15 marca 2014

Zniewolony. 12 Years a Slave.

reż. Steve McQueen
scen. John Ridley
2013


Pomyślałam, że filmowi, który zdobył najważniejszego Oscara należy się osobny wpis. Fakt, że to właśnie "Zniewolony..." otrzymał tę nagrodę nie był żadnym zaskoczeniem - bardzo dobrze zrealizowany obraz o tematyce, która porusza do dziś (szczególnie publiczność amerykańską), z gwiazdorską obsadą i wzruszającą historią - to nie mogło się zakończyć inaczej. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wśród nominowanych filmów były znacznie bardziej interesujące propozycje: oryginalniejsze pod względem tematu (jak "Ona") czy wyjątkowo nowatorskie realizacyjnie (jak "Grawitacja"), ale na pewno nie można powiedzieć, że film McQueena nie zasłużył na nagrodę.
I właśnie o tym dziś kilka słów.


To, że film jest "poprawny" (żeby nie napisać: "hiperpoprawny") wydaje się być w wielu recenzjach podstawowym zarzutem.
Przypomina mi to jeden z wykładów, na które uczęszczałam w ubiegłym semestrze w Madrycie. Sam przedmiot nazywał się "Picasso" i, jak sama nazwa wskazuje, był bardzo detalicznym, czteromiesięcznym studium twórczości Pabla Picassa. Odkrywając kolejne etapy jego aktywności artystycznej, omawialiśmy oczywiście oba rodzaje kubizmu (analityczny, którego główną cechą była dekonstrukcja prezentowanego obiektu oraz syntetyczny, którego celem było stworzenie jakiegoś wizerunku na zasadzie konstrukcji, stąd jednym z głównych przejawów kubizmu syntetycznego jest collage).
Dlaczego o tym piszę?
Studiując chronologicznie kolejne dzieła kubistyczne (należące do obu nurtów) zauważamy, że te ostatnie są istną wirtuozerią. I dotyczy to również innych kierunków malarskich (jak surrealizm czy impresjonizm). Profesor prowadzący wykład zwracając naszą uwagę na tę prawidłowość dodał: "gdy ruch artystyczny staje się wirtuozerski, kona".
Czy podobną zasadę moglibyśmy zastosować do twórców filmowych? Według mnie tak i właśnie dlatego przywołuję ją dokładnie w tym momencie. McQueen-wirtuozer reżyserii okazuje się być o wiele mniej zajmujący, niż McQueen poszukujący, niepewny i odrobinę rozedrgany (a taki właśnie był jako reżyser "Głodu" i "Wstydu").


"Zniewolony" ma jednak wiele zalet. 
Przede wszystkim, to naprawdę poruszająca historia (poprowadzona i rozwiązana w sposób dosyć prosty, ale jednocześnie zapewniający sukces). To opowieść o Solomonie Northupie (Chiwetel Ejiofor), czarnoskórym mieszkańcu stanu Waszyngton pierwszej połowy XIX wieku, który, będąc wolnym człowiekiem i szanowanym obywatelem, wskutek wstrętnego spisku trafia do niewoli oraz o jego trwającej dwanaście lat tułaczce. 
To również koncert świetnego aktorstwa. McQueenowi udało się zebrać obsadę składającą się zarówno z aktorów, którzy są w czołówce od dawna, jak Brad Pitt (jednocześnie producent filmu) czy Michael Fassbender (o jego współpracy z reżyserem pisałam TUTAJ), jak i takich, którzy dopiero co do niej trafili, jak  Benedict Cumberbatch. W obsadzie wyróżniają się także Paul Dano (od wielu lat pozostający właściwie na granicy mainstreamu i kina niezależnego) oraz dwójka aktorów nieznanych dotychczas szerokiej publiczności, czyli Chiwetel Ejiofor oraz sensacja sezonu, Lupita Nyong'o.



"Zniewolony" jest również filmem przepięknym wizualnie oraz muzycznie. Wspaniale skomponowane kadry - zarówno pod względem umiejscowienia postaci i obiektów w przestrzeni, jak i perfekcyjnej harmonii kolorystycznej - dają wielką przyjemność oglądania. Przepiękną muzykę skomponował klasyk gatunku Hans Zimmer, chociaż chciałoby się, by muzyka była tutaj nieco mniej przewidywalna. Natomiast sekwencje, w których grupy niewolników śpiewają wspólnie na plantacji bawełny bądź na podwórkach swoich skromnych domów, to prawdziwa wirtuozeria.




