26 września 2013

Moje Ulubione Hiszpańskie Filmy, część 3.

Pora zakończyć cykl o moich ukochanych filmach hiszpańskich. Poprzednie części znajdziecie TU i TU.


"GranatowyPrawieCzarny" ("AzulOscuroCasiNegro")
reż. Daniel Sánchez Arévalo 
2006


Ten film ma dla mnie największą wartość niejako poza sobą samym... Otóż to właśnie dzięki niemu poznałam Antonio de la TorreRaúla Arévalo (mogliście poczytać o nich TUTAJ i TUTAJ przy okazji premiery "Przelotnych kochanków" Pedro Almodóvara), którzy są jednymi z moich najulubieńszych hiszpańskich aktorów.
"GranatowyPrawieCzarny" jest jednak filmem wartym uwagi, bo Daniel Sánchez Arévalo - jednocześnie reżyser i scenarzysta filmu - opowiada w nim historię bardzo bolesną, której nie brakuje optymizmu. Historie bohaterów przeplatają się ze sobą w symbolicznych dla nich (i całej fabuły) miejscach (jak więzienie, dach wieżowca, gabinet masażysty), a każda z postaci nawet, jeśli nie jest tak samo ważna dla historii, to zawsze bardzo intrygująca, kompletna całość. Małe piekiełka, które serwuje swoim bohaterom Sánchez Arévalo nie są stanem permanentnym, a niektóre wątki okazują się być naprawdę zaskakujące.


"Hiszpański cyrk" ("Balada triste de trompeta")
reż. Álex de la Iglesia
2010


W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć Álexa de la Iglesii i jego opowieści o poturbowanych przez życie bohaterach tworzących bardzo osobliwą trupę cyrkową. Film, nacechowany smoliście czarnym humorem i czasami wręcz nieprzyzwoitą groteską, daje równocześnie szalenie intrygujący obraz politycznych przemian w Hiszpanii.
(muszę dodać, że moją ulubioną postacią w filmie jest Wesoły Klaun, w którego wcielił się wspomniany przed chwilą były dziennikarz sportowy Antonio de la Torre).


"Kuzynka Angelica" ("La prima Angélica")
reż. Carlos Saura
1974


To jeden z moich dwóch ulubionych filmów Carlosa Saury. O jednym, "Mrożony peppermint", pisałam kilka tygodni temu TUTAJ.
Ten drugi, "Kuzynka Angelica" to opowieść o wspomnieniach, tak silnych, że czasami nie wiadomo, czy są jedynie przeszłością, czy dawno temu były zapowiedzią teraźniejszości.
Główny bohater filmu, Luis (w tę rolę wcielił się José Luis López Vázquez, jeden z ulubionych aktorów Saury) powraca po latach do miejsc swojego dzieciństwa i spotyka się z tytułową krewną. Relacje, które ich łączyły wpłynęły tak silnie na podświadomość młodego wtedy Luisa, że ten obecny, będący już statecznym biznesmenem w średnim wieku, musi odnaleźć sposób, żeby połączyć wszystkie czasoprzestrzenie swojego życia i wtedy, być może, odzyskać spokój.
Nowatorskie zabiegi formalne (José Luis López Vázquez gra zarówno siebie małego, jak i dojrzałego, co potęguje poczucie jego zagubienia w gąszczu wspomnień) oraz elementy surrealistyczne to dodatkowe atuty filmu Saury.

"Biutiful"
reż. Alejandro González Iñárritu
2010


Po "Trylogii bólu" na którą składały się "Amores Perros", "21 gramów" i "Babel" Iñárritu stworzył jeden z najsmutniejszych filmów, jakie widziałam, bo poziom cierpienia, jakiemu poddawany jest główny bohater miejscami bywa niemal nie do zniesienia. A jednak, "Biutiful" to według mnie naprawdę wielkie kino.
To również koncert wybitnego aktorstwa w wykonaniu Javiera Bardema, który wcielił się w rolę głównego bohatera - samotnego, bardzo chorego mężczyzny, który walczy o swoją godność i prawo do bycia dobrym ojcem - oraz bezkompromisowy komentarz reżysera na temat kryzysu ekonomicznego i zależności społecznych w wielokulturowej Barcelonie.


fotografie: listal.com, 

Tak naprawdę blog wszedł właśnie na zupełnie nowy poziom hiszpańskości, bo od teraz przez cały semestr będę dla Was pisała z Madrytu!

14 września 2013

Moje Ulubione Hiszpańskie Filmy, część 2.

Kilka dni temu przedstawiłam Wam kilka moich ulubionych hiszpańskich filmów - możecie poczytać o nich TUTAJ - dzisiaj cztery kolejne!

