22 stycznia 2013

Złe Wychowanie

La Mala Educación
reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
2004


Pedro Almodóvar, znany do tej pory jako mistrz opisywania w filmach problemów i relacji na wskroś kobiecych, bohaterami swojego filmu tym razem czyni emocjonalnie poranionych mężczyzn. Ich przeszłość, traumy, namiętności i żądze portretuje jednak w charakterystyczny dla siebie sposób. To ciągle Almodóvar, który tworzy swoją Almodramę (termin ten na początku lat 90. ubiegłego wieku wykreował krytyk Paul Julian Smith, definiując unikalny styl hiszpańskiego mistrza). Mimo że reżyser miejscami powiela ulubione schematy i zabiegi formalne, takie jak prezentowanie melodramatycznych treści w eklektycznej formie, łączenie sztuki wysokiej z niską oraz kicz z metafizyką, autotematyzm czy mieszanie i karykaturyzowanie właściwości gatunkowych, "Złe Wychowanie" pozostaje filmem świeżym i bardzo intrygującym.
Madryt, 1980 rok. Do krzykliwie urządzonego biura produkcji filmowej wchodzi mężczyzna o ekstrawaganckim pseudonimie Ángel (Gael García Bernal).  Podaje się on za Ignacio, dawnego przyjaciela pracującego tam Enrique (Fele Martinez), będąc jednocześnie rozpaczliwie szukającym pracy aktorem. Na pożegnanie Ángel zostawia w biurze tekst opowiadania, które napisał kilka lat wcześniej zaznaczając, że jest ono silnie związane ze wspólną przeszłością obu mężczyzn.
Po kilku chwilach przenosimy się do miejsca, w którym bohaterowie spędzili dzieciństwo i wydarzeń, które miały tam miejsce 3 lata wcześniej. Ignacio, znany transseksualista udający w swoich performensach Sarę Montiel przyjeżdża do ojca Manolo (Daniel Giménez Cacho), uczącego w miejscowej szkole katolickiej. Molestowany wiele lat wcześniej przez duchownego, chce wykonać swój subtelny plan zemsty. Szantażuje więc ojca i próbuje wyegzekwować od niego pieniądze na zrealizowanie swoich pragnień o lepszym życiu i lepszym ciele. Sam Ignacio podaje się za... własną siostrę i zaczyna szantażować księdza tym samym opowiadaniem, które widz poznał już w pierwszych scenach filmu.
Tekst, który tak niepokoi i frapuje kolejnych drugoplanowych bohaterów filmu to autobiograficzne wspomnienia z czasów szkoły podstawowej. Scena, w której ksiądz czyta opowiadanie, przenosi nas w kolejne retrospekcje (i jednocześnie: trzeci plan czasowy filmu). Tym razem obserwujemy dzieciństwo Ignacio i Enrique, którzy wychowywali się w katolickiej szkole z internatem. Jedną z ich ukochanych rozrywek staje się kino, w którym poznają najsłynniejsze filmy lat 60.
To także czas utraty niewinności. W pięknej scenie chłopięcych zabaw w wodzie podczas szkolnego pikniku reżyserowi udało się oddać cały tragizm sytuacji. Podczas, gdy wszyscy koledzy oddają się beztrosce, Ignacio siedzi na boku z ojcem Manolo i śpiewa mu piosenkę. Umieszczenie w tym miejscu utworu "Moon River" w wersji hiszpańskiej jest nie tylko jednym z westchnień Almodóvara za klasyką kina. W połączeniu z mistrzowskimi kadrami ta kompozycja jeszcze bardziej podkreśla z jednej strony niewinność tych bardzo młodych chłopców, a jednocześnie – tworzy bolesny kontrast dla sytuacji Ignacio, z której widz z łatwością wnioskuje, że dla niego jest to moment, w którym tę swoją niewinność bezpowrotnie straci.