Przyznam, że "Zniewolony" rozbudził mój apetyt i czekam na kolejny film Steve'a McQueena. Jestem bowiem przekonana, że chwilowe odejście w stronę realizacyjnej wirtuozerii (z zagubieniem, niestety, tych elementów, które w jego kinie intrygowały najbardziej) nie jest drogą ku filmowej miałkości, tylko pewnym eksperymentem, po którym McQueen znów nas pozytywnie zaskoczy.

fotografie: listal.com

3 marca 2014

Oscary 2014 - wielcy zwycięzcy i drobne oczarowania

Muszę przyznać, że przez moment chciałam porzucić pomysł oglądania oscarowej nocy, jednak moja Siostra z bardzo poważną miną oznajmiła mi: "Powinnaś". Przez całą noc śledziłam więc galę i opisywałam ją na facebookowym profilu bloga, pomyślałam jednak, że najlepiej będzie zebrać to wszystko w jednym miejscu (jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wirtualnie towarzyszyli mi tej nocy, to było po prostu super!).


Niekwestionowanymi triumfatorami 86. edycji rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej okazały się być filmy "Grawitacja" Alfonso Cuarona oraz "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Powinnam jednak zacząć od tego, że największą siłą tej gali był nikt inny, jak jej prowadząca - wspaniała, błyskotliwa, przezabawna Ellen DeGeneres.
Pierwszą nagrodę odebrał Jared Leto (Najlepszy Aktor Drugoplanowy) za rolę w filmie "Witaj w klubie" - i muszę przyznać, że był on jednym moich największych faworytów tej nocy. Jego rola zarażonego wirusem HIV transwestyty Rayona to prawdziwy majstersztyk. W podobnych rolach bardzo łatwo o śmieszność czy karykaturę, natomiast Leto jest w tym filmie nie tylko autentyczny, ale również niesamowicie przejmujący. Przemowa Jareda podczas podziękowań za statuetkę okazała się być z kolei jednym z najmocniejszych i najbardziej wzruszających punktów programu. Dziękował przede wszystkim swojej rodzinie (na gali towarzyszyli mu przecudna mama i brat), ale w jego dyskursie nie zabrakło również odniesień do niepokojącej sytuacji politycznej w różnych częściach świata. Cóż - dziś rano obudziłam się jako prawdziwa fanka Jareda Leto.



Byłam bardzo ciekawa, kto dostanie statuetkę za Najlepszą Piosenkę. Zauroczyła mnie zarówno "The Moon Song" Karen O z filmu "Her" (wokalistka przyszła na galę w pięknej czerwonej sukni i wykonała swój utwór przy akompaniamencie Ezry Koeniga, który włożył z tej okazji perfekcyjnie pasujące do jej kreacji czerwone skarpetki), jak i "Happy" Pharrella Williamsa do filmu "Minionki rozrabiają" (zauważyliście, jak świetnie bawiła się Meryl Streep, gdy Pharrell wykonywał swój utwór?), natomiast moim faworytem był chyba zespół U2 z piosenką "Ordinary Love" z filmu "Mandela: Long Walk to Freedom" (występ U2 był według mnie jednym z najmocniejszych elementów całej gali, bezbłędny).
Statuetka powędrowała jednak do Kristen Anderson-Lopez i Roberta Lopeza i było to moje największe rozczarowanie tej nocy, bo piosenka (pochodząca z filmu animowanego "Kraina Lodu", który zgarnął również Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany) niestety w ogóle mi się nie podoba: jest za ckliwa, za nijaka i, naprawdę, cieszyłabym się z każdego innego werdyktu, bo każda z pozostałych trzech piosenek miała w sobie coś wyjątkowego.


Tej nocy aż dwie osoby opuściły Dolby Theatre z dwiema statuetkami.
Pierwszą z nich jest Catherine Martin, pracująca głównie ze swoim mężem, Bazem Luhrmannem (ta współpraca przyniosła jej już wcześniej dwa Oscary - za kostiumy i scenografię do "Moulin Rouge!"). I tym razem okazało się, że życiowo-profesjonalny tandem przynosi jej wyjątkowo dużo szczęścia. Pierwszego Oscara Martin odebrała wczoraj za kostiumy, a drugiego - wspólnie z Beverley Dunn - za scenografię do filmu "Wielki Gatsby" (o filmie pisałam przy okazji jego majowej premiery TUTAJ i TUTAJ). 



