Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gender w Kinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gender w Kinie. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2013

Ulubione Filmy Muzyczne

Nie jestem wielką fanką filmów muzycznych (ani musicali), ale czasami odnajduję w tym gatunku prawdziwe perły. Według mnie produkcje, które chcę Wam dzisiaj przedstawić są właśnie takimi wspaniałymi (chyba nawet nie do końca docenionymi) dziełami sztuki filmowej i nie jest też przypadkiem, że aż dwa z nich to obrazy, których osią są wątki transgenderowe. 
Filmowy transgender interesuje mnie od wielu miesięcy, ale dopiero niedawno zaczęłam badać takie motywy nieco bardziej naukowo (może kiedyś zaprezentuję Wam jeszcze jakieś fragmenty moich nieśmiałych naukowych działań, do tej pory mogliście przeczytać na blogu fragment tekstu o filmowej przestrzeni, o TUTAJ).
Ale wróćmy do tematu, kolejność prezentowania - właściwie przypadkowa.

"Gorączka sobotniej nocy"
(Saturday Night Fever)
reż. John Badham
1977


To jeden z filmów, które pokochałam dzięki mojemu Tacie. Główny bohater "Gorączki sobotniej nocy", Tony Manero (znakomity John Travolta) jest niewykształconym młodym chłopakiem z Brooklynu, który pracuje w sklepie z artykułami chemicznymi. Co tydzień chodzi do lokalnej dyskoteki, gdzie zmienia się w niepokonanego króla parkietu. To tutaj Tony spotyka Stephanie (Karen Lynn Gorney), tancerkę, która wkrótce zupełnie zmieni jego życie - przede wszystkim pomoże mu rozwinąć talent, ale również otworzy Tony'emu oczy na świat, który wcześniej znał tylko z gazet.


"Gorączka sobotniej nocy" nie jest jednak wyłącznie ckliwą historią o spełnianiu marzeń. John Badham w swoim filmie bardzo dużo uwagi poświęca również zagadnieniom nierówności społecznych i dyskryminacji rasowej. Tony czuje się znakomicie na scenie, ponieważ tam nie musi odkrywać swoich intelektualnych słabości.
Rola Tony'ego była prawdziwym przełomem w karierze Johna Travolty. Natomiast jednym z głównych symboli filmu stał się... biały trzyczęściowy garnitur, który Travolta nosi w kluczowych momentach filmu. Co ciekawe, początkowo garnitur miał być czarny, jednak zbyt mocno zlewał się z tłem i postanowiono, iż biel będzie znacznie bardziej odpowiednia. Producenci rozważali także wycięcie przy montażu scen tanecznych solówek Travolty. Gdy jednak aktor zagroził wycofaniem się z projektu, wszystkie te sceny pozostawiono w filmie, i do dziś uważane są za wielkie symbole ery disco i kina lat 70.


Ścieżka do "Gorączki sobotniej nocy" była przez wiele lat najlepiej sprzedającym się soundtrackiem w historii (dopóki nie pojawiły się kompozycje do "Bodyguarda"). Nic dziwnego, soundtrack autorstwa niepokonanych braci Gibb, czyli wspaniałego zespołu Bee Gees, jest po prostu oszałamiający. 
Płyta pokryła się piętnastokrotną platyną i utrzymywała się na listach przebojów przez kilkadziesiąt tygodni.


"Cal do szczęścia"
(Hedwig And The Angry Inch)
reż. John Cameron Mitchell
2001


Hedwig (John Cameron Mitchell) jest niespełnioną piosenkarką. Wraz z
 glamrockowym zespołem Hedwig and the Angry Inch podróżuje po Stanach Zjednoczonych, zniesmacza gości podrzędnych barów swoimi transgenderowymi performance'ami oraz, piosenka po piosence, opowiada swoją smutną historię: urodzona we Wschodnim Berlinie, wychowana przez matkę zakochaną w swoim rodzinnym NRD, pewnego dnia (będąc jeszcze androgynicznym chłopcem) poznaje amerykańskiego żołnierza i wyjeżdża z nim z nadzieją na lepsze życie. Uprzednio, Hedwig musi jednak zmierzyć się ze swoją tożsamością.Dziewczyna marzy o tym, by być wybitną artystką. I byłaby nią, gdyby nie Tommy Gnosis (Michael Pitt) - były kochanek piosenkarki, który skradł Hedwig nie tylko serce, ale i twórczość...


