Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Franco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Franco. Pokaż wszystkie posty

23 kwietnia 2013

Kostiumy: Obywatel Milk

Wielokrotnie pisałam, że temat mody w kinie oraz rola i znaczenie filmowych kostiumów bardzo mnie fascynują. Chciałabym jak najczęściej o tym pisać, a wszystkie teksty o tej tematyce znajdziecie w zakładkach: Kostiumy oraz Moda i Kino.

"Obywatel Milk", 2008
reż. Gus Van Sant
kostiumy: Danny Glicker


Film opowiada historię kariery politycznej Harvey'a Milka będącego pierwszym działaczem społecznym na rzecz równouprawienia homoseksualistów, który zasiadał we władzach miejskich. Milk (mistrzowsko wykreowany w filmie przez Seana Penna) obecnie uważany jest za jednego z największych męczenników amerykańskiego ruchu gejowskiego, ponieważ 27 listopada 1978 roku został zastrzelony przez znajomego z rady miejskiej – znanego z wyznawania bardzo konserwatywnych wartości moralnych Dana White'a (Josh Brolin). 


Wydarzenia opowiadane w filmie, czyli kilkanaście miesięcy politycznej walki Milka to nie tylko krok milowy w walce przeciwko homofobii amerykańskiego społeczeństwa, ale także okres przypadający na czas wczesnej młodości reżysera. Gus Van Sant portretuje doskonale znaną mu rzeczywistość, nie tylko za pomocą  historii i scenografii, ale także – wplecionych materiałów archiwalnych. Film jest więc również nostalgicznym westchnieniem do przeszłości, na szczęście bez ckliwych banałów.


W wywiadzie dla miesięcznika "Interview" Danny Glicker (twórca kostiumów również do filmów takich jak "Dziękujemy za palenie""Transamerica""W chmurach""W drodze" czy "Restless") przyznał, iż kreując kostiumy do "Obywatela Milka" inspirował się przede wszystkim życiorysem głównego bohatera oraz kulturą lat 70. w San Francisco. 
Danny Glicker przyznaje, iż Harvey Milk uwielbiał być w centrum wydarzeń, a jednocześnie zawsze starał się podkreślać wierność ideałom. Stąd najbardziej charakterystyczną dla niego częścią garderoby była biała koszulka z czerwonym nadrukiem głoszącym: "I'll Never Go Back!" i rysunkiem zamkniętych drzwi, którą wkładał na Gay Freedom Day, a także – własnoręcznie zrobiona opaska na ramię z naszytym symbolicznym różowym trójkątem. "Milk dosłownie nosił swoje serce na rękawie" – powiedział Glicker.

Podczas kreowania garderoby dla bohaterów, bardzo ważna była dla kostiumografa ścisła współpraca zarówno z Gusem Van Santem, jak i Seanem Pennem, ponieważ cały projekt miał dla całej ekipy kolosalne znaczenie. 
Co ciekawe, dla ówczesnego San Francisco kultowe Levisy są tak ikoniczne, że część kostiumów stworzono z oryginalnego jeansu z lat 70., a Glicker w poszukiwaniu inspiracji i materiału odwiedzał najdziwniejsze second-handy. Odtworzenie autentycznej rzeczywistości w "Obywatelu Milku" wymagało szczególnej uwagi nie tylko ze względu na autorytet i rangę głównego bohatera – wielu widzów może traktować ten film osobiście, odbierając zdarzenia, jak reżyser Gus Van Sant, z perspektywy obserwatorów tych zdarzeń. Bardzo istotny jest również fakt, jak ogromne znaczenie miała działalność Milka dla całej rewolucji seksualnej, rozpoczętej już w poprzedniej dekadzie.



