17 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 2.

tekst pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, cały magazyn do poczytania TUTAJ.


Młodość kochająca

Miłość młodzieńczych lat często bywa cukierkowa i superspontaniczna, nie wtedy jednak, gdy się jest niezbyt popularnym chłopcem mieszkającym w niewielkim, nudnym miasteczku. Taki właśnie jest Olivier Tate (Craig Roberts), bohater „Mojej łodzi podwodnej” w reżyserii Richarda Ayoade. Olivier jest szaleńczo zakochany w Jordanie (Yasmin Paige), dziewczynie w czerwonym płaszczu, której ignorancja popycha go do najbardziej szalonych czynów, jak dokuczanie jeszcze mniej popularnej koleżance.


Mimo uprzedniego braku zainteresowania ze strony dziewczyny idealnej i wiszącej nad nim wizji rozwodu rodziców (Sally Hawkins i Noah Taylor), Olivier czuje, że ma moc. Chłopak jest bowiem nie tylko nieznośnie wszystkowiedzącym erudytą, ale także swoim własnym psychoterapeutą i nieustannie analizuje swoje życie, jakby było podstawą ekscytującego, złożonego scenariusza filmowego. Film Ayoadego to przede wszystkim uczta dla oczu. Wymyślne, stylowe zabiegi wizualne przesłaniają tu nieco historię, która rozgrywa się niespiesznie, a jednak wzbudza dla bohatera sporo zrozumienia i równie dużo sympatii.


Na znacznie bardziej bolesnym biegunie rzeczywistości usytuować można historię związku Anny i Jacoba, o której opowiada przepiękny stylistycznie film „Like Crazy” Drake’a Doremusa. Ona jest Brytyjką. Podczas studiów w USA poznaje pewnego Amerykanina, zakochuje się bez pamięci. Ich związek jest pełen namiętności, pasji, zrozumienia, ognia. Do pełni szczęścia potrzeba Annie tylko wizy, która pozwoliłaby jej na stały pobyt w kraju ukochanego. Jej lekkomyślność sprawia jednak, że sprawy formalne komplikują się, zdobycie upragnionego pozwolenia może trwać nawet kilka lat, a idea związku na odległość dla obojga zmienia się w koszmar. 


Z jednej strony chcą utrzymać tę miłość, z drugiej: każde z nich pragnie zdobyć swoją małą, prywatną stabilizację i samorealizację. Jest w tym obrazie coś, co elektryzuje i prawdopodobnie ogromna w tym zasługa odtwórców głównych ról. Prześliczna Felicity Jones (znana z „Zakochanego głupca” czy „Powrotu do Brideshead”) daje swojej bohaterce energię, upór, spontaniczność i naturalność, natomiast Anton Yelchin („Zakochany Nowy Jork”, „Star Trek”) jako Jacob jest nieco bardziej powściągliwy, bohater mocno stąpa po ziemi, ale jego uczucie wydaje się być równie mocne. 


Klimat filmu jest niewiarygodnie urzekający. Sposób pokazania miejsc, montaż budujący dramaturgię, autentyczność uczuć i ujęcie tematu: szczere, bez przesady, ale i bez lukru – to wszystko buduje nieco nieprawdopodobną, ale jednocześnie bardzo ujmującą historię. Bardzo młody reżyser nie czaruje widzów wizjami miłości bez skazy, a jego film z pewnością nie jest przepisem na ideał związku na odległość.


Miłość (o ile miłością nazwać można uczucie z kolejnego filmu!) międzypokoleniowa jest jednym z tematów filmu „Ghost World” Terry’ego Zwigoffa zrealizowanego na podstawie komiksu Daniela Clowesa. Enid (Thora Birch) jest nastoletnią ekscentryczką. Uwielbia alternatywną muzykę, dziwaczne układy taneczne i garażowe wyprzedaże. Jest również zupełnie nieprzystosowana do rzeczywistości. Nie potrafi poradzić sobie z ułożeniem życia zawodowego, ponadto pewnego dnia poznaje Seymoura (Steve Buscemi), co już zupełnie wywróci jej świat do góry nogami. 


