyki lub Jared Leto oddający z dumą swój kawałek pizzy mamie - to było czarujące.

- Pewne elementy garderoby, jak butelkowozielona mucha Billa Murray'a czy granatowy garnitur (i perfekcyjnie przyczesana grzywka) Kevina Spacey.

- Brad Pitt dumny z honorowej nagrody dla Angeliny Jolie.


- Paolo Sorrentino, który odbierając Oscara za "Wielkie Piękno" (Najlepszy Film Nieanglojęzyczny) dziękował między innymi Martinowi Scorsese i Maradonie - osobom, które go inspirują.

- Niezaprzeczalna klasa Glenn Close (!) i przepiękna kompilacja In Memoriam o osobach ze świata kina, które odeszły w minionych dwunastu miesiącach.

A które momenty gali Wy zapamiętacie na dłużej?
Jesteście zadowoleni z werdyktu?


fotografie: businessinsider.com, newnownext.com, materiały prasowe Warner Bros, listal.com, swide.com, eonline.com, hollywoodreporter.com.

28 lutego 2014

Ona

reż. Spike Jonze
scen. Spike Jonze
2013

Czym jest prawdziwa miłość? - zdaje się nieustannie pytać Spike Jonze w swoim najnowszym filmie - Czy można pokochać kogoś, kto nie ma ciała? Jaka będzie definicja człowieczeństwa w niedalekiej przyszłości? I pomimo że może to zabrzmieć jak zbiór wyświechtanych frazesów, reżyser poprzez umieszczenie swojego bohatera w nieco surrealistycznym środowisku i osobliwym emocjonalnym układzie, jednocześnie unika banału i nie szuka odpowiedzi na siłę.


Theodore Twombly (znakomity Joaquin Phoenix) jest zamkniętym w sobie, bardzo wrażliwym samotnikiem z bolesną przeszłością, od której nie potrafi się uwolnić mimo upływających miesięcy. Kupno systemu operacyjnego posiadającego prawdziwie ludzką inteligencję oraz intuicję (i mówiącego głosem Scarlett Johansson) nie tylko zmieni jego podejście do życia, ale również nakaże mu przewartościować wszystko, co do tej pory uważał za rzeczywiste. Theodore żyje bowiem w świecie, w którym to, co realne miesza się z uniwersum wirtualnym. To miejsce, gdzie trudno jest znaleźć wrażliwość na słowo, sztukę i proste codzienne przyjemności. Zagubiony w nim Theodore coraz dalej i coraz śmielej odchodzi więc do tego iluzorycznego, nieco utopijnego świata, od którego nie potrafi odciągnąć go ani jego wielka utracona miłość (Rooney Mara) ani najlepsza przyjaciółka Amy (Amy Adams).


Strona wizualna "Her" to - obok błyskotliwego scenariusza Spike'a Jonze'a i poruszającego Joaquina Phoenixa - jeden z największych atutów filmu. Zachwyciły mnie jego kolory, sposób przedstawienia miasta (jako wielkiej metropolii, która jest jednocześnie miejscem zamieszkania milionów anonimowych jednostek, ale także sprawia wrażenie miłej i, paradoksalnie, pięknej w swoim bezkresie), kostiumy autorstwa Casey'a Storma (czy tylko mam takie wrażenie, czy nawet kolory koszuli Theo mają swoje znaczenie i naprawdę zmieniają się zgodnie z jego stanem ducha?), zdjęcia Hoyte Van Hoytemy (pełne zbliżeń i detali, z delikatnymi filtrami potęgującymi malarskość kadrów), aranżacja wnętrz... każdy z wymienionych elementów estetyki "Her" czyni film zupełnie wyjątkowym.


To historia portretująca samotność w sposób, który przywodzi na myśl "Między słowami" Sofii Coppoli (prawdopodobnie przede wszystkim ze względu na silne powiązania bohaterów obu filmów z otaczającą ich przestrzenią miejskiej dżungli). Strona estetyczna i motyw miłości, o którą należy i chce się walczyć wbrew logice zbliża film "Ona" do obrazów takich jak "Like Crazy" Drake'a Doremusa czy "Zakochany bez pamięci" Michela Gondry'ego, natomiast jego wpisanie w konwencję gatunku sci-fi oraz refleksje na temat egzystowania w niemal utopijnej przyszłości pozwalają na przypomnienie sobie o "Mr. Nobody" Jaco Van Dormaela.


