Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carey Mulligan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carey Mulligan. Pokaż wszystkie posty

17 maja 2013

Wielki Gatsby - recenzja

reż. Baz Luhrmann
scen. Baz Luhrmann, Craig Pearce
2013


"Wielki Gatsby", jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku, to oszałamiająca, przepiękna wizualnie i bardzo dobrze zagrana filmowa opowieść o schyłku dobrych obyczajów, rozpuszczeniu się moralności w oceanie uciech i niemożliwej miłości, która zamiast być największą życiową siłą, staje się okrutną słabością. Po wyjściu z kina szumiało mi w głowie od lśniących barw i elektryzujących dźwięków i muszę przyznać, że chociaż film nie jest pozbawiony wad, bardzo mi się spodobał.

Nick Carraway (Tobey Maguire) przeprowadza się do miasteczka West Egg na modnej Long Island. Planuje rozpocząć nowe życie, więc wynajmuje czarujący domek i rozpoczyna pracę na nowojorskiej giełdzie. Wkrótce potem poznaje swojego sąsiada - bardzo tajemniczego Jay'a Gatsby'ego (Leonardo DiCaprio), który mieszka w wielkim zamku i wydaje słynne w całej okolicy przyjęcia, na których bawi się cała śmietanka towarzyska Nowego Jorku. Wkrótce okazuje się, że Gatsby przyjechał na Long Island po to, by odnaleźć kuzynkę Nicka, Daisy Buchanan (Carey Mulligan), którą poznał kilka lat wcześniej...


Przede wszystkim, "Wielki Gatsby" to 100% stylu Baza Luhrmanna. Jeśli widzieliście "Moulin Rouge" bądź "Romeo + Julię", to pewne rozwiązania formalne mogą wydać się Wam znajome. A jednak, kontekst i epoka są zupełnie nowe: okazała scenografia otoczenia  powojennych bogaczy i nuworyszów jest efektem pracy Catherine Martin, stałej współpracowniczki (i życiowej partnerki) Baza Luhrmanna. Ona również, wspólnie z Miuccią Pradą zajęła się stworzeniem garderoby dla bohaterów filmu, a każdy jej element jest małym dziełem sztuki: sukienki z cekinami, sznury pereł, wiszące paciorki, opaski z piórami i twarzowe kapelusiki są kwintesencją lat 20. Eklektyczna, energetyczna i superemocjonalna muzyka (za którą odpowiedzialny był Jay-Z) czasami przynosi wrażenie lekkiego chaosu, ale niektóre momenty autentycznie mnie zachwyciły (zwróćcie uwagę na wykorzystanie utworu Lany Del Rey!). 


"Wielki Gatsby" jest filmem cudownie kiczowatym. Jako miłośniczka  takiej estetyki, oglądając połyskujące kostiumy, spadający z nieba brokat, lejący się strumieniami szampan... czułam się, jakbym odkryła fascynującą, na swój sposób znajomą, ale wciąż bajkową i bardzo pociągającą rzeczywistość. Niestety, w niektórych momentach miałam wrażenie, że reżysera nieco poniosła fantazja (i możliwości technologii), co wzmagało efekt groteski. Co więcej, jeśli nie jesteście naprawdę wielkimi fanami technologii 3D, wybierzcie się na film w 2D. 
Przez cały seans 3D miałam wrażenie, że dodatkowe ulepszanie i tak niesamowicie bogatego wizualnie filmu, jest po prostu zbędne i dodaje obrazowi irytującej sztuczności (nieco zdumiały mnie również zdjęcia prezentujące pałac Gatsby'ego, bo co prawda spodziewałam się imponującego dworu, ale zobaczyłam... Hogwart).


"Wielki Gatsby" bez wątpienia nie jest też idealną ekranizacją  (znakomitej!) powieści F. Scotta Fitzgeralda. Rozczarowanie powojenną rzeczywistością, dekadencja i moralna dwuznaczność zachowania bohaterów były nie tylko opisane z niespotykanym kunsztem, ale jednocześnie spowite pewną dawką spokoju, dystansu,  refleksji, których tutaj albo nie ma, a jeśli pojawiają się, to w bardzo pojedynczych scenach.
W powieści narratorem jest Nick Carraway. Aby zatrzymać tę pierwszoosobową narrację, reżyser Baz Luhrmann wprowadził do filmu instancję psychoanalityka, któremu Nick opowiada całą historię, a także za namową lekarza opisuje to w książce. Motyw z gabinetem psychoanalityka nie do końca przypadł mi do gustu, bo sam film nie wprowadza niemal żadnych elementów analizy psychologii samego Nicka.