Kolejną osobą z dwoma Oscarami jest Alfonso Cuarón, który najpierw (wspólnie z Markiem Sangerem) odebrał statuetkę za Najlepszy Montaż, a następnie - tę dużo ważniejszą - dla Najlepszego Reżysera.
Dla mnie te nagrody są ważne z pewnego dodatkowego powodu: bacznie przyglądam się twórczości trzech meksykańskich reżyserów, którzy zwani są w niektórych kręgach Los Tres Mariachis, a mam tu na myśli Guillermo del ToroAlejandro Gonzáleza Iñárritu i właśnie Alfonso Cuaróna.
Pierwszy raz o Los Tres Mariachis jako o pewnej nieformalnej grupie zrobiło się w Hollywood głośno w 2007 roku, gdy filmy wymienionej trójki reżyserów (którzy prywatnie naprawdę bardzo się przyjaźnią) zdobyły wspólnie aż szesnaście nominacji (były to "Labirynt Fauna" del Toro, "Babel" Iñárritu oraz "Ludzkie dzieci" Cuaróna). 
Iñárritu powiedział wtedy:
"To szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ wszyscy trzej zrobiliśmy filmy skomunikowane ze sobą tematycznie. Wydawałoby się, że stworzyliśmy trylogię zupełnie tego nie planując, ponieważ każdy z nas opowiada o autorytaryzmie, emigracji, dehumanizacji. Film Guillermo del Toro odkrywa przeszłość,  mój - teraźniejszość, natomiast film Cuaróna - przyszłość. Można mieć wrażenie, że powstała trylogia Meksykanów wywodzących się z klasy średniej, żyjących poza krajem i ponadto prezentujących swoje filmu w tym samym czasie, gdy świat chce o tym wszystkim rozmawiać".
(fragment książki En la frontera con Iñárritu, wprowadzenie: Rafael Cerrato, str. 11-12, tłumaczenie własne)

Paradoksalnie, mam wrażenie, że do tej pory to Cuarón był najmniej utytułowanym z całej trójki. "Grawitacja" udowodniła, że jest naprawdę znakomitym reżyserem. 


Nie ukrywam, że prawdopodobnie moim ulubionym Oscarem tego wieczoru jest ten za Najlepszy Scenariusz Oryginalny.
Spike Jonze stworzył (napisał i wyreżyserował!) bowiem piękną, kameralną, ale jednocześnie dosyć odważną historię o mężczyźnie (wspaniały, pominięty podczas nominacji Joaquin Phoenix), który zakochuje się w... systemie operacyjnym (mówiącym superseksownym głosem Scarlett Johansson). O filmie pisałam TUTAJ.
Ellen DeGeneres nie mogła oczywiście powstrzymać się przed skomentowaniem udziału Jonze'a w produkcji wątpliwie inteligentnych tworów filmowych z serii Jackass...


Pisałam bardzo dużo o Oscarze dla Jareda Leto, nie mogę jednak pominąć pozostałych kategorii aktorskich.
Nagrodę za Najlepszą Drugoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Lupita Nyong'o za przejmujący (miejscami wręcz rozdzierający) występ w "Zniewolonym". Jej wyjście po nagrodę to bajeczna sukienka i nieco rozedrgane, ale piękne podziękowania w których przedstawiła swojego brata jako najlepszego przyjaciela i w bardzo ładny sposób nawiązała do historii swoich przodków (o czym z resztą opowiada film).


Kategoria Pierwszoplanowa Rola Męska podzieliła publiczność na tych, którzy trzymali kciuki za Leonardo DiCaprio i na tych, którzy liczyli na wygraną Matthew McConaughey
Jestem pewna, że na Leonardo przyjdzie jeszcze czas (jest nieco za młody, żeby przyznawać mu statuetkę "za całokształt", więc ten argument zupełnie do mnie nie przemawia...), bo Matthew był w tym roku po prostu bezkonkurencyjny, a jego rola w "Witaj w klubie" - znakomita. 
I naprawdę nie wiedziałam, że McConaughey jest tak zakręcony i tak... sympatyczny. W swojej przemowie powiedział, że do życia potrzebne mu są trzy rzeczy: coś, co może szanować, coś, na co może czekać i coś, co może gonić - co jednocześnie dodaje mu odwagi. I opowiadając o tych rzeczach naprawdę mnie wzruszył, tak samo, jak wpatrzona w niego przepiękna żona, Camila Alves.


