Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Haynes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Haynes. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2013

Motywy filmowe - homoseksualizm

Zazwyczaj nie wkręcam się w blogowe akcje, bo na co dzień mam naprawdę niewiele wolnego czasu i najbardziej lubię pisać zupełnie swoim tempem. A jednak, Piotrek z bloga FILM Planeta rozpoczął naprawdę interesujące przedsięwzięcie: gromadzenie Motywów Filmowych.


I tak na wielu blogach filmowych w możecie znaleźć zestawy siedmiu filmów najlepiej i najciekawiej (według autora danego zestawu) wyczerpujących dany temat. Paweł z Filmowego Abecadła wybrał dla mnie temat "Homoseksualizm" (dziękuję, świetny strzał!) i muszę przyznać, że wybór siedmiu filmów był dla mnie zadaniem karkołomnym, bo to temat mi bliski. Postanowiłam jednak kierować się przede wszystkim własnymi upodobaniami, bo obiektywne zdecydowanie, które filmy w tej kategorii byłby tymi Najważniejszymi, jest absolutną niemożliwością...

1. "Tajemnica Brokeback Mountain", reż. Ang Lee, 2005.


To jeden z najpiękniejszych, najbardziej poruszających i najbardziej intymnych portretów zakazanej miłości. Jack Twist (Jake Gyllenhaal) i Ennis Del Mar (Heath Ledger) poznają się w pracy - spędzone wspólnie długie godziny na wzgórzu Brokeback staną się początkiem ich skomplikowanej, ale jednocześnie jedynej w ich życiu naprawdę szczerej relacji. W ich konserwatywnym świecie pełnym ściśle ustalonych, obyczajowych reguł, pełen prawdziwych uczuć mikrokosmos Jacka i Ennisa staje się dla nich największym niebezpieczeństwem. 
Film nakręcono na podstawie noweli Annie Proulx (warto zaznaczyć, że autorka była bardzo zadowolona z adaptacji podkreślając niesamowitą wierność szczegółom jak dekoracje literacko opisanych przez nią wnętrz) i zdobył on trzy Oscary (w tym za reżyserię i genialną muzykę Gustavo Santaolalli).
Jeśli miałabym z tego filmu wybrać jedną jedyną scenę, byłaby to bez wątpienia słynna sekwencja z koszulą, która rozgrywa się w domu rodziców Jacka podczas odwiedzin Ennisa. Porzucona w szafie jeansowa koszula staje się sentymentalnym westchnieniem, prowokującym wspomnienia najszczęśliwszych chwil w życiu obojga.

(z tym filmem związana jest też mini-anegdota :) gdy "Tajemnica..." była w kinowym repertuarze, razem z Mamą postanowiłyśmy wybrać się na seans. Jedna z moich ówczesnych gimnazjalnych koleżanek nie mogła jednak zrozumieć, jak mogę dobrowolnie chcieć oglądać z Mamą film, w którym "dwóch mężczyzn robi TO". Cóż, od tamtej pory "Tajemnica..." stała się jednym z ulubionych filmów - zarówno moich, jak i mojej Mamy).

2. "Złe Wychowanie", reż. Pedro Almodóvar, 2004


Ten film jest dla mnie ważny z zupełnie osobistego punktu widzenia - poświęciłam mu cały rozdział mojej pracy licencjackiej, a recenzję publikowałam już kiedyś na blogu, TUTAJ
Pedro Almodóvar, znany do tej pory jako mistrz opisywania w filmach problemów i relacji na wskroś kobiecych, bohaterami swojego filmu tym razem czyni emocjonalnie poranionych mężczyzn. Ich przeszłość, traumy, namiętności i żądze portretuje jednak w charakterystyczny dla siebie sposób i z właściwym sobie temperamentem. Wątki "Złego Wychowania" przeplatają się z zadziwiającą finezją, żeby wkrótce rozwiązać się w sposób iście brawurowy. Trzy powieści, początkowo tworząc jakby trójkąt, ostatecznie okazują się być jedną historią rozgrywającą się na przestrzeni lat. Warto w tym filmie podkreślić finezję aktorstwa: na planie spotkały się gwiazdy kina hiszpańskiego (i hiszpańskojęzycznego), by dać prawdziwy koncert emocji, uczuć i uniesień (Gael García BernalLluís Homar czy Fele Martínez).