Reżyser prowokuje, nie bojąc się poszargać pewnych świętości, takich jak religia, tradycja, intymność. Sam uważając się agnostyka przyznaje, że porusza i fascynuje go olśniewające bogactwo katolickiej liturgii. Jednocześnie, we wszystkich swoich filmach zawsze udziela głosu emocjom, a miłość u Almodóvara to najczystsze z możliwych uczuć. W "Złym Wychowaniu" reżyser jak zwykle przenosi widzów do świata, który skonstruowany jest z mistrzowską precyzją i zadziwiającą dbałością o każdy, najmniejszy detal scenograficzny. Przywiązywanie szczególnej uwagi do warstwy wizualnej opisywanej fabuły jest bardzo charakterystyczne do kina mistrza z La Manchy.
Autorem większości kostiumów jest legendarny francuski  projektant mody, Jean-Paul Gaultier (o współpracy artystów pisałam TUTAJ i TUTAJ). Warstwa wizualna silnie podkreśla nieprzeciętność tej almodramy. Za scenografię odpowiedzialny był Antxón Gómez, który pracował z Almodóvarem także między innymi przy filmach takich jak "Drżące ciało", "Porozmawiaj z nią" czy "Wszystko o mojej matce". Zaprojektowane przez niego wnętrza łączą w sobie umiłowanie południowego klimatu i najczystszej hiszpańskości z awangardowym, folklorystycznym kiczem. Pedro Almodóvar na potrzeby filmu nakazał też odrestaurować w Walencji* kino Tyris które było dla niego uosobieniem ducha i estetyki lat siedemdziesiątych. Na afiszach, które można dostrzec w niektórych scenach umieszczono plakaty filmowych adaptacji mrocznych dzieł Zoli, nakręconych przez Marcela Carné i Jeana Renoira ("Teresa Raquin" i "Bestia ludzka"). Reżyser wybrał te filmy nie tylko po to, by zwrócić uwagę na świetność europejskiego kina noir, ale także dlatego, że znaleźć w nich można sytuacje identyczne z tymi, które zdarzają się bohaterom.
Wątki "Złego Wychowania" przeplatają się z zadziwiającą finezją, żeby wkrótce rozwiązać się w sposób doprawdy brawurowy. Trzy powieści, początkowo tworząc jakby trójkąt, ostatecznie okazują się być jedną historią rozgrywającą się na przestrzeni lat. Warto w tym filmie podkreślić finezję aktorstwa: na planie spotkały się gwiazdy kina hiszpańskiego (i hiszpańskojęzycznego), by dać prawdziwy koncert emocji, uczuć i uniesień. Rola Angela/Ignacio jest jedną z najlepszych w dorobku Meksykanina, Gaela Garcíi Bernala. Lluís Homar (pan Berenguer czyli ojciec Manolo, który w pewnym momencie swojego życia porzuca stan duchowny na rzecz założenia własnej rodziny), w swojej roli jest okrutny, bezwzględny, zmienia swoją maskę i z kata staje się ofiarą. Elektryzująco na ekranie wypada także Fele Martínez (pamiętny Pelayo z filmu "Otwórz Oczy" Alejandro Amenabara) – jego Enrique to oddany swojej pracy reżyser, który początkowo w kryzysie twórczym desperacko poszukuje tematu na film w prasie brukowej, by po znalezieniu fantastycznej historii powrócić nie tylko do reżyserowania, ale także – własnej przeszłości, z którą po wielu latach przyjdzie mu się rozliczyć.
Po ukończeniu pracy nad "Złym Wychowaniem" Pedro Almodóvar przyznał, że najbardziej marzył o tym, by odzyskać umiejętność snu i figurę. Ważne, iż w akcie twórczego szału nie zagubił tego, co w jego twórczości najbardziej wartościowe – bezkompromisowości, nieprzeciętności i stylu, który można pokochać lub znienawidzić. Ja pokochałam od pierwszego ujęcia.

