3 listopada 2012

(ulubieni) Aktorzy, część 1.

Kiedyś wprost uwielbiałam tworzyć wszelkiego rodzaju filmowe  zestawienia (ulubione filmy ze zwierzęciem w tytule, najlepsze filmy Martina Scorsese, filmy z jesienią w tle, etc.). Dlatego dzisiaj przedstawiam Wam mój subiektywny ranking ulubionych aktorów w kolejności nie do końca przypadkowej, ale chyba też nie do końca idealnej:

(część kolorowych nazwisk i tytułów (w szczególności tytułów!) to odnośniki do innych wpisów na blogu, zapraszam do klikania i czytania!)

1. Daniel Day-Lewis

fot. Nigel Parry

Pisałam już o nim więcej TUTAJ i TUTAJ, więc mogę tylko powtórzyć: mniej więcej w 1997 roku jako siedmiolatka poszukująca swojej wielkiej pasji obejrzałam film "Ostatni Mohikanin" Michaela Manna i... przepadłam. Po pierwsze, od tej chwili Daniel Day-Lewis stał się moim ulubionym aktorem, a kino - największą pasją.

kadr z filmu "Nine"

Zachwyca mnie jego szaleństwo przygotowań do roli, różnorodność postaci, w które się wciela, powściągliwość w wywiadach i wrodzona, niepodrabialna klasa.

2. Javier Bardem

fot. Nigel Parry

Kilka lat później w programie TV odnalazłam króciutką informację o filmie Juliana Schnabela: "Historia kubańskiego pisarza - Reinaldo Arenasa, ekscytująca biografia buntownika i homoseksualisty"...

Ciężko mi wyjaśnić, dlaczego, ale wiedziałam, że muszę zobaczyć ten film, więc razem z Tatą usiedliśmy na kanapie i... i to było moje kolejne tak wielkie filmowe objawienie (porównywalne chyba z "Ostatnim Mohikaninem"!). "Zanim zapadnie noc" to bowiem wspaniały film (w którym barwne epizody zagrali również Johnny Depp i zmieniony nie do poznania Sean Penn).


Później (mniej więcej na fali "Vicky, Christiny, Barcelony" Woody'ego Allena) pojawiła się swoista moda na Javiera Bardema, do tej pory jednak udało mi się obejrzeć całe mnóstwo obrazów z jego filmografii, zarówno z kina amerykańskiego, jak i hiszpańskiego i właśnie te filmy doceniam najbardziej - "Szynka, szynka" to pełna mezaliansów i hiszpańskiej tradycji nieco absurdalna komedia, "Drżące ciało" to jeden z moich ulubionych filmów z dorobku Pedro Almodóvara, "Poniedziałki w słońcu" to gorzka diagnoza hiszpańskiego społeczeństwa, tym aktualniejsza w dobie tak silnego kryzysu ekonomicznego, "W stronę morza" to bardzo ważny głos w wielkiej dyskusji o eutanazji, a jego bohater z "Biutiful" to jedna z najlepiej zagranych i najtragiczniejszych postaci, jakie spotkałam w kinie!


I, co muszę podkreślić, bardzo cenię to, że w jego karierze jest naprawdę niewiele słabych filmów (jak "Jedz, módl się, kochaj")!

3. Gael Garcia Bernal


Podoba mi się konsekwencja, z jaką Bernal dobiera role: nie unika  banalnych komedii romantycznych ("Odrobina nieba", "Listy do Julii"), równocześnie jednak pracuje przy naprawdę świetnych, wartościowych produkcjach ("Nawet deszcz", "Rudo i Cursi", "Jak we śnie").


Jego pełnometrażowy debiut, czyli występ w brutalnym filmie "Amores Perros" Alejandro González Iñárritu był pewnym objawieniem w kinie meksykańskim, które przeniosło się poza granice Ameryki Łacińskiej. Później Bernal szokował jeszcze kilka razy : w "I twoją matkę też" czy "Zbrodniach ojca Amaro"

Ja z całej jego filmografii lubię te filmy bardziej kameralne: "El pasado" Hectora Babenco, który jest niesamowicie poruszającym studium upośledzonej miłości czy wspomniany "Rudo i Cursi" Carlosa Cuaróna, opowieść o genialnych piłkarzach, których zniszczyły ich wielkie namiętności wbrew wielkiemu talentowi.


fotografie: listal.com

PS. Ciąg dalszy nastąpi, bo chcę Wam przedstawić jeszcze kilka bardzo ważnych dla mnie nazwisk!