Pedro Almodóvar jest jedną z ikon europejskiego kina queer, a w jego filmografii nieustannie pojawia się motyw homoseksualizmu (także: "Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy", "Labirynt namiętności" czy "Przelotni kochankowie" - recenzja TUTAJ).

3. "Nie czas na łzy", reż. Kimberly Peirce, 1999


Teena Brandon (nagrodzona Oscarem Hilary Swank) to główny bohater opartego na autentycznych wydarzeniach dramatu "Nie czas na łzy" w reżyserii Kimberly Peirce. To (wyłącznie z biologicznego punktu widzenia) dziewczyna od dawna czująca się w pełni mężczyzną, która trafia do prowincjonalnego miasteczka gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie wdzięczy się do widza, nawet nie od początku daje się lubić, jest recydywistką, nieustannie kłamie i nie stroni od bójek. Jednak, jej determinacja w ukryciu prawdziwej płci jest niesamowita. 
A "Nie czas na łzy" to nie tylko smutna opowieść o dziewczynie, która chciała być chłopcem. To zapis dramatycznego splotu wydarzeń, które mogły zakończyć się słodko-gorzkim happy-endem (społeczny wyrzutek znajduje dziewczynę, która go akceptuje i razem wyruszają w swoją młodzieńczą podróż ku lepszemu życiu), a doprowadziły do tragedii której a sprawcą byli wszyscy ludzie z zaściankowej mikrospołeczności, którzy w młodym przybyszu widzieli uosobienie najgorszego wynaturzenia.

4. "Zanim zapadnie noc", reż. Julian Schnabel, 2000


Znakomity film znanego nowojorskiego artysty jest biografią kubańskiego poety Reinaldo Arenasa. To historia wielkiego talentu, tłamszonego przez reżim. Buntownika i więźnia, którego główną zbrodnią była jego seksualna tożsamość i literacka odwaga.
Oglądając "Zanim zapadnie noc", warto zwrócić uwagę na malarskość kadrów, nieustanne podkreślanie wielkiej siły sztuki oraz namacalną wręcz ekscytację, z jaką Julian Schnabel odkrywa przed widzami kolejne epizody z życia pisarza, w których rzeczywistość miesza się z surrealistycznym snem.

To również film, w którym odkryłam dla siebie Javiera Bardema.

5. "Daleko od nieba", reż. Todd Haynes, 2002


Rok 1957. Cathy (Julianne Moore) i Frank (Dennis Quaid) to zamożne, poważane i atrakcyjne małżeństwo. Ich perfekcyjna, upływająca w idealnej harmonii z konwenansami egzystencja zostaje brutalnie zakłócona, gdy Cathy przyłapuje męża na zdradzie z innym mężczyzną.
"Daleko od nieba" to melodramat inspirowany klasycznym "Wszystko, na co niebo zezwala" Douglasa Sirka, do którego Todd Haynes dodał nie tylko swój styl, ale również zupełnie nowe konteksty. Reżyser jest również jedną z ikon kina queer, a mówiąc o tym motywie, nie można również zapominać o filmie "Idol" (więcej o nim TUTAJ)

6. "Lato miłości", reż. Paweł Pawlikowski, 2004


Mona (Natalie Press) i Tamsin (Emily Blunt) pochodzą z innych środowisk, ale podczas pewnych wakacji połączy ich nić przyjaźni oparta na wzajemnej, bardzo silnej i bardzo wieloznacznej fascynacji. Nowoczesna Tamsin stanie się inspiracją, pokusą, ale i oparciem dla nieco prowincjonalnej, wywodzącej się z bardzo religijnego otoczenia Mony. Największą siłą filmu Pawlikowskiego jest to, że reżyser traktuje swoich bohaterów z dużym zrozumieniem, zachowując się nie jak wszechwiedzący opowiadacz historii, ale raczej jak jej nieśmiały podglądacz.