* Rozumiecie więc, dlaczego mój Tato wakacyjny wyjazd na praktyki nazywał "pielgrzymką" :)

Valencia, Benimaclet
budynek, który "grał" dom Ignacio

fotografie: listal.com

11 stycznia 2013

Bez wstydu

reż. Filip Marczewski
scen. Grzegorz Łoszewski
2012


Tadzik (Mateusz Kościukiewicz) jest krnąbrny, emocjonalnie rozbity i uczuciowo kaleki. Po przyjeździe do domu odkrywa, że jego starsza siostra, Anka (Agnieszka Grochowska) spotyka się z protekcjonalnym Andrzejem (Maciej Marczewski) i od samego początku wiadomo, że Tadka najbardziej boli nawet nie to, że mężczyzna jest żonaty, tylko fakt, że w ogóle pojawił się w ich (i tak już wyjątkowo chaotycznym) życiu...


Anka bywa nachalnie sensualna, a Tadek nawet nie próbuje walczyć ze swoim zakazanym uczuciem do siostry. Oboje w jednym momencie się kochają i nienawidzą, nie mogą ani na siebie patrzeć ani wypuścić się z objęć. Miasto, które pojawia się w filmie to część bezdusznej, bezimiennej i zaniedbanej aglomeracji (plenery dla filmu znaleziono w Wałbrzychu), jaką znamy na przykład z "Boiska bezdomnych" czy "Sztuczek". To miejsce, którego nie można lubić, ale wydaje się, że to właśnie ono wszystko usprawiedliwia.


W filmie pojawiają się również wątki poboczne, według mnie poprowadzone nieco zbyt schematycznie. Romskie osiedle, na którym mieszka urocza i zagadkowa Irmina (Anna Próchniak), grupa młodych neonazistów, którzy sprawiają wrażenie, jakby zupełnie nie wiedzieli o co walczą czy klika miejscowych polityków: wątki mieszają się jak kolory na malarskiej palecie - nie zawsze z interesującym skutkiem. 


Długo musiałam przekonywać się do Mateusza Kościukiewicza (a muszę przyznać, że to właśnie jego generacji aktorów i aktorek przyglądam się ze szczególną uwagą, bo to grupa naprawdę zdolnych ludzi o fantastycznej wrażliwości!), jednak w filmie Marczewskiego zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie i świetnie odnalazł się w roli zagubionego i rozpaczliwie szukającego uczucia Tadka. Partnerująca mu Agnieszka Grochowska jako rozhisteryzowana, rozdygotana Anka jest również naprawdę dobra.


Lubię takie filmowe eksperymenty. Być może są trochę nieidealne, trochę zbyt dosłownie moralizujące. Pokazują pozornie nieciekawe, bezpłciowe miejsca, które za odrapanymi drzwiami skrywają dramaty lub zakazane układy. A jednak jest w nich coś, co każe mi o nich myśleć i powtarzać wciąż i wciąż, że polskie filmy to jedna z rzeczy, które w kinie kocham najbardziej.


fotografie: materiały prasowe Kino Świat

7 stycznia 2013

Bejbi Blues

reż. Kasia Rosłaniec
scen. Kasia Rosłaniec
2013


Natalia (Magdalena Berus) zdecydowała się na dziecko, bo bardzo chciała mieć kogoś do kochania. Co jednak można wiedzieć o miłości, gdy ma się 17 lat, niefrasobliwego chłopaka (Nikodem Rozbicki), który trochę za mocno plącze się w uczuciach i życiowo (jeszcze bardziej od siebie) nieposkładaną matkę (Magdalena Boczarska)? 


Urywane sceny, krótkie dialogi i cała masa pojawiających się na kilka chwil bohaterów, wśród których każdy wydaje się być osobną, być może nawet fascynującą historią (a jednocześnie żadnemu z nich nie poświęcono zbyt wiele uwagi) sprawiają, że film traci potencjał i (niestety!) potęguje się uczucie powierzchowności, nieskładności i zdezorientowania. 
A przecież wyrafinowana sąsiadka (Katarzyna Figura), przyjaciółka matki udająca wieczną nastolatkę (Renata Dancewicz), druga babcia maleństwa (Danuta Stenka) czy supermodny i wiecznie naćpany stylista, będący (mówiąc delikatnie) bezduszną szują (Mateusz Kościukiewicz) mogliby wprowadzić do filmu nie tylko trochę kolorytu, ale również całą masę dodatkowych znaczeń.


