Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julia Roberts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julia Roberts. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2011

Larry Crowne - uśmiech losu


Larry Crowne
reż. Tom Hanks
scen. Tom Hanks, Nia Vardalos
2011


Larry Crowne ("z e na końcu") był ośmiokrotnym Sprzedawcą Miesiąca w jednym z dużych supermarketów. W pewien słoneczny piątek, gdy jest niemal przekonany, iż właśnie zdobędzie dziewiąty tytuł z rzędu, dowiaduje się, iż w wyniku restrukturyzacji musi zostać zwolniony, bo nie ukończył studiów.
- przez 20 lat służyłem w Marines! - mówi Larry.
- Dziękujemy ci za służbę dla kraju - słyszy w odpowiedzi. - I za pracę u nas także. 


Larry i jego długi zostają pozostawieni na pastwę losu i zapewne staliby się bohaterami kolejnej smutnej historii o bankructwie, gdyby nie jego przebojowy sąsiad (właściciel najlepszej w okolicy wyprzedaży podwórkowej), który namawia Larry'ego by ten poszedł na studia.

Larry Crowne, mistrz w robieniu francuskich tostów idzie więc do koledżu. Zapisuje się na zajęcia z ekonomii, gdzie okazuje się superbłyskotliwym i bardzo pracowitym studentem i na zajęcia z retoryki prowadzone przez atrakcyjną nauczycielkę w początkowym stadium depresji (Julia Roberts). Studia są także dla Larry'ego okazją do powrotu do młodości (jest aktywnym członkiem gangu miłośników skuterów i zaczyna dobrze się ubierać).


W filmie Toma Hanksa (który zagrał także główną rolę) największym atutem jest bez wątpienia on sam. Larry'ego można polubić od pierwszego wejrzenia, ja chyba najbardziej cenię w nim tę niesamowitą, zaraźliwą pracowitość i determinację, naiwną wręcz dobroć i zaangażowanie. Poza tym, rola jest idealnie uszyta na Hanksa, nic dziwnego, skoro był on również współscenarzystą filmu.


W "Larrym Crowne" znalazło się także kilka rzeczy, które zakłóciły mi jego bezkrytyczny odbiór. Uczucie, jakie zaczyna łączyć nietypowego student i jego nauczycielkę zostało bezdusznie spłycone, a motyw przyjaźni Larry'ego z młodziutką Talią (Gugu Mbatha-Raw) odrobinę naciągany.


Mój chłopak podsumował, iż to: "Jeden z tych fastfoodowych filmów, w których kobieta zakochuje się w facecie, z którym nic ją nie łączy tylko dlatego, że podoba się jej jego zapach". I mimo wielu zalet przyzwoitej komedii obyczajowej, "Larry Crowne" jest właśnie takim filmem.

fotografie: aceshowbiz.com

18 lipca 2011

Wielkie Rozczarowania


Na pewno wielokrotnie zdarzyło się Wam czekać na jakiś film, pokładać w nim duże nadzieje, bądź po prostu, mieć ochotę na chwilę dobrej rozrywki, a później, gdy już siedzieliście w kinie, przed ekranem komputera lub telewizora, zaczęliście poważnie zastanawiać się
a) dlaczego w ogóle wybraliście ten film
b) kto dopuścił go do dystrybucji, skoro setki bardziej interesujących projektów kurzy się gdzieś na półkach zapomnianych kin studyjnych lub czeka na zrealizowanie...

Mi też to się zdarza i dlatego dzisiaj kilka słów o dwóch takich filmach:

"Jedz, módl się, kochaj"
reż. Ryan Murphy
2010


Czego oczekiwałam?
Uroczego, wciągającego i błyskotliwego filmu o miłości, rozgrywającego się w pięknych plenerach, który swoim przesłaniem daje nadzieję i napawa optymizmem.


Co obejrzałam?
Historię nawiedzonej, płaczliwej i niezdecydowanej kobiecie imieniem Elizabeth (Julia Roberts), która na początku postanawia skrajnie zmienić swoje życie, by później przez bite dwie i pół godziny udawać uduchowioną rewolucjonistkę, która daje z siebie tyle ognia, co złamana zapałka.


Plus cała masa banałów w stylu "Nie masz podobać się mężczyznom, tylko sobie. Skoro żaden jeszcze nie uciekł z twojej sypialni to znaczy, że jesteś boska. Jedzenie może być sensem twojego życia, więc teraz zjemy tę pizzę, a później pójdziemy kupić większe jeansy". 
Błagam...


I cios w serce (prawie tak wielki, jak zobaczenie Antonio Banderasa w reklamie banku) - Javier Bardem jako ukochany głównej bohaterki. Jest świetny (mimo to nie wiem, dlaczego przyjął tę rolę), ale nawet on nie uratuje tak żałosnej historii. 