Pojawienie się mężczyzny w życiu nastolatki jest wynikiem dosyć okrutnego żartu z jego ogłoszenia matrymonialnego, jednak Seymour fascynuje Enid na tyle mocno, że postanawia się z nim zaprzyjaźnić. Międzypokoleniowe uczucie w „Ghost World” nie jest zakazanym owocem. Bohaterowie, oboje dosyć dziwni, nie do końca rozumiani przez otoczenie, o intrygujących, ale niszowych pasjach w swojej relacji chcą znaleźć prawdziwą bratnią duszę. Niestety, w zawieraniu przyjaźni (nie mówiąc o wchodzeniu w związki!) dziewczyna także nie jest szczególnie mocna… 


W filmie Zwigoffa młodość ukazana jest jako zbiór kontrastujących postaw. Enid jest niesubordynowana w każdej możliwej dziedzinie życia (nie tylko w sferze uczuć, ale także w pracy), natomiast jej przyjaciółka, Rebecca (Scarlett Johansson), bardzo konsekwentnie i z dużą odpowiedzialnością realizuje swój plan wkroczenia w dorosłość.



ciąg dalszy nastąpi...

fotografie: listal.com, allmoviephoto.com

16 grudnia 2012

Młodość na pierwszym planie, część 1.


Niesamowicie cieszy mnie fakt, że w kinie młodość to nie tylko high school i udawane miłostki. Już od dawna jest ona w filmach pełnoprawną bohaterką, o której można napisać bardzo wiele, a ja chcę pokazać kilka bardzo inspirujących portretów młodości, która zachwyca, niepokoi, intryguje i wzrusza.

tekst pojawił się w 5. numerze Shot Magazine, cały magazyn do poczytania TUTAJ.

fot. Bob Willoughby

Młodość poszukująca

W 1964 roku Paul Simon napisał przepiękną piosenkę o dźwiękach ciszy. Muzyk chciał tym utworem upamiętnić mający miejsce rok wcześniej zamach na J. F. Kennedy’ego, więc wraz z Artem Garfunkelem nagrał kawałek „Sound of Silence”, który nie tylko przyniósł duetowi Simon & Garfunkel międzynarodową popularność, ale trzy lata później pojawił się w filmie, który do dzisiaj jest jednym z najważniejszych obrazów o dekadencji i niepokojach młodzieńczych lat, czyli „Absolwencie” Mike’a Nicholsa


Tytułowy bohater, Benjamin Braddock (przełomowa rola Dustina Hoffmana), właśnie skończył studia. Wraca do domu, by pochwalić się wszystkim wspaniałym dyplomem i zastanowić nad swoją przyszłością. Zamiast tego, nieśmiały Benjamin poznaje znajomą swoich rodziców, panią Robinson (Anne Bancroft). Wątpliwy moralnie (biorąc pod uwagę czas akcji i to, że kobieta jest mężatką, a jej córka - niemal rówieśniczką Benjamina) romans młodego chłopaka z dużo starszą od niego kobietą jest jedynie jedną z możliwych ścieżek, według których można śledzić ten film. Nie bez znaczenia staje się tu bowiem wątek apatii, który ogarnia młodego chłopaka. Mimo znakomitych wyników na uczelni Benjamin z coraz większym niesmakiem zdaje sobie sprawę z tego, że z uniwersytetu nie przywiózł ze sobą niczego, co tak naprawdę mogłoby go pochłonąć chociaż na tyle, by związać z tym swoje życie. 

fot. Bob Willoughby

„Absolwent” jest też przenikliwym zapisem przemian obyczajowych zachodzących w amerykańskim społeczeństwie. Reżyser Mike Nichols zdaje się jakby ignorować rodzący się ruch hippisowski i przyjmuje punkt widzenia mieszkańców przedmieść amerykańskich miast, gdzie bohaterem zbiorowym staje się znudzona i pełna hipokryzji klasa średnia. Dzięki kapitalnemu montażowi i świetnym zdjęciom film ma w sobie również niepodważalne walory artystyczne i na stałe wpisał w się w kanon filmów kultowych, nie tracąc wiele ze swojej aktualności pomimo upływu czasu.

