Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alejandro González Iñárritu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alejandro González Iñárritu. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2015

Przedoscarowe typowania

Jak zwykle nie wyrobiłam się z obejrzeniem wszystkich nominowanych filmów, ale to nie przeszkadza mi w równym stopniu, jak w poprzednich latach, emocjonować się dzisiejszym rozdaniem Oscarów.
Mimo że nie widziałam wszystkich filmów, mam jednak swoje typy:

Najlepszy film

Jestem rozdarta między dwoma filmami. Za co powinny otrzymać statuetkę?


"Birdman" za złożoną, szalenie ironiczną opowieść, będącą z jednej strony zjadliwą satyrą na Hollywood, a z drugiej strony przejmującą opowieścią o mężczyźnie, który zmaga się z własnym ego i poczuciem życiowej porażki.
O filmie pisałam TUTAJ.

"Boyhood" za ciepłą, ale nie przesłodzoną, tworzoną na przestrzeni dwunastu lat historię o rozpadzie pewnej rodziny i próbach jej funkcjonowania, o dojrzewaniu (zarówno do życia, jak i pewnych decyzji) i za sprawienie, że pozornie zwyczajne zdarzenia ogląda się z zainteresowaniem, podziwem, a nawet zachwytem nad portretowaną codziennością.
O filmie pisałam TUTAJ.

Najlepszy reżyser

Tutaj ponownie nie mogę się zdecydować.



Alejandro González Iñárritu, jeden z moich absolutnie ukochanych reżyserów, w "Birdmanie" zmienił kompletnie rejestr emocjonalny swojej twórczości i przeszedł od tworzenia najbardziej depresyjnych filmów świata ("21 gramów", "Biutiful") do historii, która bawi w szalenie błyskotliwy sposób (nie przestając zmuszać do refleksji). 
uwaga na marginesie: w zeszłym roku Oscara w tej kategorii zdobył Alfonso Cuarón, również Meksykanin, prywatnie przyjaciel Gonzáleza Iñárritu (panowie razem z Guillermo del Toro zwani są los tres Mariachis). Dlatego tym bardziej byłoby miło, jakby to Alejandro w tym roku wrócił do domu ze statuetką.

Richard Linklater natomiast osiągnął coś, co wydaje się być zadaniem karkołomnym - pokazał dwanaście zwyczajnych (chociaż z reguły dosyć dramatycznych) lat pewnej rodziny i udało mu się dzięki temu stworzyć pewną uniwersalną historię o rodzinnej miłości.

Najlepszy scenariusz oryginalny

"Birdman" (Armando Bo, Alexander Dinelaris, Nicolás Giacobone, Alejandro González Iñárritu) lub "The Grand Budapest Hotel" (Wes Anderson)
O filmie Andersona pisałam TUTAJ.

Najlepszy scenariusz adaptowany

"Whiplash" (Damien Chazelle) lub "Gra tajemnic" (Graham Moore)

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa


Mam podejrzenie, że nominacja dla Julianne Moore jest w pewnym sensie "uznaniowa" - jej rola w "Still Alice" jest dobra, Moore świetnie sportretowała dramat kobiety, która (w zbyt młodym wieku) dowiaduje się, że jest chora na Alzheimera, a jednocześnie wydaje mi się, że nie jest to najlepsza rola Moore w jej karierze (ja uwielbiam ją w "Daleko od nieba", "Godzinach" i "Uwikłanych"). Co nie zmienia faktu, że w tym roku chyba jednak góruje nad konkurentkami (i jej też najbardziej kibicuję).

Najlepszy aktor pierwszoplanowy


Według mnie jest to pojedynek feniksa odradzającego się z popiołów w pewnej złożonej, bardzo autotematycznej roli z bardzo młodym mistrzem aktorskiej techniki, a zatem statuetka trafi albo do rąk Michaela Keatona ("Birdman") albo Eddiego Redmayne'a ("Teoria wszystkiego").

Najlepsza aktorka drugoplanowa


Patricia Arquette, "Boyhood", najlepsze ogniwo całej produkcji.