PS. Tymczasem muszę pakować walizkę, bo pojutrze w Lublinie odbywa się konferencja naukowa  pod tytułem "Nowoczesne i ponowoczesne przygody ciała" organizowana przez Studenckie Koła Naukowe Polonistów, Teatrologów i Medioznawców Instytutu Filologii Polskiej UMCS. Więcej informacji TUTAJ.
Ja opowiem o wątkach transgenderowych w kinie Pedro Almodóvara w piątek, 26 kwietnia, w bloku filmowym od 8:30.


fotografie: listal.com

10 kwietnia 2013

Spring Breakers

reż. Harmony Korine
scen. Harmony Korine
2012


Już pierwsza scena "Spring Breakers" wprowadza nas w klimat: słońce, plaża, dużo nagości, nieprzebrane tłumy ludzi, nielimitowane używki, nakręceni raperzy... czysta uciecha wczasów na Florydzie. W swoim najnowszym filmie Harmony Korine (być może wbrew pozorom) nie daje jednak przepisu na idealne wakacje. Korzystając z popkulturowych cytatów, nieskrępowanej wyobraźni i kampowej* estetyki reżyser obnaża dekadencję i zagubienie amerykańskiej młodzieży.


Głównymi bohaterkami filmu są cztery studentki: Faith (Selena Gomez), Candy (Vanessa Hudgens), Brit (Ashley Benson) i Cotty (Rachel Korine). W bezkompromisowy sposób zdobywają pieniądze i wyjeżdżają na wybrzeże, poznać smak wolności i zabawy. Portret radosnego odpoczynku i niekończącej się zabawy prezentowany przez reżysera od początku sprawił, że poczułam się nieswojo: to przerażający tłum ciał, jakby stanowiący jeden organizm, w którym nie tylko zabawa, ale i normalność czy moralność zyskują zupełnie niecodzienne definicje.


Rozmodlona Faith z katolickiej szkoły początkowo czuje, że trafiła do raju: "chciałabym, żeby czas się zatrzymał na jedno moje pstryknięcie palcami" - mówi dodając, że chce, by przerwa wakacyjna nigdy się nie skończyła. A jednak, po nocy spędzonej w areszcie i spotkaniu z Alienem (James Franco), lokalnym królem rapu, jako pierwsza zaczyna wątpić w sens, cel i przyszłość swojego wyjazdu. W tym dziwnym, oślepiającym świecie każda z dziewcząt czuje się jednak równie zabłąkana, co zafascynowana. Także Candy, Brit i Cotty umieją rozróżnić dobro od zła, ale nie potrafią porzucić uzależnienia od ryzyka.


Harmony Korine pełnymi garściami czerpie z popkulturowych dóbr: Alien jest wystylizowany na Seana Paula (ma jednak jedyne w swoim rodzaju metalowe uzębienie), bezrefleksyjna agresja finału "Spring Breakers" przypomniała mi "Urodzonych morderców" Olivera Stone'a, a ścieżką dźwiękową do jednych z najważniejszych scen stały się piosenki Britney Spears (która, dla przypomnienia, zbudowała swoją karierę na wizerunku niewiniątka z collegu). 
Ja od początku stałam się wielką fanką fanką kostiumów z filmu, w szczególności oczywiście różowych kominiarek z motywem jednorożca na czole...


Muszę napisać również kilka słów o odtwórcach głównych ról. Wszystkie cztery aktorki spisały się naprawdę świetnie i, powtarzając za dziesiątkami recenzentów, zarówno Vanessie Hudgens, jak i Selenie Gomez udało się zerwać (z dużą klasą, odwagą i w sposób absolutnie nietuzinkowy!) z wizerunkiem słodkiego niewiniątka z filmów Disney'a. Ale tym, który nie tylko absorbuje najwięcej uwagi, ale i najbardziej zaskakuje na ekranie, jest bez wątpienia James Franco. Jego Alien to nie tylko charyzmatyczny król dzielnicy, ale pod skorupą rapera-zabijaki kryje zagubionego, być może nawet całkiem wrażliwego mężczyznę z trudną przeszłością.

