Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Norton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Norton. Pokaż wszystkie posty

8 lutego 2015

Birdman

reż. Alejandro González Iñárritu
scen. Alejandro González Iñárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo
2014


Akcja filmu rozgrywa się przede wszystkim wokół trzech postaci: są nimi Riggan Thomson (Michael Keaton), jego rozbuchane ego oraz niejaki Birdman, czyli filmowe wcielenie Thomsona sprzed lat, który nieustannie przypomina mu o tym, że jego sława straciła już swój dawny blask. Poznajemy Riggana w momencie, w którym wraca on na Broadway - ma szansę samodzielnie zaadaptować i wyreżyserować sztukę na podstawie opowiadania Raymonda Carvera. Planuje on też zagrać główną rolę i w ten sposób być może zetrzeć z siebie klątwę Birdmana. 
Riggan Thomson to rola nie tylko złożona, ale i wyjątkowo autotematyczna. Zapomniany nieco aktor, który niegdyś zdobył ogromną popularność wcielając się w kultowego superbohatera... Brzmi znajomo (Michael Keaton grał Batmana w filmowych wersjach Tima Burtona z 1989 i 1992 roku. Jego przeciwnikami byli wtedy Joker, człowiek-Pingwin, Kobieta-kot i Max Shreck)?


Wystawienie sztuki na Broadwayu jest jednak trudniejsze, niż Thomson przypuszczał. Przede wszystkim, akcja sceniczna miesza się z rzeczywistością, bo pary ze sceny mają ze sobą wiele wspólnego poza nią: jedna z aktorek (Andrea Riseborough) podejrzewa, że jest z Rigganem w ciąży, pozostała para, Lesley i Mike (świetni Naomi Watts i Edward Norton) również "dzieli jedną waginę". Ponadto okazuje się, że Mike (poza posiadaniem zdolności do doprowadzania kobiet, w tym Lesley, na skraj załamania nerwowego), tak jak Riggan jest samcem alfa, więc ich wspólna praca do przede wszystkim wojna osobowości, a dopiero w drugiej kolejności relacja aktor-reżyser. Do tego wszystkiego dochodzą problemy z córką po odwyku (Emma Stone), widmo przebrzmiałej legendy Birdmana i niezliczona ilość przyziemnych problemów z produkcją teatralną, nad którą czuwa menadżer Jake (uroczo zabawny Zach Galifianakis).


Najnowszy film Gonzáleza Iñárritu to prawdziwy majstersztyk. Świetny scenariusz pełen jest klisz z filmów o superbohaterach, które tutaj zyskują innego wymiaru. Heros u Meksykanina nie ratuje świata, ma natomiast bardzo destrukcyjny wpływ na głównego bohatera. Zachwyciły mnie rozwiązania przestrzenne: pomieszczenia teatralne tworzą tu perfekcyjnie skomponowane uniwersum, w którym rozgrywają się pozornie niewiele znaczące scenki, układające się jednak w całość i dopełniające główne wątki. "Birdman" to również bardzo błyskotliwa satyra na Hollywood (znacznie bardziej efektowna, niż "Mapy naszych gwiazd" Davida Cronenbrega, film, który powstał w podobnym czasie), a także na współczesne sztuki audiowizualne (performance), media społecznościowe, dziennikarzy oraz krytyków teatralnych.


W filmie zaintrygowało mnie również to, jak bardzo (i z jak pozytywnym skutkiem!) reżyser zmienił swój rejestr. O jego trylogii bólu ("Amores perros", "21 gramów" i "Babel") napisałam całą pracę magisterską, świetnie znam więc każdy poziom depresyjności tych trzech obrazów, natomiast "Biutiful" uznawany jest za jeden z najbardziej bezlitosnych filmów w kinie współczesnym (tak, jak "Tańcząc w ciemnościach" Larsa Von Triera - na pewno wiecie, o co chodzi. To rodzaj filmów, w których na bohaterów przez większą część spadają wszystkie możliwe nieszczęścia, by reżyser na sam koniec zesłał na nich kolejne i ostateczne, tak jakby czerpał z tego rodzaj perwersyjnej przyjemności). Tym razem Alejandro González Iñárritu serwuje widzom film, który nie jest może krynicą wesołości, ale przeniesienie akcentów ze smutku na śmiech czy sarkazm jest zauważalne i daje rewelacyjny efekt.