Najlepszy aktor drugoplanowy 

 
Przejmujący, zawłaszczający cały ekran J.K. Simmons, "Whiplash" (chociaż Edward Norton w "Birdmanie" też był prześwietny)

Najlepszy film  nieanglojęzyczny


Nie widziałam wszystkich filmów nominowanych w tej kategorii (przede wszystkim jednego z faworytów, "Lewiatana"), niemniej całym sercem jestem za "Idą" (chociaż "Dzikie historie", których pisałam TUTAJ i "Mandarynki" to również kapitalne filmy).
Ta kategoria w ogóle zawsze wydawała mi się najdziwniejsza, bo okay, o ile można jakoś porównać ze sobą różne filmy pod względem produkcyjnym, czy gatunkowym, to jak porównywać filmy nie tylko różne gatunkowo, ale i zupełnie odmienne kulturowo?

Najlepszy montaż

"Boyhood" (Sandra Adair)

fot. Greg Williams

Najlepsze zdjęcia

"Birdman" (Emmanuel Lubezki)


Najlepsze kostiumy


Całym sercem jestem za Mileną Canonero ("The Grand Budapest Hotel"), która tworząc kostiumy do filmu Wesa Andersona inspirowała się malarstwem Klimta, Łempickiej i Grosza.

Najlepsza charakteryzacja i fryzury

"The Grand Budapest Hotel"

Najlepsza scenografia

"The Grand Budapest Hotel" (Anna Pinnock, Adam Stockhausen)



A Wy za kogo trzymacie kciuki???

fotografie: elcolombiano.com, elvistazo.es, metrotimes.com, indiewire.com, nymag.com

8 lutego 2015

Birdman

reż. Alejandro González Iñárritu
scen. Alejandro González Iñárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo
2014


Akcja filmu rozgrywa się przede wszystkim wokół trzech postaci: są nimi Riggan Thomson (Michael Keaton), jego rozbuchane ego oraz niejaki Birdman, czyli filmowe wcielenie Thomsona sprzed lat, który nieustannie przypomina mu o tym, że jego sława straciła już swój dawny blask. Poznajemy Riggana w momencie, w którym wraca on na Broadway - ma szansę samodzielnie zaadaptować i wyreżyserować sztukę na podstawie opowiadania Raymonda Carvera. Planuje on też zagrać główną rolę i w ten sposób być może zetrzeć z siebie klątwę Birdmana. 
Riggan Thomson to rola nie tylko złożona, ale i wyjątkowo autotematyczna. Zapomniany nieco aktor, który niegdyś zdobył ogromną popularność wcielając się w kultowego superbohatera... Brzmi znajomo (Michael Keaton grał Batmana w filmowych wersjach Tima Burtona z 1989 i 1992 roku. Jego przeciwnikami byli wtedy Joker, człowiek-Pingwin, Kobieta-kot i Max Shreck)?


Wystawienie sztuki na Broadwayu jest jednak trudniejsze, niż Thomson przypuszczał. Przede wszystkim, akcja sceniczna miesza się z rzeczywistością, bo pary ze sceny mają ze sobą wiele wspólnego poza nią: jedna z aktorek (Andrea Riseborough) podejrzewa, że jest z Rigganem w ciąży, pozostała para, Lesley i Mike (świetni Naomi Watts i Edward Norton) również "dzieli jedną waginę". Ponadto okazuje się, że Mike (poza posiadaniem zdolności do doprowadzania kobiet, w tym Lesley, na skraj załamania nerwowego), tak jak Riggan jest samcem alfa, więc ich wspólna praca do przede wszystkim wojna osobowości, a dopiero w drugiej kolejności relacja aktor-reżyser. Do tego wszystkiego dochodzą problemy z córką po odwyku (Emma Stone), widmo przebrzmiałej legendy Birdmana i niezliczona ilość przyziemnych problemów z produkcją teatralną, nad którą czuwa menadżer Jake (uroczo zabawny Zach Galifianakis).