PS2. Chcę Wam jeszcze bardzo bardzo podziękować za to, że coraz częściej zaglądacie tutaj (i na Facebooka) i coraz chętniej komentujecie! Naprawdę uwielbiam to, że mogę poznać Wasze opinie i że moje pisanie ma czytelników, bo to daje mi ogrom energii do działania. Dziękuję!

1 listopada 2012

Lincz


reż. Krzysztof Łukaszewicz
scen. Krzysztof Łukaszewicz
2010

Co najmniej kilka razy pisałam tutaj, że wprost uwielbiam polskie kino. Przyznam, że polskie filmy oglądam jak najczęściej. Z każdego momentu w historii, o każdej tematyce, zarówno te dobre (wiele z nich opisywałam na blogu i specjalnie dla nich powstała zakładka Polskie), jak i te koszmarne, nie w nadmiarze, ale po to, żeby później tym bardziej docenić te interesujące i wartościowe.
I właśnie taką godną uwagi propozycją wydał mi się ostatnio film "Lincz" w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza.

Jak daleko może posunąć się niewielka społeczność terroryzowana przez sąsiada-despotę? Kto jest winny całej sytuacji i czy tego, co się wydarzyło, można było uniknąć? Kto (i czy ktokolwiek) powinien ponieść karę? Gdzie w tym momencie jest prawo?
Krzysztof Łukaszewicz intrygującą konstrukcją filmu podpowiada nam wiele odpowiedzi na te pytania, unika jednoznacznego oceniania, ale mimo wszystko można wyczuć jego stanowisko w sprawie. Nie chcę tego interpretować, bo wolałabym, żeby każdy z Was miał szansę samodzielnej oceny sytuacji - "Lincz" to film nieprzyjemny, ale zdecydowanie warty uwagi.

Reżyser filmu przyznał, że pewną trudność sprawiło mu poprowadzenie obsady. Rzeczywiście, spowodowanie, by znani do te pory głównie z seriali aktorzy (Leszek Lichota, Iza Kuna, Tamara Arciuch) byli jak najbardziej przekonywujący w swoich rolach ofiar (a później i katów) w tak depresyjnym, wręcz odpychającym miejscu, było zadaniem trudnym, ale Łukaszewicz poradził sobie z zadaniem znakomicie.

Na mnie z całej obsady szczególne wrażenie zrobili Wiesław Komasa, jako terroryzujący całą wieś Zaranek, Łukasz Simlat, którego wprost uwielbiam, jego rolę w "Kochankach z Marony" Izabeli Cywińskiej oraz Agnieszka Podsiadlik, którą miałam przyjemność zobaczyć (podziwiać!) we Wrocławskim Teatrze Współczesnym w spektaklu Natalii Korczakowskiej: "Pasażerka" i od tamtej pory z ciekawością śledzę również jej filmografię.

Ponieważ film powstał w oparciu o fakty (o samosądzie we Włodowie poczytać można na Wikipedii czy tvn24.pl), do tej pory zadaję sobie pytanie, jak w ogóle mogło do tego dojść? Jak silny musi być strach i jak wielka obojętność władz, by ludzie musieli brać sprawiedliwość w swoje ręce?
Te pytania też pozostawię bez odpowiedzi.

fotografie: canalplus.pl, novekino.pl

30 października 2012

Afonia i pszczoły

reż. Jan Jakub Kolski
scen. Jan Jakub Kolski
2008


Kino Jana Jakuba Kolskiego kocham miłością wielką, do niedawna myślałam, że wręcz bezwarunkową. "Jańcio Wodnik" (pisałam o nim TUTAJ) to mój ulubiony polski film wszech czasów, uważam, że zarówno Franciszek Pieczka (jako tytułowy bohater), jak i Bogusław Linda (jako Stygma, który wywołuje rany Jezusa Chrystusa  za pieniądze) stworzyli w tym filmie role życia. W genezę kinematografu opowiedzianą w "Historii kina w Popielawach" jestem skłonna szczerze uwierzyć, "Pograbek" (TUTAJ) rozczula mnie do granic, a "Pogrzeb kartofla" to poruszająca refleksja na temat opozycji nowoczesności i tradycji oraz etosu pracy na roli.