"Ona" to również bardzo intrygujące spojrzenie na sci-fi. Gatunek ten, klasycznie opisywany jako projekcja marzenia sennego oparta na rozwoju historycznym i obserwacji osiągnięć technologicznych tutaj zyskuje dodatkową wartość. Wrażliwość reżysera na stronę estetyczną filmu oraz smakowite detale jego autorskiego scenariusza (jak zawód głównego bohatera, czyli pisanie na zlecenie pełnych emocji listów) sprawiają, że film ma w sobie wiele poetyckości.

fotografie: listal.com

17 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 2.

tekst pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, cały magazyn do poczytania TUTAJ.


Młodość kochająca

Miłość młodzieńczych lat często bywa cukierkowa i superspontaniczna, nie wtedy jednak, gdy się jest niezbyt popularnym chłopcem mieszkającym w niewielkim, nudnym miasteczku. Taki właśnie jest Olivier Tate (Craig Roberts), bohater „Mojej łodzi podwodnej” w reżyserii Richarda Ayoade. Olivier jest szaleńczo zakochany w Jordanie (Yasmin Paige), dziewczynie w czerwonym płaszczu, której ignorancja popycha go do najbardziej szalonych czynów, jak dokuczanie jeszcze mniej popularnej koleżance.


Mimo uprzedniego braku zainteresowania ze strony dziewczyny idealnej i wiszącej nad nim wizji rozwodu rodziców (Sally Hawkins i Noah Taylor), Olivier czuje, że ma moc. Chłopak jest bowiem nie tylko nieznośnie wszystkowiedzącym erudytą, ale także swoim własnym psychoterapeutą i nieustannie analizuje swoje życie, jakby było podstawą ekscytującego, złożonego scenariusza filmowego. Film Ayoadego to przede wszystkim uczta dla oczu. Wymyślne, stylowe zabiegi wizualne przesłaniają tu nieco historię, która rozgrywa się niespiesznie, a jednak wzbudza dla bohatera sporo zrozumienia i równie dużo sympatii.


Na znacznie bardziej bolesnym biegunie rzeczywistości usytuować można historię związku Anny i Jacoba, o której opowiada przepiękny stylistycznie film „Like Crazy” Drake’a Doremusa. Ona jest Brytyjką. Podczas studiów w USA poznaje pewnego Amerykanina, zakochuje się bez pamięci. Ich związek jest pełen namiętności, pasji, zrozumienia, ognia. Do pełni szczęścia potrzeba Annie tylko wizy, która pozwoliłaby jej na stały pobyt w kraju ukochanego. Jej lekkomyślność sprawia jednak, że sprawy formalne komplikują się, zdobycie upragnionego pozwolenia może trwać nawet kilka lat, a idea związku na odległość dla obojga zmienia się w koszmar. 


Z jednej strony chcą utrzymać tę miłość, z drugiej: każde z nich pragnie zdobyć swoją małą, prywatną stabilizację i samorealizację. Jest w tym obrazie coś, co elektryzuje i prawdopodobnie ogromna w tym zasługa odtwórców głównych ról. Prześliczna Felicity Jones (znana z „Zakochanego głupca” czy „Powrotu do Brideshead”) daje swojej bohaterce energię, upór, spontaniczność i naturalność, natomiast Anton Yelchin („Zakochany Nowy Jork”, „Star Trek”) jako Jacob jest nieco bardziej powściągliwy, bohater mocno stąpa po ziemi, ale jego uczucie wydaje się być równie mocne. 


Klimat filmu jest niewiarygodnie urzekający. Sposób pokazania miejsc, montaż budujący dramaturgię, autentyczność uczuć i ujęcie tematu: szczere, bez przesady, ale i bez lukru – to wszystko buduje nieco nieprawdopodobną, ale jednocześnie bardzo ujmującą historię. Bardzo młody reżyser nie czaruje widzów wizjami miłości bez skazy, a jego film z pewnością nie jest przepisem na ideał związku na odległość.


Miłość (o ile miłością nazwać można uczucie z kolejnego filmu!) międzypokoleniowa jest jednym z tematów filmu „Ghost World” Terry’ego Zwigoffa zrealizowanego na podstawie komiksu Daniela Clowesa. Enid (Thora Birch) jest nastoletnią ekscentryczką. Uwielbia alternatywną muzykę, dziwaczne układy taneczne i garażowe wyprzedaże. Jest również zupełnie nieprzystosowana do rzeczywistości. Nie potrafi poradzić sobie z ułożeniem życia zawodowego, ponadto pewnego dnia poznaje Seymoura (Steve Buscemi), co już zupełnie wywróci jej świat do góry nogami. 