fot. Bob Willoughby

Poszukiwanie swojego miejsca na Ziemi to również jeden z tematów filmu „Restless” Gusa Van Santa, czyli refleksyjnej historii miłosnej między nieuleczalnie chorą dziewczyną i chłopcem, który po śmierci rodziców ukojenie znajduje w przyjaźni z duchem japońskiego kamikaze i chodzeniu na pogrzeby. Oniryczna poetyka filmu równoważy przejmująco smutną tematykę i naprawdę może zachwycić. Największymi zaletami obrazu są oryginalny scenariusz i detale, jak styl ubierania głównej bohaterki i jej zamiłowanie do ornitologii, które przepięknie tworzą klimat. A Mia Wasikowska i Henry Hopper zagrali dwie bardzo złożone, dojrzałe i świetnie zagrane role. 


Van Sant bardzo młodych ludzi czyni bohaterami większości swoich filmów, przez co uważany jest za czołowego młodzieżowego psychologa współczesnego kina. W „Słoniu” opowiadał o wydarzeniach, które miały miejsce w 1999 roku w szkole średniej Columbine (z tymi samymi zdarzeniami rozliczał się także Michael Moore w swoich „Zabawach z bronią”), czyli zamachu, którego dokonało dwóch uczniów szkoły: używając zakupionej w Internecie broni zabili dwunastu swoich rówieśników i jednego nauczyciela. Film Van Santa, bardzo oszczędny w środkach, brawurowo zagrany (i w pewnej części zaimprowizowany) przez amatorów to bardzo dramatyczny głos w wielkiej dyskusji na temat przemocy wśród młodzieży. 


Jego „Paranoid Park” jest z kolei filmową refleksją na temat winy i kary, w której chaotyczny montaż odzwierciedla wewnętrzny niepokój głównego bohatera, marzącego o tym, by móc oddawać się swojej największej pasji – jeździe na deskorolce. Tymczasem Alex przypadkowo bierze udział w morderstwie, a jego dziewczyna myśli tylko o seksie (obraz ich wspólnej inicjacji to jedna z najładniejszych miłosnych scen ostatnich lat!) – chłopak próbuje uporać się z problemami i ocenić ich wagę pisząc intymny dziennik.


Początek lat 90. upłynął u Van Santa pod znakiem „Mojego własnego Idaho”. Film był swobodną adaptacją części I i II „Henryka IV” Williama Szekspira (który figuruje w napisach jako autor dialogów dodatkowych). Homoerotyczna opowieść przyniosła dobre role Rivera Phoenixa (który zmarł w 18 miesięcy po premierze filmu) i Keanu Reevesa. „Vogue” pisał wtedy, że „Moje własne Idaho” wnosi „ożywczy powiew świeżości, sprzeciwiając się zasadzie, zgodnie z którą młodzi bohaterowie powinni padać w ramiona zdeklarowanych homoseksualistów”. Magazyn dodał również, nie mogąc oprzeć się plotkom, że Reeves i Phoenix zamieszkali w domu Van Santa, który zamienili w imprezownię. Atmosfera nieustannej hulanki była tak oszałamiająca, że Van Sant zmuszony był się wyprowadzić”


ciąg dalszy nastąpi...

fotografie: listal.com, willoughbyphotos.com

15 grudnia 2012

Mądrość i seks


reż. Madonna
scen. Madonna, Dan Cadan
2008

Recenzja ukazała się w najnowszym numerze Shot Magazine (tym razem wydanego tylko online). Cały magazyn możecie przeczytać TUTAJ.


Madonna nie jest najlepszą aktorką. Osiem Złotych Malin (między innymi za role w filmach „Rejs w nieznane”, „Śmierć nadejdzie jutro”, „Sidła miłości” czy „Układ prawie idealny”) wydaje się być idealnym komentarzem, a jednak Madonna jest też mistrzynią nie tylko skandali, ale i zaskoczeń. Artystka ma bowiem na swoim koncie Złoty Glob za rolę Evity Perón w filmowej biografii żony prezydenta Argentyny, a reżyser Alan Parker pozwolił Madonnie stworzyć kreację kobiety silnej, niezależnej, charyzmatycznej i fantastycznie inspirującej. Madonna nie jest też najlepszą reżyserką. Jednak w jej debiutanckim obrazie „Mądrość i seks” odnajdziemy kilka elementów, które intrygują, dają się lubić i dla nich warto obejrzeć ten film.