"Spring Breakers" to film, który, jak o tej pory, z całej filmografii Harmony'ego Korine'a podobał mi się najbardziej. Nie zachwyciłam się "Skrawkami", nie do końca odpowiadają mi też  filmy na podstawie scenariuszy Amerykanina ("Ken Park", "Dzieciaki"). Nieco bardziej podobał mi się "Pan Samotny" w reżyserii Korine'a (o którym bardzo krótko pisałam TUTAJ), jednak dekadencja i deprawacja młodych ludzi została sportretowana w "Spring Breakers" w sposób tak interesujący (szczególnie z powodu wirtuozerskiego sposobu na przeplatanie i zapętlanie poszczególnych scen oraz dialogów), że bardzo chętnie wrócę do zapoznawania się z filmografią Korine'a i odkrywania tego, co w niej najlepsze.

* kamp - to estetyka, konwencja stylistyczna. Według Susan Sontag "istotą kampu jest umiłowanie tego, co nienaturalne: sztuczności i przesady”. Poza tym, według Sontag, „kamp jest [...] sposobem widzenia świata jako zjawiska estetycznego. Ten sposób – sposób kampu – nie widzi świata w kategoriach piękna, lecz w kategoriach sztuczności, stylizacji”. 
źródło: S. SontagNotatki o kampie, przeł. W. Wartenstein, „Literatura na Świecie” 1979, nr 9.
O kampie na pewno będę pisać tutaj jeszcze wielokrotnie... 

fotografie: listal.com

28 lutego 2011

Za co można polubić tegoroczną Galę Oscarową


83. gala rozdania Oscarów już za nami. Anne Hathaway i James Franco w roli prowadzących byli poprawni, jednak brakowało im lekkości i polotu wprawnych konferansjerów.


Tryumf "Jak Zostać Królem" Toma Hoopera nad "Social Network" Davida Finchera w kategoriach: Najlepszy Film i Najlepszy Reżyser przyniósł chwilowy błysk zaskoczenia, jednak już po kilku minutach przychodziła myśl: "Właściwie, przecież można się było tego spodziewać".


Słyszałam dzisiaj wiele narzekań na wczorajszą galę, ja powiem jednak, że uwielbiam Oscary. Niezależnie, czy jest to największe na świecie targowisko próżności czy najbardziej przewidywalna impreza roku, i tak zawsze będę powtarzać, że uwielbiam. Dlatego postanowiłam przybliżyć tutaj kilka powodów, dla których warto jednak lubić 83. rozdanie Nagród Akademii.

1. Anne Hathaway - jako prowadząca może nie była powalająca, ale musicie przyznać mi rację, że oglądało się ją fantastycznie.


Miała cały wachlarz cudnych kreacji, chętnie prezentowała najpiękniejszy uśmiech dekady i... naprawdę dobrze śpiewa. Nic dziwnego, ze podrywał ją sam Kirk Douglas.

Tu: Anne Hathaway i Valentino

2. Idealne rozdanie nagród dla aktorów drugoplanowych - Melissa Leo i Christian Bale stworzyli w "Fighterze" absolutnie niezapomniane role - pełnokrwistych bohaterów ze swoimi wadami przytłaczającymi zalety i całą gamą skrajnych emocji - chcę oglądać więcej takich kreacji!!!

Christian Bale, Natalie Portman, Melissa Leo, Colin Firth

Nie można też odmówić wielkiej klasy Natalie Portman i Colinowi Firthowi, laureatom Oscarów za role pierwszoplanowe.

Natalie Portman odebrała Oscara z rąk Jeffa Bridgesa

Colin Firth, Sandra Bullock i Oscar

3. Autorami trzech najlepszych oscarowych podziękowań zostali: Christian Bale, od którego biło płomienne uczucie do Dicky'ego Eklunda (pierwowzoru dla jego oscarowego bohatera), Tom Hooper, który odbierając statuetkę dla najlepszego reżysera opowiedział, iż pomysł na "Jak zostać królem" pewnego dnia przyniosła mu jego Mama oraz Melissa Leo, która po odebraniu statuetki nie mogła sobie odmówić kilku siarczystych przekleństw.