"Mroczne żądze" ("Entre Las Piernas")
reż. Manuel Gómez Pereira
1999


Javier (Javier Bardem) będący w przepełnionej erotyzmem relacji telefonicznej z pewną tajemniczą kobietą i spikerka radiowa Miranda (Victoria Abril) poznają się na terapii dla seksoholików. Wkrótce okazuje się, że intymne rozmowy Javiera są nagrywane i krążą po całym Madrycie... Rozpoczyna się niebezpieczna (ale szalenie ekscytująca i pełna niepokoju!) gra niedomówień, usłana zbrodniami i namiętnościami, która silnie połączy Javiera i Mirandę. Czyste szaleństwo.


"Anioł zagłady" ("El Ángel Exterminador")
reż. Luis Buñuel
1962



Nie jestem pewna, czy mogę uznawać ten film za hiszpański, bo technicznie jest to element okresu meksykańskiego Luisa Buñuela... Ale dla mnie Buñuel zawsze był i będzie nierozerwalną częścią kina hiszpańskiego.
Grupa zamożnych, eleganckich znajomych spotyka się w przepięknej willi na wystawnej kolacji. Szybko okazuje się, że wszyscy służący zniknęli z domu, a goście, zatrzymywani przez niewytłumaczalną siłę, nie mogą opuścić salonu. Już po pierwszych godzinach tej dziwnej niewoli porzucają ukochane konwenanse i rozpoczynają dramatyczną walkę o przetrwanie.
Reżyser ukazuje upodlenie burżuazji, zdradzającej swoje najświętsze wartości. Ponadto, przestrzeń, zawężona do jednego pokoju, okazuje się być w tym filmie dodatkowym, nieprawdopodobnie ważnym bohaterem, a każdy kadr pełen jest (także surrealistycznej) symboliki.


"Poniedziałki w słońcu" ("Los Lunes Al Sol")
reż. Fernando León de Aranoa
2002


To według mnie jeden z najbardziej poruszających głosów na temat hiszpańskiego kryzysu gospodarczego, w dodatku to głos, który pojawił się wiele lat przed jego autentycznym nasileniem. Film opowiada o grupie bezrobotnych stoczniowców - mężczyzn w sile wieku, którzy nie mają pojęcia, jak poradzić sobie z beznadzieją sytuacji, ich walce z przygnębiającą codziennością oraz postępującej apatii.
To niespieszna, emocjonalna historia ze znakomitą obsadą: w rolach głównych wystąpili między innymi Javier Bardem, Luis Tosar i Celso Bugallo.



"Nawet deszcz" ("También la lluvia")
reż. Icíar Bollaín
2010


Do Boliwii przyjeżdża ekipa filmowa, by nakręcić film o wyprawie Krzysztofa Kolumba do Ameryki Południowej. Poznajemy jednak nie tylko problemy i tajniki planu filmowego czy elementy historyczne (co ciekawe, scenariusz tego filmu w filmie jest bardzo intrygujący: wizerunek odkrywcy daleki jest od ideału, a Kolumb i jego współpodróżnicy mają niewiele wspólnego z ideałami wielokulturowości), ale także: realne problemy tubylczej ludności oraz ich walkę o dostęp do wody, wywołaną prywatyzacją wodociągów. Wieloznaczność słowa konkwista (ta historyczna i ta współczesna, dokonywana przez wielkie koncerny) i bliźniacze (mimo upływu setek lat) klisze sytuacyjne intrygują, a zapierające dech w piersiach plenery i przepiękna muzyka to dodatkowe atuty filmu Bollaín.


ciąg dalszy nastąpi...

fotografie: listal.com

7 września 2013

Moje Ulubione Hiszpańskie Filmy, część 1.

O tym, że uwielbiam kino hiszpańskie piszę tutaj często. Oczywiście, poznawaniu tej kinematografii trochę pomagają moje studia (Ale miłość do kina hiszpańskiego była zdecydowanie przyczyną, a nie skutkiem moich studiów na filologii. A przynajmniej jedną z przyczyn. Tą Główną.), jednak sama też staram się odkrywać pasjonujące filmy hiszpańskie (i szerzej: hiszpańskojęzyczne). 
Dlatego z przyjemnością opowiem Wam o tych ulubionych.
kolejność filmów jest zupełnie przypadkowa


"Drżące ciało" ("Carne trémula")
reż. Pedro Almodóvar
1997


Pedro Almodóvar jest moim absolutnie ukochanym reżyserem (Reżyserem Mojego Życia - jeśli można tak powiedzieć), dlatego postanowiłam wyłączyć jego filmografię z tego zestawienia i wyróżnić tylko mój ukochany obraz od maestro z La Manchy.
"Drżące ciało" to opowieść o bezgranicznej namiętności, która łączy głównych bohaterów w sieć zależności opartych przede wszystkich na uczuciach i pożądaniu.