Najnowszy film Gonzáleza Iñárritu to prawdziwy majstersztyk. Świetny scenariusz pełen jest klisz z filmów o superbohaterach, które tutaj zyskują innego wymiaru. Heros u Meksykanina nie ratuje świata, ma natomiast bardzo destrukcyjny wpływ na głównego bohatera. Zachwyciły mnie rozwiązania przestrzenne: pomieszczenia teatralne tworzą tu perfekcyjnie skomponowane uniwersum, w którym rozgrywają się pozornie niewiele znaczące scenki, układające się jednak w całość i dopełniające główne wątki. "Birdman" to również bardzo błyskotliwa satyra na Hollywood (znacznie bardziej efektowna, niż "Mapy naszych gwiazd" Davida Cronenbrega, film, który powstał w podobnym czasie), a także na współczesne sztuki audiowizualne (performance), media społecznościowe, dziennikarzy oraz krytyków teatralnych.


W filmie zaintrygowało mnie również to, jak bardzo (i z jak pozytywnym skutkiem!) reżyser zmienił swój rejestr. O jego trylogii bólu ("Amores perros", "21 gramów" i "Babel") napisałam całą pracę magisterską, świetnie znam więc każdy poziom depresyjności tych trzech obrazów, natomiast "Biutiful" uznawany jest za jeden z najbardziej bezlitosnych filmów w kinie współczesnym (tak, jak "Tańcząc w ciemnościach" Larsa Von Triera - na pewno wiecie, o co chodzi. To rodzaj filmów, w których na bohaterów przez większą część spadają wszystkie możliwe nieszczęścia, by reżyser na sam koniec zesłał na nich kolejne i ostateczne, tak jakby czerpał z tego rodzaj perwersyjnej przyjemności). Tym razem Alejandro González Iñárritu serwuje widzom film, który nie jest może krynicą wesołości, ale przeniesienie akcentów ze smutku na śmiech czy sarkazm jest zauważalne i daje rewelacyjny efekt.


fot. listal.com

29 lipca 2014

Odkrycia Książkowe

Moja trzymiesięczna przerwa od blogowania nie oznacza, że przestałam oglądać filmy. Przynajmniej niezupełnie. 
A jednak, przez ostatnie kilkanaście tygodni oglądałam ich znacznie mniej, niż kiedyś, ponieważ większą część mojego czasu pochłonęło pisanie pracy magisterskiej* i wielogodzinna analiza wyłącznie trzech filmów (dzięki temu trylogię Alejandro Gonzáleza Iñárritu znam już niemal na pamięć!).

Dlatego też dzisiaj chcę podzielić się z Wami moimi najulubieńszymi, nie filmowymi, a filmowo-książkowymi odkryciami ubiegłych tygodni.

Odkrycie: Książka
Matt Zoller Seitz "Wes Anderson Collection"


Wes Anderson jest w ścisłej czołówce moich ukochanych reżyserów, a książka okazała się być idealnym prezentem urodzinowym. Co w niej lubię najbardziej, to możliwość odkrywania czegoś interesującego na (dosłownie!) każdej stronie i odczuwalną pasję, z jaką została napisana.

Książka jest zapisem rozmów pomiędzy dziennikarzem Mattem Zollerem Seitzem i Wesem Andersonem, z których dowiadujemy się dużo na temat procesu twórczego poszczególnych filmów oraz inspiracji, które pomagają Andersonowi w tworzeniu jego unikalnego filmowego świata, albo na przykład co łączy "Ostatniego Mohikanina" z "Fantastycznym Panem Lisem" czy Michelangelo Antonioniego ze Stevem Zissou. Książka wypełniona jest również wspaniałymi fotografiami i ilustracjami (są to zarówno rysunki samego Wesa, jak i materiały inspirowane jego twórczością, a także wykonane specjalnie na potrzeby publikacji ilustracje Maxa Daltona).