Jednak, pozostając przy bohaterach muszę przyznać, że film jest rewelacyjnie obsadzony (nieco więcej o postaciach i aktorach z filmu pisałam niedawno w Alfabecie Gatsby'ego TUTAJ). Szczególnie mocno spodobała mi się Carey Mulligan, bo w jej wykonaniu Daisy nie jest rozkapryszoną lalką (którą była dla mnie Daisy Mii Farrow w wersji z 1974 roku), ale kobietą bardzo nieszczęśliwą, niezdecydowaną i uwięzioną w związku z mężczyzną, który staje się jej coraz bardziej obcy (znakomity Joel Edgerton).
Bardzo dobrze wypadli również wcielający się w główne role Tobey Maguire i Leonardo DiCaprio: pierwszy zdystansowany i trochę zagubiony w zupełnie nowym środowisku, a drugi - z jednej strony pewny siebie, bardzo znany biznesmen, którego w obecności ukochanej paraliżuje paniczny strach. Nie zawiódł mnie także Jason Clarke, w małej, ale popisowej roli mechanika Wilsona.

Myślę, że Luhrmann chciał też w swoim filmie nieco uwspółcześnić historię F.S. Fitzgeralda. Zwróćcie uwagę chociażby na brukowy charakter relacji Daisy i Gatsby'ego (nagłówki gazet czy ostatecznie nieustanna obecność fotoreporterów, zaznaczona w powieści, ale w filmie przesadnie nachalna). Jest to jednak kolejna cecha charakterystyczna dla twórczości filmowej australijskiego reżysera, miłośnika konwencji rodem z MTV. Ponadto, w niektórych kluczowych scenach (jak sekwencja wypadku samochodowego) patos wydaje mi się być nieco groteskowy, co, niestety, odziera te sytuacje (szalenie skomplikowane pod względem emocjonalnym dla wszystkich uwikłanych w nie bohaterów!) z wymaganej (przynajmniej w moim odczuciu) powagi.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdego zauroczy ta wersja "Wielkiego Gatsby'ego". Powtórzę jednak, że świetna obsada, wspaniały klimat, bajeczna estetyka oraz fantazyjnie skomponowana, bardzo dekoracyjna warstwa wizualna to największe atuty filmu, które mogą zagwarantować Wam naprawdę udany seans.


fotografie: materiały prasowe Warner Bros.

16 maja 2013

Przed premierą: Alfabet Gatsby'ego

Premiery "Wielkiego Gatsby'ego" nie mogę się doczekać, od kiedy tylko dowiedziałam o planowanej (ponownej) ekranizacji. Przyznam, że czekam na film z pewnym niepokojem - zawsze tak jest, gdy pokładam w jakiejś produkcji ogromne nadzieje - i żeby nieco uprzyjemnić to oczekiwanie, stworzyłam Alfabet Gatsby'ego, który przybliży Wam bohaterów historii oraz ekipę filmową.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki:
F. Scott Fitzgerald, "Wielki Gatsby"
przeł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, wydanie IX (poprawione), Poznań 2001.


A - Adaptacja
Film Baza Luhrmanna jest adaptacją powieści Francisa Scotta Fitzgeralda, amerykańskiego pisarza i scenarzysty filmowego. Fitzgerald był jednym z przedstawicieli straconego pokolenia pisarzy amerykańskich, który w swojej twórczości ukazywał  rozczarowanie i dekadencką postawę młodych ludzi wobec rzeczywistości powojennej.
Ja jestem powieścią "Wielki Gatsby" absolutnie zauroczona, piękny język, kunsztowne opisy, finezja w kreowaniu świata przedstawionego... Wspaniała lektura.

B - Baz Luhrmann
Reżyser, którego tak samo wiele osób ubóstwia, jak nie cierpi. Luhrmann jest bowiem wierny od lat rozbuchanej, magnetyzującej estetyce i rozwiązaniom filmowym wyjętych z kultury MTV.
Ja do tej pory widziałam tylko "Romeo+Julię" oraz "Moulin Rouge!"  i o ile ten pierwszy naprawdę mi się podobał, "Moulin Rouge!" przy pierwszym seansie nieco mnie przytłoczył. Mimo to uważam, że Luhrmann ma konsekwentny, rozpoznawalny styl, a także świetne wyczucie estetyki, przestrzeni i emocji.