Równorzędnym bohaterem filmu staje się również miasto - Madryt na ekranie zmienia się nie tylko razem z upływającym czasem, mówiąc wiele o przemianach w samej Hiszpanii. Przestrzeń miasta określa tutaj postacie i wyraża ogromny afekt, który do stolicy Hiszpanii odczuwa sam reżyser. 
Mark Allinson, autor książki "A Spanish Labyrinth: Films of Pedro Almodóvar" napisał, że w scenariuszu do pierwszych sekwencji filmu, wspomina się Madryt co najmniej siedemnaście razy. Według Allinsona Almodóvar nadaje miastu również "wyrazistość bliską adoracji", ja natomiast uwielbiam jedną z pierwszych scen, w której Isabel grana przez Penélope Cruz rodzi swojego syna w miejskim autobusie.


"W stronę morza" ("Mar adentro")
reż. Alejandro Amenàbar

2004


To przejmująca, oparta na faktach historia sparaliżowanego od trzydziestu lat Ramóna Sampedro, który najbardziej na świecie chce umrzeć. Gdy sąd odmawia mu zgody na eutanazję, mężczyzna postanawia popełnić samobójstwo (a właściwie: odnaleźć kogoś, kto mu w tym pomoże). 
Reżyser Alejandro Amenábar nakręcił przepiękny film o determinacji, poddając w wątpliwość największe wartości. Zadaje wiele pytań dotyczących spraw ostatecznych, ale stojąc za kamerą nie udziela moralizatorskich odpowiedzi. Opowiada o pragnieniu śmierci i pasji życia, prezentując wiele punktów widzenia w tej niezwykle kontrowersyjnej sprawie.


Ten film jest również imponującym popisem umiejętności aktorskich Javiera Bardema (który od kilku lat jest jednym z moich ukochanych aktorów) i poetyckim traktatem o sile woli, miłości i poświęceniu.


"Śmierć rowerzysty" ("Muerte de un ciclista")
reż. Juan Antonio Bardem

1955


Juan Antonio Bardem obok Luisa Garcíi Berlangi (z którym bardzo często współpracował) był jednym z najważniejszych, najbardziej oryginalnych i odważnych twórców epoki frankistowskiej.
Tytułowa śmierć rowerzysty (będąca wynikiem wypadku samochodowego spowodowanego przez połączonych sekretnym romansem Marię i Juana) jest w tym filmie pretekstem do rozważań reżysera na temat poczucia winy, które może prowadzić do obsesji. Bohaterowie, zamieszani w coraz bardziej skomplikowane pajęczyny kłamstw, nie tylko gubią się w rzeczywistości, ale zupełnie nie mogą poradzić sobie z hierarchią swoich win. Ucieczka od kary okazuje się natomiast być znacznie trudniejsza, niż przypuszczali.


"Dyskretne uroki starości" ("Arrugas")
re
żIgnacio Ferreras

2011


To jeden z najpiękniejszych, najbardziej poruszających filmów animowanych, jakie kiedykolwiek widziałam i nie ma w tym cienia przesady.
Emilio trafia do domu opieki po tym, jak jego syn decyduje, iż nie ma siły dłużej się nim opiekować. Jest zagubiony i przestraszony, czuje się nieswojo pośród takiej ilości osób w jesieni życia, ponadto wie, że jest chory. Nie ma tylko pojęcia, jak bardzo. 
Zamieszkuje w pokoju ze zgorzkniałym, ironicznym Miguelem, z którym po pewnym czasie znajduje wiele wspólnego. Miguel obiecuje, że zrobi wszystko, by Emilio jak najdłużej mógł cieszyć się świadomym, wolnym od postępującej choroby (mimo że niekoniecznie szczęśliwym) pobytem w ośrodku.


Podczas mojego zeszłorocznego pobytu w Walencji udało mi się spotkać i porozmawiać z (przemiłym!) Paco Rocą, autorem komiksu, na podstawie którego powstał film. Krótki wywiad z rysownikiem (i jednocześnie współscenarzystą filmu) możecie przeczytać TUTAJ, zapraszam!