Jest to również jedna z książek, które można czytać zarówno od deski do deski, jak i na wyrywki i za każdym razem wspaniale się bawić podczas lektury. Według mnie jest to również obecnie najważniejsze narzędzie do wnikliwej analizy i pełnego zrozumienia kina Wesa Andersona.


Odkrycie: Książka
Maria Eladia Hagerman (wyd.), "Babel"

Kupiłam ten album zupełnie przypadkiem, bo to publikacja, obok której nie da się przejść obojętnie. Szczególnie, jeśli jest się prawdziwym miłośnikiem twórczości Alejandro Gonzáleza Iñárritu: w szczególności filmu "Babel", ale nie tylko, bo pomiędzy wierszami (oraz w opublikowanym w książce wywiadzie) można wyczytać o wiele więcej na temat samego reżysera oraz inspiracji i wartości, które determinują jego podejście do kina.


Główną część książki stanowią zdjęcia robione na planie przez czwórkę fotografów (Mary Ellen Mark, Patricka Barda, Gracielę Iturbide oraz Miguela Rio Branco) oraz komentarze i anegdoty reżysera, a w spójną całość złożyła ten materiał Maria Eladia Hagerman (prywatnie żona Iñárritu, obecna na planie w każdym z krajów będących miejscem akcji filmu, czyli w Maroku, Meksyku i Japonii).

fot. Mary Ellen Mark


Odkrycie: Książka
Pedro Almodóvar, "Patty Diphusa"

Jestem fanką twórczości Almodóvara z czasu movidy (ruchu społeczno-kulturowego, który rozkwitł w Madrycie, ale również innych miastach Hiszpanii, po śmierci generała Francisco Franco), czyli początku lat 80., kiedy nie liczyły się konwenanse, konwencje, obyczajowość czy talent. W cenie były natomiast odwaga, szaleństwo, kreatywność, pewien nonkonformizm i wrażliwość na rozmaicie pojmowaną sztukę, czego echa znajdziemy w filmach "Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy" oraz "Labirynt namiętności"


Tytułowa bohaterka zbioru opowiadań jest postacią fikcyjną, ale z powodzeniem mogłaby szaleć w klubie Rock-Ola, przyjaźnić się z movidowcami czy występować w pierwszych filmach Almodóvara. To gwiazda porno zakochana w Madrycie, która mówi o sobie, iż jest "kobietą, która nie boi się przyjemności".
Poza historiami z życia Patty, w książce znajdują się również felietony reżysera, w których opowiada on między innymi o stolicy Hiszpanii czy swoich filmach - wszystko z dużą dawką absurdu i nieco czarnego humoru.

* Pracę napisałam i obroniłam na 5, jestem też bardzo zadowolona z efektu, jednak muszę przyznać, iż z perspektywy czasu zastanawiam się, co to za głos podsunął mi pomysł, by poświęcić tyle godzin z życia najsmutniejszym filmom pod słońcem? 

26 września 2013

Moje Ulubione Hiszpańskie Filmy, część 3.

Pora zakończyć cykl o moich ukochanych filmach hiszpańskich. Poprzednie części znajdziecie TU i TU.


"GranatowyPrawieCzarny" ("AzulOscuroCasiNegro")
reż. Daniel Sánchez Arévalo 
2006


Ten film ma dla mnie największą wartość niejako poza sobą samym... Otóż to właśnie dzięki niemu poznałam Antonio de la TorreRaúla Arévalo (mogliście poczytać o nich TUTAJ i TUTAJ przy okazji premiery "Przelotnych kochanków" Pedro Almodóvara), którzy są jednymi z moich najulubieńszych hiszpańskich aktorów.
"GranatowyPrawieCzarny" jest jednak filmem wartym uwagi, bo Daniel Sánchez Arévalo - jednocześnie reżyser i scenarzysta filmu - opowiada w nim historię bardzo bolesną, której nie brakuje optymizmu. Historie bohaterów przeplatają się ze sobą w symbolicznych dla nich (i całej fabuły) miejscach (jak więzienie, dach wieżowca, gabinet masażysty), a każda z postaci nawet, jeśli nie jest tak samo ważna dla historii, to zawsze bardzo intrygująca, kompletna całość. Małe piekiełka, które serwuje swoim bohaterom Sánchez Arévalo nie są stanem permanentnym, a niektóre wątki okazują się być naprawdę zaskakujące.