C - Carey Mulligan (gra Daisy)
Powoli staję się psychofanką Carey Mulligan. Już kiedyś pisałam  (o TUTAJ) Wam o tym, że jest jedną z moich ukochanych aktorek. Uwielbiam nie tylko to, jak gra, ale również to, jak wygląda, jak się ubiera, uśmiecha i co mówi (zarówno to, że ubóstwia Indianę Jonesa, jak i to, że w dzieciństwie chciała zostać Danielem Day-Lewisem). Jak do tej pory, z całej filmografii Mulligan chyba najbardziej zauroczył mnie film "Była sobie dziewczyna".


C - Catherine Martin
Szara eminencja filmów Baza Luhrmanna (myślę, że spokojnie mogę ją tak nazywać, skoro strona wizualna odgrywa w kinie Australijczyka tak kolosalną rolę?). Związana z reżyserem w życiu prywatnym, Martin jest autorką scenografii i kostiumów do wszystkich jego filmów, a za pracę przy filmie "Moulin Rouge!" została uhonorowana aż dwoma Oscarami (w przypadku kostiumów pracowała z Angusem Strathie, a scenografię współtworzyła z nią Brigitte Broch).


D - Daisy Buchanan
Czyli główna bohaterka powieści "Wielki Gatsby".
"Miała twarz smutną i ładną, i dużo w niej blasku - błyszczące oczy i połyskliwe, namiętne usta, ale mężczyznom, dla których nie była obojętna, najtrudniej było zapomnieć niepokój jej głosu..."
(S. F. Fitzgerald, "Wielki Gatsby")

F - Florence + The Machine
To jeden z  moich ulubionych punktów w soundtracku (wyprodukowanego przez Jaya-Z) do "Wielkiego Gatsby'ego". Poza cudowną Florence na liście znajdują się również: Lana Del Rey, The xx, Beyonce czy Jack White z - według mnie genialnym - coverem utworu U2, "Love is blindness"

G - Great Catsby
Prawdopodobnie najzabawniejsza wariacja na temat "Wielkiego Gatsby'ego", jaką można znaleźć w sieci, czyli galeria kilku bardzo wyrafinowanych kotów i jednego psa.
Całość możecie obejrzeć TUTAJ.


J - Jay Gatsby
"Wyglądał interesująco, opalony, ze skórą mocno napiętą na twarzy i włosami krótkimi, jakby je przystrzygał co dzień. Nie widziałem w nim nic ponurego. Zastanawiałem się, czy to, że nie pije, pomaga mu utrzymać dystans wobec gości, bo zdawało mi się, że staje się coraz bardziej nienaganny, podczas gdy wszyscy naokoło byli już ze sobą za pan brat".
(S. F. Fitzgerald, "Wielki Gatsby")

J - Joel Edgerton (gra Toma, męża Daisy)
Pochodzący z Australii Edgerton jest jednym z moich ostatnich osobistych "odkryć", więc tym bardziej cieszę się, że będę mogła oglądać go w "Wielkim Gatsbym". Do tej pory bardzo podobał mi się w "Wojowniku" i "Królestwie zwierząt" (i nie tylko on sam, uważam, że oba filmy są naprawdę warte uwagi!), wielu z Was może go również pamiętać z roli Owena Larsa w II i III części "Gwiezdnych Wojen". Chcę śledzić jego karierę, bo ma w sobie niespotykany, emanujący spokój i coś, co mnie hipnotyzuje.


J - Jason Clarke (gra mechanika George'a)
To kolejne nazwisko do listy "do uważnego obserwowania". Jeśli znacie jego role w "Gangsterze" lub "Wrogu numer jeden" mogliście również zauważyć to szaleństwo pomieszane z powściągliwą szorstkością.
Znalazłam również informację, że Clarke zagrał główną rolę w serialu "Chicago Code", a jego bohater nosi nazwisko Jarek Wysocki. Czy wiecie może coś więcej o tym serialu? Jestem go bardzo ciekawa!


K - Kostiumy
Tym razem Catherine Martin pomaga sama Miuccia Prada. Efekty ich pracy są, cóż... zachwycające! Kostiumy nie tylko oddają klimat lat 20. XX wieku, ale również ducha środowiska, w którym rozgrywa się historia oraz (oczywiście, piszę to opierając się wyłącznie na fotografiach i kadrach z filmu, wkrótce będę miała okazję to zweryfikować) charakter postaci, które będą je nosić.
Spójrzcie na tę feerię barw, tkaniny, aplikacje, cekiny... Prawda, że można się zakochać?


Warto zaznaczyć, że sam Fitzgerald pisząc powieść zwracał ogromną uwagę na garderobę swoich bohaterów. Precyzyjne opisy ubrań są autentycznie zachwycające, pobudzają wyobraźnię i budują niepowtarzalną atmosferę lektury.