Niestety, "Afonia i pszczoły" pokazała mi, że potrafię oglądać filmy tego reżysera z krytycznym spojrzeniem. To obraz, który z całej filmografii Jana Jakuba Kolskiego podobał mi się najmniej, a jednak odnalazłam w nim kilka elementów dobrze znanych z wcześniejszej twórczości reżysera. Realizm magiczny w wersji lokalnej nie stał się Kolskiemu zupełnie obcy (co potwierdziła późniejsza "Wenecja"), jednak "Afonia i pszczoły" to film tak autorski, że aż manieryczny.


Mariusz Saniternik i Grażyna Błęcka-Kolska zagrali już parę w cudownym "Pograbku" z 1992 roku. Ich Pograbek i Kuśtyczka byli wspaniałym, kochającym się małżeństwem, któremu do szczęścia brakowało jednak dziecka. Pojawienie się w ich życiu przystojnego, niepokornego Heńka Materki (Tadeusz Szymków) wywróciło ten sielankowy, poukładany świat do góry nogami.


Afonia i Rafał (znów: Grażyna Błęcka-Kolska i Mariusz Saniternik) to dla mnie tacy Kuśtyczka i Pograbek po latach: ich córka jest już dorosła, ma własne życie i narzeczonego. Rafał po wypadku nie może chodzić, ani poprawnie mówić, natomiast Afonia spełnia się nakręcając swoją kamerą minifilmy ze swojej  nudnawej codzienności. Mimo to jednak widać, że cierpi i prawdziwego spełnienia odnaleźć nie potrafi. Świat Afonii zmienia się pewnego pięknego dnia w roku 1953, znów za sprawą mężczyzny. Radziecki zapaśnik (Andrei Bilanov), który pojawi się przed drzwiami Afonii pomoże jej odnaleźć uśpioną kobiecość i namiętność, jednak jej melancholia okaże się nieuleczalna, a finały poszczególnych wątków - przesmutne. 


Manieryczność "Afonii i pszczół" przejawiająca się w depresyjnej muzyce, ciężkich dialogach (którym brakuje błyskotliwości dialogów z "Jasminum", "Jańcia Wodnika" czy właśnie "Pograbka"!) i dosyć irytującym portrecie tytułowej bohaterki naprawdę mnie zawiodła, a jednak Jan Jakub Kolski wciąż pozostaje moim ukochanym polskim reżyserem wszech czasów.
Z tym większą niecierpliwością czekam na premierę jego najnowszego filmu, "Zabić bobra" z Erykiem Lubosem w roli głównej.



fotografie: filmweb.pl, galapagos.com.pl, filmpolski.pl, film.wp.pl

26 października 2012

Cal do szczęścia

Hedwig and the Angry Inch

reż. John Cameron Mitchell
scen. John Cameron Mitchell, Stephen Trask
2001


Hedwig (John Cameron Mitchell) jest niespełnioną piosenkarką. Wraz z glam rockowym zespołem Hedwig and the Angry Inch podróżuje po Stanach Zjednoczonych, występuje w podrzędnych barach (a właściwie: zniesmacza ich małomiasteczkowych gości) opowiadając, piosenka po piosence swoją smutną historię.


Bo Hedwig jest bardzo tragiczną bohaterką: urodzona we Wschodnim Berlinie, wychowana przez matkę zakochaną w swoim rodzinnym NRD, pewnego dnia (będąc jeszcze wyjątkowo androgynicznym chłopcem) poznaje amerykańskiego żołnierza i... wyjeżdża z nim. Uprzednio, Hedwig musi jednak zmierzyć się ze swoją płciowością.
Nie bez znaczenia jest fakt, że wprost uwielbiam wątki transgenderowe w filmach (pisałam o tym TUTAJ TUTAJ), bo to niespotykanie interesująca materia do badań.