Juliette, Holly i A.K. mieszkają razem w londyńskim mieszkaniu. Każdy z nich na swój własny i dość niepowtarzalny sposób stara się zmierzyć z rzeczywistością: Juliette (Vicky McClure) jest uzależniona od leków. Pracuje w aptece, ale czuje, że jej prawdziwym powołaniem jest pomaganie potrzebującym w krajach Trzeciego Świata. Ponadto boryka się nie tylko z problemami rodzinnymi, ale i nieustannie musi odpierać zainteresowanie żonatego szefa. Holly (Holly Weston) marzy o karierze baletnicy, ale by zarobić na życie, postanawia zostać striptizerką. 


Zakochany w niej A.K. (rewelacyjny Eugene Hütz, wokalista zespołu Gogol Bordello, który już wcześniej w filmie „Wszystko jest iluminacją” pokazał, że jest wprost stworzony dla kina!) jest frontmanem kapeli punk-rockowej, ale zarabia spełniając sadomasochistyczne fantazje znudzonych pożyciem małżeńskim mężczyzn. A.K. opiekuje się także sąsiadem: niewidomym profesorem Flynnem, w którego wcielił się Richard E. Grant i jego rola jest prawdziwym diamentem. Mężczyzna, którego geniusz leży przykryty grubą warstwą kurzu fascynuje młodego chłopaka, a sama rola przypomina mi inną fantastyczną postać, którą stworzyć Richard E. Grant, czyli tytułowego bohatera z filmu „Withnail i ja” Bruce’a Robinsona. Profesor Flynn jest niejako starszą wersją Withnaila. W filmie z 1987 roku bohater to dekadencki student, który marzy o karierze aktorskiej, w „Mądrości i seksie” zyskuje dojrzałość, talent pisarski i, ostatecznie, wielką desperację oraz absolutny brak woli życia.


Świetna muzyka, dzikość i mieszanka wybuchowa dziwacznych pomysłów dały film, który należy potraktować z przymrużeniem oka, ale jednocześnie warto spróbować zrozumieć bohaterów, których problemy, mimo że nieco ekscentryczne, pokazują pewien wachlarz niepokojów młodości. 
Ponadto, w charakterystyczny dla siebie i nieco nazbyt ekshibicjonistyczny sposób, Madonna rozlicza się w filmie z własnej przeszłości. Fani mogą odnaleźć w nim nie tylko tytułowe mądrość i seks, ale i dodatkową przyjemność z odnajdywania podczas seansu inspiracji pochodzących z jej barwnej biografii i kariery artystycznej. 


fotografie: allmoviephoto.com, hotflick.net

14 grudnia 2012

Full Metal Jacket


reż. Stanley  Kubrick
scen. Michael HerrStanley  Kubrick, Gustav Hasford
1987


Filmowy wizerunek wojny w Wietnamie jest dla mnie tematem absolutnie fascynującym (pisałam już o tym nawet dawno temu TU, TU i TU). Zdecydowanie zbyt długo czekałam z obejrzeniem "Full Metal Jacket" Stanley'a Kubricka, bo to wprost genialny film (obok "Hair" Milosa Formana, jeden z najlepszych filmów antywojennych w historii).


Film Kubricka podzielony jest na dwie części. Pierwsza z nich to groteskowy, a jednak prawdopodobnie bardzo prawdziwy (przez co absolutnie przerażający) obraz szkolenia przyszłych marines, mającego zamienić młodych rekrutów w maszynki do zabijania. Klaustrofobiczność koszar, wyniszczające ćwiczenia i terror psychiczny to codzienność rzeczywistości, w której muszą (a zarazem kompletnie nie potrafią!) żyć szeregowi Joker i Pyle. To jednocześnie koncert brawurowego aktorstwa, w którym pierwsze skrzypce grają R. Lee Ermey w genialnej roli despotycznego sierżanta Hartmana oraz Vincent D'Onofrio (który do roli przytył 32 kilogramy) jako sfiksowany Pyle i Matthew Modine jako Joker.