Ciąg dalszy nastąpi.

fotografie: listal.com

3 września 2013

Jestem miłością

Io sono l'amore
reż. Luca Guadagnino
scen. Luca Guadagnino, Barbara Alberti, Ivan Cotroneo, Walter Fasano
2009


To jeden z filmów, które wręcz powinno się oglądać więcej, niż jeden raz - z tą myślą namówiłam Mamę na wspólny seans i muszę przyznać, że teraz jestem już zupełnie pewna, że film Luki Guadagnino to małe arcydzieło, które zasługuje na wiele uwagi.
Rosjanka Emma (oszałamiająca Tilda Swinton) wiele lat temu wyszła za mąż za pochodzącego z bogatej mediolańskiej rodziny Recchich Tancrediego (Pippo Delbono). Teraz mieszka w wielkim, pięknym domu z mężem i trójką dorosłych dzieci i wydawałoby się, że ich życie jest superelegancką bajką. Kiedy jednak senior rodu zdecyduje się przekazać rodzinną firmę synowi i wnukowi, da to początek lawinie zdarzeń, które zupełnie zmienią bieg rodzinnej historii, pozornie perfekcyjnie zaplanowanej od dawna. Do głosu dojdą wzajemne pretensje, wielkie namiętności i starannie skrywane tajemnice.


Absolutną siłą i jednocześnie największą gwiazdą tego filmu jest bez wątpienia Tilda Swinton (która nigdy wcześniej, w żadnym filmie nie wyglądała tak pięknie - prawdopodobnie bardzo duża w tym zasługa nominowanej do Oscara kostiumografki, Antonelli Cannarozzi oraz przepięknych sukienek od Jil Sander). Jej bohaterka, duszona konwenansami, żyjąca w świecie, z którym tak naprawdę niewiele ma wspólnego, ucieka z niego w zakazany romans (co dało reżyserowi możliwość wykreowania jednej z najpiękniejszych scen erotycznych we współczesnym kinie).
Obłędnej Tildzie Swinton partnerują dwie inne znakomite aktorki - Alba Rohrwacher, coraz bardziej widoczna we współczesnym kinie włoskim, jako Elisabetta jest poszukującą swojej tożsamości artystką i jednocześnie bezkrytycznie lojalną córką Emmy. Uwagę przykuwa również Maria Paiato w roli Idy, oddanej służącej rodziny Recchich.


"Jestem miłością" jest również jednym z tych filmów, w których sama fabuła odgrywa drugorzędną rolę. Jego największą wartością są bohaterowie, ich silne osobowości, afekty i żądze, które determinują ich postępowanie. To również film przepiękny wizualnie, głównie za sprawą wspaniałych zdjęć Yoricka Le Sauxa, nawiązujący stylem i klimatem do klasyków włoskiego kina (głównie Viscontiego).
Film Guadagnino to dwie godziny silnych emocji i oszałamiających kadrów. Warto się zachwycić.


fotografie: listal.com, tumblr.com

31 sierpnia 2013

Filmowe Odkrycia Sierpnia

W tym miesiącu skupiłam się głównie na nadrabianiu zaległości w lekturach, bo jednak cudne słońce nie sprzyjało szczególnie oglądaniu filmów - oczywiście mam dla Was kilka filmowych inspiracji, a lipcowe możecie podejrzeć TUTAJ.

film: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"
reż. Stephen Daldry, 2011


Oskar Schell (Thomas Horn) jest bardzo wrażliwym dziewięciolatkiem, którego fascynuje każdy centymetr otaczającego go świata. Razem z Tatą (wspaniały Tom Hanks) walczy z nieskończoną ilością lęków i przeżywa małe, codzienne przygody, które w ich oczach urastają do rangi najważniejszych wydarzeń dekady. Sielankowe życie tej rodziny przerwie poranek 11 września 2001 roku. Oskar i jego Mama (Sandra Bullock) od tej pory będą musieli radzić sobie zupełnie sami, co dla tak wrażliwego chłopca okaże się być trudniejsze, niż każdy mógłby przypuszczać.


Pewnego dnia Oskar odkrywa tajemniczy klucz opisany nazwiskiem "Black" i przygotowuje ogromną wyprawę, by dowiedzieć się, do kogo należy klucz i jaka wiąże się z nim historia. Pomaga mu w tym tajemniczy, mieszkający w sąsiedztwie Niemowa (Max von Sydow) i ta relacja jest kolejnym wyjątkowym elementem historii.
Najbardziej w filmie Daldry'ego urzekła mnie jego konwencja i bajkowy klimat. Oskar odkrywa, że w Nowym Jorku mieszka kilkaset osób o tym samym nazwisku i odwiedza ich wszystkich, a my wraz z nim poznajemy mikroopowieści, skrócone życiorysy, fascynujące filmowe wizytówki mieszkańców miasta.
"Strasznie głośno, niesamowicie blisko" to obraz pełen magii, ciepła i drobnych olśnień na każdym kroku i dlatego uważam, że niezbędny będzie ponowny seans wyłącznie po to, by niemal w każdym kadrze odkrywać ekscytujące, niezauważalne na pierwszy rzut oka szczegóły.