Plusy?
Oprócz Bardema - Plenery plus część rozgrywająca się w Italii, bo włoskość, która zafascynowała Elizabeth została oddana naprawdę nieźle.



"Kobieta, która pragnęła mężczyzny"
reż. Per Fly
2010


Czego oczekiwałam?
Wciągającego dramatu erotycznego, pełnego pasji, emocji, dobrego aktorstwa i, cóż, seksu.

Co obejrzałam?
Bardzo letnią opowieść o dwójce ludzi - niestabilnej emocjonalnie kobiecie (Sonja Richter), którą dręczą koszmary i mężczyźnie (Marcin Dorociński), który kreuje się na namiętnego brutala, będąc w rzeczywistości naiwnym amatorem.


Reklama tego filmu, która zewsząd komunikowała, iż najciekawszym elementem obrazu będzie bezkompromisowość i erotyka, wywołała tylko niepotrzebną burzę w szklance wody, do tego - krótką i taką, o której nie pamięta się następnego dnia.
(w sieci można znaleźć porównania tego filmu do "Intymności" Chereau czy "Ostatniego Tanga w Paryżu" Bertolucciego - o wiele (!) na wyrost).


Plusy?
Utrzymanie całego filmu w przygaszonej kolorystyce wprowadza do niego nutę niepokoju, której twórcy nie potrafili wywołać dialogami i fabułą. Podobały mi się też same zdjęcia, ale nie potrafiły zatrzeć goryczy rozczarowania.


A jakie filmy były dla Was największym rozczarowaniem?
Zapraszam też na Facebooka, bardzo cieszy mnie to, że jest Was tam coraz więcej :)

fotografie: filmweb.pl, listal.com, stopklatka.pl

2 czerwca 2011

Filmy o Miłości


Niestety, ostatnio studiowanie nie sprzyja rozwijaniu bloga, dlatego z niecierpliwością czekam na wakacyjną przerwę. W ramach inspiracji dzisiaj przypomnę kilka filmów o miłości (które idealnie wpisują się w cudownie wiosenny nastrój i o których opowiadałam w jednej z audycji - archiwalne KINOMASZYNY możecie znaleźć TUTAJ).

"500 dni miłości"
reż. Marc Webb
2009


To jeden z najciekawszych filmów, jakie w 2009 roku mogliśmy oglądać w kinach.
Co jest w nim takiego nietypowego? Przede wszystkim - bardzo błyskotliwe zaburzenie chronologii, bo oglądamy różne momenty trwającego 500 dni romansu bez (pozornie) żadnego porządku przyczynowo-skutkowego.


Główny bohater filmu, Tom (Joseph Gordon-Levitt) jest ofiarą romantycznej wizji miłości. Marzy, że spotka swoją drugą połówkę, z którą będzie żył długo i szczęśliwie w pięknym, rozśpiewanym świecie. Każde niepowodzenie jest dla niego życiową klęską, a niestabilność emocjonalna sprawia, że całe jego życie jest sinusoidą, którą wyznaczają kolejne fazy absolutnego szczęścia  (zakochanie, poznawanie, zdobywanie, stabilizacja) i beznadziejnej depresji (rozpad, rozpacz, pustka).
Film pokazuje nam jedną z takich historii, czyli opowieść o spotkaniu Toma z Summer.


Bohater filmu pewnego dnia poznaje Summer (Zooey Deschanel) i wydaje mu się, że jest ona kobietą z jego snów. Jest urocza, odrobinę zwariowana, ma bardzo podobne spojrzenie na świat, jednak jest też jedna rzecz, która nie pozwala Tomowi być w tym związku naprawdę szczęśliwym: Summer nie jest przekonana, czy jest on prawdziwą miłością jej życia. Dziewczyna wysyła mu pewne sygnały, jednak Tom, zaślepiony wizją idealnego życia wydaje się kompletnie tego nie zauważać. 

 
Film zdecydowanie warto obejrzeć. Jeśli chcielibyśmy go koniecznie gdzieś zaklasyfikować, myślę, że można by go określić mianem komedii romantycznej, wymyka się on jednak klasycznym schematom i to jest w nim najfajniejsze.

Najładniej zakochującym się aktorem, a już na pewno - ikoną komedii romantycznych jest bez wątpienia Hugh Grant. 


Nie będę mówić wiele o filmie "Cztery wesela i pogrzeb", bo to klasyk klasyków, warto jednak wiedzieć, że po tej, na wskroś brytyjskiej komedii, nikt – oprócz reżysera, scenarzysty i aktorów – zbyt wiele się nie spodziewał. Tymczasem ten angielski film z dodatkiem w postaci amerykańskiej bohaterki zawojował Stany i stał się wówczas najbardziej dochodowym brytyjskim filmem w historii. 