Hedwig marzy o tym, by być wybitną artystką. I byłaby nią, gdyby nie Tommy Gnosis (Michael Pitt) - były kochanek piosenkarki, który skradł Hedwig nie tylko serce, ale i twórczość...


John Cameron Mitchell był mi już wcześniej znany. Jego "Shortbus", rozerotyzowana diagnoza współczesnej (i nowoczesnej) seksualności nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Nieco bardziej spodobał mi się "Między światami" z Nicole Kidman i Aaronem Eckhartem (który recenzowałam TUTAJ), ale to dopiero "Cal do szczęścia" sprawił, że na każdy kolejny film tego artysty będę czekała z wielką niecierpliwością.
Warto podkreślić, że jego debiutancki (pod względem reżyserii) film, a John Cameron Mitchell wciela się w nim również w główną rolę i robi to z niespotykaną brawurą, co potwierdza chociażby ten klip (z urokliwą sekwencją animowaną), będący jednym z moich ulubionych utworów filmu:


Po seansie "Calu do szczęścia" muszę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że film stał się jednym z moich ulubionych musicali wszech czasów (warto zaznaczyć, że "Hedwig and the Angry Inch" początkowo był musicalem teatralnym, dopiero w trzy lata od powstania jego autor, John Cameron Mitchell, przekształcił go w dzieło filmowe) i jest to obraz, do którego z pewnością powrócę.
Bo to film głęboko, autentycznie poruszający, ze świetną, nieco kampową estetyką, rewelacyjną oprawą muzyczną - chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że dla mnie to małe arcydzieło.


fotografie: listal.com

PS. Dziękuję za tak duże zainteresowanie wpisem o serialach! Utwierdziliście mnie w przekonaniu, że to jednak nie jest aż tak karygodne marnotrawienie czasu ..;)

PS2. Bardzo mocno zaangażowałam się w nadrabianie tak zwanych zaległości (na pewno każdy z Was taki swoje osobiste filmowe zaległości ma!) i z tej okazji obejrzałam "Tramwaj zwany pożądaniem" i "Na nabrzeżach" Elii Kazana. W kolejce czeka jeszcze "Na wschód od Edenu". Jakbym chciała mieć chociaż dodatkowe 3 godziny do każdej doby!

i na koniec - zapraszam na filmowego Facebooka!

20 października 2012

Polskie Seriale.

Muszę Wam coś wyznać. 
W tym sezonie uzależniłam się od polskich seriali. To nie tak, że oglądam absolutnie wszystko, ale najpierw zadziałała na mnie czysta ciekawość, a potem... potem było jak z każdym uzależnieniem. Zaczęłam zauważać coraz więcej wad moich nowych ulubionych zjadaczy czasu, a mimo wszystko coraz trudniej mi jest to porzucić.
O jakich tytułach mówię?

- Najładniejszy teledysk o krojeniu ludzi, czyli "Lekarze"
reż. Filip Zylber



Seriale medyczne to teraz dosyć modna materia telewizyjna, a "Lekarze" idealnie realizują schemat. Jest tu najlepszy szpital z całym zespołem barwnych medyków, promocja polskiego miasta (w tym wypadku przenosimy się do Torunia), wątek miłosny (jak na razie, mamy cały czworokąt rozgrywający się między bohaterami granymi przez Pawła Małaszyńskiego, Magdalenę Różczkę, Agnieszkę Więdłochę i Szymona Bobrowskiego), plejadę różnorodnych postaci na drugim planie i...


...i to, co odróżnia serial TVNu od wszystkich innych seriali  pokazywanych obecnie w polskiej telewizji: "Lekarze" mają w obsadzie Wojciecha Zielińskiego, a jego doktor Orda to naprawdę ciekawa, złożona postać.

- Historia Franza Maurera 20 lat później, który nie pali i nie przeklina, czyli "Paradoks"
reż. Greg Zgliński (odc. 1-6), Igor Brejdygant (odc. 7), Borys Lankosz

Seriali kryminalnych w TVP było już co najmniej kilkanaście (ja do tej pory uwielbiam "Pitbulla"!), ten jednak przykuł moją uwagę ze względu na pojawienie się w obsadzie Bogusława Lindy.