kino: kino ARS, Kraków

Ilość i klimat kin studyjnych jest tym, czego mieszkańcom Krakowa naprawdę zazdroszczę, bo je (małe, klimatyczne kina, oczywiście!) wprost uwielbiam.
Być może jest to dla mnie taka mała podróż do przeszłości, bo będąc w liceum co tydzień chodziłam na seanse DKFu w moim mieście. Z drugiej strony naprawdę lubię oglądać filmy w zupełnie kameralnej atmosferze, dlatego zawsze wybieram seanse o jakiejś fikuśnej porze w środku tygodnia, w przerwie pomiędzy zajęciami.
I z tego powodu kino ARS, z szumem projektora (zwanego przeze mnie zawsze, za "Historią kina w Popielawach" Jana Jakuba KolskiegoKinomaszyną), przyciemnionym światłem (naprawdę jest przyciemnione czy podpowiada mi to wyobraźnia?) i świetnym repertuarem od pierwszej minuty podbiło moje serce.



książka: David Parkinson, 
"100 idei, które zmieniły film", 2011


Książkę Davida Parkinsona świetnie się czyta: naprawdę wciąga, można chłonąć ją z pasją idea po idei i na każdej stronie odkrywać z jednej strony informacje, z drugiej kolejne tytuły filmów "do obejrzenia".
Nie jest to jednak klasyczne kompendium wiedzy, raczej publikacja, którą powinno się traktować jako inspirację i pretekst do pogłębiania wiedzy. Mimo to widzę, że w miarę czytania tej książki zyskałam (lub przypomniałam sobie) pewne pojęcia, które pomogą mi w formułowaniu myśli dotyczących filmów i to uważam za jej największą zaletę.

A jakie są Wasze Filmowe Odkrycia Sierpnia?

29 sierpnia 2013

Trzy Metry Nad Niebem

Tres Metros Sobre El Cielo
reż. Fernando González Molina
scen. Ramón Salazar
2010


Bardzo lubię melodramaty, tak samo, jak bardzo lubię płakać na filmach i wczuwać się w zawiłe czy tragiczne losy głównych bohaterów. I pomimo tego, "Trzy metry nad niebem", uznawane przez tysiące (nie tylko hiszpańskich) nastolatek za jeden z najbardziej emocjonujących obrazów dekady, wydał mi się filmem nie tyle niemal pozbawionym emocji, co absolutnie kuriozalnym. 
I wcale nie dlatego, że być może zdążyłam wyrosnąć z fascynacji high school dramas.


Hugo (Mario Casas) i Babi (María Valverde) poznają się w mało romantycznych okolicznościach - w ulicznym korku. Ich drogi jednak będą krzyżować się wielokrotnie, by zdążyli stracić dla siebie głowę i rozpocząć zakazany romans: dziewczyna pochodzi bowiem z eleganckiej, zamożnej i nieco konserwatywnej rodziny, chłopak natomiast był sądzony za napad, bywa niepokojąco agresywny i na dodatek skrywa mroczny sekret, który stał się bezpośrednią przyczyną jego przemiany z wzorowego ucznia w przywódcę miejscowego gangu motocyklowego. 
Dlaczego "Trzy metry nad niebem" to dla mnie film-kuriozum? Przede wszystkim to absolutny koktajl gatunków. Melodramatyczna opowieść przeplata się z sekwencjami wyjętymi z filmów sensacyjnych, elementy komediowe mieszają się ze scenami akcji, a dramat sąsiaduje tu z nieco patetycznymi kadrami młodzieżowego romansu. A co najważniejsze, przez cały seans miałam wrażenie że film Gonzáleza Moliny jest parodią (lub chociaż pastiszem) każdego z tych gatunków.


"Trzy metry nad niebem" to produkcja, która żyje swoim życiem zupełnie poza filmową opowieścią. Wcielający się w główne role Mario Casas i María Valverde prywatnie są parą, hiszpańska młodzież z upodobaniem cytuje scenarzystów (tytułowe trzy metry nad niebem oznaczają bowiem stan pełnej ekscytacji czy nieskończonego szczęścia odczuwanych z powodu odnalezienia miłości życia), a kampania promocyjna sequelu była w Hiszpanii tak intensywna, że po pierwszej części spodziewałam się obfitości emocji lub po prostu przyjemnego filmu na wieczór z przyjaciółkami.
Niestety (i pomimo wysportowanych mężczyzn bez koszulek i natchnionych dziewcząt z problemami), film zamiast poruszyć wszystkie struny naszej uczuciowości, wzbudzał pusty śmiech niedowierzania.
A może jesteśmy już po prostu zupełnie zgorzkniałe?