"(...) za nim szły Daisy i Jordan w małych, obcisłych kapelusikach z metalicznie połyskującego materiału i z lekkimi pelerynkami na ręku"

"Nie uszedłem dwudziestu jardów, gdy usłyszałem swoje imię i z krzaków wyszedł na ścieżkę Gatsby. Musiałem się wtedy czuć dosyć niesamowicie, bo mogłem myśleć tylko o tym, jak jego różowa marynarka błyszczy w świetle księżyca"
(S. F. Fitzgerald, "Wielki Gatsby")


L - Leonardo DiCaprio (gra Jay'a Gatsby'ego)
Leonardo jest jednym z moich ukochanych aktorów, odkąd obejrzałam film "Całkowite Zaćmienie" Agnieszki Holland. Jeśli miałabym wymienić inne filmy z jego udziałem, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, byłyby to bez wątpienia "Droga do szczęścia" i "Co gryzie Gilberta Grape'a", a także większość filmów, w których DiCaprio wystąpił pod reżyserskim okiem Martina Scorsese ("Gangi Nowego Jorku", "Wyspa Tajemnic"). Wszystkie blogowe wpisy, w których wspomniałam o Leonardo znajdziecie TUTAJ.


N - Nick Carraway
To główny bohater i jednocześnie narrator powieści F. S. Fitzgeralda. Zdystansowany, krytyczny, ale i bardzo wyrozumiały, jest świetnym przewodnikiem po osobliwym świecie Buchananów, Gatsby'ego oraz ich znajomych.

O - ostatnie zdanie
Najpopularniejsza część powieści, która chyba nie wymaga komentarza:
"Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość"
(S. F. Fitzgerald, "Wielki Gatsby")
R - Robert Redford

Robert Redford stworzył wspaniałą, niezapomnianą kreację w ekranizacji powieści F. S. Fitzgeralda z roku 1976. Myślę, że Leonardo DiCaprio nie uniknie porównań do Redforda, jednak ja chciałabym podejść do ekranizacji Luhrmanna z zupełnie świeżym spojrzeniem.


S - samochód
Nie chcę psuć Wam niespodzianki, jeśli nie znacie tej historii, ale muszę zaznaczyć, że samochód jest tutaj kluczową figurą. I to nie byle jaki samochód!


T - Tom Buchanan 
Mąż Daisy.
"Zmienił się od czasu studiów w New Haven. Był to teraz krzepki trzydziestoletni mężczyzna o włosach koloru słomy, raczej twardo zarysowanych ustach i wyniosłej postawie. Błyszczące aroganckie oczy panowały nad jego twarzą, nadając całej postaci wyraz nieustannej agresywności. Nawet kobieca trochę kokieteryjność jeździeckiego stroju nie mogła ukryć ogromnej siły tego ciała - cholewki błyszczących butów opinały łydki tak, że że sznurowadła zdawały się pękać, a gdy poruszył ramieniem, pod cienką kurtką rysowały się grube węzły muskułów. Było to ciało zdolne do potężnego uchwytu - ciało okrutne"
(S. F. Fitzgerald, "Wielki Gatsby")

T - Tobey Maguire (gra Nicka)
Muszę przyznać, że filmografia Maguire'a nie jest mi szczególnie bliska. Owszem, bardzo (!) podobały mi się filmy "Wbrew regułom" oraz "Niepokonany Seabiscuit", jednak nigdy nie śledziłam dokonań Maguire'a ze szczególną uwagą. Niemniej, gdy dowiedziałam się, że to on zagra Nicka w nowej ekranizacji "Wielkiego Gatsby'ego"  pomyślałam, że to naprawdę niezły pomysł.
Co ciekawe, Maguire i DiCaprio przyjaźnią się ze sobą od dzieciństwa. Myślę, że to będzie naprawdę ciekawe, móc obserwować ich (ponownie - pojawili się wspólnie w znakomitym filmie  Michaela Caton-Jonesa "Chłopięcy świat") razem na ekranie.


A jakie hasła Wy moglibyście dodać do tego zestawienia?

fotografie: materiały prasowe Warner Bros
vanityfair.com, styl.pl, guardian.co.uk

19 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 3.


Artykuł pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, tę część nieco skróciłam, bo o większości poniższych filmów kiedyś już tutaj pisałam. 
Ale jeśli jesteście ciekawi, cały tekst (i magazyn!) do poczytania TUTAJ

Błędy młodości

Początek filmu: młoda dziewczyna w bluzie idzie popijając sok pomarańczowy z wielkiego plastikowego kanistra. To Juno (Ellen Page), tytułowa bohaterka filmu Jasona Reitmana. Szybko okazuje się, że Juno planuje zrobienie testu ciążowego, a jego wynik przewróci świat nastolatki do góry nogami. Dziecko, które ma przyjść na świat nie jest tym, czego Juno życzyłaby sobie w tym momencie życia.