Warto zaznaczyć, że "Hedwig and the Angry Inch" początkowo był musicalem teatralnym, dopiero w trzy lata od powstania jego autor, John Cameron Mitchell, przekształcił go w dzieło (według mnie "Cal do szczęścia" bez wątpienia nim jest!) filmowe: w dodatku zarówno wyreżyserował film, jak i zagrał w nim główną rolę.

"Idol"
(Velvet Goldmine)
reż. Todd Haynes
1998


Dziennikarz Arthur Stuart dostaje ważne zadanie: musi odkryć historię, która kryje się za sfingowaną przed dziesięcioma laty śmiercią megagwiazdy glam rocka, Briana Slade'a.
W miarę rozwoju jego poszukiwań, odkrywamy nie tylko drogę kariery Slade'a, ale także niuanse jego zagmatwanej (i jednocześnie niesamowicie ekscytującej!) relacji z żoną Mandy oraz innym muzykiem, Curtem Wildem. Infiltrowanie biografii Briana to dla Arthura również okazja do przyjrzenia się własnej młodości: swoim pasjom, niepokojom oraz poszukiwaniu tożsamości i seksualności, czyli wspomnieniom, które od wielu lat przykrywała gruba warstwa kurzu.
Jest w tym filmie wiele elementów, które mnie autentycznie zachwyciły, przede wszystkim koncepcja scenariusza i stylistyka. Oszałamiająco fantazyjna, odważna, kampowa, superoryginalna - zarówno w sferze kostiumów, jak i dekoracji:


Po drugie, jestem zachwycona obsadą. Jonathan Rhys Meyers jako androgyniczny i supercharyzmatyczny Brian Slade nie tylko świetnie zagrał, ale i zaśpiewał wszystkie utwory swojego bohatera. Ewan McGregor jako zdegenerowany, ogarnięty niepohamowanym szaleństwem Curt Wild doskonale go uzupełnia. Duże wrażenie zrobiła na mnie również Toni Collette, ponieważ grana przez nią postać przechodzi największą widoczną transformację. Ten wyborny zestaw aktorski dopełnia Christian Bale w roli Arthura Stewarta.




W książce
"Ludzie w Vogue. Stulecie portretów" czytamy: "W 1998 roku szkocki aktor Ewan McGregor słynął już z tego, że w filmach nie wytrzymuje zbyt długo w przyodziewku, a "Idol" ("Velvet Goldmine") nie był pod tym względem wyjątkiem. W glamrockowej fantazji Todda Haynesa McGregor zagrał Kurta Wilda, do złudzenia przypominającego Iggy'ego Popa, a Jonathan Rhys Meyers wcielił się w hermafrodytycznego Briana Slade'a wzorowanego na Davidzie Bowiem. McGregor wyłuskał się ze swoich obcisłych złotych spodni - jest w nich na zdjęciu - wykonując dynamiczną interpretację TV Eye z repertuaru The Stooges. Neil Kirk z "Vogue'a" uwiecznił go w roli biseksualnej i hałaśliwej gwiazdy rocka w garderobie na planie filmu. Za to, czego McGregor nie zdołał z siebie zdjąć, oraz za ekstrawaganckie kostiumy Briana Slade'a i jego żony Mandy projektantka Sandy Powell otrzymała nominację do Oscara".


To był absolutnie fenomenalny rok dla Sandy Powell, ponieważ w tym samym roku otrzymała dwie nominacje w kategorii "Najlepsze kostiumy" - jedną za "Idola", drugą za "Zakochanego Szekspira" i  to stworzenie garderoby do tego drugiego filmu przyniosło jej statuetkę. Ja zdecydowanie wolałabym, żeby uhonorowana została jej praca przy "Idolu", nie tylko dlatego, że nie lubię "Zakochanego Szekspira", ale również dlatego, iż według mnie kostiumy w "Velvet Goldmine" są nie tylko okryciem, fantazją, czy uzupełnieniem konwencji, ale przede wszystkim stanowią błyskotliwy komentarz do samych bohaterów - ich osobowości i charakterów.