Reżyserka swoje zainteresowanie popową młodzieżą ery fast foodów i reality shows przekuwa na znajdowanie naprawdę zajmujących tematów. Już sam motyw przewodni jej debiutanckich "Galerianek" był naprawdę interesujący, "Bejbi Blues" zaintrygował mnie właśnie aktualną, a mimo to dosyć pomijaną problematyką. Niestety, mam wrażenie, że Kasia Rosłaniec powoli zmienia się w mistrzynię niewykorzystanych szans.


Przede wszystkim, temat nieświadomego macierzyństwa z egoizmu lub dla zabawy wydaje się być tutaj wyłącznie punktem wyjścia dla (przyjemnej dla oka, ale pustej) ekstatycznej zabawy modą i dekoracjami. 
Ale to również pretekst dla pokazania świata, który jest nie tylko powierzchownie krzykliwy i przemyślany, ale pod tą wielobarwną skorupą również tragiczny i przejmująco smutny. Mam wrażenie, że właśnie te elementy aż krzyczą w "Bejbi blues", że zasługują na większą uwagę.


Muszę dodać, że pierwsze kilkanaście scen filmu naprawdę mnie zaintrygowało i przyniosło nadzieję na powiew twórczej świeżości.  Niestety, to wrażenie pękło jak bańka mydlana w miarę rozwoju akcji. Należy jednak przyznać reżyserce jedno - nie ma ona żadnych złudzeń. Opowiadając swoje historie serwuje nam cały arsenał dramatów, do których nieuchronnie doprowadza zachowanie bohaterów oraz ich brak świadomości sytuacji, w jakiej się znajdują. I nawet, jeśli jest to irytujące, może być uznane za zbyt moralizatorskie, fatalistyczne czy depresyjne, stanowi to pewną siłę kina Rosłaniec i wydaje mi się, że dopiero kolejne filmy pozwolą nam ocenić, czy jest to siła budująca czy niszcząca i jakie ma pole rażenia.


fotografie: Łukasz Niewiadomski dla Kino Świat

3 stycznia 2013

2012/2013


Miało nie być filmowego podsumowania 2012 roku (na KAŻDEJ stronie, która chociaż w minimalnym stopniu traktuje o kulturze macie ich aż nadmiar!), ale jednak, przeglądając kalendarz pomyślałam sobie, że zdarzyło się w tym roku tyle ciekawych filmowych rzeczy, że mogłabym jednak o nich  pokrótce wspomnieć (w kolejności przypadkowej):

Po pierwsze: "Kino i Moda" - w tej zakładce znajdziecie większość tekstów, które napisałam na ten temat, uwielbiam i wciąż będę się tym zajmować. Na razie tylko postanowiłam zrobić krótką przerwę...



Po drugie: Współpraca z SHOT Magazine (którego 4, drukowany numer widzicie na zdjęciu powyżej!) ma się bardzo dobrze, więc mam nadzieję, że jeszcze wielokrotnie będę mogła pochwalić się przed Wami tekstami o naprawdę różnorodnej tematyce - i przy okazji bardzo dziękuję ekipie SHOTa, że daje mi wolną rękę w wyborze tematów!


Po trzecie: Walencja.
W tym roku odbywałam praktyki w przepięknej Hiszpanii i poza tym, że podglądałam, jak (w małym i cudownie otwartym gronie!) pracuje się przy produkcji filmów dokumentalnych, miałam okazję również:
- odbyć pielgrzymkę do miejsc, w których kilka scen do "Złego Wychowania" nakręcił mój maestro, Pedro Almodóvar:



- zdobyć akredytację na ciekawy festiwal filmowy, czyli CinemaJove - całą relację i recenzje obejrzanych filmów skrywa odpowiednia zakładka, o TUTAJ.



- przeprowadzić mój pierwszy wywiad po hiszpańsku, z czego jestem niezmiernie dumna.
Krótką próbkę tego, co o swojej pracy mówi genialny rysownik Paco Roca możecie przeczytać TUTAJ.



i Po czwarte (last but most important!) - WY!
Często to podkreślam, ale NAPRAWDĘ bardzo dużo dla mnie znaczy to, że jesteście, czytacie, komentujecie (bardzo miło mi również, gdy dostaję maile z zapytaniami o filmy lub po prostu - opiniami) - DZIĘKUJĘ!
i nawet blogowy Facebook (co do którego nie mogę się zdecydować, czy go lubię, czy nie cierpię!), ma się coraz lepiej.