Jej chłopak nie wydaje się być, przynajmniej na razie, księciem z bajki, a relacje z ojcem (i jego partnerką) to kolejna kropla w morzu problemów dziewczyny. Dlatego postanawia ona znaleźć swojemu dziecku nową, idealną rodzinę. „Juno” to jednak nie ckliwa opowieść o niechcianym niemowlęciu i nastoletnich ciężarnych. To natomiast bardzo błyskotliwy (i wybornie komediowy) portret kursu przyspieszonego dojrzewania, który Juno musi przejść odkrywając po drodze, czym jest odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za własne błędy w kolejnym, bo dorosłym życiu.


W nurt filmów o błędach młodości wpisuje się także film „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig. Jenny (przeurocza Carey Mulligan) to inteligentna, wychowywana w tak zwanej dobrej, angielskiej rodzinie nastolatka, która moknąc na przystanku autobusowym ze swoją wiolonczelą poznaje Davida (Peter Sarsgaard). „Była sobie dziewczyna” to, wbrew pozorom, film daleki od pospolitej komedii romantycznej – on proponuje dziewczynie ochronę przed deszczem i podwiezienie do domu, co staje się preludium do ich burzliwej znajomości [...].


"Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli wprowadza do niego Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego świata, który z czasem zupełnie ją uzależnia, a wrodzona ambicja nakazuje jej błyskawicznie odnaleźć się w zupełnie nowych konwenansach. „Była sobie dziewczyna” to interesująca historia o dojrzewaniu i konieczności brania odpowiedzialności za konsekwencje wszystkich decyzji. To również opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie mogła robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata można było uciec chociaż na kilka chwil [...]. 


Młodość urocza

Urocza. Dokładnie taka jest młodość z filmów Wesa Andersona, a szczególnie ta znana z „Rushmore” i najnowszego filmu Amerykanina, „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Bohater pierwszego z nich to Max Fischer (Jason Schwartzman) – uczeń prestiżowej, tytułowej szkoły Rushmore i jednocześnie najaktywniejszy uczestnik oraz pomysłodawca zajęć pozalekcyjnych. Max jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Marzy o byciu kimś znaczącym dla ludzkości, a jego pozycja w szkolnej hierarchii daje mu tego nieocenioną namiastkę. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się nauczycielka, pani Cross (Olivia Williams), która wpada w oko także pewnemu nauczycielowi, Hermanowi Blume (Bill Murray) – do tej pory najbardziej zaufanemu powiernikowi Maxa. 


„Rushmore” jest jednak czymś znacznie więcej, niż tylko autorskim potraktowaniem high school comedy. To piękny portret niestrudzonego poszukiwania swojego miejsca na ziemi, kształtowania osobowości i dążenia do wymarzonego celu, bez względu na konsekwencje.[...].


Najważniejsze jest jednak to, że młodość u Andersona, mimo że urocza i potraktowana z dużą dozą ironii, traktowana jest przez reżysera z pełnym zrozumieniem i absolutną powagą. Problemy nastolatków w tych perfekcyjnych stylistycznie filmach nabierają wielowymiarowego znaczenia, co sprawia, że jest to kino niebywale wartościowe. W swoim najnowszym filmie „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom Wes Anderson powraca z tym, co w jego kinie zachwyca najbardziej: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i charakterystycznym poczuciem humoru. Oraz portretem bezpretensjonalnej, zaskakująco pomysłowej młodości. 


Bohaterowie filmu, Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka (Frances McDormand) ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis) maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). 


Suzy i Sam, znający się do tej pory jedynie korespondencyjnie, postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia. Werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i tęsknota za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe to motywy, których Wes Anderson także nie potrafi porzucić. Jego kino podszyte jest warstwą nostalgii, którą można bezwarunkowo pokochać. Swoje małe-wielkie opowieści reżyser snuje uciekając od banalnych rozwiązań, a ich wielobarwność pozostawia na bardzo długo wrażenie uczestnictwa w przepięknej przygodzie, w której młodość i dzieciństwo to najpoważniejsze i najpiękniejsze stany na świecie. 



fotografie: listal.com

11 listopada 2012

(ulubione) Aktorki, część 2.