Muszę to powiedzieć: było mi przykro. Dlatego, że po aktorze, który zagrał w filmach takich jak "Przypadek", "Kobieta Samotna", "Psy" i "Jańcio Wodnik" (o filmie i samym aktorze pisałam TUTAJ), spodziewałam się wiecznie trwającej kariery w chwale i klasie.
Niestety, Bogusławowi Lindzie udało się kilka razy potknąć, ale mimo wszystko miałam ogromną nadzieję, że jego czas ponownie nadejdzie. I rzeczywiście, rola inspektora Kaszowskiego, który  zamieszany jest w mroczne narkotykowe historie, nierzadko stosuje dosyć kontrowersyjne metody odkrywania prawdy, którego przeszłość owiana jest bolesną tajemnicą i który musi walczyć o swoje dobre imię w obliczu niespodziewanej kontroli z Służb Wewnętrznych (którą uosabia postać grana przez Annę Grycewicz) jest niczym uszyta na Lindę

A historie opowiadane w poszczególnych odcinkach intrygują mnie na tyle, że czekam niecierpliwie na każdy kolejny czwartek. Serio.


Oprócz Lindy w "Paradoksie" uwagę przykuwają Arkadiusz Jakubik w roli prokuratora i Przemysław Bluszcz jako naczelnik policji.
A Wy oglądacie jakieś polskie seriale?

PS1. Pozostając przy wyznaniach, tutaj jest pewne, które lubię szczególnie (a słowo confession w ustach Dave'a Grohla brzmi naprawdę wyjątkowo):


PS2. Mam też dla Was pewne ogłoszenie reklamowe.
Ponieważ otrzymuję od Canal + informacje na temat ich najnowszej produkcji, "Misji Afganistan", chciałam zapytać Was, czy widzieliście już może pierwsze odcinki?
Jak wrażenia?


Oś serialu stanowi trio Paweł Małaszyński-Ilona Ostrowska-Tomasz Schuchardt (ja niebywale cieszę się też, że na drugim planie pojawia się Eryk Lubos!). "Misja..." opowiada o żołnierzach polskiego kontyngentu w Afganistanie i ich poczynaniach zarówno na polu zawodowym, jak i  (bez niespodzianki) - osobistym.
Myślę, że to całkiem dobrze, iż na rynku polskich seriali powstają serie, które starają się poruszać pewne zupełnie nowe, niewyeksploatowane jeszcze wątki. 
Czyż nie?




fotografie: lekarze.tvn.pl, misjaafganistan.pl, tvp.pl

19 października 2012

Take This Waltz


reż. Sarah Polley
scen. Sarah Polley
2011

Take This Waltz

Margot (Michelle Williams) i Lou (Seth Rogen) są małżeństwem z kilkuletnim stażem. Mieszkają w uroczym domu w dzielnicy domków jednorodzinnych. Ona tworzy teksty reklamowe (chociaż sama przyznaje, że zawsze marzyła o byciu pisarką). On od wielu miesięcy przygotowuje książkę kucharską, w których prezentuje pomysły na potrawy z drobiu. Margot i Lou są razem, ale jakby osobno: rozumieją się bez słów, jednak nie potrafią znaleźć dla swoich uczuć wspólnego mianownika.

Take This Waltz

Pewnego dnia Margot poznaje Daniela (Luke Kirby) - sąsiada, który zajmuje się wożeniem ludzi w swojej rikszy (w głębi duszy marząc o karierze ilustratora). Między dwojgiem rodzi się uczucie, do którego młodej kobiecie ciężko będzie się przyznać.