7. "Moja piękna pralnia", reż. Stephen Frears, 1985


W filmie Frearsa wątki dotyczące tożsamości przeplatają się z dyskursem międzykulturowym, bo głównymi bohaterami "Mojej pięknej pralni" są mieszkając w Londynie Anglik Johnny (Daniel Day-Lewis) i Pakistańczyk Omar (Gordon Warnecke). 
Gdy Omar zaczyna kierować podupadającą pralnią, zatrudnia do pomocy swojego przyjaciela z dzieciństwa, należącego do grupy faszystów (walczącej ze społecznością pakistańską). W niedługim czasie doskonale zaczyna rozwijać się nie tylko pralnia, ale i relacja między Omarem i Johnnym. Postanowiłam umieścić "Moją piękną pralnię" w tym zestawieniu, bo to znów historia o miłości ponad podziałami (a takie zawsze mnie wzruszają), a także bardzo ważny, poruszający film.
Warto zaznaczyć, że rola u Frearsa stała się przełomem w karierze Daniela Day-Lewisa. Aktor w tym samym czasie zagrał również w "Pokoju z widokiem" Jamesa Ivory'ego i te dwie tak różne role pozwoliły Day-Lewisowi na wykreowanie wizerunku jednego z najbardziej różnorodnych współczesnych aktorów.

* * *

Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości mojego zestawienia. Wiem, że niektórym z Was będzie brakowało tutaj Dereka Jarmana czy Gregga Arakiego. Mam świadomość, że powinien pojawić się akcent polski (wybrałabym chyba "Kochanków z Marony" Izabeli Cywińskiej). Oczywiście, że w ten sam lub pokrewny nurt wpisują się również filmy "Godziny", "I twoją matkę też", "Podwójna osobowość", "C.R.A.Z.Y.", "Monster", "Samotny mężczyzna", "Dom chłopców" czy "Ta przeklęta niedziela"...

Bardzo chętnie poczytam więc w komentarzach o Waszych typach w tej kategorii!

PS. Inni na swoich blogach nominują kolejnych blogerów do wspólnego tworzenia tego kompendium, ja jednak boję się wprowadzenia niepotrzebnego chaosu.

6 czerwca 2013

(ulubieni) reżyserzy. część 2.

Zanim napiszę o moich absolutnie najulubieńszych reżyserach, chciałabym opowiedzieć Wam jeszcze o kilku, których pracę bardzo sobie cenię (pierwszą dwójkę prezentowałam w TYM wpisie):

Jan Jakub Kolski

fot. Adam Golec

To bez wątpienia mój ulubiony polski reżyser. Uwielbiam jego interpretację filmowego realizmu magicznego, sielsko-anielską wieś (zwaną Jańciolandem od według mnie najlepszego filmu reżysera, "Jańcia Wodnika") z przydrożnymi świętymi, miłostkami, samozwańczymi czarodziejami, zbuntowanymi kaznodziejami i rozbuchaną przyrodą.
Rzeczywiście najbardziej pokochałam "Jańcia Wodnika" ze wspaniałą tytułową rolą Franciszka Pieczki - jego bohater odkrywa pewnego dnia, że potrafi czynić cuda, wyrusza więc w świat nieść dobro, zostawiając w domu ciężarną żonę. Jańcio nie wie jednak, że jego wieś została przeklęta wcześniej przez Dziada (Olgierd Łukaszewicz) i od tej pory nic już nie będzie takie samo. Drugą wspaniałą kreację w tym filmie stworzył Bogusław Linda - wcielił się on w rolę Stygmy, który stygmaty Jezusa Chrystusa wywołuje za pieniądze.


Jeśli miałabym wybrać jeszcze inne filmy reżysera, które podbiły moje serce, na pewno byłyby to: "Pograbek" (i wspaniali Mariusz Saniternik oraz Grażyna Błęcka-Kolska w rolach głównych), "Historia kina w Popielawach" (który opowiada o tym, kto tak naprawdę stoi za wynalazkiem braci Lumière) i nieprawdopodobnie urokliwe "Jasminum".
Ostatni film Kolskiego, "Zabić bobra" do dzisiaj wzbudza we mnie mieszane (ale nieustająco gorące) uczucia. To według mnie film nie do końca udany, ale z pewnością bardzo ważny. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ.


- A czy ktoś z Was czytał ostatnią powieść Kolskiego, "Egzamin z oddychania"? Moja Mama jest w trakcie lektury i z niecierpliwością czekam na komentarz po skończeniu, sama planuję zabrać się za nią po egzaminach, ale chętnie poczytam również Wasze opinie!

