26 października 2012

Cal do szczęścia

Hedwig and the Angry Inch

reż. John Cameron Mitchell
scen. John Cameron Mitchell, Stephen Trask
2001


Hedwig (John Cameron Mitchell) jest niespełnioną piosenkarką. Wraz z glam rockowym zespołem Hedwig and the Angry Inch podróżuje po Stanach Zjednoczonych, występuje w podrzędnych barach (a właściwie: zniesmacza ich małomiasteczkowych gości) opowiadając, piosenka po piosence swoją smutną historię.


Bo Hedwig jest bardzo tragiczną bohaterką: urodzona we Wschodnim Berlinie, wychowana przez matkę zakochaną w swoim rodzinnym NRD, pewnego dnia (będąc jeszcze wyjątkowo androgynicznym chłopcem) poznaje amerykańskiego żołnierza i... wyjeżdża z nim. Uprzednio, Hedwig musi jednak zmierzyć się ze swoją płciowością.
Nie bez znaczenia jest fakt, że wprost uwielbiam wątki transgenderowe w filmach (pisałam o tym TUTAJ TUTAJ), bo to niespotykanie interesująca materia do badań.


Hedwig marzy o tym, by być wybitną artystką. I byłaby nią, gdyby nie Tommy Gnosis (Michael Pitt) - były kochanek piosenkarki, który skradł Hedwig nie tylko serce, ale i twórczość...


John Cameron Mitchell był mi już wcześniej znany. Jego "Shortbus", rozerotyzowana diagnoza współczesnej (i nowoczesnej) seksualności nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Nieco bardziej spodobał mi się "Między światami" z Nicole Kidman i Aaronem Eckhartem (który recenzowałam TUTAJ), ale to dopiero "Cal do szczęścia" sprawił, że na każdy kolejny film tego artysty będę czekała z wielką niecierpliwością.
Warto podkreślić, że jego debiutancki (pod względem reżyserii) film, a John Cameron Mitchell wciela się w nim również w główną rolę i robi to z niespotykaną brawurą, co potwierdza chociażby ten klip (z urokliwą sekwencją animowaną), będący jednym z moich ulubionych utworów filmu:


Po seansie "Calu do szczęścia" muszę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że film stał się jednym z moich ulubionych musicali wszech czasów (warto zaznaczyć, że "Hedwig and the Angry Inch" początkowo był musicalem teatralnym, dopiero w trzy lata od powstania jego autor, John Cameron Mitchell, przekształcił go w dzieło filmowe) i jest to obraz, do którego z pewnością powrócę.
Bo to film głęboko, autentycznie poruszający, ze świetną, nieco kampową estetyką, rewelacyjną oprawą muzyczną - chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że dla mnie to małe arcydzieło.


fotografie: listal.com

PS. Dziękuję za tak duże zainteresowanie wpisem o serialach! Utwierdziliście mnie w przekonaniu, że to jednak nie jest aż tak karygodne marnotrawienie czasu ..;)

PS2. Bardzo mocno zaangażowałam się w nadrabianie tak zwanych zaległości (na pewno każdy z Was taki swoje osobiste filmowe zaległości ma!) i z tej okazji obejrzałam "Tramwaj zwany pożądaniem" i "Na nabrzeżach" Elii Kazana. W kolejce czeka jeszcze "Na wschód od Edenu". Jakbym chciała mieć chociaż dodatkowe 3 godziny do każdej doby!

i na koniec - zapraszam na filmowego Facebooka!

6 komentarzy:

  1. Ja nie przepadam za musicalami ale ten jakoś szczególnie mnie zaciekawił. :) Kolejna pozycja Must Watch ! :) Pozdrawiam i zapraszam do siebie w wolnej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam "Śniadanie na Plutonie", więc ten film tym bardziej muszę obejrzeć :). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie ten temat niezbyt "pociąga" jednak pamiętam jeden film, był to bodajże "Transamerica" z Felicity Huffman, zagrała tam rewelacyjnie, serdecznie polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam "Transamericę" - ciekawy kontekst, skromne, dobre kino.
      chociaż przyznam, że "efekciarskość" "Calu do szczęścia" czy "Śniadania na Plutonie" uwielbiam szczególnie.

      Usuń
  4. To mnie przekonałaś :) Nie słyszałam wcześniej o tym filmie, ale widzę, że jest naprawdę warty uwagi.
    pozdrawiam
    PS bardzo dziękuję za "Fight Club"

    OdpowiedzUsuń