Drugą część stanowi mroczna wędrówka Jokera, który zostaje korespondentem wojennym, oraz jego towarzysza Raftermana z bazy marines w Da Nang do Miasta Hue. I tutaj Kubrick serwuje nam z serię powiązanych ze sobą scen, które są dla mnie idealnym filmowym opisem nie tylko charakteru samej wojny, ale i osób, które brały (czy raczej musiały brać) w niej udział, a także interesującą (chociaż nie tak brutalną jak w "Łowcy jeleni" Michaela Cimino czy "Czasie Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli) wiwisekcją stosunków pomiędzy Amerykanami a Wietnamczykami: zarówno wojskiem, jak i ludnością cywilną. 


Joker z obserwatora z pacyfką wpiętą w klapę munduru staje się czynnym uczestnikiem wydarzeń. Warto zwrócić szczególną uwagę na sekwencję z ekipą filmową i surrealistyczne połączenie wypowiedzi żołnierzy (tzw. setek), którzy patrząc prosto w kamerę dzielą się swoimi odczuciami i opiniami na temat sytuacji, w której się znaleźli (jak również samej wojny).


To, jak na razie, mój ulubiony film z filmografii Stanley'a Kubricka (tuż za nim na podium plasują się "Mechaniczna Pomarańcza", a następnie "Doktor Strangelove" ex aequo z "Barrym Lyndonem").

A Wy lubicie filmy tego reżysera?
Który z nich najbardziej przypadł Wam do gustu?

9 grudnia 2012

Pokłosie


reż. Władysław Pasikowski
scen. Władysław Pasikowski 
2012


Franciszek Kalina (Ireneusz Czop) przyjeżdża do swojej rodzinnej wsi po dwudziestu latach pobytu w Chicago. Bardzo szybko okazuje się, że jego brat, niedawno porzucony przez rodzinę Józek (Maciej Stuhr) jest ofiarą zbiorowego linczu całej wiejskiej społeczności. Układając te puzzle w jedną, coraz bardziej przerażającą całość Franek przekonuje się, że Józek prowadzi swoją niewygodną dla wszystkich jednoosobową wojnę, a we wsi, w której się wychowali widmo śmierci jest silniejsze i bardziej bolesne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać (a także, ile jest osób, którzy świadomość o tym, co się wydarzyło stara się wyprzeć z pamięci).


Przede wszystkim Władysław Pasikowski po raz kolejny udowadnia, że jest znakomitym twórcą mrocznych, niepokojących kryminałów. Muzyka Jana Duszyńskiego potęguje ciężki i gęsty klimat opowieści, która obudowana jest mistrzowsko stopniowanym napięciem.
Po drugie, reżyser po raz kolejny łamie pewne społeczne (czy może raczej społeczno-historyczne) tabu. Według mnie, zupełnie słusznie.


Po wyjściu z sali kinowej usłyszałam rozmowę dwóch dziewcząt, które upewniały się nawzajem w przekonaniu, że wydarzenia o których opowiada film (czyli, mówiąc krótko, wkład Polaków w Holocaust), z pewnością nigdy nie miały miejsca ("W Polsce bywały różne przejawy antysemityzmu, ale przecież nie aż takie" - powiedziała jedna z dziewcząt. - "To wszystko wyobraźnia reżysera, chociaż muszę sobie jeszcze doczytać" - dodała druga). I chociażby dlatego uważam, że to film naprawdę ważny. Być może rozbudzi (o ile jeszcze nie rozbudził!) przynajmniej ciekawość do tego, by rzeczywiście sprawdzić, doczytać i zaakceptować historię.


Tym bardziej boli mnie nagonka, jaka rozpętała się wokół zarówno  Władysława Pasikowskiego (autora słynnych "Psów" - W 1992 roku reżyser rozliczał się z polską rzeczywistością po upadku komunizmu bezkompromisowo przedstawiając punkt widzenia byłych funkcjonariuszy UB), jak i odtwórcy jednej z głównych ról, Macieja Stuhra (kontekst możecie złapać na przykład TUTAJ), jakby artyści zszargali najwyższą, niepodważalną świętość. 
Poza tym - co podkreśla wielu recenzentów - podobne reakcje na film prowokują do dyskusji, jak wiele może pokazać film rozumiany w kategorii dzieła sztuki i jak (jeżeli w ogóle) należy oceniać jego treść.