A Wy macie swoje ulubione filmy muzyczne?
Chętnie o nich poczytam!

fotografie: listal.com, tumblr.com

18 marca 2012

Seksualnie podejrzani, czyli dwuznaczność płciowa w filmach (część 2)


Dzisiaj część druga artykułu, który ukazał się na portalu G-Punkt.pl
Transwestyta-terrorysta
 


Patrick 'Kitten' Braden nazywający siebie Świętą Kicią, główny bohater filmu Neila Jordana "Śniadanie na Plutonie" był synem księdza i jego gosposi, wychowanym w tradycyjnej, konserwatywnej rodzinie irlandzkiej. Pewnego dnia porzuca dom i szkołę prowadzoną przez księży (gdzie pisze zbyt śmiałe obyczajowo opowiadania i zamiast na chłopięcy wf chodzi z dziewczętami na zajęcia robótek ręcznych i z wielką finezją wyszywa sobie szkolny mundurek).
 
Kicia (brawurowy Cillian Murphy) to postać, która ma niebywałą zdolność przyciągania do siebie brutalnych mężczyzn i znajdowania się w miejscach czy sytuacjach, które czynią z jej życia barwny, nieco groteskowy dramat (znakomitym zabiegiem było osadzenie akcji filmu w latach 70). Bohater, po kilku miesiącach tułania się po całej Irlandii, szukając matki, o której tylko tyle, że wyglądała jak Mitzi Gaynor, trafia do Londynu.
 

Pewnego wieczora w barze, w którym poszukuje szczęścia i odrobiny miłości, wybucha bomba. Kicia, jako irlandzki transwestyta staje się głównym podejrzanym i potencjalnym zamachowcem. Bardzo przejmująca jest scena, w której przesłuchiwana jest przez policjantów – bita i torturowana, prowadzi swoją grę, w której myślami odlatuje w dziwne przestrzenie i powtarza, że kiedyś zje tytułowe śniadanie na Plutonie. Co czyni tę scenę jeszcze bardziej rozdzierającą to fakt, iż Kicia błaga o to, by mogła pozostać w celi, bo to jedyne miejsce, gdzie, zamknięta, odizolowana i pozostawiona własnym myślom, czuje się naprawdę bezpiecznie.

Transgenderowa klątwa
"Orlando" w reżyserii Sally Potter, będący adaptacją powieści Virginii Woolf, kwestię płciowości i tożsamości seksualnej traktuje jeszcze inaczej. Tytułowy bohater (Tilda Swinton) jest młodzieńcem, o androgynicznym wyglądzie (jednak, co komunikuje Orlando na samym początku filmu, mimo kobiecej powierzchowności, nie ma najmniejszej wątpliwości co do jego płci). Zostaje on obłożony klątwą wiecznej młodości przez królową Elżbietę I, którą zagrał... mężczyzna – Quentin Crisp. Biografia aktora (ofiary homofobicznych ataków, która chętnie eksperymentowała z transwestytyzmem) dodaje tej historii dodatkowych kontekstów.
 

Historię Orlando obserwujemy nie tylko na przełomie wieków (w zmieniających się rzeczywistościach, dynamicznie kształtowanych przez rozwój techniki czy odmienną obyczajowość), ale także – na przełomie płci. Orlando bowiem z mężczyzny zmienia się w kobietę, a, co najbardziej zaskakujące, w obu płciach czuje się sobą (jako mężczyzna z łatwością nawiązuje tradycyjne kontakty z kobietami, jako kobieta – zostaje matką). To opowieść o szukaniu, a raczej – znajdowaniu i akceptowaniu własnej tożsamości.
 

Transfobia ostateczna
Własną tożsamość w pełni akceptuje także Teena Brandon (nagrodzona Oscarem Hilary Swank), główna bohaterka opartego na autentycznych wydarzeniach dramatu "Nie czas na łzy" w reżyserii Kimberly Peirce.


Dziewczyna od dawna czująca się w pełni mężczyzną trafia do prowincjonalnego miasteczka gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie wdzięczy się do widza, nawet nie od początku daje się lubić, jest recydywistką, nieustannie kłamie i nie stroni od bójek. Jednak, jej determinacja w ukryciu prawdziwej płci jest niesamowita. To nie tylko smutna opowieść o dziewczynie, która chciała być chłopcem. To zapis dramatycznego splotu wydarzeń, które mogły zakończyć się słodko-gorzkim happy-endem (społeczny wyrzutek znajduje dziewczynę, która go akceptuje i razem wyruszają w swoją młodzieńczą podróż ku lepszemu życiu), a doprowadziły do tragedii – morderstwa, której ofiarą był Brandon, a sprawcą – nie tylko mężczyzna, który strzelał, ale wszyscy ludzie z zaściankowej mikrospołeczności, którzy w młodym przybyszu widzieli uosobienie najgorszego wynaturzenia.