fot. listal.com

31 marca 2014

Grand Budapest Hotel

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson
2014


Pewien pisarz (Tom Wilkinson) uważa, że najlepsze inspiracje do tworzenia książek przynosi mu samo życie. Aby przekonać nas, widzów, iż jego powieści są wybuchową mieszanką jego fantazji i zasłyszanych historii, sięga pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz i opisuje nam swój pobyt w lekko podupadłym Grand Budapest Hotel. To tam, jeszcze piękny, młody i ciekawy świata (na dodatek o aparycji Juda Law), spotkał niejakiego pana Mustafę (F. Murray Abraham), tajemniczego bogacza, który podczas wspólnej kolacji opowiedział mu szczegółowo pewne wydarzenia ze swojej młodości.


Te sekwencje w formie retrospekcji przenoszą nas do lat 30. w fikcyjnej Republice Żubrówka, którą Wes Anderson zasiedlił masą fantastycznych bohaterów i powiązał ich siecią historii, które w efekcie dają film będący nie tylko koktajlem gatunków, ale i wspaniałą, błyskotliwą, czarującą, ale i nieco nostalgiczną opowieścią o pasjach, namiętnościach i pewnym obrazie. Głównymi bohaterami filmu są Gustave H. (rewelacyjnie obsadzony Ralph Fiennes), doskonały portier hotelu Grand Budapest i miłośnik kobiet (ważne, by były dojrzałe, majętne i blond) oraz Zero (Tony Revolori), boy hotelowy, który staje się powiernikiem, wybawicielem, ale i prawdziwym przyjacielem Gustava. 



Mam wrażenie, że "Grand Budapest Hotel" powstał po to, by Wes Anderson mógł dać upust swojej nieograniczonej wyobraźni: kilkunastu bohaterów, wiele małych historii tworzących osobliwy gatunkowy patchwork oraz ogromna dbałość o estetykę... w tym przypadku absolutnie nie jest to zarzut. Połączenia między tymi mininarracjami są bardzo błyskotliwe, bo sam Anderson ma naprawdę wspaniałe poczucie humoru, miejscami nieco czarne, ale zawsze rozbrajające. Każdy bohater to zupełnie osobna, fascynująca historia - zakochana w Gustavie Madame D. (Tilda Swinton), ofiarowująca w spadku swojemu kochankowi cenny (aczkolwiek nieco szkaradny) obraz przedstawiający chłopca z jabłkiem, jej syn Dmitri (wspaniały Adrien Brody), furiat i despota, któremu towarzyszą trzy siostry (wyglądające jak zdjęte z obrazów Gustava Klimta, wymienianego przez kostiumografkę, Milenę Canonero jako jedną z głównych inspiracji), jego usłużny znajomy-zabijaka (Willem Dafoe) nie rozstający się ze swoimi kastetami, najgorszy portier na świecie (Jason Schwartzman), prawy i odważny adwokat (Jeff Goldblum), urocza pomocnica najsłynniejszego cukiernika w mieście (Saoirse Ronan), główny macho więzienia Ludwig (Harvey Keitel) czy dobroduszny oficer policji (Edward Norton) - tworzą wielobarwną galerię złożonych osobowości.