4. Koniecznie obejrzyjcie nominowane krótkometrażówki! Zarówno aktorskie, jak i animowane - konkurencja zawsze jest mocna, a pomiędzy filmami dobrymi znajdzie się zawsze prawdziwa perła! Uwielbiamy Oscary za inspiracje.


5.  Oscary trzeba lubić także za wyłanianie laureatów w kategoriach technicznych, którzy wzruszeni odbierają nagrody i ze sceny dziękują swoim uroczym żonom. Te, wpatrzone w nich jak w obrazek, biją im brawo, jakby byli mistrzami świata.
i w tym momencie ... naprawdę nimi są.

Rick Baker i Dave Elsey
Oscary za charakteryzację w filmie "Wilkołak"

Następna noc oscarowa dopiero za rok. Tymczasem życzę wszystkim wielu wspaniałych filmów!!!

Sporo na temat Oscarów także na Facebooku.

fotografie: media.sacbee.com, oscars.org

28 stycznia 2010

Obywatel Milk


Mój ulubiony film wśród wszystkich pokazywanych w minionym roku w polskich kinach.


"Milk"

2008
reż. Gus van Sant

scen. Dustin Lance Black


Przede wszystkim - doskonały
Sean Penn. Rola Harvey'a Milka, pierwszego otwarcie przyznającego się do homoseksualizmu polityka, który został wybrany do władz miejskich (USA) przyniosła mu drugiego Oscara.
Jego bohater jest paletą stanów, emocji, zachowań.
Milk-wizjoner, Milk-społecznik, Milk-przywódca dusz.

Niesamowity instynkt, bezbłędna hipnoza.
Nie można prawdopodobnie być tak wielkim fanem Seana Penna, jak moja Mama, można też nie lubić tej postaci pod wieloma względami, jednak każdy po obejrzeniu "Obywatela Milka" zgodzi się z naszą wspólną opinią - Penn to niezaprzeczalny geniusz aktorskiej różnorodności ("Sam", "Rzeka Tajemn
ic", "21 gramów", "Słodki Drań"...) i jego każdą kolejną rolę ogląda się z wypiekami na policzkach.


Znakomite są w tym filmie również postacie drugoplanowe - partnerzy Milka (
Diego Luna i świetny James Franco - daleki od typu romantycznego kochanka-Tristana, dzięki któremu kilka lat temu pojawił się w masowej świadomości nastoletnich poszukiwaczek ideałów męskości, tu pozwala nam przypomnieć, że jest nie tylko etatowym ciastkiem, ale bardzo obiecującą postacią w amerykańskim kinie).


Nie można także pominąć współtwórców jego kampanii wyborczej (
Emile Hirsch, Lucas Grabeel) i jego zabójcy - fanatycznie dążącego do przejęcia politycznej władzy Dana White'a (bardzo dobry Josh Brolin).

Ostatnio przeczytałam w wywiadzie dla
"Interwiev" przesłodką anegdotę opowiedzianą przez Gusa van Santa:

Pisząc scenariusz Dustin Lance Black umieścił na samym początku skryptu scenę seksu miedzy Milkiem, a jego ówczesnym partnerem. Przed wysłaniem gotowego scenariusza do najróżniejszych sponsorów i aktorów, obaj z van Santem zdecydowali się na jej usunięcie z tekstu, w obawie przed negatywnym odbiorem potencjalnych współpracowników i przed tym, że nikt nie zdecyduje się na doczytanie scenariusza do końca.
Sean Penn przeczytał również okrojony scenariusz i na pierwszym poważnym spotkaniu przed filmem powiedział do van Santa: "Wiesz, tak naprawdę potrzebujemy tylko jeszcze poważnej sceny seksu od razu na samym początku"...

- Jeśli kiedykolwiek będziecie szukali definicji instynktu, wiecie już, gdzie szukać.



fot. Hedi Slimane dla "Interwiev"

fotografie: filmweb.pl