Dzisiaj znów przedstawię Wam trzy kolejne z moich ulubionych aktorek (o dwóch z nich Wy pisaliście bardzo dużo w komentarzach!), bo uważam, że naprawdę warto znać ich filmografię.

(Kolejność, jak zawsze, jest nieprzypadkowa, ale wciąż niekoniecznie idealna. Kolorowe tytuły to odnośniki do innych wpisów na blogu, zapraszam do klikania i czytania!)

4. Cate Blanchett


Jakie słowo pierwsze przychodzi Wam na myśl, gdy widzicie jej imię i nazwisko? Klasa? Charyzma? Elegancja? Perfekcja? Czy wszystkie na raz?


A który film? Mi ostatnio chyba "I'm not there", bo Blanchett jako dekadencki Jude (czy właściwie: Bob Dylan) absolutnie mnie zachwyciła. Ale wielkie wrażenie zrobiła na mnie także jako uwikłana w romans z uczniem nauczycielka w "Notatkach o skandalu" i jako reporterka w "Podwodnym życiu ze Stevem Zissou".


Zachwyca mnie też w niej to, że potrafi bywać młoda, jak i zupełnie dojrzała oraz, niemal bez wysiłku, olśniewająco piękna, jak i odpychająco brzydka..!
I to, z jak wielką klasą potrafi łączyć występy w filmach komercyjnych ("Indiana Jones", "Robin Hood", "Władca Pierścieni") z resztą swojej wymagającej filmografii. Tak, że nikomu to chyba nie przeszkadza.


5. Penelope Cruz


Penelope Cruz (o której pisałam niedawno TUTAJ) odkryłam w kinie Pedro Almodóvara. Na początku w moim ukochanym "Drżącym ciele", później we "Wszystko o mojej matce""Volver""Przerwanych objęciach".
To moja filmowa para idealna. Jak napisało Vanity Fair: "Almodóvar wykorzystuje narrację w filmie do pokazania Cruz w najróżniejszych sytuacjach na wiele sposobów (...). We wszystkich przypadkach dowodząc, że kamera ją kocha równie bardzo, jak on sam". - Dlatego za każdym razem z niecierpliwością czekam na ich każdą kolejną współpracę.


Ale Penelope Cruz zagrała również wiele znakomitych ról u innych hiszpańskich reżyserów, warto wspomnieć chociażby o jej rolach w "Otwórz oczy" Alejandro Amenabara czy "Szynka, szynka" Bigasa Luny (w którym Cruz wcieliła się w ponętną mistrzynię robienia tortilli de patatas) oraz, oczywiście, rolach w kinie amerykańskim. I tutaj najbardziej godnymi uwagi wydają mi się Consuela Castillo w "Elegii", poruszającej opowieści o uczuciu pomiędzy piękną studentką i cenionym dojrzałym krytykiem literackim oraz Gloria z "Chromofobii".


6. Carey Mulligan


To najprawdopodobniej najbardziej urocza aktorka, jaką widziało kino i w dodatku jedna z najbardziej utalentowanych artystek swojego pokolenia. O Carey pisałam dużo TUTAJ TUTAJ, bo jej karierze przyglądam się z wielkim zaciekawieniem i szczerym podziwem.


Z jej filmografii na szczególną uwagę zasługują filmy: "Była sobie dziewczyna" - obraz, dzięki któremu kariera Mulligan nabrała rozpędu oraz "Wstyd", w którym aktorka pokazała, że jest nie tylko aktorką uroczą, stworzoną do grania studentek lub dziewcząt na granicy dojrzałości, ale także do kreowania naprawdę dramatycznych, złożonych ról.
Ja bardzo lubię także futurystyczny (i przerażająco antyutopijny) "Nie opuszczaj mnie" oraz straszliwie smutny "Najlepszy".


Ciąg dalszy nastąpi!

fotografie: listal.com

9 października 2012

Ubieranie kina. Odcinek 3, część 2.


Odcinek 3: osobowości mody.
(część pierwszą tekstu możecie przeczytać TUTAJ)
Moda-bohaterka
Równie ciekawym przypadkiem wydaje się być Sarah Jessica Parker. Zanim w 1998 roku nie pojawił się pierwszy odcinek serialu, który na zawsze i bezsprzecznie zdominował jej karierę, Parker wystąpiła między innymi w „Footloose” (kultowym filmie muzycznym będącym kwintesencją klimatu lat 80.), „Dziewczyny chcą się bawić” (komedii o roztańczonych nastolatkach z rasowej high school) i dwóch filmach Tima Burtona: „Ed Wood” i „Marsjanie atakują!”.