Wesa Andersona można kochać, lub nie znosić, bo jego specyficzny styl z pewnością bywa dla niektórych widzów męczący. "Grand Budapest Hotel" to jednak film, który warto obejrzeć choćby ze względu na wciągającą (miejscami może wręcz pozornie chaotyczną) plątaninę wątków i liczne odwołania do innych dzieł sztuki czy popkultury (tatuaże Ludwiga są piękną parodią najgorszych przykładów więziennej sztuki tatuażu, autotematyczna rola Adriena Brody przywodzi na myśl jego występ w "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena, a niektóre kostiumy i kadry są niemal identyczną kopią malarstwa Klimta, Łempickiej czy Grosza). 
Ja podczas seansu kilkakrotnie wydałam szczery okrzyk zachwytu.



PS. Mam do tego filmu dosyć osobisty stosunek z jeszcze jednego powodu, poza absolutnym uwielbieniem dla Wesa Andersona: zdjęcia do "Grand Budapest Hotel" kręcone były w Sudetach (czyli najpiękniejszych górach regionu, z którego pochodzę) oraz niemieckim mieście Görlitz, które było niegdyś jednym z moich ulubionych celów szybkich wycieczek (trudno się dziwić, patrząc na klimatyczne uliczki, czarujące zaułki i przepiękne kamienice). Mój ulubiony moment w filmie to natomiast scena, w której Gustave po ukradnięciu ze ściany "Chłopca z jabłkiem" chce zakryć powstałe puste miejsce na ścianie innym dziełem sztuki. Rozgląda się wokół i wybiera "coś szkaradnego", co okazuje się być... obrazem Egona Schiele.


fotografie: cinemania.es, listal.com


19 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 3.


Artykuł pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, tę część nieco skróciłam, bo o większości poniższych filmów kiedyś już tutaj pisałam. 
Ale jeśli jesteście ciekawi, cały tekst (i magazyn!) do poczytania TUTAJ

Błędy młodości

Początek filmu: młoda dziewczyna w bluzie idzie popijając sok pomarańczowy z wielkiego plastikowego kanistra. To Juno (Ellen Page), tytułowa bohaterka filmu Jasona Reitmana. Szybko okazuje się, że Juno planuje zrobienie testu ciążowego, a jego wynik przewróci świat nastolatki do góry nogami. Dziecko, które ma przyjść na świat nie jest tym, czego Juno życzyłaby sobie w tym momencie życia.


Jej chłopak nie wydaje się być, przynajmniej na razie, księciem z bajki, a relacje z ojcem (i jego partnerką) to kolejna kropla w morzu problemów dziewczyny. Dlatego postanawia ona znaleźć swojemu dziecku nową, idealną rodzinę. „Juno” to jednak nie ckliwa opowieść o niechcianym niemowlęciu i nastoletnich ciężarnych. To natomiast bardzo błyskotliwy (i wybornie komediowy) portret kursu przyspieszonego dojrzewania, który Juno musi przejść odkrywając po drodze, czym jest odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za własne błędy w kolejnym, bo dorosłym życiu.


W nurt filmów o błędach młodości wpisuje się także film „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig. Jenny (przeurocza Carey Mulligan) to inteligentna, wychowywana w tak zwanej dobrej, angielskiej rodzinie nastolatka, która moknąc na przystanku autobusowym ze swoją wiolonczelą poznaje Davida (Peter Sarsgaard). „Była sobie dziewczyna” to, wbrew pozorom, film daleki od pospolitej komedii romantycznej – on proponuje dziewczynie ochronę przed deszczem i podwiezienie do domu, co staje się preludium do ich burzliwej znajomości [...].


"Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli wprowadza do niego Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego świata, który z czasem zupełnie ją uzależnia, a wrodzona ambicja nakazuje jej błyskawicznie odnaleźć się w zupełnie nowych konwenansach. „Była sobie dziewczyna” to interesująca historia o dojrzewaniu i konieczności brania odpowiedzialności za konsekwencje wszystkich decyzji. To również opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie mogła robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata można było uciec chociaż na kilka chwil [...]. 


