22 kwietnia 2014

Dziewczyna z lilią

Moja przygoda z kinem Michela Gondry'ego zaczęła się, gdy byłam jeszcze w gimnazjum. Wybrałam się wtedy z przyjaciółkami do kina na "Zakochanego bez pamięci" i film nie podobał się nam do tego stopnia, że miałyśmy ochotę wyjść z kina. Jakieś trzy lata później dałam mu jeszcze jedną szansę i była to miłość od drugiego wejrzenia.
Tym przydługim wstępem chciałam zacząć opowieść o moim stosunku do filmów reżysera: traktuję je zawsze z pewną czułością, oglądam z zaciekawieniem i mam do nich całe pokłady wyrozumiałości, bo to kino dalekie od ideału, ale bardzo stylowe, oryginalne i błyskotliwe w sposób, który bardzo mi się podoba.
Nie inaczej jest z najnowszym filmem Gondry'ego, który nosi (w polskiej wersji językowej arcydosłowny) tytuł "Dziewczyna z lilią" (dlaczego nie jest to "Piana dni" - tytuł będący dokładnym tłumaczeniem francuskiego odpowiednika i jednocześnie tytułem powieści, na podstawie której został nakręcony? To pytanie nurtuje mnie do dziś). 
To, co jest tego filmu największą słabością odkrywa słowo-klucz: adaptacja.


"Dziewczyna z lilią" jest bowiem adaptacją powieści Borisa Viana "L'ecume des jours" ("Piana dni"), którą ja przeczytałam z autentycznym zachwytem. To opowieść o miłości Colina (Romain Duris) i Chloé (Audrey Tautou), którą przerywa choroba dziewczyny - okazuje się, że w jej płucu rośnie lilia wodna, powoli wycieńczając organizm Chloé. Colin musi więc podejmować się wielu prac, by zarobić na kosztowne leczenie ukochanej...
Najlepszymi przyjaciółmi Colina są Chick (mój faworyt w obsadzie, Gad Elmaleh), zakochany w literackiej twórczości niejakiego Jeana-Sola Partre dosłownie do szaleństwa (miłość ta doprowadzi go nie tylko do wydania wszystkich pieniędzy na rękopisy i przedmioty związane z filozofem, ale i do prawdziwego obłędu. Podobieństwo do Jeana-Paula Sartre'a jest oczywiście nieprzypadkowe, cała twórczość Partre'a jest bowiem wariacją Viana na temat prac tego francuskiego egzystencjalisty) oraz kucharz Nicolas (Omar Sy).



Niestety (dla reżysera) powieść Viana to książka praktycznie nieprzekładalna. "Głownym problemem, z jakim zmagałem się podczas tworzenia tego projektu był fakt, że Boris Vian należy do wszystkich i każdy ma własną wersję powieści w głowie" - mówił Michel Gondry. - "To niesie ze sobą dodatkową odpowiedzialność". Mnogość metafor, synestezji i surrealistyczna estetyka książki sprawiają, że film wydaje się jakby niekompletny.
Według mnie ma jednak sporo zalet.


Już w powieści bardzo ważną rolę spełnia... muzyka. Jazz jest tutaj cichym bohaterem (nawet imię głównej bohaterki zostało zaczerpnięte ze standardu Duke'a Ellingtona), pięknie rozbrzmiewającym w filmie, a genialny wynalazek Colina, pianocktail, to maszyna w kształcie przypominającym fortepian, która po zagraniu dowolnej muzyki, przygotowuje drink odpowiadający wygrywanej melodii. 
Nieograniczona wyobraźnia Borisa Viana zestawiona z podobną fantazją Michela Gondry'ego dała film, w którym każdy najbardziej odrealniony element ma znaczenie i wartość. Każdy kadr pełen jest scenograficznych detali, nierzadko będących wprost ucieleśnieniem opisów z powieści (jak wnętrza pomieszczeń czy piękny zabieg sportretowania upływającego czasu, na który wpływa przede wszystkim choroba Chloe).