fotografie: listal.com

16 sierpnia 2013

Serial: Zakazane Imperium

Nie da się ukryć, że od pewnego czasu stałam się wielbicielką seriali. Bez przesady, bo jednak najbardziej na świecie cenię filmy fabularne, ale jest kilka tytułów, które interesują mnie szczególnie i którym według mnie warto poświęcić trochę czasu. Ostatnio pisałam o serialu "Luther" (TUTAJ), a jeszcze wcześniej o znakomitym "House of Cards" (TUTAJ), "Dziewczynach" (TUTAJ), a także - z licealną melancholią - o "Skins" (TUTAJ). Nie mogę jednak nie wspomnieć o serialu, którego klimat, styl i bohaterowie niezmiennie mnie intrygują - to "Zakazane Imperium" ("Boardwalk Empire").


Dwoma czynnikami, które wpłynęły na to, że w ogóle zainteresowałam się tym serialem, są obsada oraz postać reżysera odpowiedzialnego za pierwszy odcinek. Pilota wyreżyserował bowiem mistrz Martin Scorsese (którego jestem bezkrytyczną psychofanką, chociaż przyznam, że musiałam do tego dorosnąć). Z kolei w główne role wciela się plejada znakomitych aktorów, wśród których warto wspomnieć nazwiska: Steve Buscemi, Michael Pitt (który wystąpił w jednym z moich ulubionych filmów muzycznych "Cal do szczęścia"), Michael ShannonMichael Stuhlbarg, Stephen Graham, czy Jack Huston. Brzmi nieźle, prawda?
Akcja serialu rozpoczyna się w 1920 roku i rozgrywa się głównie w Atlantic City, gdzie nieformalnym królem miasta jest skarbnik Nucky Thompson kontrolujący nie tylko sferę polityczną, ale również cały półświatek. Atlantic City zamienia się w centrum międzymiastowych gangsterskich układów, których siłą napędową staje się 18. poprawka do Konstytucji wyznaczająca okres prohibicji. "Zakazane Imperium" to nie tylko historia mafijnych i politycznych rozgrywek (bacznie obserwowanych również przez agentów federalnych). To jednocześnie portret przemian społeczno-obyczajowych (już w pierwszych odcinkach jednym z najważniejszych tematów jest prawo wyborcze dla kobiet) oraz siatka powiązanych ze sobą biografii gangsterów, polityków, ich kobiet i rodzin.


Akcja odcinków rozgrywa się niespiesznie, a związki pomiędzy bohaterami są dosyć skomplikowane, dlatego warto poświęcić temu serialowi w miarę możliwości maksimum uwagi (żeby przez przypadek nie uznać go za przykład czystej telewizyjnej nudy). 
Mam w tym serialu swoją ulubioną trójkę postaci. Nucky Thompson (Steve Buscemi) to pozornie chciwy tyran, a w głębi duszy całkiem wrażliwy i czarujący dżentelmen, który w pewnym momencie zaczyna tracić grunt pod stopami w imperium, które sam stworzył. Ważnym elementem jest również życie uczuciowe skarbnika, a sam Nucky został przez "Vanity Fair" okrzyknięty jedną z dziesięciu najlepiej ubranych postaci serialowych (obok, między innymi, Claire Underwood z "House of Cards"). 
Bardzo lubię też weterana wojennego-człowieka w masce, znakomitego snajpera Richarda, w którego wciela się Jack Huston. To według mnie jedna z najbardziej intrygujących postaci: oaza spokoju i uosobienie melancholii, skrywający jednocześnie tajemnicę, potrafiący przestraszyć i poruszyć jednocześnie.


Moją absolutnie ulubioną postacią w "Zakazanym imperium" jest jednak agent federalny Nelson Van Alden - według mnie to też jedna z najlepszych ról w dorobku Michaela Shannona. Walczący z prohibicją ultrakonserwatywny, nieco zdewociały i superpoważny Van Alden przechodzi w trakcie trwania serialu prawdziwie intrygującą przemianę.


Nie mogę przestać zachwycać się fantazją i dokładnością, z jaką twórcy serialu wykreowali świat "Zakazanego imperium". Miasta, samochody, kostiumy, wnętrza - to prawdziwe majstersztyki. Tak samo, jak błyskotliwe dialogi.
Nie pozostaje mi więc nic innego, jak powtórzenie, że naprawdę warto zainteresować się tym serialem, bo to jedna z najciekawszych, najbardziej precyzyjnych i błyskotliwych produkcji telewizyjnych ostatnich lat.