PS. Wymyślacie sobie postanowienia noworoczne?
Ja je robię ZAWSZE. Uwielbiam rozmyślać, co powinnam/chcę/wypadałoby zrobić w nadchodzącym roku i, oczywiście, zawsze mam tych postanowień tyle, że niesamowicie ciężko jest mi ich dotrzymać.
A jednak, za każdym razem robienie postanowień sprawia mi frajdę, dlatego pomyślałam, że tych filmowych będę pilnować szczególnie.

1. Będę chodzić do kina na polskie filmy (zacznę chyba już od "Bejbi blues"!)
2. Będę oglądać więcej polskich filmów (o tym, że uwielbiam polskie kino piszę często TUTAJ)
3. Przeczytam więcej filmowych książek (i opiszę je TUTAJ)
4. Obejrzę całą filmografię Martina Scorsese

A co Wy postanowiliście sobie w 2013 roku :)?

1 stycznia 2013

Hobbit: Niezwykła podróż


Przede wszystkim, życzę Wam wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku. Mam nadzieję, że każdego dnia będziecie mieli całą masę szans na spełnianie marzeń, rozwijanie pasji i cieszenie się wspaniale pozytywną energią!


I dlatego pomyślałam, że warto w 2013 roku zacząć blogowanie filmem, który jest i piękną przygodą i swoistym początkiem kolejnych. Ponadto, czy powrót do Śródziemia nie jest jednym z najlepszych możliwych początków roku?

"Hobbit: Niezwykła podróż"
reż. Peter Jackson
scen. Peter Jackson, Guillermo del Toro, Fran Walsh, Philippa Boyens
2012


Kilka lat temu byłam wielką (!) miłośniczką książki J.R.R. Tolkiena - znałam na pamięć wszystkie zagadki Bilbo i Golluma i wprost uwielbiałam delektować się każdym słowem tej magicznej powieści. I bardzo cieszę się, że to właśnie Peter Jackson podjął się reżyserii "Hobbita" - mam wrażenie, że nikt inny nie poznał Śródziemia równie dobrze, jak ten przezdolny miłośnik horrorów z Nowej Zelandii!


"Hobbit" to naprawdę wspaniałe kino przygodowe. Martin Freeman znakomicie wpasował się w rolę wycofanego i poukładanego, ale  jednocześnie niesamowicie dzielnego, sprytnego (i legendarnego, czyż nie?) Bilbo Bagginsa. Reszta obsady spisała się równie znakomicie. Cate Blanchett jako Galadriela, Hugo Weaving jako Elrond, Andy Serkis jako Gollum oraz sir Ian McKellen jako Gandalf znani są już z trylogii "Władca Pierścieni"




Odkryciami "Hobbita" są natomiast wszyscy Krasnoludowie (wszyscy razem, albo raczej: każdy z osobna), bo każdy z nich to zupełnie osobna, intrygująca historia. A jedną z najbardziej poruszających scen w filmie jest ich wspólna, zaśpiewana przy kominku w uroczym hobbickim domu pieśń:



Akcja rozgrywa się w filmie niespiesznie, ale jest niesamowicie wciągająca. Genialna muzyka Howarda Shore'a towarzyszy przepięknie skomponowanym obrazom.



"Hobbit" to nie tylko swoista wariacja na temat kina drogi :)
To również refleksyjna opowieść o lojalności, odwadze, oddaniu swojej ojczyźnie, honorze oraz o tym, jak bardzo czas wpływa na otaczający nas świat. I jak ważne jest to, by dbać o jego równowagę.

a Wy widzieliście "Hobbita"?
jak wrażenia?


fotografie: listal.com

27 grudnia 2012

Czytelnia: "Noce i dnie mojego życia"