Oscara za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Kobiecą zdobyła Cate Blanchett za występ w filmie "Blue Jasmine". Gdy tylko wyszła na scenę i wypowiedziała pierwsze zdanie pomyślałam: "Co za klasa! Co za poczucie humoru!"
Kate mówiła dużo, ale niesamowicie zajmująco. W swojej błyskotliwej przemowie nazwała swojego męża legendą, swoją agentkę - boginią i pokazała, że jest świetną babką z charakterem.


Najlepszym Filmem okazał się być "Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQueena. Spotkałam się z wieloma opiniami, że jest to film zbyt poprawny i jednocześnie jakby skrojony pod Oscary - zarówno tematycznie, jak i formalnie. Po części muszę się z tą opinią zgodzić. 
Jednocześnie film ten zasługuje na osobny wpis i jeszcze w tym tygodniu postaram się wyjaśnić, dlaczego mimo wszystko cieszę się z takiego werdyktu Akademii.


Co jeszcze warto zapamiętać z wczorajszej gali? 
Pozwólcie, że wypunktuję:
- słynna już na cały Internet selfie zaproponowana przez Ellen Meryl Streep, do której dołączyli się... popatrzcie tylko:


- Radość Meryl Streep na wieść o tym, jak szybko to zdjęcie stało się megapopularne. W ogóle, jak już zapewne zauważyliście, Meryl Streep jest poniekąd moją bohaterką tej gali.

- Początkowo nie byłam fanką numeru Ellen z zamawianiem pizzy (ona naprawdę zamówiła pizzę do Dolby Theatre..!), ale Brad Pitt rozdający talerzyki lub Jared Leto oddający z dumą swój kawałek pizzy mamie - to było czarujące.

- Pewne elementy garderoby, jak butelkowozielona mucha Billa Murray'a czy granatowy garnitur (i perfekcyjnie przyczesana grzywka) Kevina Spacey.

- Brad Pitt dumny z honorowej nagrody dla Angeliny Jolie.


- Paolo Sorrentino, który odbierając Oscara za "Wielkie Piękno" (Najlepszy Film Nieanglojęzyczny) dziękował między innymi Martinowi Scorsese i Maradonie - osobom, które go inspirują.

- Niezaprzeczalna klasa Glenn Close (!) i przepiękna kompilacja In Memoriam o osobach ze świata kina, które odeszły w minionych dwunastu miesiącach.

A które momenty gali Wy zapamiętacie na dłużej?
Jesteście zadowoleni z werdyktu?


fotografie: businessinsider.com, newnownext.com, materiały prasowe Warner Bros, listal.com, swide.com, eonline.com, hollywoodreporter.com.

28 lutego 2014

Ona

reż. Spike Jonze
scen. Spike Jonze
2013

Czym jest prawdziwa miłość? - zdaje się nieustannie pytać Spike Jonze w swoim najnowszym filmie - Czy można pokochać kogoś, kto nie ma ciała? Jaka będzie definicja człowieczeństwa w niedalekiej przyszłości? I pomimo że może to zabrzmieć jak zbiór wyświechtanych frazesów, reżyser poprzez umieszczenie swojego bohatera w nieco surrealistycznym środowisku i osobliwym emocjonalnym układzie, jednocześnie unika banału i nie szuka odpowiedzi na siłę.


Theodore Twombly (znakomity Joaquin Phoenix) jest zamkniętym w sobie, bardzo wrażliwym samotnikiem z bolesną przeszłością, od której nie potrafi się uwolnić mimo upływających miesięcy. Kupno systemu operacyjnego posiadającego prawdziwie ludzką inteligencję oraz intuicję (i mówiącego głosem Scarlett Johansson) nie tylko zmieni jego podejście do życia, ale również nakaże mu przewartościować wszystko, co do tej pory uważał za rzeczywiste. Theodore żyje bowiem w świecie, w którym to, co realne miesza się z uniwersum wirtualnym. To miejsce, gdzie trudno jest znaleźć wrażliwość na słowo, sztukę i proste codzienne przyjemności. Zagubiony w nim Theodore coraz dalej i coraz śmielej odchodzi więc do tego iluzorycznego, nieco utopijnego świata, od którego nie potrafi odciągnąć go ani jego wielka utracona miłość (Rooney Mara) ani najlepsza przyjaciółka Amy (Amy Adams).