W serialu pojawia się oczywiście kilka ważnych postaci kobiecych. Aktorki wcielające się w te role (Paz de la Huerta, Aleksa Palladino, Gretchen Mol i Kelly Macdonaldwystąpiły w przepięknej sesji dla "Vanity Fair" - fotografowała świetna Ellen Von Unwerth, a cały materiał możecie zobaczyć TUTAJ.



fotografie: tumblr.com, listal.com, vanityfair.com

13 sierpnia 2013

Serial: Luther

John Luther (Idris Elba) jest detektywem pracującym w londyńskiej policji. Cechują go brawura, dosyć niekonwencjonalne podejście do ustalonych metod i, paradoksalnie, ogromna wrażliwość, z powodu której w najmniej odpowiednich momentach obnaża swoje słabe strony.
"Luther", ten mroczny i trzymający w napięciu thriller z miejsca trafił na moją osobistą listę absolutnie ulubionych seriali. Do tej pory cała historia zmieściła się w czternastu odcinkach podzielonych na trzy sezony i to również utwierdziło mnie w przekonaniu, że miniserial jest chyba jednak odrobinę lepszą formą, niż serial - przynajmniej dla mnie, osoby z trudem wczuwającej się w losy bohaterów przez jeden sezon (a co dopiero przez sześć czy dwanaście).


Bardzo podoba mi się struktura serialu: jego siłą napędową, a także pośrednią lub bezpośrednią przyczyną większości wydarzeń jest bez wątpienia John Luther. W każdym odcinku oglądamy więc po pierwsze kolejne postępowania mające na celu ujęcie groźnych przestępców - Johnowi partnerują, w zależności od sezonu i sytuacji, jego najlepszy przyjaciel Ian Reed (Steven Mackintosh), młody policjant Justin Ripley (Warren Brown) czy wyjątkowo tajemnicza Alice Morgan (Ruth Wilson).
Wszystkie epizody łączą również historie związane bezpośrednio z życiem prywatnym samego Johna Luthera, a jest to bohater na tyle fascynujący (i otacza go tyle intrygujących osób), że jego bardziej osobiste wątki są równie emocjonujące, co najbardziej wymyślne zbrodnie.
Wiem, że to wszystko brzmi bardzo enigmatycznie, ale staram się uniknąć spojlerów. Wszystko, co piszę ma na celu jednak utwierdzenie Was w przekonaniu - jeśli jeszcze nie znacie tego serialu - że "Luther" to prawdopodobnie jedna z najciekawszych serialowych propozycji, nie tylko w kategorii "kryminał".


Na początku tytułowa postać trochę mnie irytowała - John Luther jest bowiem totalnym samcem Alfa, londyńskim superbohaterem i nieustraszonym herosem jednocześnie, i właśnie ta jego śmiałość godna Williama Wallace'a wydawała mi się być drażniąca. 
Teraz jednak myślę, że to jedna z jego największych zalet i cecha, która odróżnia go od całej rzeszy (nierzadko równie oryginalnych) bohaterów współczesnych seriali.
Ogromna w tym zasługa, oczywiście, odtwórcy głównej roli - Idris Elba za kreację w "Lutherze" zdobył Złoty Glob.



Kim jest Idris Elba?
Pochodzący z Anglii Elba jest nie tylko aktorem, ale również muzykiem oraz DJem.
Daily Mail napisał o nim:
"Niewielu jest mężczyzn, którzy mogą spędzić kilka godzin całując się z Beyoncé  a później usiąść z boku i delektować się drinkiem w towarzystwie jej męża, Jay'a-Z" - Elba zagrał z Beyoncé w thrillerze "Obsesja", a dwa lata wcześniej współpracował z Jayem-Z przy nagrywaniu albumu "American Gangster". Aktor dodaje: - "o wiele bardziej stresujące były sceny z Catherine Deneuve. To był najbardziej przerażający ekranowy pocałunek (w filmie "Moja piękna teściowa" w 1999 roku). Byłem jak sparaliżowany, przecież ta kobieta jest legendą".
Kilkanaście lat później to Idris Elba powoli staje się legendą ze swoją trudną drogą na szczyt (zanim został jednym z najbardziej pożądanych aktorów swojego pokolenia, spędził wiele lat pracując w barach, nocnych klubach i fabrykach) oraz czarującą osobowością, dzięki której jest bohaterem niezliczonej ilości towarzyskich anegdot: o tym, że na pewnym obiedzie w Białym Domu Barack Obama osobiście poprosił go, by siadł obok niego, o tym, że Anna Wintour, wielka fanka serialu "Luther", ochoczo do niego mailuje, Daniel Craig wyznaczył go na kolejnego Bonda i że jest ulubieńcem folkowych chłopców z zespołu Mumford & Sons (Elba wystąpił nawet w teledysku do ich utworu "Lover of the Light" - LINK).