"Hiszpański cyrk" ("Balada triste de trompeta")
reż. Álex de la Iglesia
2010


W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć Álexa de la Iglesii i jego opowieści o poturbowanych przez życie bohaterach tworzących bardzo osobliwą trupę cyrkową. Film, nacechowany smoliście czarnym humorem i czasami wręcz nieprzyzwoitą groteską, daje równocześnie szalenie intrygujący obraz politycznych przemian w Hiszpanii.
(muszę dodać, że moją ulubioną postacią w filmie jest Wesoły Klaun, w którego wcielił się wspomniany przed chwilą były dziennikarz sportowy Antonio de la Torre).


"Kuzynka Angelica" ("La prima Angélica")
reż. Carlos Saura
1974


To jeden z moich dwóch ulubionych filmów Carlosa Saury. O jednym, "Mrożony peppermint", pisałam kilka tygodni temu TUTAJ.
Ten drugi, "Kuzynka Angelica" to opowieść o wspomnieniach, tak silnych, że czasami nie wiadomo, czy są jedynie przeszłością, czy dawno temu były zapowiedzią teraźniejszości.
Główny bohater filmu, Luis (w tę rolę wcielił się José Luis López Vázquez, jeden z ulubionych aktorów Saury) powraca po latach do miejsc swojego dzieciństwa i spotyka się z tytułową krewną. Relacje, które ich łączyły wpłynęły tak silnie na podświadomość młodego wtedy Luisa, że ten obecny, będący już statecznym biznesmenem w średnim wieku, musi odnaleźć sposób, żeby połączyć wszystkie czasoprzestrzenie swojego życia i wtedy, być może, odzyskać spokój.
Nowatorskie zabiegi formalne (José Luis López Vázquez gra zarówno siebie małego, jak i dojrzałego, co potęguje poczucie jego zagubienia w gąszczu wspomnień) oraz elementy surrealistyczne to dodatkowe atuty filmu Saury.

"Biutiful"
reż. Alejandro González Iñárritu
2010


Po "Trylogii bólu" na którą składały się "Amores Perros", "21 gramów" i "Babel" Iñárritu stworzył jeden z najsmutniejszych filmów, jakie widziałam, bo poziom cierpienia, jakiemu poddawany jest główny bohater miejscami bywa niemal nie do zniesienia. A jednak, "Biutiful" to według mnie naprawdę wielkie kino.
To również koncert wybitnego aktorstwa w wykonaniu Javiera Bardema, który wcielił się w rolę głównego bohatera - samotnego, bardzo chorego mężczyzny, który walczy o swoją godność i prawo do bycia dobrym ojcem - oraz bezkompromisowy komentarz reżysera na temat kryzysu ekonomicznego i zależności społecznych w wielokulturowej Barcelonie.


fotografie: listal.com, 

Tak naprawdę blog wszedł właśnie na zupełnie nowy poziom hiszpańskości, bo od teraz przez cały semestr będę dla Was pisała z Madrytu!

9 czerwca 2013

Ulubieni reżyserzy - top 3

W ostatnim czasie zaprezentowałam Wam kilku reżyserów, których filmografie szczególnie cenię (teksty znajdują się TUTAJ i TUTAJ). Dzisiaj opowiem Wam o trójce reżyserów, których kocham najbardziej na świecie i postaram się wytłumaczyć, dlaczego.