Take This Waltz

Widzieliście już ten obraz?
Swoją polską premierę miał dwa tygodnie temu i muszę przyznać, że mam z tym filmem pewien problem. Na pewno nie mogę powiedzieć, że to film słaby, niepotrzebny czy źle napisany, przeciwnie.
Wiele w "Take This Waltz" jest jednak scen dosyć absurdalnych, nieco dziwacznych, niby śmiesznych, a jednak irytujących. Z jednej strony nadają one filmowi uroczą oryginalność, ale jednocześnie nieco mnie drażniły.
Ponadto grana przez Michelle Williams (którą naprawdę uwielbiam!) bohaterka jest infantylna do granic i to właśnie sprawia, że Margot jest tą postacią z całej filmografii aktorki, którą lubię najmniej. Na drugim planie błyszczy za to Sarah Silverman w roli borykającej się z alkoholizmem siostry Lou. 

Take This Waltz

"Take Thiz Waltz" to historia pełna melancholii, ostatecznie dosyć gorzka, bo reżyserka Sarah Polley nie oszczędza swoich bohaterów. Mam też wrażenie, że po obejrzeniu filmu widz nie może oprzeć się pokusie oceniania ich postaw i postępowania.
Film jest dla mnie opowieścią przede wszystkim o niezrealizowanych marzeniach. Każdy z bohaterów chciałby, żeby jego życie wyglądało zupełnie inaczej, a brak samorealizacji skutkuje niemożnością stworzenia szczęśliwego związku i odnalezienia tak potrzebnego spokoju.
Mimo pewnych zastrzeżeń - warto.

Take This Waltz

PS. Bardzo dziękuję za zainteresowanie cyklem o związkach mody z filmem, który piszę dla portalu G-Punkt.pl. Niestety, z powodu nadmiaru obowiązków w tym tygodniu tekst nie pojawił się na stronie, za co przepraszam! Mam nadzieję, że od najbliższego czwartku wszystko wróci do normy, a wszystkie teksty z kategorii modowo-filmowej możecie przeczytać TUTAJ.


Zapraszam również na Facebooka!

15 października 2012

Ubieranie kina. Odcinek 4, część 2.


Część 1. tekstu TUTAJ!
Romanse z projektowaniem dla filmu ma również za sobą Karl Lagerfeld, dyrektor artystyczny domu mody Chanel. Spośród całej jego filmografii na największą uwagę zasługują przede wszystkim „Uczta Babette” Gabriela Axela oraz „Wysokie obcasy” Pedro Almodóvara. Pierwszy z nich to historia dwóch sióstr: Filippy i Martine, które poświęcając całe życie ojcu-pastorowi, wyrzekły się zupełnie swojej prywatności. Zgorzkniałe, mieszkają w zapomnianej przez świat duńskiej wiosce, w bardzo pobożnej społeczności, która w wiele lat po śmierci duchownego spotyka się, by chwalić jego pamięć i Boga. 

Najbardziej intrygującą postacią jest tu jednak tytułowa bohaterka, której siostry wiele lat temu ocaliły życie, będąca, jak się później okazuje, byłą szefową kuchni. Uczta Babette jest więc wielką, wystawną kolacją w stylu francuskim, podczas której pokazywana codziennie na pokaz skromność i wstrzemięźliwość jej uczestników zostaje wystawiona na pokuszenie. Kostiumy będące odzwierciedleniem skromnego życia oraz pochodzenia sióstr i ich towarzyszy (zgrzebne, płócienne bluzki i spódnice, czarne zestawy, białe kołnierzyki) w finałowej scenie wykwintnej kolacji zmieniają swoją funkcję stają się tłem, które znakomicie podkreśla kulinarną orgię, która rozgrywa się w kuchni i na stole. 


„Wysokie obcasy” to również historia rodzinna, jednak głównymi bohaterkami filmu Pedro Almodóvara są matka i córka. Becky del Páramo (Marisa Paredes) porzuciła córkę, Rebeckę (Victoria Abril), dawno temu, dla kariery piosenkarki. Po kilku latach wraca, by się z nią pojednać, jednak okazuje się, że są sobie zupełnie obce. Mocne osobowości, wyraziste postacie kobiece i motywy transgederowe to jedne z wielu czynników, które sprawiają, że projektowanie kostiumów do filmów Hiszpana to niespotykanie interesujące wyzwanie.