Strona wizualna "Her" to - obok błyskotliwego scenariusza Spike'a Jonze'a i poruszającego Joaquina Phoenixa - jeden z największych atutów filmu. Zachwyciły mnie jego kolory, sposób przedstawienia miasta (jako wielkiej metropolii, która jest jednocześnie miejscem zamieszkania milionów anonimowych jednostek, ale także sprawia wrażenie miłej i, paradoksalnie, pięknej w swoim bezkresie), kostiumy autorstwa Casey'a Storma (czy tylko mam takie wrażenie, czy nawet kolory koszuli Theo mają swoje znaczenie i naprawdę zmieniają się zgodnie z jego stanem ducha?), zdjęcia Hoyte Van Hoytemy (pełne zbliżeń i detali, z delikatnymi filtrami potęgującymi malarskość kadrów), aranżacja wnętrz... każdy z wymienionych elementów estetyki "Her" czyni film zupełnie wyjątkowym.


To historia portretująca samotność w sposób, który przywodzi na myśl "Między słowami" Sofii Coppoli (prawdopodobnie przede wszystkim ze względu na silne powiązania bohaterów obu filmów z otaczającą ich przestrzenią miejskiej dżungli). Strona estetyczna i motyw miłości, o którą należy i chce się walczyć wbrew logice zbliża film "Ona" do obrazów takich jak "Like Crazy" Drake'a Doremusa czy "Zakochany bez pamięci" Michela Gondry'ego, natomiast jego wpisanie w konwencję gatunku sci-fi oraz refleksje na temat egzystowania w niemal utopijnej przyszłości pozwalają na przypomnienie sobie o "Mr. Nobody" Jaco Van Dormaela.


"Ona" to również bardzo intrygujące spojrzenie na sci-fi. Gatunek ten, klasycznie opisywany jako projekcja marzenia sennego oparta na rozwoju historycznym i obserwacji osiągnięć technologicznych tutaj zyskuje dodatkową wartość. Wrażliwość reżysera na stronę estetyczną filmu oraz smakowite detale jego autorskiego scenariusza (jak zawód głównego bohatera, czyli pisanie na zlecenie pełnych emocji listów) sprawiają, że film ma w sobie wiele poetyckości.

fotografie: listal.com

26 lutego 2014

(Serialowe) Odkrycia Stycznia i Lutego

Powrót do domu to powrót do regularnego blogowania!
Na początek, żeby zachować ciągłość cyklu stworzonego kilka miesięcy temu (a są to wpisy z moimi filmowymi odkryciami minionego miesiąca), kilka słów na temat seriali, które obejrzałam na początku tego roku:

"The Killing"

Przyznam szczerze, że dosyć długo nie mogłam zabrać się do oglądania, pomimo setek pozytywnych komentarzy, docierających do mnie z każdej strony. Dopiero moja przyjaciółka, z którą mieszkałam przez ostatnie kilka miesięcy, nieustannym powtarzaniem tytułu "The Killing" niemal zmusiła mnie do jego obejrzenia i cóż... był to oczywiście strzał w dziesiątkę.


Dwa pierwsze sezony naprawdę mnie wciągnęły. Uwielbiam dwójkę głównych bohaterów z ich słabościami, obsesjami i przeszłością. 
Motto sezonów jest jednocześnie wskazówką, czym będą zajmować się detektywi Sarah Linden (Mireille Enosi Stephen Holder (Joel Kinnaman): muszą znaleźć odpowiedź na pytanie "Kto zabił Rosie Larsen?". Wkrótce okazuje się, że w zabójstwo zamieszane może być zarówno środowisko polityczne Seattle (ogarnięte gorączką przedwyborczą), jak i mieszkająca nieopodal społeczność Indian (ze swoimi własnymi prawami i specyficznym minipaństwem w państwie)... co więcej, nawet przeszłość rodziców dziewczyny i jej szkolni znajomi to kolejne tropy w tej przeciwnej układance.


Mimo wszystko jednak nie jestem fanką koncepcji poszukiwania zabójcy przez całe dwa sezony. Co prawda historia poprowadzona jest błyskotliwie i logicznie, dzięki czemu nie czuć dłużyzn, ani przesady, jednak teraz, oglądając sezon trzeci czuję, że rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie całej historii w ciągu dwunastu odcinków to nieco lepszy pomysł (szczególnie dla osób takich jak ja - które nie mogą się powstrzymać od podpytywania osób już zaznajomionych z serialem: "No dobrze... to kto jest zabójcą?"). I pomimo że dwa pierwsze sezony były bardzo emocjonujące, czuję, że trzeci sezon ekscytuje jeszcze bardziej.
Dodatkowo, w obsadzie pojawia się naprawdę znakomity Peter Sarsgaard.