Nie chcę zmieniać profilu bloga, ale pomyślałam, że co jakiś czas mogłabym przedstawiać Wam książki, które są bezpośrednio związane z kinem, a które szczególnie mnie zainteresowały, bo takich lektur są tysiące i warto je dla siebie nieustannie odkrywać. Czyż nie?
Na początek wybrałam "Noce i dnie mojego życia" Jerzego Antczaka.
Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że film (i serial) "Noce i dnie" to jedna z moich ulubionych polskich produkcji wszech czasów. A książka napisana przez jednego z najważniejszych reżyserów nie tylko polskiego kina, ale i telewizji (zaryzykuję stwierdzenie, że najważniejszego reżysera procesu formowania się Teatru Telewizji!) świetnie opisuje nie tylko proces powstawania "Nocy i dni", ale również rzeczywistość polskiego filmowca w epoce PRLu. I dlatego, mimo pewnych wad, takich, jak prawdopodobne idealizowanie pewnych wydarzeń i czasami nadmierna kwiecistość stylu (mamy z panem profesorem coś wspólnego!), uważam, że naprawdę warto ją przeczytać.



Książka Jerzego Antczaka naszpikowana jest anegdotami i opowieściami, które czasami są tak metaforyczne, magiczne i pełne niespodziewanych zwrotów akcji bądź przypadków, że wydają się nieprawdziwe. A jednak, nadają tej książce swoistego uroku: nie jestem pewna, czy Jerzy Antczak jest wielbicielem literackiej rzeczywistości cudownej (lub chociaż realizmu magicznego), ale jego losy i sposób, w jaki je opowiada, mogłyby na to wskazywać.
Uwielbiam moment na początku, w którym Antczak opowiada o przygotowaniach monumentalnego spektaklu w hołdzie zmarłemu Józefowi Stalinowi, jak i wszystkie anegdoty, w których pierwsze skrzypce gra Leon Niemczyk. Z zapartym tchem przeczytałam nie tylko ewokacje z czasu tworzenia "Nocy i dni" (i oczywiście wszystkie wspomnienia Jerzego Binczyckiego oraz anegdoty dotyczące żony reżysera, świetnej Jadwigi Barańskiej), ale także burzliwe losy filmu po jego premierze.



Co jednak najmocniej skradło moje serce to fakt, iż Jerzy Antczak sam siebie i swoją żonę nazywa "kocimi oszołomami".
A ponieważ ja należę dokładnie do tej samej kategorii, tym optymistycznym akcentem powtórzę jedynie, że bardzo bardzo mocno zachęcam do lektury, szczególnie oczywiście wielbicieli polskiego kina.



23 grudnia 2012

Na Boże Narodzenie...


W tym roku nie będzie podsumowania, bo widziałam zdecydowanie zbyt mało nowości: ciągle jeszcze muszę ponadrabiać filmowe zaległości, które piętrzą się z zatrważającą szybkością, a ostatnio znacznie bardziej, niż do nowości, ciągnie mnie to kina sprzed co najmniej kilkunastu lat.
Zanim jednak koniec roku, będzie przerwa świąteczna, a ja wprost KOCHAM Boże Narodzenie. Spakowałam już prezenty, zrobiłam z Mamą świąteczne stroiki i pomagałam w ubieraniu choinki. W święta (lub tuż po nich!) uwielbiam wraz z całą rodzinką zrobić sobie mały seans filmowy, dlatego dzisiaj również dla Was mam kilka filmowych inspiracji, które możecie wykorzystać, jeśli również planujecie świąteczne oglądanie:

ANIMACJA

"Fantastyczny Pan Lis"
reż. Wes Anderson
2009

Wspaniała animacja dla całej rodziny, będąca brawurową ekranizacją prozy Roalda Dahla ("Matylda", "Wiedźmy", "Charlie i fabryka czekolady") ze znakomitym dubbingiem (dlatego polecam wersję z napisami!), w którym błyszczą Meryl Streep, Willem Dafoe, Bill Murray, George Clooney, Jason Schwartzman czy sam Wes Anderson.


Tytułowy lis mieszka w skomplikowanym systemie podziemnych korytarzy i wraz z rodziną i przyjaciółmi wiedzie spokojne i dostatnie życie trudniąc się... okradaniem okolicznych farmerów. Problem pojawia się, gdy cała trójka poszkodowanych postanawia pozbyć się lisa raz na zawsze.