fot. Nigel Parry dla "Vanity Fair"

Przełomem w karierze Elby było bez wątpienia wystąpienie w serialu "The Wire" (nazywanym czasami najwybitniejszym serialem w historii). Natomiast w listopadzie swoją premierę będzie miał film "Mandela: long walk to freedom" w reżyserii Justina Chadwicka ("Kochanice Króla"). Idris Elba zagrał w nim oczywiście tytułową rolę.

fotografie: tumblr.com, listal.com

7 sierpnia 2013

Filmowe Odkrycia Lipca

Nie zawsze mam wystarczająco dużo czasu na to, by wyczerpująco opisać Wam filmy, które oglądam lub te, które mnie z jakiegoś powodu zachwyciły, zaintrygowały lub chociaż zaciekawiły.
Dlatego na początku każdego miesiąca będę dzieliła się z Wami moimi filmowymi (i okołofilmowymi!) olśnieniami minionych trzydziestu dni. 
Mam nadzieję, że moje krótkie opisy zainspirują Was do seansów (i lektury).

Lipiec 2013

film: "Zeszłej nocy", reż. Massy Tadjedin, 2010


Jest to jeden z filmów, w których pozornie nic się nie dzieje: czwórka bohaterów, niewiele wnętrz, niespieszne tempo... i właśnie takie filmy lubię szczególnie, ponieważ to, co uwodzi w nich najbardziej to wciągająca gra emocji i uczuć.

Joanna (Keira Knightley) i Michael (Sam Worthington) są młodym (i tak, tak - bardzo atrakcyjnym) małżeństwem. Pewna noc, podczas której Joanna spotka swojego dawnego ukochanego Alexa (Guillaume Canet), a którą Michael spędzi ze swoją koleżanką z pracy, ponętną Laurą (Eva Mendes), podda w wątpliwość to, co łączyło ich do tej pory. 


Największymi atutami tego filmu są bez wątpienia jego kameralny klimat oraz aktorzy, którzy zostali prześwietnie dobrani do swoich ról (dzięki "Zeszłej nocy" ostatecznie przekonałam się do Keiry Knightley, a Guillaume Canet gra samym spojrzeniem porywająco jak nikt inny).

Jeśli znacie podobne filmy (mi przychodzą na myśl na przykład "Rozmowa z gwiazdą", "Like Crazy", "Zakochać się" czy "Restless"), koniecznie mi o nich napiszcie! 


film: "The Deep Blue Sea", reż. Terence Davies, 2011


Film Terrence'a Davisa to czysta filmowa melancholia, w której historia spełnia raczej drugorzędną rolę: żona sędziego (Rachel Weisz) wdaje się w pełen pasji romans z pilotem sił powietrznych (Tom Hiddleston), który okazuje się być natomiast czystą destrukcją. 

Mam wrażenie, że to obraz, który wymaga naprawdę szczególnej atmosfery seansu - zaburzona chronologia i bardzo duży ładunek naprawdę intymnych, niełatwych emocji, a także miejscami teatralne aktorstwo sprawiają, że może wydawać się on dosyć trudny w odbiorze, podczas gdy z drugiej strony te cechy sprawiają, że "The Deep Blue Sea" jest tak wyjątkowy.


To również film, dzięki któremu chcę poznać resztę ról Toma Hiddlestone'a, a Rachel Weisz jest w nim wprost zachwycająca.


książka: Jan Jakub Kolski, "Kulka z chleba", 1998


To jest najbardziej osobiste odkrycie i na pewno sami macie wiele podobnych, swoich własnych - ja czytając "Kulkę z chleba" przekonałam się, że mój ulubiony polski reżyser, Jan Jakub Kolski, jest artystą totalnym i uwielbiam to, że mogę nie tylko z zamiłowaniem oglądać jego filmy, ale również czytać jego książki. Tą pierwszą zachwyciłam się od pierwszych stron.
W swojej debiutanckiej powieści Kolski przenosi się znów w rejony znane chociażby z filmów "Jańcio Wodnik", "Pograbek" czy "Historia Kina w Popielawach"Można odnaleźć w niej nie tylko silne fascynacje realizmem magicznym Gabriela Garcii Marqueza, ale także spotkać samego kolumbijskiego pisarza pod postacią jednego z bohaterów. "Kulka z chleba" to powieść metaliteracka, przepiękna rozprawa o byciu pisarzem i o zmaganiu się z przeszłością - nie tylko własną, ale także kreowanego, powieściowego świata.
Już nie mogę doczekać się przeczytania kolejnej powieści Kolskiego (a także następnego filmu reżysera, o ostatnim, "Zabić bobra", pisałam TUTAJ).

fotografie: listal.com