Wtedy też na dobre rozpoczęła się kosmiczna kariera Hugh Granta. Prasa szeroko komentowała jego wrodzoną skłonność do częstego zakłopotania, "Vogue" porównał go do Jamesa Stewarta w najbardziej płochliwym wydaniu i Henry'ego Fondy z "The Lady Eve", którego bohater nie do końca wiedział, jak bardzo jest przystojny. 

 
Nie mogę w temacie filmów o miłości zapomnieć o "Notting Hill", bo duet: Hugh Grant i Julia Roberts to para, która sprawia, że mam ochotę ten film oglądać co jakiś czas po raz kolejny. To opowieść o lekko zdziwaczałym Williamie, który pewnego dnia spotyka największą ówczesną gwiazdę filmową, Annę. Jak w prawdziwej komedii romantycznej, to spotkanie zupełnie odmienia ich życie i jest ono, jak wspaniale oddaje polskie tłumaczenie, "Surrealistyczne, acz miłe". Poza tym, dzięki temu filmowi odkryłam dla siebie aktora o nazwisku Rhys Ifans i co jakiś czas także przyglądam się jego (bardzo z resztą ciekawej) filmografii.


Ale wracając do Hugh Granta...
w 2007 roku zagrał on w kolejnej komedii romantycznej, tym razem w duecie z Drew Barrymore, a był to film "Prosto w serce".
Grant gra w tym filmie Alexa, przebrzmiałą gwiazdę pop z lat 80., która właśnie planuje swój wielki powrót na scenę. Nagle, otrzymuje niepowtarzalną szansę przebudzenia swojej kariery poprzez nagranie duetu ze zblazowaną młodziutką piosenkarką. Alex musi jedynie... napisać tę piosenkę. Na szczęście pojawia się Sophie Fisher, która między podlewaniem mu kwiatów stwarza wspaniałą piosenkę o miłości.

 
Obecnie Hugh Grant znajduje się w dość trudnej sytuacji - nie oszukujmy się - jest już odrobinę za stary by nieustannie grać  amantów, a propozycji innych ról nie ma dla niego zbyt wiele. Ja czekam, aż ktoś stworzy dla niego postać cynika po przejściach, w której Hugh Grant będzie mógł udowodnić, że naprawdę jest dobrym aktorem.


Jest jeszcze jeden film o miłości, kóry szczerze uwielbiam

"Masz Wiadomość"
reż. Nora Ephron
1998

Główny bohater filmu "Masz Wiadomość" pisze do swojej ukochanej, właścicielki maleńkiej księgarenki na rogu: "kupiłbym ci bukiet świeżo zatemperowanych ołówków", a my oglądając to już wiemy, że same chciałybyśmy taki bukiet dostać...
Bo właśnie tak działają komedie romantyczne, a wspomniana przeze mnie "Masz wiadomość" jest przykładem klasycznej, ale bardzo wdzięcznej realizacji schematu opowieści o poszukiwaniu, a raczej: znajdowaniu księcia z bajki.


Joe i Kathleen spotykają się w sieci, czatują i mailują i wydaje im się, jakby byli sobie przeznaczeni. Nie znają jednak swojej prawdziwej tożsamości i nie wiedzą, iż w prawdziwym życiu mieliby ochotę podusić się gołymi rękami.
Co jest takiego niezwykłego w tym filmie? 
Po pierwsze, pięknie pokazany Nowy Jork o każdej porze roku.
Po drugie, para pełnokrwistych bohaterów, odgrywanych przez Toma Hanksa i Meg Ryan, którzy po sukcesie "Bezsenności w Seattle" postanowili powrócić do współpracy na planie i jak widać, wyszło im to znakomicie.
Po trzecie, ten film jest także westchnieniem do tego, o czym na co dzień się zapomina, czyli malutkich drobnostek, czarujących imponderabiliów, które potrafią zupełnie zmienić dzień, a czasami nawet całe życie.
I po czwarte, film zachwyca swoim optymizmem, dlatego jest absolutną lekturą obowiązkową.


Filmy, o których dzisiaj napisałam, to oczywiście miłość w najlepszym i najsłodszym wydaniu. Kiedyś pokuszę się o napisanie tekstów o miłości trudnej i wbrew losowi, jednak wydaje mi się, że na gorsze dni lub przemiłą rozrywkę w tym pięknym wiosennym klimacie, komedie romantyczne sprawdzają się najlepiej.

Zapraszam też na Facebooka!
i dziękuję za wszystkie komentarze.