Jej spokojnie rozwijająca się kariera (poza kinem, grywała w produkcjach telewizyjnych i na Broadwayu) nabrała tempa, gdy włożyła szpilki od Manolo Blahnika i wcieliła się w rolę Carrie Bradshaw, stając się główną bohaterką sześciu sezonów serialu „Seks w wielkim mieście”, o którym Sally Singer napisała w „Vogue’u”, iż moda jest w nim piątą bohaterką.


Bradshaw to felietonistka, której dwie największe namiętności to Pan Big i moda, a rola Parker została uhonorowana czterema Złotymi Globami. Kostiumografka „Seksu w wielkim mieście”, Patricia Field powiedziała, że tworząc garderobę Carrie, skupiła się głównie na tym, by wyrazić nią jak najwięcej typów osobowości bohaterki. 

Mimo że łatwo tu było wpaść w pułapkę aktorskiego zaszufladkowania, Sarah Jessica Parker stała się najlepszym przykładem na to, jak przekuć tę sytuację na ogromny sukces oraz jak wykorzystać zdobyty (szczególnie z punktu widzenia miłośniczek serii o wyzwolonych mieszkankach Nowego Jorku) ikoniczny wizerunek. I nie mam na myśli tylko tego, że w 2000 roku aktorka poprowadziła galę MTV Music Awards, podczas której przebierała się dokładnie czternaście razy, ale między innymi nagrodę CFDA (Rady Amerykańskich Projektantów Mody) dla Ikony Mody. A jednak, cytując Voguepedię warto dodać, że wiele osób jest wręcz zszokowanych, że prywatnie Parker nie jest aż tak fashion, jak wszyscy tego od niej oczekują. Co więcej, w 2007 roku aktorka wyznała magazynowi „Glamour”, że ona też nosi japonki.

Szuflady
Aspirujące ikony mody bywają też bardzo często wrzucane do szuflad, z których dosyć ciężko im się później wydostać. I tak Rooney Mara jest gotycką porcelanową górą lodową a Carey Mulligan – przeuroczą pensjonarką.


Co najmniej dekadę przed nimi pojawiła się Chloë Sevigny, na którą świat filmu zwrócił uwagę po rolach w „Dzieciakach” Larry’ego Clarka i filmach Harmony’ego Korine’a („Skrawki”, „Julien Donkey-Boy”). Świat mody natomiast docenił jej nonszalancję i zamiłowanie do lumpeksów: „Vogue” sugerował, że to dzięki niej przymiotnik „używany” stał się synonimem słowa „gatunkowy”.


Podobnych przykładów jest bez liku. Następczyń obecnych ikon mody poszukać można w zestawieniach najlepiej ubranych osób na świecie, które przygotowuje Vanity Fair lub na zdjęciach z dorocznego balu Met Gala w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. A wracając do okładki Richarda Gere’a… W 1992 na pierwszej stronie „Vogue’a” pojawiła się fotografia aktora i jego ówczesnej żony, modelki Cindy Crawford. Okładka jest oczywiście bardzo romantyczna, a napis przy zdjęciu głosi, że wywiad zamieszczony w magazynie jest rozmową o małżeństwie, medytacji i MTV.
Ale to, czy Richarda Gere’a moglibyśmy w najśmielszych fantazjach nazwać ikoną mody pozostawię Waszemu osądowi.

tekst na czwartek jest już gotowy, więc już teraz zapraszam do zaglądania w czwartek na portal G-punkt.pl. O wszystkim zawsze informuję też za pośrednictwem Facebooka!

fotografie: listal.com, voguepedia.com


19 lipca 2012

Michael Fassbender i Steve McQueen


Po Ozonie w życiu Fassbendera pojawił się Steve McQueen. Pierwsze spotkanie aktora czekającego na przełomową rolę i artysty, który zapragnął wyreżyserować swój pierwszy film nie jest ich najszczęśliwszym wspomnieniem. Gdy Fassbender dowiedział się, że pewien Anglik planuje wyreżyserować film o irlandzkim bojowniku, Bobbym Sandsie, który zagłodził się na śmierć w 1981 roku w ramach protestu przeciwko brytyjskim władzom, miał wątpliwości czy będzie on odpowiednim kandydatem do opowiedzenia tak ważnego, szczególnie pod względem emocjonalnym, epizodu z irlandzkiej historii. McQueenowi z kolei w ogóle nie spodobał się facet, którego spotkał: uznał, że Fassbender jest zbyt zarozumiały. Aktor i reżyser dali sobie jeszcze jedną szansę: „Głód” powstał, a Fassbender zagrał jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) ról w swojej dotychczasowej karierze. 