Na koniec warto podkreślić, że zarówno Maciej Stuhr (konsekwentnie udowadniający ("Obława"!), że jest świetnym i  przede wszystkim wszechstronnym aktorem) jak Ireneusz Czop stworzyli bardzo dobre role na wysokim poziomie emocjonalnym. Na drugim planie pojawiła się w filmie cała plejada świetnych aktorów, między innymi legendarny Jerzy Radziwiłowicz jako proboszcz, jedyny wspierający braci, Andrzej Mastalerz jako czyhający na jego odejście młody, zacietrzewiony w swoim wspieraniu rozjuszonego tłumu wikary, a także Zbigniew Zamachowski, (wspaniała!) Danuta Szaflarska, Ryszard Ronczewski i Wojciech Zieliński.


fotografie: wyborcza.pl, film.dziennik.pl.

8 grudnia 2012

Atlas Chmur


reż. Lana Wachowski, Andy Wachowski, Tom Tykwer
scen. Lana Wachowski, Andy Wachowski, Tom Tykwer
2012


Twórcy filmu - Tom Tykwer i rodzeństwo Wachowskich - zaproponowali bardzo różnorodną estetycznie i klimatycznie podróż po kilku czasoprzestrzeniach powiązanych ze sobą w niesamowicie finezyjny sposób. "Atlas Chmur" to wciągający, wielobarwny patchwork skomponowany z sekwencji melodramatycznych, futurystycznych (i antyutopijnych jednocześnie!), sensacyjnych, a nawet komediowych.


Najbardziej imponujące wydało mi się to, jak w każdej z historii zaprezentowana została koncepcja moralności. Różnice czasowe, kulturowe czy wynikające z charakterów konkretnych postaci prezentują (i tłumaczą!) kompletnie sprzeczne postawy moralne i etyczne (mamy więc świat, w którym najważniejszy jest honor i wierność rodzinie, świat, gdzie pieniądze są ważniejsze, niż życie drugiej osoby oraz czasoprzestrzeń, w której źródłem nietolerancji jest pochodzenie - naturalne bądź będące pod wpływem ingerencji zdobyczy genetyki).


Równie mocno w filmie fascynuje sama koncepcja istnienia mnogości czasoprzestrzeni (trwających jednocześnie, ale nie tylko), jakie mogą mieć na siebie nawzajem bardzo silny wpływ. Ta gra została podkreślona przez reżyserów przypisaniem wielu ról (rozgrywających się w różnych czasoprzestrzeniach) konkretnemu aktorowi.


I dlatego (rewelacyjny!) Tom Hanks gra tutaj (między innymi) zarówno żądnego bogactw lekarza, nieobliczalnego pisarza jak i honorowego Isaaca - człowieka lasu. Halle Berry jest i dociekliwą dziennikarką i magiczną Jocastą. Jim Sturgess wciela się w rolę impulsywnego Szkota, w zapalonego przeciwnika niewolnictwa, jak i uwikłanego w polityczne rozgrywki Hae-Joo z mrocznej przyszłości. (cudowny) Jim Broadbent jest i sprytnym, ale poczciwym wydawcą, i chmurnym kapitanem, Ben Whishaw to zarówno wybitnie utalentowany kompozytor Robert Frobisher, jak i ... zafascynowany jego dziełami hippis pracujący w sklepie z winylami. 
Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, wszyscy są w swoich rolach autentycznie wspaniale obsadzeni.


To oczywiście jedynie część ról i obsady w ogóle, ale muszę podkreślić, że moje szczególne uznanie wzbudził Hugh Grant - aktor, którego uwielbiam za czar, który daje brytyjskim komediom (głównie romantycznym) oraz klasę, jaką pokazywał niejednokrotnie w filmach kostiumowych. Obsadzenie go w roli bestialskiego wodza Kony (tuż obok innych postaci, takich jak obłudny pracownik koncernu energetycznego czy jasnowidz) było strzałem w dziesiątkę i pokazało, że Hugh Grant ma w sobie również dzikość oraz negatywne emocje i umie pokazać je na ekranie.