MELODRAMAT "Powrót do Brideshead"
reż. Julian Jarrold
2008



Ten przepiękny (szczególnie pod względem estetyki!) melodramat jest wnikliwym i wciągającym portretem angielskiej arystokracji (a właściwie jej powolnego upadku) u progu II wojny światowej. 
To również opowieść o różnicach międzyklasowych i fascynującym trójkącie uczuciowym pomiędzy zdolnym, ale skromnie urodzonym Charlesem (Matthew Goode) oraz bogatym i dekadenckim rodzeństwem - Sebastianem (Ben Whishaw) oraz Julią (Hayley Atwell).


Tytułowe Brideshead do posiadłość Sebastiana i Julii, w którym Charles spędza sporo czasu, podczas którego daje się wciągnąć w towarzyskie gry i narażony jest na niezliczoną ilość (nierzadko ekstrawaganckich) pokus. 
Jednym z najbardziej ekscytujących wątków filmu jest natomiast opozycja religijna (Charles to ateista, natomiast rodzeństwo zostało wychowane w środowisku radykalnie katolickim) i to, jak wiele hipokryzji kwitnie w świecie, który tak pociąga Charlesa.


MUSICAL

"Across the Universe"
reż. Julie Taymor 
2007

Jude (Jim Sturgess) jedzie do Stanów Zjednoczonych, by odnaleźć ojca którego nigdy nie poznał. Tam, w samym centrum hippisowskiej rewolucji poznaje Lucy (Evan Rachel Wood) i jest to początek, oczywiście, historii miłosnej.



Kanwą dla filmu stały się piosenki zespołu The Beatles (wśród których moim faworytem pozostaje wykonanie piosenki "I Am The Walrus" przez Bono - być może dlatego, że to moja ulubiona piosenka z całego repertuaru Beatlesów). Nie jest to być może film pełen ubogacających treści, ale jego warstwa wizualna (która wygląda jakby powstawała pod wpływem silnych środków halucynogennych...) i oprawa muzyczna sprawiają, że naprawdę warto go zobaczyć!

fotografie: listal.com



Ale PRZEDE WSZYSTKIM, 

życzę Wam ciepłych, rodzinnych, pogodnych 
świąt Bożego Narodzenia 
i wielu filmowych olśnień w Nowym Roku!


19 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 3.


Artykuł pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, tę część nieco skróciłam, bo o większości poniższych filmów kiedyś już tutaj pisałam. 
Ale jeśli jesteście ciekawi, cały tekst (i magazyn!) do poczytania TUTAJ

Błędy młodości

Początek filmu: młoda dziewczyna w bluzie idzie popijając sok pomarańczowy z wielkiego plastikowego kanistra. To Juno (Ellen Page), tytułowa bohaterka filmu Jasona Reitmana. Szybko okazuje się, że Juno planuje zrobienie testu ciążowego, a jego wynik przewróci świat nastolatki do góry nogami. Dziecko, które ma przyjść na świat nie jest tym, czego Juno życzyłaby sobie w tym momencie życia.


Jej chłopak nie wydaje się być, przynajmniej na razie, księciem z bajki, a relacje z ojcem (i jego partnerką) to kolejna kropla w morzu problemów dziewczyny. Dlatego postanawia ona znaleźć swojemu dziecku nową, idealną rodzinę. „Juno” to jednak nie ckliwa opowieść o niechcianym niemowlęciu i nastoletnich ciężarnych. To natomiast bardzo błyskotliwy (i wybornie komediowy) portret kursu przyspieszonego dojrzewania, który Juno musi przejść odkrywając po drodze, czym jest odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za własne błędy w kolejnym, bo dorosłym życiu.


W nurt filmów o błędach młodości wpisuje się także film „Była sobie dziewczyna” Lone Scherfig. Jenny (przeurocza Carey Mulligan) to inteligentna, wychowywana w tak zwanej dobrej, angielskiej rodzinie nastolatka, która moknąc na przystanku autobusowym ze swoją wiolonczelą poznaje Davida (Peter Sarsgaard). „Była sobie dziewczyna” to, wbrew pozorom, film daleki od pospolitej komedii romantycznej – on proponuje dziewczynie ochronę przed deszczem i podwiezienie do domu, co staje się preludium do ich burzliwej znajomości [...].