Pedro Almodóvar

To mój ulubiony reżyser wszech czasów. Jego twórczością zainteresowałam się tuż po rozpoczęciu nauki hiszpańskiego (ale jakiś głos w głębi duszy mówi mi, że to miłość do Almodóvara skłoniła mnie kilka lat później do studiowania filologii hiszpańskiej...) i od początku bardzo wciągnął mnie jego świat, pełen charyzmatycznych postaci, nieustannie próbujących poznać swoją tożsamość.
Pierwszym filmem Almodóvara, jaki obejrzałam, było "Drżące ciało" i do dzisiaj pozostaje moim absolutnie ulubionym. To film o sile pożądania, które determinuje postępowanie każdego z piątki głównych bohaterów (wśród których moimi ulubionymi są sparaliżowany David, portretowany przez Javiera Bardema oraz zmysłowa Clara, zagrana przez przepiękną Angelę Molinę).


Warto zauważyć, że twórczość Pedro Almodóvara przeszła na przestrzeni lat znaczącą transformację. Punktem przełomowym dla niektórych obserwatorów jest film "Porozmawiaj z nią", ja jednak myślę, że już od "Wszystko o mojej matce" Almodóvar znacznie się wyciszył i porzucił ulubioną estetykę kampu - nie tylko w kwestii dekoracji, ale także stylizacji dialogów czy postępowania bohaterów - na rzecz większego dramatyzmu, refleksji czy skomplikowanych relacji (tym razem emocjonalnych, podczas gdy w początkach jego kariery relacje te były głównie erotyczne) między postaciami.
I chyba dlatego właśnie najnowszy film maestro, "Przelotni kochankowie", spotkał się ze sporą falą krytyki. Mam wrażenie, że widzowie przyzwyczajeni już do nieco niepokojących jak "Przerwane objęcia" czy wręcz mrocznych, jak "Skóra, w której żyję" historii nie do końca umieli odnaleźć się w krzykliwej stylistyce rodem z "Pepi, Luci, Bom i innych dziewczyn z naszej dzielnicy" czy "Labiryntu namiętności" (z bardzo wyraźnymi nawiązaniami do "Kobiet na skraju załamania nerwowego"). 
Recenzję filmu, w której staram się dowieść, że "Przelotni kochankowie" to naprawdę udany film, znajdziecie TUTAJ.


Filmy Pedro Almodóvara interesują mnie również pod względem naukowym. Trzy z nich były przedmiotem mojej pracy magisterskiej na dziennikarstwie, fragmenty tekstu o "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?" mogliście przeczytać TUTAJ, udało mi się również w tym roku wygłosić na dwóch konferencjach naukowych referaty poświęcone różnym aspektom twórczości Hiszpana i mam nadzieję, że będę miała okazję jeszcze wielokrotnie rozkładać jego filmografię na czynniki pierwsze.


Martin Scorsese

Niedawno przeczytałam "Rozmowy" Richarda Schickela z Martinem Scorsese, a także "Pasję i bluźnierstwo", czyli zapis wykładów reżysera, wygłoszonych przez niego w 1987 roku podczas jego retrospektywy w Londynie. I obie lektury utwierdziły mnie w przekonaniu, że z roku na rok, z każdym obejrzanym filmem i przeczytaną wypowiedzią Scorsese doceniam (żeby nie powiedzieć bardziej wprost: kocham!) go coraz bardziej.


Martin Scorsese, wnuk Sycylijczyków, wychowany w nowojorskiej Małej Italii nie tylko od dziecka obserwował środowisko gangsterskie z takim realizmem portretowane później w jego twórczości, ale także od najmłodszych lat szczerze pasjonował się kinem: chodził na seanse, godzinami myślał o obejrzanych filmach, a także wymyślał własne historie, które później rozrysowywał na kartkach (Scorsese do tej pory korzysta z takiego systemu pracy. Niemal każdy jego film jest najpierw przez niego, kadr po kadrze i scena po scenie rozrysowywany, dlatego praca nad filmem jest konsekwentnym spełnianiem wyimaginowanej i przemyślanej wcześniej wizji).
Bardzo spodobał mi się fragment, który przeczytałam w "Pasji i bluźnierstwie":
"Scorsese często pokazuje ludzi w stanie poważnego kryzysu; mężczyzn i kobiety zarażonych ambicją. Stworzona przez niego wizja międzyludzkich relacji jedynie w nielicznych przypadkach sugeruje, że spełnienie może oznaczać szczęście. Co bardziej prawdopodobne, jego postacie - coraz smutniejsze, ale coraz mądrzejsze - osiągają coś w rodzaju codziennego odkupienia"
(M. Scorsese, "Pasja i bluźnierstwo", tłum. Barbara Kosecka, Kraków 1997)