"Atlas Chmur" to epickie widowisko z porywającą muzyką, wspaniałą scenografią i charakteryzacją oraz intrygującym scenariuszem, który, chociaż niepozbawiony hollywoodzkich schematów, wciąga i pozostawia uczucie przeżycia pewnej czarującej, refleksyjnej przygody.


PS. Straciłam chyba ostatnio zapał do pisania recenzji. Znacznie większą frajdę sprawiają mi analizy jakichś elementów czy filmowych motywów. Ale postaram się zachować na blogu względną równowagę :)

fotografie: listal.com

4 grudnia 2012

Banalna przemoc Quentina Tarantino


Dzisiaj chciałam opowiedzieć Wam kilka słów o tym, czym zajmowałam się przez sporą część minionego tygodnia...
Niegdyś w kinie akty okrucieństwa obudowane były całym repertuarem konwencji i rytuałów, a śmierć czy brutalność wzbudzała strach, przykrość lub - w sytuacjach skrajnych - fascynację. Teraz coraz częściej śmierć, odarta z tabu, staje się podstawą parodystycznych czy groteskowych sytuacji bądź wręcz filmowego żartuQuentin Tarantino jest natomiast jednym z pierwszych reżyserów filmowych, którzy zdecydowali się przedstawić śmierć w sytuacji komicznej.


W artykule „Śmieszna gra w zabijanie” ("Didaskalia" 51-52, 2002) Rafał Syska pisze, że „Śmierć w filmach Quentina Tarantino traci charakterystyczną dla klasycznego kina funkcję logicznego i efektownego zwieńczenia sceny, kulminacji ciągu agresywnych czynów. Pojawia się w sytuacjach nieoczekiwanych, pozornie niegroźnych dla bohatera”.


Dzieje się tak na przykład w słynnej scenie z „Pulp Fiction”, w której Vincent (John Travolta) i Jules (Samuel L. Jackson) jadą samochodem. Na tylnym siedzeniu przewożą Marvina, członka konkurencyjnego gangu. Ich komiczna rozmowa zdaje się być jedynie przerywnikiem akcji, rozładowaniem napięcia poprzedniej (pełnej okrucieństwa) sceny. Podobne sytuacje mają na celu umożliwienie widzowi odpoczynku przed kolejnymi, równie agresywnymi scenami, Tarantino jednak zdaje się ignorować tę zasadę i pogwałca ją w niespotykanie brutalny i jednocześnie superkomiczny sposób: przypadkowy wstrząs samochodu powoduje wystrzał z pistoletu Vincenta, który zabija znajdującego się na tylnym siedzeniu Marvina.


Rafał Syska tłumaczy, że „Śmierć Marvina, niezgodna z filmowymi konwencjami, jest bardziej rzeczywista, prawdziwa”. Jednocześnie, publiczność reagująca na tę scenę śmiechem potwierdza, iż czuje się zaniepokojona. W ten sposób widz maskuje szok i uczucia, które mogą kłócić się z jego poczuciem moralności.


Ponadto, na co również zwraca uwagę autor tekstu „Śmieszna gra w zabijanie”nierzadko napastnicy i ofiary zamieniają się miejscami. Według samego Tarantino, jest to podobna gra do tej, którą on prowadzi z widzem: zainscenizowane w jego filmach sceny przemocy stają się dla widza rodzajem pułapki - aktem sadystycznego znęcania się nad odbiorcą tak, jak w debiutanckim filmie reżysera, „Wściekłych psach”, gdy przywiązany do krzesła, okrutnie torturowany policjant zostaje w ostatniej chwili uratowany przez (również będącego w stanie agonii) Pana Pomarańczowego (Tim Roth). Ten gest zostaje przez widza przyjęty z uczuciem ulgi, jednak ocalony policjant chwilę później zostaje zastrzelony przez innego gangstera.