"Studiowałem na uniwersytecie życia" - mówi David i powoli wprowadza do niego Jenny. Słodka i naiwna, początkowo zupełnie nie pasuje do jego świata, który z czasem zupełnie ją uzależnia, a wrodzona ambicja nakazuje jej błyskawicznie odnaleźć się w zupełnie nowych konwenansach. „Była sobie dziewczyna” to interesująca historia o dojrzewaniu i konieczności brania odpowiedzialności za konsekwencje wszystkich decyzji. To również opowieść o świecie, w którym kobieta ani z dyplomem, ani bez niego nie mogła robić w życiu nic specjalnie ważnego oraz o tym, jak z tego przygnębiającego świata można było uciec chociaż na kilka chwil [...]. 


Młodość urocza

Urocza. Dokładnie taka jest młodość z filmów Wesa Andersona, a szczególnie ta znana z „Rushmore” i najnowszego filmu Amerykanina, „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Bohater pierwszego z nich to Max Fischer (Jason Schwartzman) – uczeń prestiżowej, tytułowej szkoły Rushmore i jednocześnie najaktywniejszy uczestnik oraz pomysłodawca zajęć pozalekcyjnych. Max jest mistrzem autokreacji i manipulowania prawdą. Marzy o byciu kimś znaczącym dla ludzkości, a jego pozycja w szkolnej hierarchii daje mu tego nieocenioną namiastkę. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami (z dramatopisarstwem, szermierką, pszczelarstwem, dziennikarstwem, udziałem w debatach, kółku filatelistycznym i kaligrafią włącznie) życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się nauczycielka, pani Cross (Olivia Williams), która wpada w oko także pewnemu nauczycielowi, Hermanowi Blume (Bill Murray) – do tej pory najbardziej zaufanemu powiernikowi Maxa. 


„Rushmore” jest jednak czymś znacznie więcej, niż tylko autorskim potraktowaniem high school comedy. To piękny portret niestrudzonego poszukiwania swojego miejsca na ziemi, kształtowania osobowości i dążenia do wymarzonego celu, bez względu na konsekwencje.[...].


Najważniejsze jest jednak to, że młodość u Andersona, mimo że urocza i potraktowana z dużą dozą ironii, traktowana jest przez reżysera z pełnym zrozumieniem i absolutną powagą. Problemy nastolatków w tych perfekcyjnych stylistycznie filmach nabierają wielowymiarowego znaczenia, co sprawia, że jest to kino niebywale wartościowe. W swoim najnowszym filmie „Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom Wes Anderson powraca z tym, co w jego kinie zachwyca najbardziej: dopracowanymi kadrami, unikalnym klimatem, całą masą ciekawych bohaterów i charakterystycznym poczuciem humoru. Oraz portretem bezpretensjonalnej, zaskakująco pomysłowej młodości. 


Bohaterowie filmu, Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami oraz trzema braciszkami-miłośnikami słuchowisk z muzyką poważną, odkrywa, że jej matka (Frances McDormand) ma romans z dobrodusznym policjantem, kapitanem Sharpem (Bruce Willis) maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Sam nie ma rodziców. Nie rozumie go ani rodzina zastępcza ani członkowie obozu skautów, na który przyjechał i którym dowodzi ciapowaty nauczyciel matematyki, Harcmistrz Ward (Edward Norton). 


Suzy i Sam, znający się do tej pory jedynie korespondencyjnie, postanawiają więc uciec, co staje się przyczyną wielkiej akcji poszukiwawczo-ratunkowej, w której istotną rolę spełnią między innymi nożyczki, lornetka i burza stulecia. Werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i tęsknota za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe to motywy, których Wes Anderson także nie potrafi porzucić. Jego kino podszyte jest warstwą nostalgii, którą można bezwarunkowo pokochać. Swoje małe-wielkie opowieści reżyser snuje uciekając od banalnych rozwiązań, a ich wielobarwność pozostawia na bardzo długo wrażenie uczestnictwa w przepięknej przygodzie, w której młodość i dzieciństwo to najpoważniejsze i najpiękniejsze stany na świecie. 



fotografie: listal.com