"American Horror Story: Asylum"

Gdy uleciała ze mnie początkowa euforia, patrzę na "American Horror Story" nieco krytycznym okiem, a jednak wciąż naprawdę bardzo go lubię. Szczególnie sezon drugi, "Asylum", którego akcja rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym Briarcliff. Instytucję prowadzoną twardą ręką przez siostrę Jude zaludnia nie tylko galeria osobliwych pacjentów, ale również wyjątkowo unikatowy personel. 
Niepokojąca atmosfera, świetnie zarysowane postacie (szczególnie kobiece, w które wcieliły się znakomite Jessica Lange, Lily Rabe, Frances ConroySarah Paulson, ale także mój ulubiony doktor Oliver Thredson, czyli Zachary Quinto) oraz miejsce (i jego klimat) i czas w których rozgrywają się wydarzenia - szpital psychiatryczny w latach 60. XX wieku - sprawiają, że oglądanie serialu to rodzaj pewnej, miejscami nieco masochistycznej, przyjemności.


Elementy sci-fi, czyli w tym wypadku powiązania z mocami pozaziemskimi, to zdecydowanie najmniej lubiany przeze mnie element tego sezonu. Natomiast wspomniana wcześniej, niezaprzeczalna zaleta to przychodzący do Briarcliff pacjenci, czyli bohaterowie, którzy pojawiają się na chwilę, ale zawsze wprowadzają do akcji dodatkowy, intrygujący element bądź kontekst.
Próbowałam obejrzeć kolejny, trzeci sezon serialu ("Sabat"), jednak pierwszy odcinek skutecznie mnie zniechęcił. 
A może ktoś z Was oglądał i jednak poleca? Chętnie przeczytam opinie!


"Girls: Sezon 3"

O Lenie Dunham i jej twórczości filmowo-serialowej pisałam na blogu już wcześniej (wszystkie teksty znajdziecie TUTAJ), jednak nie mogłabym nie napisać o niej ponownie.
Pierwszy sezon "Girls" był dla mnie absolutnym szałem. Oglądałam go dwukrotnie i dopiero za drugim razem odkryłam wszystkie najbardziej emocjonujące detale (i jeszcze bardziej doceniłam błyskotliwość scenariusza!). Drugi sezon był dla mnie nieco rozczarowujący i, miejscami niestety męczący.


Na szczęście w trzecim sezonie Lena Dunham znów potwierdza, że jest naprawdę utalentowaną, superinteligentną portrecistką swojego pokolenia. Bohaterowie znów są interesujący (podczas gdy w drugim sezonie bywali niemal irytujący) i wciąż pozostają oryginalni. I znów nie mogę powstrzymać się od wyrażenia zachwytu nad postacią Davida (wydawcy e-booka głównej bohaterki Hanny Horvath), w którą wcielił się John Cameron Mitchell i dodania, że Adam Driver (chłopak Hanny) z sezonu na sezon jest po prostu coraz lepszy.


fotografie: blogs.elperiodico.com, seriesadictos.com, rollingstone.com, fanpop.com, culturefly.co.uk, sheknows.com.

31 grudnia 2013

(Filmowe) Odkrycia 2013 Roku

I znów na blogu było nieprzyzwoicie cicho przez zbyt długi czas - bardzo dziękuję jednak wszystkim, którzy ciągle tu zaglądają, bo pisanie wciąż sprawia mi wiele przyjemności, potrzebowałam tylko krótkiej (lub nawet nieco dłuższej) przerwy.

Nie była to przerwa wyłącznie od samego blogowania, ale także od śledzenia nowości, więc nie potrafiłabym zrobić porządnego podsumowania mijającego roku. Pomyślałam jednak, że opowiem Wam o najbardziej godnych uwagi, poruszających lub zwyczajnie przyjemnych (około)filmowych odkryciach oraz inspiracjach 2013.