„Śmierć w filmach Tarantina jest zdesakralizowana, sprofanowana i śmieszna (...) nie wywołuje wyrzutów sumienia, nie zmusza do stawiania pytań o moralność czy aspekt transcendentny” - pisze Syska. Możemy powiedzieć więc, że to, co do tej pory było obrazem okrucieństwa, wzbudzającym w widzu strach czy moralnie uwarunkowany psychiczny dyskomfort, przeszło zupełną metamorfozę. W kinie postmodernistycznym przemoc podkreśla zobojętnienie współczesnego świata na przemoc i okrucieństwo, a także obnaża fascynację przemocą, która bez wątpienia uznawana jest za zjawisko dewiacyjne. Co więcej, sytuuje widza w roli podglądacza, wzbudza dyskomfort, o którym przekonujemy się dopiero po zakończonym seansie.

A Wy jakie macie odczucia po seansach filmów Quentina Tarantino?


PS. Więcej informacji znajdziecie w tekście (z którego korzystałam):

Rafał SyskaŚmieszna gra w zabijanie, "Didaskalia" 51-52 (2002).
a ciekawym kontekstem może być również film:

"Videodrome", reż. David Cronenberg


fotografie: listal.com

2 grudnia 2012

La casa de mi padre

reż. Matt Piedmont
scen. Andrew Steele
2012


Armando Alvarez (Will Ferrell) nie jest specjalnie inteligentny, ale ma bardzo silne (iście gauczowskie!) poczucie przynależności do ziemi, wierności rodzinie i bezkompromisowej sprawiedliwości. Tym bardziej boli go to, że ojciec bardziej faworyzuje jego powiązanego z kartelem narkotykowym brata, Raula (Diego Luna). Losy braci splatają się z innym bossem meksykańskiej mafii narkotykowej, Onzą (Gael Garcia Bernal) i piękną Sofią (Genesis Rodriguez), co wyzwoli w Armando wielkie pokłady odwagi i sprowokuje walkę na śmierć i życie o miłość i pokój na ranczu. 


"Casa de mi padre" to stuprocentowa parodia. Bawiłam się na tym filmie prześwietnie, bo to obraz, który w całkiem błyskotliwy (chociaż nie do końca superoryginalny!) sposób prześmiewa sposób pokazania tradycji i kultury krajów Ameryki Łacińskiej (tutaj: w szczególności Meksyku) w ich telenowelach.
Co więc mamy?

1. Walkę dobra ze złem, w której (przy pomocy sił nadprzyrodzonych...) wygrają jedynie krystalicznie czyści bohaterowie, zyskując jednocześnie miłość swojego życia i wieczny spokój.


2. Teatralne dialogi, banalizację śmierci - więcej się tu mówi, niż robi, ale jednocześnie nikt nie ma tu ani poczucia moralności, ani wyrzutów sumienia.

3. Wizerunek Amerykanów w kinie hiszpańskojęzycznym (lub w ogóle: mówiący po hiszpańsku) oraz ich okropny akcent - których w "Casa de mi padre" uosabia Parker (Nick Offerman), policjant-gringo.
(Macie swój "ulubiony" przykład anglojęzycznego aktora mówiącego po hiszpańsku? Jak dla mnie, całą konkurencję bije Nicolas Cage w "Panu życia i śmierci"...)


4. Problemy i tradycję Ameryki Łacińskiej w krzywym zwierciadle -  Meksykanie-rolnicy, ich rancza i miłość do natury skontrastowana z problemem przemytu narkotyków - czyli wszystko to, co jest dla  obecnej sytuacji Meksyku bardzo ważne, tutaj - w konwencji westernu (rozgrywającego się w XX lub już nawet XXI wieku...) traci ciężar (jaki nadają mu chociażby znakomity "Babel" czy niezbyt udane "Miasto śmierci")


To też kolejny film, w którym na ekranie pojawiają się wspólnie (zaprzyjaźnieni w życiu prywatnym) Gael Garcia Bernal i Diego Luna. Tym razem portretują dosyć podobnych do siebie bohaterów, połączonych tą samą profesją (i tą samą kobietą!) i muszę przyznać, że do tego duetu mam prawdziwą słabość (nieco tylko mniejszą, niż do samego Gaela Garcii Bernala, o czym pisałam TUTAJ)...


Zapraszam też na blogowy profil na Facebooku!
fotografie: listal.com, theprisma.co.uk,