Michael Fassbender & Steve McQueen

Nie tylko drastycznie schudł, by wydobyć z opowiadanej historii niezbędny naturalizm, ale także oddał z ogromnym zrozumieniem desperację i motywację Bobby’ego Sandsa. Sam film intryguje również pewnym detalem realizacyjnym: jedna ze scen: rozmowa głównego bohatera z duchownym, ojcem Moranem (Liam Cunningham), to siedemnastominutowa konwersacja nakręcona na jednym ujęciu: sposób jej zaprezentowania pozwala bowiem maksymalnie skupić się na jej przejmującej treści.


Michael Fassbender & Liam Cunningham

W rozmowie z włoskim „Vogue” Fassbender mówił: „Praca ze Stevem jest zawsze wyjątkowym doświadczeniem, bo on nie działa według żadnych podręczników”. Bez wątpienia tandem reżysersko-aktorski McQueen-Fassbender to obecnie jeden z najciekawszych, najodważniejszych, najbardziej bezkompromisowych, a być może wkrótce i najważniejszych duetów współczesnego kina. Uwaga, z jaką przyglądają się światu i emocje, jakie wykorzystują do opowiadania historii są ostre jak uderzenie w policzek. 

 

Ta współpraca dla rozpędzonej kariery Michaela Fassbendera przyniosła film wywołujący niezliczoną ilość dyskusji, wśród których na jednym biegunie była nagość i kategorie wiekowe, na drugim – jednostka zagubiona w mikrowszechświecie swojego miasta, rodziny i obsesji. 


„Wstyd” w reżyserii Steve’a McQueena rzeczywiście okazał się być jednym z najbardziej intymnych filmów ostatnich lat nie tylko ze względu na fakt, że Michael Fassbender pojawia się na ekranie w pełnym negliżu (publikacjom i komentarzom na temat tej nagości mogłabym poświęcić zupełnie osobny artykuł. Od wypowiedzi George’a Clooney’a, który na rozdaniu Złotych Globów powiedział, że Fassbender może grać w golfa trzymając ręce za plecami, po tekst „Rok z życia penisa Michaela Fassbendera” opublikowany na oficjalnym filmowym blogu „Vanity Fair” – a przecież już dziesięć (!) lat wcześniej podobne poruszenie wywołała „Intymność” Patrice’a Chereau, nieco odrobinę później „Marzyciele” Bernardo Bertolucciego). „Wstyd” obnaża przede wszystkim emocje.


Brandon, główny bohater grany przez Fassbendera to trzydziestoletni yuppie. Jest przystojny, ma świetną pracę i prowadzi intensywne życie erotyczne. Piękne obrazki ukrywają jednak brutalną prawdę: Brandon jest uzależniony od seksu i pornografii, szuka zaspokojenia u prostytutek, przypadkowo spotkanych kobiet, w internetowych nagraniach czy masturbując się w toalecie swojego biurowca. Rozświetlony, wielki Nowy Jork jest dla bohatera z jednej strony pełną pokus kryjówką, z drugiej: dodaje mu anonimowości. Brandon zagłusza w sobie wszystkie oznaki niepokoju, szklany klosz jego sterylnego mieszkania pęka jednak wtedy, gdy wprowadza się tam jego tak samo zagubiona i równie nieszczęśliwa siostra Sissy (Carey Mulligan).

 

Spokojne tempo filmu i sceny w zbliżeniach bądź detalu pomagają snuć historię, w której emocje dominują nad zdarzeniami. Steve McQueen nie daje nam gotowych odpowiedzi. Nie wiemy zbyt wiele o przeszłości głównego bohatera, nie znamy jego upodobań. Niemożność określenia wszystkich źródeł problemów Brandona czyni z niego bohatera jeszcze słabszego, jeszcze bardziej tragicznego, ale i jeszcze bardziej uniwersalnego. Pewne kontrowersje spowodowało pominięcie Fassbendera w tegorocznych oscarowych nominacjach. Yago García z hiszpańskiej „Cinemaníi” odwołując się do „Wstydu” napisał: „To zbrodnia zapomnieć o tym facecie i o tym filmie” oraz dodał, że jeśli Akademia uznała ten film (i tę rolę) za zbyt prowokacyjną, można było nominować Fassbendera chociaż za drugoplanową rolę w „Niebezpiecznej Metodzie” lub „X Men: Pierwsza Klasa”.



Ciąg dalszy nastąpi,
Korektę całego tekstu wykonał: Grzesiek Szklarczuk
Artykuł w całości możecie przeczytać na portalu G-Punkt.pl, dokladnie TUTAJ

fotografie: listal.com