Współpraca Wesa Andersona z Pradą


Wiecie, jak bardzo lubię Wesa Andersona (i cały andersonowski mikrokosmos ze zbyt dorosłymi dziećmi, nieprzystosowanymi dorosłymi, przepięknymi wnętrzami i kapitalnym poczuciem humoru), dlatego informację o współpracy reżysera z jedną z najbardziej prestiżowych marek przyjęłam ze szczerym entuzjazmem.
Pierwszy z filmów - reklamę zapachu Candy (znajdziecie ją tutaj) - stworzony wspólnie z Romanem Coppolą zainspirował film "Jules i Jim" Françoisa Truffauta, a w główną bohaterkę wcieliła się jedna z najciekawszych aktorek francuskich młodego pokolenia, Léa Seydoux
Drugi to "Castello Cavalcanti" (tutaj) w której główną rolę (kierowcy zagubionego na włoskiej prowincji) zagrał jeden z ulubionych aktorów Andersona, Jason Schwartzman i jest to swoisty hołd dla mistrza kina włoskiego, Federico Felliniego ("Candy" i "Castello Cavalcanti" to również typowe przykłady filmu modowego - o co chodzi, przeczytacie TUTAJ).
Nic tylko podziwiać!


Śpiewający Ryan Gosling

Jak powiedziała moja przyjaciółka: "Ryan, możemy cię kochać jak będziesz muzykiem, bo tak to nie" ;) Na pewno wiecie co mamy na myśli - nie jesteśmy fankami Ryana Goslinga (niezależnie od tego, czy ma na sobie koszulkę, czy nie), nie śledzimy z zapartym tchem jego filmografii (chociaż ja widziałam jej sporą część gdy przygotowywałam się do napisania artykułu, który możecie znaleźć TUTAJ i TUTAJ), a jednak "Pa Pa Power", "In The Room Where You Sleep" lub "Lose Your Soul" wprawiają nas zawsze w szczególnie dobry nastrój.



Ciekawostką jest, że Ryan Gosling wraz z przyjacielem Zachiem Shieldsem wymyślili swój zespół jeszcze zanim byli w stanie stworzyć cokolwiek wartościowego - uczyli się grać i komponować właśnie po to, by móc urzeczywistnić swoje marzenie o graniu zakręconej, nieco mrocznej, ale i bardo uczuciowej muzyki.
Jeśli jeszcze nie znacie projektu Dead Man's Bones, oto próbka:



"Polowanie", reż. Thomas Vinterberg

To film, który w minionym roku poruszył mnie najbardziej.
"Polowanie" to portret walki o godność. To rozdzierająca opowieść o zaufaniu, potędze kłamstwa i niemocy wobec tabu. O tym, jak konfrontacja z pogłoską może zamienić się w powolne, ale nieodwołalne niszczenie czyjegoś życia.


Recenzję w całości znajdziecie TUTAJ.


Storyboardy Akiry Kurosawy
Wiedzieliście, że Akira Kurosawa, jeden z najwybitniejszych japońskich reżyserów, zanim związał się z kinem, zajmował się malarstwem? Pasję do malowania pielęgnował w sobie również później, tworząc precyzyjne storyboardy do swoich filmów, w których połączył inspiracje tradycyjnymi sztychami i drzeworytami japońskimi (nie będę oryginalna jeśli powiem, że moim ulubieńcem jest Hokusai) z europejskim spojrzeniem na perspektywę i przedstawienie postaci oraz bardzo ekspresjonistycznym podejściem do koloru.
Spójrzcie:





Fakt, że lubię oglądać seriale

Muszę przyznać, że to również moje spore odkrycie tego roku, bo wcześniej byłam przekonana, że ta forma jest kompletnie nie dla mnie. A jednak! 
Od razu zaznaczę, że nie jestem serialową maniaczką i nie potrafiłabym Wam z czystym sumieniem powiedzieć, które seriale są najlepsze, a na które szkoda czasu, bo nie widziałam ich aż tak wiele, jednak "House of Cards" (LINK), "Luther" (LINK), "Homeland", "Boardwalk Empire" (LINK), "American Horror Story" oraz "Dziewczyny" (LINK) polecam gorąco.



teledysk do piosenki 
"The Stars (Are Out Tonight)" Davida Bowie


Klip autorstwa reżyserki i fotografki Florii Sigismondi to nieco surrealistyczna opowieść o pewnym czarującym małżeństwie (i w pewnym sensie także genderowy manifest)... 
W jedną z głównych ról w teledysku wcieliła się boska Tilda Swinton.



Cały teledysk możecie obejrzeć tutaj:



A jakie są Wasze odkrycia 2013 roku?