Transgenderyzm dziecięcy
Nietolerancja oczywiście nie jest cechą wyłącznie marginesu. "Różowe lata", film Alaina Berlinera, pokazuje brak akceptacji odmienności wśród ludzi żyjących w eleganckiej dzielnicy domków jednorodzinnych, którzy pławiąc się w zapewnieniach o własnej wspaniałości nie dopuszczają myśli o swoich wadach. Ludovic (Georges Du Fresne) – chłopiec, który twierdzi, że jest dziewczynką, daje im, oprócz materiału do plotek, także podstawę do zapewniania siebie o zupełnej (fałszywej) normalności.

Matka chłopca, w którym skrycie podkochuje się główny bohater mówi swojemu synowi, iż za zabawy z dziwakami idzie się do piekła. Ojciec Ludovica, na samą myśl o tym, iż jego syn już w wieku siedmiu lat mógłby przejawiać skłonności do transwestytyzmu, dostaje białej gorączki.
 
Uczynienie głównym bohaterem małego chłopca było z pewnością ciekawym zabiegiem, gdyż otwiera furtkę do rozważań, iż być może problemy z płciowością mają podstawy genetyczne, a nie są jedynie dziecięcym wybrykiem. "Różowe lata" prowadzą jednak do różowego happy-endu, co mimo wszystko nie oznacza, że obraz nie jest interesującym głosem w filmowej transgenderowej dyskusji.
Płeć ukryta
Podczas, gdy w "Różowych latach" bohaterem jest mały chłopiec będący w samym środku wrogo nastawionej sąsiedzkiej grupy społecznej, główni bohaterowie "XXY" Lucii Puenzo postanawiają wyprowadzić się na zupełne pustkowie, by z problemem poznania, uznania i zaakceptowania odmienności dziecka poradzić sobie w samotności.

Alex (Inés Efron) jest hermafrodytą, traktowaną przez rodziców jak córkę. Najlepszy przyjaciel zdradza ją, wyjawiając sekret jej płci innym mieszkańcom wioski, a matka zaprasza do domu dawno nie widzianych znajomych pod pretekstem miłego towarzystwa, mając w rzeczywistości nadzieję, iż przyjeżdżający chirurg szybko przeprowadzi Alex operację płci, by mogła stać się stuprocentową kobietą. Dziewczyną tymczasem targają liczne wątpliwości i tylko ojciec (wspaniały Ricardo Darín) wydaje się ją rozumieć.

Będąc posiadaczką właściwie obu płci, mając żeńskie imię oraz żeńskie hormony w pigułkach, ale właściwie męską budowę ciała, sposób chodzenia i ubierania, Alex nie jest do końca przekonana, kim chce być lub, jeszcze pewniej – czy chce decydować już teraz i czy w ogóle kiedykolwiek podejmie tę decyzję. W swoiście utopijnym nadmorskim krajobrazie, w miękkości nieustannej obserwacji i rodzicielskiej opieki, Alex dorasta i dojrzewa budując wokół siebie mur z bardzo cienkiego szkła, za którym do pewnego momentu nikt nie wiedział kim (lub, jak mówili wrogo nastawieni rybacy w porcie – czym) naprawdę była. Gdy jej tajemnica wychodzi na jaw, do głosu dochodzą także wszystkie jej wątpliwości i lęki. Argentyńskiej reżyserce udało się stworzyć przejmującą historię, w której nie ma miejsca na przesłodzone, banalne frazesy o tolerancji. Tutaj przede wszystkim liczy się człowiek jako istota, której nadrzędnym prawem jest spokojne życie w społeczeństwie, bez względu na okoliczności.

I to, chociaż również brzmi trochę jak banalny frazes, jest pośrednio lub bezpośrednio przesłaniem większości filmów poruszających tematykę transgenderową, która, mimo że w kinie nie jest już tabu, wciąż pozostawia filmowcom duże pole do popisu.

fotografie: listal.com

17 marca 2012

Seksualnie podejrzani, czyli dwuznaczność płciowa w filmach (część 1)


... czyli o czym pisałam ostatnio na G-Punkcie, cały tekst do przyłapania TUTAJ.