Rebeka, prezenterka telewizyjna grana przez Victorię Abril, gdy wyznaje w programie na żywo, że zabiła swojego męża, ma na sobie właśnie żakiet od Chanel (który bardzo przypomina słynny różowy kostium tej samej marki, jaki Jackie Kennedy Onassis miała na sobie w chwili zamachu na Johna F. Kennedy’ego). W rozmowie z „Harper’s Bazaar” Almodóvar powiedział: „Uniformy od Chanel są niezwykle eleganckie. Wystarczy, że otworzysz szafę i wybierzesz jakikolwiek z nich, szczególnie, kiedy nie masz czasu, by zastanowić się, co  włożyć. W „Przerwanych objęciach” Penélope Cruz nosi również ubrania od Chanel”. 


Projektowanie kostiumów może za sobą nieść pewne kontrowersje. Takim przypadkiem okazała się być praca sióstr Kate i Laury Mulleavy (stojących za marką Rodarte) nad kostiumami do „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego. Film jest poruszającą opowieścią o mikrokosmosie nowojorskiego zespołu baletowego, pełnym zawiści, desperacji i psychofizycznej przemocy, w którym żyje Nina marząca o zdobyciu swojej wymarzonej roli: Odett w „Jeziorze łabędzim”. Dziewczyna musi odnaleźć w sobie pierwiastek, który uczyni z niej idealną kandydatkę do zagrania skomplikowanej, podwójnej roli: nie tylko słodkiego i niewinnego, białego łabędzia, ale i tytułowego, znacznie bardziej mrocznego, czarnego łabędzia. Nad Niną ciąży presja matki i niebotycznie wysokie wymagania despotycznego dyrektora oraz wyrzuty sumienia: to ona stając się główną konkurencją, zmusiła do usunięcia się w cień swoją dawną mistrzynię. 



Właśnie wtedy Nina (Natalie Portman) poznaje Lily (Mila Kunis), która z jednej strony może pomóc dziewczynie w przygotowaniu się do roli, jednak z drugiej strony jej destrukcyjny wpływ okazuje się być absolutnie druzgocący dla kruchej baletnicy. Jeszcze przed swoją premierą „Czarny łabędź” inspirował stylistów i projektantów zarówno z wielkich domów mody, jak i sieciówek (hipnotyzującej mocy baletu uległy między innymi Chanel, Alexander McQueen czy Chloe, a Benetton specjalnie układał swoje manekiny w pozy rasowych baletnic). Wiele kostiumów pojawiających się w filmie zostało rzeczywiście zaprojektowanych przez siostry Mulleavy: kreatorki od dawna znają się z odtwórczynią głównej roli, co więcej, Natalie Portman sama zaproponowała kandydaturę sióstr z Rodarte do pracy przy kostiumach inspirowanych światem baletu. W opisach filmu jako główna autorka kostiumów widnieje jednak Amy Westcott (która wcześniej współpracowała z reżyserem, Darrenem Aronofskym, przy jego „Zapaśniku”). Okazało się, że do momentu, w którym ogłaszano oficjalnego kostiumografa „Czarnego łabędzia”, Laura i Kate Mulleavy nie były członkiniami Amerykańskiej Gildii Kostiumologów, a w kontrakcie nie wymagały umieszczenia swoich nazwisk w napisach. I pomimo iż firma producencka Fox Searchlight chciała zasugerować wszystkie trzy panie w przypadku nominacji do filmowych nagród, zasady gildii pozostawały nieubłagane. Amy Westcott może się więc pochwalić między innymi nominacją do nagród BAFTA oraz nagrodą przyznawaną przez wspomnianą Gildię.


Projektowanie kostiumów dla filmu to pomoc w opowiadaniu historii, kreowaniu świata, nierzadko również tworzenie zupełnie osobnej, a jednak powiązanej z filmem opowieści. To garderoba, która nie przemija w ciągu jednego sezonu i właściwie nigdy tak naprawdę nie wychodzi z mody, co więcej, może stać się prawdziwą inspiracją… dla innych projektantów. I to chyba w tej dziedzinie największy z możliwych komplementów.
Bibliografia:

- clothesonfilm.com

- Laura Brown, „The World of Pedro Almodóvar”, „Harper’s Bazaar”, 09/2011 (dostępne przez www.harpersbazaar.com)
fotografie: listal.com, vanityfair.com