O Odkryciach poszczególnych miesięcy pisałam w lipcu, sierpniu oraz wrześniu, a w nadchodzącym roku z pewnością znów na bieżąco będę dzieliła się tym, co mnie szczególnie zainspiruje lub po prostu bardzo mi się spodoba.
A na 2014 rok życzę Wam spełnienia marzeń, dużo pięknych chwil i wielu zachwytów w kinach!
Marta


fotografie: tumblr.com, listal.com, scarsmagazine.com, hollywoodreporter.com, laescueladelosdomingos.com

17 listopada 2013

Madrid Fashion Film Festival

Dzień dobry po nieprzyzwoicie długiej przerwie!
Kilka tygodni temu na Facebooku pisałam o tym, że udało mi się wziąć udział w kilku aktywnościach podczas 1. Madrid Fashion Film Festival - pomyślałam, że to idealna okazja, by nie tylko obejrzeć całą masę pięknych produkcji oraz film dokumentalny opisujący ten (stosunkowo nowy i według mnie dosyć trudny do zdefiniowania) gatunek, ale także świetny moment, żeby spróbować przybliżyć Wam, czym jest Fashion Film (w języku hiszpańskim gatunek ten nie ma jeszcze swojego odpowiednika, ale myślę, że możemy nazywać go po prostu "Filmem Modowym", czyż nie?)




Od razu oczywiście zaznaczę, że nie jestem ekspertem w tym temacie, a wszystko, co przeczytacie poniżej zostało stworzone w oparciu o skrupulatne notatki z filmu zrealizowanego przez Canal+ "El Fashion Film está de moda" ("Film modowy jest w modzie") oraz wykładu fotografa i reżysera Eugenio Recuenco (jego prace możecie obejrzeć TUTAJ) i designera Germana Silvy.



Czym jest film modowy?
Prawdopodobnie pierwszą myślą, jaka mogłaby przyjść Wam do głowy jest: "To film o modzie" - to jednak zła odpowiedź. A przynajmniej nienajlepsza.
Film modowy do pewna całość (raczej krótkometrażowa), sekwencja, która mogłaby być wzięta za część długiego metrażu - ma co prawda swój własny początek, rozwinięcie i zakończenie, ale nie jest to reguła, poza tym pokazuje jednak jedynie wycinek przypuszczalnie dłuższej historii, w której jednym z głównych i absolutnie najważniejszych bohaterów jest MODA.
Wiele filmów modowych ma oczywiście dodatkową funkcję - śle do widza informację o produkcie, nie jest to jednak reklama, która ma nas bezpośrednio nakłonić do kupna, a raczej kolejne (i szalenie efektowne!) medium pomagające w kreowaniu tożsamości marki. Zobaczcie, jak to robią wielkie domy mody (przykładów jest oczywiście o wiele więcej, ja chcę Wam pokazać moje ulubione):

"LA.dy Dior"
reż. John Cameron Mitchell
(którego uwielbiam po obejrzeniu znakomitego 
filmu "Cal do szczęścia"!)

Prada - "A Therapy"
reż. Roman Polański

Osoby, które pracują przy stworzeniu takich filmów pochodzą najczęściej z różnorodnych branż, by wśród różnych punktów widzenia odnaleźć ten intrygujący i jak najbardziej oryginalny. Szukają inspiracji w literaturze, malarstwie i historii kina (jak Wes Anderson, który tworząc film dla Prady sięgnął po film "Jules i Jim" Françoisa Truffauta).
Internet jako główne źródło rozpowszechniania takich filmów (mówi się nawet, że film modowy powstał z potrzeby wypełnienia luki, która powstała w zdigitalizowanym świecie XXI wieku i służy do przekazywania za pomocą Internetu nie tylko treści, ale także wartości i idei, które dana firma chce przekazać zarówno swoim klientom, jak również innym użytkownikom sieci, zainteresowanym w mniejszym lub większym stopniu modą, kulturą, sztuką, etc.) pozwala oczywiście na dużą swobodę, czy wręcz na pewną agresywność.


Prada - Candy
reż. Wes Anderson


"It's getting late" dla Miu Miu
reż. Massy Tadjedin

i jeszcze jeden z najbardziej oryginalnych
filmów, jaki udało mi się zobaczyć podczas festiwalu,
czyli kolaboracja braci Quay Comme Des Garçons 


A Wy interesowaliście się kiedyś filmami modowymi?
Chętnie poczytam Wasze komentarze i obejrzę Wasze ulubione filmy!

Matadero Madrid