Transwestytyzm, transseksualizm, andromimeza, hermafrodytyzm to wciąż jeszcze przejawy odmienności, które nie zostały do końca zbadane lub nie uzyskały poparcia większości społeczeństwa. Mimo że takie zjawiska występują od dawna w wielu kulturach, transfobia znacznie częściej wypiera tolerancję. Naturalnie tworzy się więc platforma do dyskusji na temat osób, które wykazują tendencje do odbiegania od wyznaczonych biologicznie ról płciowych. W kinie można pokazać wiele. Niestety, łatwo w tym temacie popaść w banał. 

Transgender w stylu retro
  
Jednym z pierwszych filmów o tematyce transgenderowej jest "Glen or Glenda" (1953) w reżyserii słynnego ekscentryka Eda Wooda – autobiograficzna, z perspektywy naszych czasów kiczowata opowieść o miłośniku blond peruk i różowych swetrów z angory (granym przez samego reżysera) z mocnym przesłaniem tolerancji dla osób, które ówcześnie za swoje upodobania zamykane były w zakładach dla obłąkanych. Ed Wood pojawia się również w filmie biograficznym w reżyserii Tima Burtona, gdzie w postać najgorszego reżysera świata wcielił się Johnny Depp. Tutaj także mocno zaakcentowano jego transwestytyzm i jednocześnie – niemal idealne wtopienie się w twórcze środowisko i akceptację żony.
 
O podobną akceptację walczy również Roy (Tom Wilkinson), główny bohater filmu Jane Anderson "Normalny", który po wielu latach pozornie szczęśliwego małżeństwa mówi swojej żonie, Irmie (Jessica Lange), że tak naprawdę czuje się kobietą. Film, mimo że nie do końca udany, jest uważnym studium życia rodziny, która musi zmierzyć się z sytuacją, zarówno w mikrokosmosie własnego domu, jak i w obliczu reakcji niewielkiego amerykańskiego miasteczka, w którym mieszkają od zawsze.

Transwestytyzm konserwatywny
 

Również Bree (Felicity Huffman), główna bohaterka kameralnego filmu "Transamerica" próbowała wtopić się w społeczeństwo. Nosząca niegdyś imię Stan, pracuje na dwa etaty odkładając każde zarobione pieniądze na ostatnią operację zmiany płci. Tuż przed tym, jak jej terapeutka ma złożyć podpis na niezbędnych dokumentach, kobieta dowiaduje się, że ma... syna, młodocianego recydywistę, odsiadującego właśnie wyrok. Zostaje zmuszona do odszukania chłopca i zaopiekowania się nim przez kilka dni. Oglądamy więc film drogi, podczas którego oboje, Bree Toby, karmią się wzajemnie kłamstewkami uciszającymi sumienie, zaczynają lubić się coraz bardziej i coraz głębiej wpadają w pułapkę niedomówień.

 

Bree, aktywna członkini grupy wsparcia dla transseksualistów, z uwagą pilnuje codziennego makijażu, przyjmowania odpowiedniej dawki hormonów i tego, by ubiorem jak najmniej wyróżniać się z tłumu. Z jednej strony czasami, po nałożeniu zbyt grubej warstwy pudru, wydaje się być teatralnie przebraną, z drugiej jednak wiemy, że jest to po prostu desperacka chęć przyspieszenia momentu, w którym będzie mogła powiedzieć: "Jestem kobietą". Jak na ironię, w pewnym momencie filmu możemy usłyszeć piosenkę "Soy infeliz" – "Jestem nieszczęśliwa" – śpiewa Lola Beltran i w przeraźliwie smutny, a jednocześnie prawie niezauważalny sposób opisuje prawdziwe uczucia bohaterki. Reżyserowi Duncanowi Tuckerowi udało się stworzyć film w którym temat poszukiwania tożsamości seksualnej jest głównym i absolutnie najważniejszym wątkiem, jednak bohaterka nie szuka w widzach współczucia. Przeciwnie, jej upór i siła woli sprawiają, że sami podświadomie zaczynamy jej kibicować i, co ważniejsze, rozumieć.
Transgenderowa almodrama
 

Marzenia o operacji zmiany płci pojawiają się także w filmie "Złe wychowanie" Pedro AlmodóvaraPoszukiwanie swojej tożsamości to jedna z najbardziej charakterystycznych cech kina mistrza z La Manchy. Tu jednak umieszczenie (w zazwyczaj zawiłej i pod wieloma względami seksualnie niejednoznacznej) historii dwójki transwestytów to forma śmiałego, filmowego manifestu, będącego sprzeciwem wobec purytańskiej obyczajowości Hiszpanii. Zahara (Gael García Bernal), znany transseksualista udający w swoich performance'ach Sarę Montiel przyjeżdża do ojca Manuela (Daniel Giménez Cacho), uczącego w miejscowej szkole katolickiej.
  