Nie widziałam jeszcze wszystkich filmów Martina Scorsese, ale z moich dotychczasowych spotkań z jego twórczością bez wątpienia największe wrażenie zrobiły na mnie "Ulice nędzy", "Taksówkarz" i "Kasyno" (którego recenzję możecie znaleźć TUTAJ).
Ale niesprawiedliwym byłoby nie wspomnieć o "Ostatnim kuszeniu Chrystusa", "Chłopcach z ferajny" czy mniej znanym "Po godzinach" lub nieco nowszych produkcjach, jak "Gangi Nowego Jorku", "Infiltracja" czy "Wyspa tajemnic", bo to wspaniałe kino.


Zachwyciło mnie też to, z jakim szacunkiem Scorsese opowiada o aktorach, którzy są już właściwie jego stałymi współpracownikami: z Robertem de Niro Scorsese przyjaźni się do dziś (po raz pierwszy pracowali razem przy "Ulicach nędzy") i to on polecił Martinowi Leonardo DiCaprio ("głównie chodziło o to, że Bob De Niro powiedział: - Ten młody chłopak ma w sobie to coś. Musisz z nim pracować" - opowiadał Scorsese). W podobnych superlatywach mówi również o Danielu Day-Lewisie i Harvey'u Keitelu.


Z dumą muszę przyznać, że moją miłość do Scorsese podziela również nasza Idunia:


Alejandro González Iñárritu

Numer 3. na mojej liście to pochodzący z Meksyku Alejandro González Iñárritu, którego cenię za konsekwencję stylu oraz niebywałą wrażliwość na różnorodność geograficzno-kulturowo-społeczną świata.


Trzy pierwsze filmy ("Amores Perros", "21 Gramów" oraz "Babel"Alejandro González Iñárritu nakręcił na podstawie scenariuszy Guillermo Arriagi. Każdy z nich, mimo że przedstawia zupełnie różne historie, łączy konwencja oraz tematyka. 
We wszystkich trzech obrazach znajdziemy mnogość wątków i naprawdę wielu równorzędnych bohaterów. Wszystkie te historie połączone są ze sobą (czasami jedynie szczegółem) i te połączenia odkrywamy często w bardzo niespodziewanym momencie. 
Gdy myślę o tej trylogii, przychodzi mi też na myśl epitet "denerwujący". Bo seans każdego z filmów jest naprawdę sporym wyzwaniem - stopniowanie emocji, rodzaj dramatów, z jakimi borykają się bohaterowie czy rozwiązania, jakich się podejmują, nierzadko bywają wręcz wstrząsające. Niemniej, uważam, że towarzyszące seansom nerwy mogą przynieść autentyczne katharsis. A to jest chyba największa wartość kina.

fot. Mary Ellen Mark

  • Konflikt z Arriagą doprowadził do tego, że scenariusz kolejnego filmu, "Biutiful" (ze znakomitą rolą Javiera Bardema), Iñárritu napisał wspólnie z Armando Bo i Nicolasem Giacobone. Reżyser nie opuszcza jednak swoich ulubionych tematów: różnic międzykulturowych czy zagubienia jednostki we współczesnym społeczeństwie pełnym kontrastów.
    Stałym współpracownikiem Iñárritu jest również kompozytor, Gustavo Santaolalla (według mnie, jeden z najznakomitszych współczesnych kompozytorów muzyki filmowej).


    A Wy których reżyserów cenicie najbardziej?

    fotografie: fanpop.com, fotogramas.es, samirhusseinblog.com, listal.com

    11 lutego 2013

    (moje) Ulubione role Javiera Bardema, część 2.