Młodość urocza

Urocza. Dokładnie taka jest młodość z filmów Wesa Andersona, a szczególnie ta znana z „Rushmore” i najnowszego filmu Amerykanina, „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Bohater pierwszego z nich to Max Fischer (Jason Schwartzman) – uczeń prestiżowej, tytułowej szkoły Rushmore i jednocześnie najaktywniejszy uczestnik oraz pomysłodawca zajęć pozalekcyjnych. Max jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Marzy o byciu kimś znaczącym dla ludzkości, a jego pozycja w szkolnej hierarchii daje mu tego nieocenioną namiastkę. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się nauczycielka, pani Cross (Olivia Williams), która wpada w oko także pewnemu nauczycielowi, Hermanowi Blume (Bill Murray) – do tej pory najbardziej zaufanemu powiernikowi Maxa. 


„Rushmore” jest jednak czymś znacznie więcej, niż tylko autorskim potraktowaniem high school comedy. To piękny portret niestrudzonego poszukiwania swojego miejsca na ziemi, kształtowania osobowości i dążenia do wymarzonego celu, bez względu na konsekwencje.[...].


Najważniejsze jest jednak to, że młodość u Andersona, mimo że urocza i potraktowana z dużą dozą ironii, traktowana jest przez reżysera z pełnym zrozumieniem i absolutną powagą. Problemy nastolatków w tych perfekcyjnych stylistycznie filmach nabierają wielowymiarowego znaczenia, co sprawia, że jest to kino niebywale wartościowe. W swoim najnowszym filmie „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom Wes Anderson powraca z tym, co w jego kinie zachwyca najbardziej: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i charakterystycznym poczuciem humoru. Oraz portretem bezpretensjonalnej, zaskakująco pomysłowej młodości. 


Bohaterowie filmu, Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka (Frances McDormand) ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis) maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). 


Suzy i Sam, znający się do tej pory jedynie korespondencyjnie, postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia. Werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i tęsknota za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe to motywy, których Wes Anderson także nie potrafi porzucić. Jego kino podszyte jest warstwą nostalgii, którą można bezwarunkowo pokochać. Swoje małe-wielkie opowieści reżyser snuje uciekając od banalnych rozwiązań, a ich wielobarwność pozostawia na bardzo długo wrażenie uczestnictwa w przepięknej przygodzie, w której młodość i dzieciństwo to najpoważniejsze i najpiękniejsze stany na świecie. 



fotografie: listal.com

6 października 2012

Fight Club. konkurs


Nie macie wrażenia, że czasami przymiotnik kultowy jest nadużywany?
To, że „Ojciec Chrzestny”, „Człowiek z blizną”, „Czas apokalipsy” czy „Gwiezdne Wojny” są uznawane za filmy kultowe, nie podlega chyba dyskusji. Wśród filmów polskich? Wszyscy znają i cytują „Seksmisję” czy „Samych Swoich”, dla pokolenia obecnych czterdziestolatków filmem absolutnie kultowym może być film „Psy”, jeszcze inni nieśmiało dodadzą do tego zestawu „Kilera” czy, ze znacznie większym przekonaniem, „Misia” oraz „Rejs”.
Kiedy można uznać, że film jest kultowy? Jakie powinien spełniać warunki? Kto ma największe prawo do wydania na ten temat opinii? Odpowiedzi na te pytania pozostawiam badaczom kultury popularnej.

A jeśli Wy mielibyście zastanowić się, jakie filmy DLA WAS są kultowe? 
Ilu z Was na myśl przyszedł „Fight Club”?


Ekranizacja prozy Chucka Palahniuka to jeden z najlepiej ocenianych filmów lat 90 (i nie tylko!). David Fincher pokazując „Fight Club” (w polskim tłumaczeniu: „Podziemny krąg”) po świetnym „Se7en” i rewelacyjnej „Grze”, szturmem wszedł do pierwszej ligi reżyserów i na pewno wielu z Was widziało film już nieraz (przyznajcie się, ile razy wchodząc do samolotu zastanawialiście się, czy przypadkiem nie zadziałał w nim Fight Club?).