Molestowany wiele lat przedtem przez duchownego, chce wykonać swój subtelny plan zemsty. Szantażuje więc ojca i próbuje wyegzekwować od niego pieniądze na zrealizowanie swoich pragnień o lepszym życiu i lepszym ciele. Zahara podaje się za... własną siostrę i zaczyna szantażować księdza opowiadaniem, które w swojej treści odkrywa wszystkie mroczne sekrety sprzed lat.

Fabuła całego filmu jest znacznie bardziej zawiła, a sposób pokazania transseksualistów – przejmujący. Są oni społecznymi wyrzutkami, żyjącymi gdzieś na granicy prawa i rzeczywistego świata, tworząc swoje kiczowate, wyszywane cekinami performance. Wmawiając sobie, że są półbogami, próbują wznieść się ponad beznadzieję świata (i, co należy ponownie podkreślić, również ponad skostniałą hiszpańską moralność).
  

Tak dzieje się również w innym filmie Almodóvara: "Wszystko o mojej matce". Tutaj transwestyta Lola (Toni Cantó) jest niejako przyczyną wszystkich wydarzeń opowiedzianych w filmie. Jest też postacią tragiczną - tkwi w wielu toksycznych, opartych na seksie związkach z kobietami, wychodzi na ulicę, ucieka przed problemami, ale z drugiej strony, wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, że rani innych. Gdy dowiaduje się że jest ojcem, na zmianę życia jest już znacznie za późno. Ostatecznie rozwiązłą Lolę spotyka kara.  Zupełnie pozytywną postacią jest tu jednak Agrado-Przyjemność (Antonia San Juan) – transwestyta wielokrotnie poniżany przez mężczyzn, których spotyka na ulicy. Prostytuuje się i uznaje to za zupełnie normalne zajęcie, ponieważ nie wyobraża sobie, że ktokolwiek mógłby mu pozwolić na robienie czegoś innego. Gdy jednak dostaje szansę od losu, wykorzystuje ją w stu procentach – zostaje garderobianą znanej gwiazdy scen teatralnych, Humy Rojo (Marisa Paredes).
  


Gdy pewnego dnia aktorka nie zjawia się w teatrze, Agrado wychodzi na scenę i opowiada historię swojego życia. Jej monolog, oparty na wymienianiu w komiczny sposób kwot, jakie wydała, by poprawić swoje ciało jest równocześnie błyskotliwym i przewrotnym komentarzem transwestytyzmu jako zjawiska o podłożu seksualnym: "Autentyczność kosztuje" – mówi Agrado, dla której rozliczne operacje były jedyną drogą do bycia stuprocentową sobą.

  

Plotkarskiej pikanterii dodaje fakt, iż Pedro Almodóvar przez kilka lat był mężem znanego hiszpańskiego transseksualisty (obecnie – rzadko grywającej aktorki, która pojawiła się między innymi w filmie "Kika"), Bibí Andersen.

Ciąg dalszy nastąpi...

23 października 2011

Wszystko o Mojej Matce

W ramach niedzielnej czytelni mam dla Was recenzję jednego z moich absolutnie ulubionych filmów

"Todo sobre mi madre"

reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
1999



"Nazywam się Agrado – Przyjemność" – mówi jedna z bohaterek filmu. - "Bo moim największym celem jest dawanie innym przyjemności". "Wszystko o mojej matce" utwierdza mnie w przekonaniu, że moim Agrado jest kino Pedro Almodóvara ze wszystkimi swoimi niuansami, których odkrywanie jest dziką przyjemnością.