Michel Gondry


Michel Gondry jest bardzo wszechstronnym filmowcem: w jego dorobku znajdziemy zarówno filmy fabularne, jak i dokumentalne oraz całą masę teledysków (między innymi dla Björk czy The White Stripes). Ja jednak najbardziej cenię dwa filmy, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podczas seansu przenoszą nas do fascynującego, czarodziejskiego świata. Mam na myśli oczywiście "Zakochanego bez pamięci", czyli niebezpieczne eksperymenty dokonywane na własnej pamięci, oraz "Jak we śnie", bardzo surrealistyczny obraz o potędze snów i wyobraźni, z wątkiem miłosnym w tle.
Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz obejrzałam "Zakochanego bez pamięci", uznałam, że jest okropnym, pretensjonalnym chaosem. Z perspektywy czasu jednak widzę, jak bardzo się myliłam: jest to bowiem szalenie mądry, błyskotliwy obraz, w którym wspaniałe role wykreowali Kate Winslet oraz Jim CarreyDzisiaj myślę, że może w wieku czternastu lat miałam nieco inną wrażliwość, a może po prostu ten film trafił na nieswój czas..? Niemniej teraz uważam, że jest to filmowa lektura obowiązkowa. Czy wymazanie z pamięci przykrych wydarzeń przyniosłoby nam wyłącznie ulgę, czy może nieodwracalne szkody? Jak ważne są wspomnienia w kontekście naszej tożsamości? - warto poszukać odpowiedzi właśnie w tym filmie.


To, co podczas seansu zwraca uwagę najbardziej, to (poza intrygującymi historiami) bez wątpienia fantazyjna scenografia. Każde pomieszczenie zdaje się opowiadać zupełnie osobną, oryginalną historię, a każdy znajdujący się w nim przedmiot niesie ze sobą dodatkowe znaczenie (niekoniecznie dla fabuły, czasami wyłącznie dla sceny, a czasami bardzo wprawnie uzupełnia portrety bohaterów).
Wkrótce swoją premierę będzie miał najnowszy film Francuza, "Dziewczyna z lilią", czyli romantyczno-magiczna historia z udziałem Audrey TautouRomaina Durisa i Omara Sy. Nie mogę się doczekać!


Oczywiście, taką listę mogłabym ciągnąć znacznie dłużej: 

Bardzo lubię filmy braci Coen, z tych już obejrzanych zauroczył mnie absurd w "Tajne przez poufne", styl życia Dude'a Lebowskiego czy czarny humor "Fargo", ale także niespokojna atmosfera "To nie jest kraj dla starych ludzi".
(wiecie, że co roku organizowany jest zjazd miłośników i naśladowców Dude'a Lebowskiego? Odtwórcę tej roli, Jeffa Bridgesa tak zafascynowała idea spotkania wielkiej grupy ludzi poprzebieranych za wykreowanego przez niego i braci Coen czołowego filmowego nihilistę, że postanowił zrobić im niespodziankę. Wraz ze swoim zespołem pojawił się na jednym z takich zlotów i zagrał niespodziewany koncert dla oczarowanego tłumu. Przepiękne!)


Z wielką ciekawością sięgam po filmy nowojorskiego artysty, Juliana Schnabela (i bezapelacyjnie najwspanialszym z nich jest dla mnie "Zanim zapadnie noc", biografia kubańskiego pisarza rewolucyjnego, Reinaldo Arenasa - w tę rolę wcielił się niezawodny Javier Bardem), jakiś czas temu zaczęłam poznawać filmografię pochodzącej z Danii Susanne Bier i każdy film autentycznie mnie porusza (recenzję znakomitego "Tuż po weselu" przeczytacie TUTAJ), bardzo cenię umiejętność Davida Finchera do opowiadania emocjonujących, nieco mrocznych historii i kręcenia znakomitych adaptacji, działa też na mnie wrażliwość Todda Haynesa (szczególnie, gdy zajmuje go tematyka szeroko rozumianej tożsamości)...




Natomiast z reżyserujących aktorów bardzo szanuję Clinta Eastwooda (jego "Co się wydarzyło w Madison County" to według mnie jeden z najpiękniejszych melodramatów w historii, który pokazał nieprawdopodobną wrażliwość filmowego Brudnego Harry'ego, zarówno jako reżysera, jak i aktora. Z kolei jego "Rzeka tajemnic" jest jednym z moich ulubionych filmów - znakomicie zagrana, porywająco opowiedziana, miejscami wręcz porażająca i przesmutna historia) oraz George'a Clooney'a (o jego wyczynach z obu stron kamery pisałam TUTAJ). 