Dzisiaj jednak pozostańmy przy książce Palahniuka, bo to rewelacyjna powieść. Mogłabym tu mnożyć pozytywne przymiotniki (od tego, że jest świetnie napisana, przez to, że jej błyskotliwość rzuca na kolana, aż po to, że rozbudza wyobraźnię jak mało która), lepiej jednak, żebyście przekonali się o tym sami (jeśli jeszcze nie mieliście okazji).


Dlatego, dzięki uprzejmości wydawnictwa Niebieska Studnia mam dla Was dwa egzemplarze książki „Podziemny Krąg”. Wśród poprawnych odpowiedzi, które do mnie wyślecie wylosuję dwie, a ich autorom wyślę książki.


Edward Norton wystąpił w jeszcze jednym filmie, w którym pojawia się temat rozdwojenia jaźni. Jaki tytuł nosi ten film?

Odpowiedzi na pytanie należy przesyłać mailem na adres kinofilka@gmail.com do soboty, 13 października.
Czekam!


O innych książkach Palahniuka możecie poczytać TUTAJ

EDIT:

Dziękuję bardzo za udział w konkursie,
muszę przyznać, że odpowiedzi trochę mnie zaskoczyły - zupełnie nie pomyślałam o filmie "Hulk", o którym pisało wielu z Was!
Ja mówiąc o motywie rozdwojenia jaźni miałam na myśli "Lęk pierwotny", ale nie mogłam nie zgodzić się z tymi, którzy wspomnieli o "Hulku" :)
Jeszcze raz dziękuję za wszystkie maile, a książki wyślę do Dominiki i Kuby, którym napisałam już w tej sprawie odpowiedniego maila.

23 lipca 2012

Moonrise Kingdom


reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson, Roman Coppola
2012


Wes Anderson powraca z przytupem i tym, co w jego kinie najlepsze: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i zaskakującym, uroczym poczuciem humoru.


Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami (Frances McDormand i Bill Murray) oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis), maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii.


Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). Suzy i Sam postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia.


W kinie Wesa Andersona można z łatwością wyodrębnić powtarzające się tematy i w „Moonrise Kingdom” również znajdziemy te, które stały się już cechą charakterystyczną twórczości reżysera: wspaniałe poczucie humoru, skomplikowane relacje rodzinne, werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i nostalgia za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe... 


I to, co mnie w filmach tego reżysera zachwyca najbardziej: długie ujęcia prezentujące wnętrza, kostiumy będące często wariacją na temat czegoś tak zuniformizowanego jak mundurek skauta (wdzianko Sama w „Moonrise Kingdom”) czy kostiumy płetwonurków (uniformy ekipy statku z „Podwodnego świata ze Stevem Zissou”), a także barwne postacie drugoplanowe (czy może bardziej: dalszoplanowe). 


W „Moonrise Kingdom” są to (poza rodzicami głównej bohaterki, Harcmistrzem Wardem i policjantem): narrator (przezabawny Bob Balaban), demoniczna pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), Kuzyn Ben (Jason Schwartzman), dowódca Pierce (Harvey Keitel) i cała barwna grupa młodych skautów.


Nie wiem, czy „Moonrise Kingdom” to najlepszy film Wesa Andersona, ale wielobarwność postaci, emocji i kadrów sprawia, że można (i warto!) się w nim zakochać.



fotografie: movies.nytimes.com, listal.com

23 listopada 2010

Happy Birthday!

Otóż to.


Dzisiaj 16. urodziny obchodzi moja ukochana siostra Julitka, której prace możecie zobaczyć TUTAJ.
Z tej okazji życzę jej samych wspaniałych chwil, rozwijania największych pasji i wiele pozytywnej energii !!!
Dorzucam garść filmowych inspiracji, z zaznaczeniem, że wszystkie one są przede wszystkim wielkimi filmowymi miłościami Julki.
Enjoy!