Pojawienie się mężczyzny w życiu nastolatki jest wynikiem dosyć okrutnego żartu z jego ogłoszenia matrymonialnego, jednak Seymour fascynuje Enid na tyle mocno, że postanawia się z nim zaprzyjaźnić. Międzypokoleniowe uczucie w „Ghost World” nie jest zakazanym owocem. Bohaterowie, oboje dosyć dziwni, nie do końca rozumiani przez otoczenie, o intrygujących, ale niszowych pasjach w swojej relacji chcą znaleźć prawdziwą bratnią duszę. Niestety, w zawieraniu przyjaźni (nie mówiąc o wchodzeniu w związki!) dziewczyna także nie jest szczególnie mocna… 


W filmie Zwigoffa młodość ukazana jest jako zbiór kontrastujących postaw. Enid jest niesubordynowana w każdej możliwej dziedzinie życia (nie tylko w sferze uczuć, ale także w pracy), natomiast jej przyjaciółka, Rebecca (Scarlett Johansson), bardzo konsekwentnie i z dużą odpowiedzialnością realizuje swój plan wkroczenia w dorosłość.



ciąg dalszy nastąpi...

fotografie: listal.com, allmoviephoto.com

20 lutego 2010

Vicky Christina Barcelona!


Zabieganie i zapracowanie nie pozwala mi na dzielenie się wszystkimi fantastycznymi znaleziskami tutaj, ale ale... niech chwilą oddechu będzie kilka słów na temat najseksowniejszego filmu minionego roku.

Wyrównaj z obu stron
Vicky Christina Barcelona

2008
reż.
scen. Woody Allen


O tym filmie mówi się (z pewną ignorancją i w dużym uproszczeniu), że Woody Allen zawitał do kraju Almodóvara. Mimo tego, że klasyk komedii znów opuścił swój lekko pretensjonalny Nowy Jork , tym razem na rzecz gorącej Hiszpanii i przybył do Barcelony (mistrz Pedro preferuje Madryt!) - nie można powiedzieć, że jego styl w jakikolwiek sposób przypomina styl Hiszpana - chyba, że odrobinę temperamentem.


Gorąca atmosfera, jaką odczuwa się przez cały czas trwania filmu jest zasługą świetnej obsady: rewelacyjna Penelope Cruz jako Maria Elena (Oscar za najlepszą rolę drugoplanową) - wprawna kusicielka, chodzący południowy temperament, jest piękna i uzależniająca.


Dość naiwna, kokieteryjna, szukająca swojego miejsca w życiu Christina - Scarlett Johansson


i, oczywiście, obłędnie przystojny, hipnotyzujący Juan Antonio - Javier Bardem (dobra rola, chociaż grzechem byłoby ją porównywać z rolami tego kalibru jak Reinaldo Arenas z "Zanim Zapadnie Noc" lub Róman Sampedro z "W stronę morza")


Równie interesująca jest Rebeca Hall jako Vicky - zrównoważona, opanowana, traci głowę dla Juana Antonio będącego kompletnym przeciwieństwem mężczyzny, za którego ma zamiar wyjść za mąż.


Warto zobaczyć ten film nie tylko dla obsady i pięknych hiszpańskich plenerów. Historia jest dość prosta, ale pikantna i wciągająca. Jeden mężczyzna i trzy kobiety, które zrobiłyby dla niego absolutnie wszystko. Poza tym - kilka elektryzujących scen (z już słynnym pocałunkiem Penelope i Scarlett w ciemni fotograficznej na czele) i dialogi okraszone typowo Allenowskim humorem.