A wady? 
Przede wszystkim uproszczenie wątków pobocznych: nie chcę Wam psuć seansu, jeśli jeszcze nie oglądaliście "Dziewczyny z lilią", ale romantyczne historie Chicka i Nicolasa w powieści są znacznie bardziej złożone, przez co o wiele bardziej fascynujące. 
Poza tym Gondry zastosował zabieg, którego w adaptacjach szczególnie nie lubię: zmienił wiek głównych bohaterów. W książce Colin ma nieco ponad dwadzieścia lat, jest niedoświadczony i zagubiony w rzeczywistości i to wiek niejako tłumaczy jego brak doświadczenia. Jako czterdziestoletni mężczyzna u Gondry'ego, Colin miejscami wręcz irytuje swoją nieporadnością.



"Dziewczyna z lilią" to historia bardzo smutna, ale jednocześnie szalenie urokliwa. Surrealistyczna estetyka (pełna charakterystycznych dla filmów Gondry'ego bibelotów i porozrzucanych wszędzie rękodzieł) i skomplikowana fabuła wciągają, ale jednocześnie pozostawiają pewien niedosyt.
Mimo to polecam seans filmu (a jeszcze bardziej lekturę książki!), bo jestem pewna, że co najmniej kilka scen może wzbudzić cichy okrzyk zachwytu.

wypowiedź reżysera pochodzi z reportażu magazynu Fotogramas.
fotografie: premiere.fr, listal.com, aceshowbiz.com

10 komentarzy:

  1. Ja mam tę książkę w jeszcze starszym wydaniu, pod tytułem "Piana złudzeń". Film z chęcią obejrzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja byłam zawiedziona filmem, może też dlatego, że jeszcze nie czytałam książki i nie miałam okazji poczuć pełni historii. Raczej podobał mi się tylko fragmentarycznie i chyba tylko książka może uratować tę historię w mojej głowie. A co do głównego bohatera - denerwowała mnie jego dziecinność, ale zachwycałam się jego pięknem zewnętrznym. No i za mało poznałam to, co czuła dziewczyna z lilią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię kino Gondry'ego mimo wad opowiadanych historii - uwielbiam zanurzać się w tym wykreowanym świecie, bo jest fascynujący, ale chciałabym, żeby i same historie były nieco bardziej przemyślane - mam wrażenie, że on chce tak wiele elementów wrzucić w film (zarówno w fabułę, jak i w tę stronę wizualną), że gdzieś po drodze mu się to rozjeżdża...
      i dokładnie, dziecinność głównego bohatera jest w filmie nieznośna (tak, jak napisałam, w książce tłumaczy go przynajmniej młody wiek...) - ale cóż... jest piękny :)

      Usuń
  3. "Dziewczynę z lilią" pokochałem od samego początku. Ten film jest tak bardzo uroczy, że aż poczułem się jak dziecko. Natomiast co do książki - robię właśnie drugie podejście, na przerwie majowej po nią sięgnę, bo wygrałem w lipcu ubiegłego roku na profilu Kino Świat i do tej pory nie przeczytałem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, przeczytaj, bo naprawdę warto!

      Usuń
  4. Ja jestem ogromną fanką tytułu anglojęzycznego: Mood indigo. Odzwierciedla to, co dla mnie najważniejsze w tym filmie - kolor i muzykę (Mood indigo to jeden ze standardów Ellingtone'a).

    OdpowiedzUsuń
  5. Chorowałam na ten film i książkę! Potem chorowałam już PRZEZ książkę... Zawiodła moje oczekiwania, byłam naprawdę zirytowana wędrówką poprzez kolejne strony "Piany dni". Film w moim odczuciu jest z pewnością piękniejszy i czuję, że dla Audrey Tautou mogłabym obejrzeć go parę razy, czego nie zrobiłabym z książką- nie przeczytałabym jej nigdy po raz drugi. Miałam wrażenie, że styl autora jest niedojrzały. A może to po prostu ja nie dorosłam do jego twórczości? :)
    Trafiłam przez Instagram i z miłą chęcią zostanę tu na dłużej! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Książki niestety nie czytałem ale film jest mega, polecam każdemu kto nie widział...

    OdpowiedzUsuń
  7. pierwszy raz zetknęłam się z takim filmem, ale został jak drzazga, a to już dużo!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja oglądałem ten film an filmowo.org bez problemu można sobie włączyć go bez rejestracji i limitu za darmo

    OdpowiedzUsuń