Zapraszam Was też na blogowego Facebooka, bardzo się cieszę, że jest tam Was tak wielu!

fotografie: culture.pl, listal.com, kultura.gazeta.pl, europeanmovies.org

23 maja 2013

Ulubione Filmy Muzyczne

Nie jestem wielką fanką filmów muzycznych (ani musicali), ale czasami odnajduję w tym gatunku prawdziwe perły. Według mnie produkcje, które chcę Wam dzisiaj przedstawić są właśnie takimi wspaniałymi (chyba nawet nie do końca docenionymi) dziełami sztuki filmowej i nie jest też przypadkiem, że aż dwa z nich to obrazy, których osią są wątki transgenderowe. 
Filmowy transgender interesuje mnie od wielu miesięcy, ale dopiero niedawno zaczęłam badać takie motywy nieco bardziej naukowo (może kiedyś zaprezentuję Wam jeszcze jakieś fragmenty moich nieśmiałych naukowych działań, do tej pory mogliście przeczytać na blogu fragment tekstu o filmowej przestrzeni, o TUTAJ).
Ale wróćmy do tematu, kolejność prezentowania - właściwie przypadkowa.

"Gorączka sobotniej nocy"
(Saturday Night Fever)
reż. John Badham
1977


To jeden z filmów, które pokochałam dzięki mojemu Tacie. Główny bohater "Gorączki sobotniej nocy", Tony Manero (znakomity John Travolta) jest niewykształconym młodym chłopakiem z Brooklynu, który pracuje w sklepie z artykułami chemicznymi. Co tydzień chodzi do lokalnej dyskoteki, gdzie zmienia się w niepokonanego króla parkietu. To tutaj Tony spotyka Stephanie (Karen Lynn Gorney), tancerkę, która wkrótce zupełnie zmieni jego życie - przede wszystkim pomoże mu rozwinąć talent, ale również otworzy Tony'emu oczy na świat, który wcześniej znał tylko z gazet.


"Gorączka sobotniej nocy" nie jest jednak wyłącznie ckliwą historią o spełnianiu marzeń. John Badham w swoim filmie bardzo dużo uwagi poświęca również zagadnieniom nierówności społecznych i dyskryminacji rasowej. Tony czuje się znakomicie na scenie, ponieważ tam nie musi odkrywać swoich intelektualnych słabości.
Rola Tony'ego była prawdziwym przełomem w karierze Johna Travolty. Natomiast jednym z głównych symboli filmu stał się... biały trzyczęściowy garnitur, który Travolta nosi w kluczowych momentach filmu. Co ciekawe, początkowo garnitur miał być czarny, jednak zbyt mocno zlewał się z tłem i postanowiono, iż biel będzie znacznie bardziej odpowiednia. Producenci rozważali także wycięcie przy montażu scen tanecznych solówek Travolty. Gdy jednak aktor zagroził wycofaniem się z projektu, wszystkie te sceny pozostawiono w filmie, i do dziś uważane są za wielkie symbole ery disco i kina lat 70.


Ścieżka do "Gorączki sobotniej nocy" była przez wiele lat najlepiej sprzedającym się soundtrackiem w historii (dopóki nie pojawiły się kompozycje do "Bodyguarda"). Nic dziwnego, soundtrack autorstwa niepokonanych braci Gibb, czyli wspaniałego zespołu Bee Gees, jest po prostu oszałamiający. 
Płyta pokryła się piętnastokrotną platyną i utrzymywała się na listach przebojów przez kilkadziesiąt tygodni.


"Cal do szczęścia"
(Hedwig And The Angry Inch)
reż. John Cameron Mitchell
2001


Hedwig (John Cameron Mitchell) jest niespełnioną piosenkarką. Wraz z
 glamrockowym zespołem Hedwig and the Angry Inch podróżuje po Stanach Zjednoczonych, zniesmacza gości podrzędnych barów swoimi transgenderowymi performance'ami oraz, piosenka po piosence, opowiada swoją smutną historię: urodzona we Wschodnim Berlinie, wychowana przez matkę zakochaną w swoim rodzinnym NRD, pewnego dnia (będąc jeszcze androgynicznym chłopcem) poznaje amerykańskiego żołnierza i wyjeżdża z nim z nadzieją na lepsze życie. Uprzednio, Hedwig musi jednak zmierzyć się ze swoją tożsamością.Dziewczyna marzy o tym, by być wybitną artystką. I byłaby nią, gdyby nie Tommy Gnosis (Michael Pitt) - były kochanek piosenkarki, który skradł Hedwig nie tylko serce, ale i twórczość...