Manuela (Cecilia Roth) mieszka z synem Estebanem (Eloy Azorín) w Madrycie. W wyjątkowo deszczowym dniu urodzin chłopaka matka i syn wybierają się wspólnie do teatru na "Tramwaj zwany pożądaniem", gdzie główne role grają słynne katalońskie aktorki, Huma Rojo (Marisa Paredes) i Nina (Candela Pena). Esteban, rozemocjonowany spektaklem wybiega na ulicę, by otrzymać autograf od swojej idolki, Humy, a niemal zlewając się z ulewnym deszczem zostaje potrącony przez wyjeżdżający samochód. Manuela, pogrążona w rozpaczy po śmierci syna postanawia przenieść się do Barcelony, miasta swojej młodości. Tam zatrudnia się jako osobista garderobiana i asystentka samej Humy Rojo, a po przypadkowym spotkaniu z Agrado (Antonia San Juan) – transwestytą, z którym niegdyś łączyła ją przyjaźń, na zgliszczach wspomnień próbuje zbudować swój zupełnie nowy świat.


Najbardziej utytułowany ze wszystkich filmów Pedro Almodóvara (między innymi Oscar, Złoty Glob, Cezar i BAFTA w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny/zagraniczny plus Nagroda Jury Ekumenicznego w Cannes i główne wygrane w sześciu kategoriach nagrody Hiszpańskiej Akademii Sztuk Filmowych Goya), mimo iż wydaje się być obiektywnie oryginalny, zawiera w sobie kilka elementów, które od wielu lat charakteryzują twórczość maestro z La Manchy i pomagają bezbłędnie rozpoznać jego kino - to zawsze Almodóvar, który tworzy swoją Almodramę (termin ten na początku lat 90. ubiegłego wieku wykreował krytyk Paul Julian Smith, definiując unikalny styl hiszpańskiego mistrza).


Teatralne aktorstwo, wielka dbałość o scenografię, która dookreśla bohaterów (natura jest jakby sterowana emocjami bohaterów, a wnętrza stają się wolnym tłumaczeniem ich odczuć i charakterów), wychodzenie poza ramy tradycyjnie funkcjonujących gatunków filmowych, toposów i ról społecznych czy wirtuozerskie operowanie groteską, parodią i pastiszem to nie tylko styl, ale także - wyraz ogromnej świadomości w tworzeniu kina.


Co najbardziej uderzające w kinie Almodóvara – reżyser, który zazwyczaj pozornie całą swoją uwagę poświęca kobietom, jak na ironię, to mężczyzn czyni główną siłą sprawczą dla wydarzeń, które determinują ich późniejsze działanie. Tak jest między innymi w filmach "Zwiąż mnie!" czy "Kika", ale także we "Wszystko o mojej matce". Tutaj mężczyzną, który przyniósł niewymowną radość macierzyństwa nie tylko Manueli, ale także – wiele lat później - zakonnicy Rosie (Penélope Cruz) jest transwestyta Esteban (Toni Cantó), który, już jako Lola, powraca po latach do Barcelony. Wątpliwą sprawiedliwością jest to, iż Lola, kilka lat później, umiera w samotności jako ofiara wirusa HIV.


Almodóvar zawsze ze swoiście perwersyjną przyjemnością łamie obyczajowe tabu i skostniałe schematy hiszpańskiej tradycji. Transwestyci będący głównymi bądź bardzo ważnymi bohaterami, ciężarne zakonnice, wyuzdani homoseksualiści czy skłonności kazirodcze to nie tylko oznaka wybujałej, żeby nie powiedzieć: seksualnie rozbuchanej wyobraźni Pedro Almodóvara. To także próba dowiedzenia, iż obyczajowy konserwatyzm hiszpański już wiele lat temu przesunął swoje granice.


"Wszystko o mojej matce"
to również bezpretensjonalny hołd dla magii kina. Główne bohaterki filmu są aktorkami bądź zawsze marzyły o tym, by nimi być, co więcej – sam Almodóvar twierdzi, iż jego zamysłem było stworzenie filmu o umiejętności gry aktorskiej ludzi w życiu codziennym, w tym wypadku – kobiet, które nie są aktorkami. Film został zadedykowany wielkim divom – aktorkom, które grają aktorki.


Na swojej stronie internetowej Almodóvar napisał: "Pewne greckie przysłowie mówi, iż tylko kobiety, które myły swoje oczy łzami mogą widzieć świat przejrzyście". Pewnym jest, iż on ten świat pokazuje nam z pełną bezkompromisowością.

fotografie: listal.com