    Dzisiaj druga część mojego prywatnego rankingu ulubionych ról Javiera Bardema, kolejność znów chronologiczna.


    Carlos Santamaría - "Poniedziałki w słońcu" (reż. Fernando León de Aranoa, 2002)


    Film o grupie bezrobotnych stoczniowców z północnej Hiszpanii jest z jednej strony niesamowicie smutny, ale z drugiej pokazuje, jak bohaterowie starają się sobie z tą sytuacją poradzić. Protagoniści filmu (a wśród nich - grany przez Bardema Carlos) próbują za wszelką cenę wnieść do swojego życia kroplę radości (co więcej, o niektórych dramatach czy problemach rozgrywających się za ich plecami wie wyłącznie widz, dlatego uczucie smutku towarzyszy mu znacznie częściej, niż bohaterom!). Wszyscy wykazują się także niezłomnością i ogromną determinacją - to kameralne, ale ważne i refleksyjne kino, które (mimo że bardzo silnie zaangażowane społecznie) nie traci na aktualności nawet w 10 lat po premierze.

    Ramón Sampedro - "W stronę morza" (reż. Alejandro Amenábar, 2004)


    Ramón Sampedro był pięknym, aktywnym młodzieńcem, gdy wskutek nieszczęśliwego wypadku (i, co najbardziej okrutne, trochę z własnej winy...) zostaje przykuty do łóżka na resztę swojego życia. Trzydzieści lat później Ramón decyduje się odejść i nawet odmowa prawa do eutanazji nie każe mu przestać myśleć o śmierci. Przeciwnie - Ramón myśli o niej znacznie częściej.


    Alejandro Amenábar porusza w filmie tematy kontrowersyjne, ale stara się uniknąć oceny czy moralizowania, co więcej, śmierć w wielu scenach jest bardzo poetycka, oniryczna, niedopowiedziana. Bardem natomiast po raz kolejny dowodzi tą rolą, że jest znakomitym aktorem: jego bohater, pozbawiony fizycznej ekspresji, komunikuje się ze światem nie tylko za pomocą słów, ale także całą gamą uczuć i emocji, które stają się pełnoprawnym protagonistą "W stronę morza"

    Anton Chigurh - "To nie jest kraj da starych ludzi" (reż. Joel Coen, Ethan Coen, 2007)


    Tytułowy kraj w filmie braci Coen jest bezkresną, jałową ziemią, na której można znaleźć skarby będące nie - możliwością odmiany życia, a, przeciwnie - kamykiem, który poruszy lawinę, wskutek której życie już nigdy nie będzie takie samo. To kraj ludzi odważnych, ale też zmęczonych. Zdeterminowanych, ale i zupełnie samotnych. 


    A Javier Bardem w roli psychopatycznego mordercy (która przyniosła mu Oscara) jest porywający - nie szarżuje emocjami (jak w "Skyfall"), ale jest w stanie wzbudzić trwogę jednym jedynym spojrzeniem.

    Uxbal - "Biutiful" (reż. Alejandro González Iñárritu, 2010)


    Jeśli chodzi o ten film, jestem absolutnie nieobiektywna, bo to dla mnie wprost zachwycający obraz. Oszałamiający i jednocześnie bolesny, ponieważ rzeczywistość, którą portretuje Alejandro González Iñárritu jest okrutna i właściwie nie ma w niej nic pozytywnego - godność osobista nielegalnych imigrantów jest tu sprowadzona do absolutnego minimum, a słowo "rodzina" staje się właściwie tylko pustym hasłem (jedyną świętością w tym piekle jest według mnie ojcostwo, a Javier Bardem w roli kochającego opiekuna dwójki swoich dzieci naprawdę chwyta za gardło). A jednak, jest w tym filmie coś, co każe mi go cenić wyjątkowo wysoko...


    A czy są takie filmy z Javierem Bardemem, których zupełnie nie lubicie?

    fotografie: listal.com