Warto zaznaczyć, że "Hedwig and the Angry Inch" początkowo był musicalem teatralnym, dopiero w trzy lata od powstania jego autor, John Cameron Mitchell, przekształcił go w dzieło (według mnie "Cal do szczęścia" bez wątpienia nim jest!) filmowe: w dodatku zarówno wyreżyserował film, jak i zagrał w nim główną rolę.

"Idol"
(Velvet Goldmine)
reż. Todd Haynes
1998


Dziennikarz Arthur Stuart dostaje ważne zadanie: musi odkryć historię, która kryje się za sfingowaną przed dziesięcioma laty śmiercią megagwiazdy glam rocka, Briana Slade'a.
W miarę rozwoju jego poszukiwań, odkrywamy nie tylko drogę kariery Slade'a, ale także niuanse jego zagmatwanej (i jednocześnie niesamowicie ekscytującej!) relacji z żoną Mandy oraz innym muzykiem, Curtem Wildem. Infiltrowanie biografii Briana to dla Arthura również okazja do przyjrzenia się własnej młodości: swoim pasjom, niepokojom oraz poszukiwaniu tożsamości i seksualności, czyli wspomnieniom, które od wielu lat przykrywała gruba warstwa kurzu.
Jest w tym filmie wiele elementów, które mnie autentycznie zachwyciły, przede wszystkim koncepcja scenariusza i stylistyka. Oszałamiająco fantazyjna, odważna, kampowa, superoryginalna - zarówno w sferze kostiumów, jak i dekoracji:


Po drugie, jestem zachwycona obsadą. Jonathan Rhys Meyers jako androgyniczny i supercharyzmatyczny Brian Slade nie tylko świetnie zagrał, ale i zaśpiewał wszystkie utwory swojego bohatera. Ewan McGregor jako zdegenerowany, ogarnięty niepohamowanym szaleństwem Curt Wild doskonale go uzupełnia. Duże wrażenie zrobiła na mnie również Toni Collette, ponieważ grana przez nią postać przechodzi największą widoczną transformację. Ten wyborny zestaw aktorski dopełnia Christian Bale w roli Arthura Stewarta.




W książce
"Ludzie w Vogue. Stulecie portretów" czytamy: "W 1998 roku szkocki aktor Ewan McGregor słynął już z tego, że w filmach nie wytrzymuje zbyt długo w przyodziewku, a "Idol" ("Velvet Goldmine") nie był pod tym względem wyjątkiem. W glamrockowej fantazji Todda Haynesa McGregor zagrał Kurta Wilda, do złudzenia przypominającego Iggy'ego Popa, a Jonathan Rhys Meyers wcielił się w hermafrodytycznego Briana Slade'a wzorowanego na Davidzie Bowiem. McGregor wyłuskał się ze swoich obcisłych złotych spodni - jest w nich na zdjęciu - wykonując dynamiczną interpretację TV Eye z repertuaru The Stooges. Neil Kirk z "Vogue'a" uwiecznił go w roli biseksualnej i hałaśliwej gwiazdy rocka w garderobie na planie filmu. Za to, czego McGregor nie zdołał z siebie zdjąć, oraz za ekstrawaganckie kostiumy Briana Slade'a i jego żony Mandy projektantka Sandy Powell otrzymała nominację do Oscara".


To był absolutnie fenomenalny rok dla Sandy Powell, ponieważ w tym samym roku otrzymała dwie nominacje w kategorii "Najlepsze kostiumy" - jedną za "Idola", drugą za "Zakochanego Szekspira" i  to stworzenie garderoby do tego drugiego filmu przyniosło jej statuetkę. Ja zdecydowanie wolałabym, żeby uhonorowana została jej praca przy "Idolu", nie tylko dlatego, że nie lubię "Zakochanego Szekspira", ale również dlatego, iż według mnie kostiumy w "Velvet Goldmine" są nie tylko okryciem, fantazją, czy uzupełnieniem konwencji, ale przede wszystkim stanowią błyskotliwy komentarz do samych bohaterów - ich osobowości i charakterów.




A Wy macie swoje ulubione filmy muzyczne?
Chętnie o nich poczytam!

fotografie: listal.com, tumblr.com