fotografie - filmweb.pl

10 grudnia 2009

Malarskość wieloznaczna II


Miloš Forman uważany jest za twórcę wybitnego – banałem byłoby każde argumentowanie ewidentnej klasy filmów takich jak „Lot nad Kukułczym Gniazdem”, „Amadeusz”, czy „Skandalista Larry Flynt” – jednak jego film „Duchy Goi”, którym powrócił w 2006 roku po siedmiu latach przerwy w pracy, wzbudził w krytykach mieszane uczucia. Być może dlatego, że nie jest on tak spektakularnie naładowany emocjami (jednak proszę pamiętać o genialnym Javierze Bardemie!) ani odkrywczy zarówno pod względem treści, jak i realizacji czy przesłania. Nie można jednak zaprzeczyć, iż Stellan Skarsgard nakreślił postać Francisco Goi bardzo interesująco (przy czym nie można odmówić samemu reżyserowi kapitalnego wyczucia w prowadzeniu aktorów), a niepokojące barwy doskonale oddają klimat Hiszpanii schyłku XVIII wieku, podczas gdy kraj pustoszony był przez wojska napoleońskie, a twórczość Goi jest najlepszym odzwierciedleniem niepokoju zarówno w społeczeństwie, jak i na królewskim dworze.
Czasami twórcy decydują się na dopowiedzenie kilku słów do biografii malarza, tak czyni Peter Webber adaptując bestsellerową powieść Tracy Chevalier „Dziewczyna z Perłą”. Odmalowuje brudny, depresyjny pejzaż miasta Delft w XVII-wiecznej Holandii, gdzie rozgrywa się emocjonalna potyczka w trójkącie uczuciowym: Johannes Vermeer (Colin Firth)– jego zazdrosna małżonka w oparach podszeptów matki – siedemnastoletnia Grier (Scarlett Johansson), ich śliczna służąca, która pozuje mistrzowi do portretów. Biografia malarza została wzbogacona o namiastkę mezaliansu najprawdopodobniej, by podnieść temperaturę fabuły i uczynić ją bardziej intrygującą.

Trochę inaczej rzecz ma się w filmie Juliana Schnabela – „Basquiat. Taniec ze śmiercią”, w którym pojawia się osoba Alberta Milo, zagrana przez Gary'ego Oldmana. Jest to bowiem fikcyjna postać dopisana specjalnie i zarazem alter-ego reżysera, który sam jest malarzem. Film ukazuje słodko-gorzką biografię Jeana-Michele'a Basquiata (granego przez Jeffrey'a Wrighta), prekursora graffiti, który swoimi napisami na murach bulwersował społeczeństwo Ameryki drugiej połowy XX wieku, natrząsając się z burżuazji i społecznych skłonności do hipokryzji. Na początku lat 80. spotkał on swojego mistrza, Andy'ego Warhola (czy jest ktoś bardziej odpowiedni do tej roli niż David Bowie? Według mnie jest to pytanie czysto retoryczne) i wspólnie stworzyli kilka prac. Basquiat zmarł w wyniku przedawkowania heroiny. Nie potrafił znaleźć w swoim życiu złotego środka, lawirując między kobietami, mecenasami sztuki (nie mogę nie wspomnieć Dennisa Hoppera w roli Bruno Bischofbergera. Hopper to jeden z tych aktorów, którzy magnetyzują niezależnie, czy grają główną rolę, czy marginalny epizod) i swoją prywatną bohemą wiecznie młodych i nieustannie narkotyzujących się nonkonformistów.

ciąg dalszy nastąpi, a całość można przeczytać

13 września 2009

Million Dreams


Na prośbę wytwórni Walta Disney'a
Annie Leibovitz zrealizowała magiczną sesję. Każde zdjęcie przedstawia konkretnych bohaterów filmów Disney'a, a w role hiperpopularnych rysunkowo-baśniowych bohaterów wcieliły się największe gwiazdy filmu, muzyki i sportu.
Zdjęcia pokazywane są od kilkunastu miesięcy, w odstępach czasowych i wszystkie możecie obejrzeć na specjalnym blogu



Możemy więc podziwiać Scarlett Johansson jako Kopciuszka, Whoopie Goldberg jako Dżina (gdy Alladynem i Jasminą są Jennifer Lopez i Marc Anthony), Rogera Federera jako Króla Artura, Beyoncé jako Alicję z Krainy Czarów, Davida Beckhama jako książę Filip od Śpiącej Królewny, Jessicę Biel jako Pocahontas, Gisele Bundchen jako Wendy, Mikhaila Baryshnikova, który jest Piotrusiem Panem, a Tina Fey dzwoneczkiem.



Fotografie, które pokazuję, bezapelacyjnie spodobały mi się najbardziej i według mnie najwierniej oddają niepowtarzalny klimat klasycznych bajek Disney'a.
Julie Andrews (wróżka z "Pinokia") i Abigail Breslin:



Przepiękna Rachel Weisz jest Królewną Śnieżką:



A zjawiskowa Julianne Moore - Syrenką Ariel (mistrz świata w pływaniu, Michael Phelps wciela się tutaj w trytona):