26 maja 2012

Las Vegas Parano. konkurs!


reż. Terry Gilliam
scen. Tony Grisoni, Alex Cox, Tod Davies, Terry Gilliam
1998


Terry Gilliam, dziecko kontrkultury lat 60., doskonale wiedział, co robi, biorąc na warsztat książkę "Fear and Loathing in Las Vegas" Huntera S. Thompsona. Opowieść o Raolulu Duke'u, doktorze nauk dziennikarskich i jego samoańskim adwokacie, doktorze Gonzo, którzy przyjeżdżają do tytułowego miasta by przygotować relację z wyścigu motocyklowego Mint 400, to jednocześnie gorzki obraz Ameryki w roku 1971.


Podczas swojej wyprawy bohaterowie poszukują Amerykańskiego Snu, wpadając w niekończące się narkotykowe ciągi, jednak Gilliam w swoim filmie pokazuje coś więcej, niż tylko obrazy tworzące się w umysłach bohaterów pod wpływem substancji halucynogennych (chociaż i te robią spore wrażenie i wywołują skrajne emocje od obrzydzenia po ekscytację!). 


Symbole świetności epoki hippisowskiej przeplatają się z obrazami jej upadku. Raoul Duke i doktor Gonzo będący uosobieniem degeneracji i dekadencji są z jednej strony buntownikami (czasami o mentalności nastolatków), ale również fantazyjną metaforą gnijącego moralnie kraju. Fabuła w tym filmie według mnie ma znaczenie drugorzędnie, podobnie jak w książce.


Nie będę oryginalna, gdy powiem, że obsada w "Las Vegas Parano" jest naprawdę świetna. Johnny Depp jako Raoul Duke (alter-ego Huntera S. Thompsona, zaproponowany do tej roli przez samego pisarza!) i Benicio Del Toro jako jego adwokat tworzą rewelacyjny tandem, rysując dwie bardzo silne osobowości (ponownie, idealnie oddające klimat powieści, ale i atmosferę kontestacji). Uwagę zwracają na siebie również Tobey Maguire jako autostopowicz oraz Christina Ricci jako Lucy.

Hunter S. Thompson

Piszę o tym filmie przede wszystkim dlatego, że dzięki uprzejmości wydawnictwa Niebieska Studnia, mam dla Was dwa egzemplarze książki Huntera S. Thompsona, "Lęk i odraza w Las Vegas" ze znakomitymi ilustracjami Ralpha Steadmana


Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy wysłać do mnie poprawną odpowiedź na pytanie:

Czym jest gonzo i dlaczego pytam o to właśnie przy okazji dzisiejszego konkursu? 

mailem na adres: 
kinofilka@gmail.com
Na poprawne odpowiedzi czekam do soboty, 2 czerwca.
Powodzenia!



fotografie: thecatalyst.typead.com, listal.com

24 maja 2012

Podwodne życie ze Stevem Zissou

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson, Noah Baumbach
2004


Ponieważ Wes Anderson był jednym z bohaterów mojej obrony pracy licencjackiej, chcę poświęcić dzisiejszy post jednemu z jego filmów.
Anderson to jeden z tych twórców, którzy wywołują szczególnie skrajne uczucia. Przez fanów (do których, przyznaję, dołączyłam dosyć niedawno) jest bezgranicznie uwielbiany, jego przeciwnicy zarzucają (sama już nie wiem, czy fanom, czy samemu reżyserowi) intelektualny snobizm, a jako argumenty podają między innymi przesadne stylizowanie filmów i zbyt abstrakcyjny żart, czyli dokładnie to, co można w kinie Andersona bezgranicznie pokochać.


"Podwodne życie ze Stevem Zissou" to właśnie jeden z takich filmów: pięknie wystylizowany, okraszony wielką dawką rewelacyjnego poczucia humoru. Tytułowy bohater (kapitalny Bill Murray) jest oceanografem, który tworzy słynne filmy dokumentalne opisujące jego pasjonujące podróże. Podczas jednej z takich wypraw ginie (pożarty przez rekina-jaguara) Esteban - najbliższy współpracownik i jednocześnie najlepszy przyjaciel Zissou. Ten poprzysięga zemstę na potworze i wyrusza w kolejną podróż.


Co w tym filmie zachwyca najbardziej?
Po pierwsze, warstwa wizualna. Statek ekipy Zissou pokazany jest z ogromną precyzją, każda jego kajuta to zupełnie osobna historia (warto zwrócić na to uwagę w scenie, w której Steve prowadza swojego syna w tajniki swojej pracy). Zachwyca również fauna i flora świata oceanicznego, która została wykreowana przez Henry'ego Selicka ("Miasteczko Halloween") i jest ona z jednej strony wyrazem nieograniczonej wręcz wyobraźni Wesa Andersona, ale także projekcją wyobrażeń samego Steve'a Zissou na temat podwodnego świata.


Po drugie, bohaterowie. Poza tytułową gwiazdą mórz podczas wyprawy pojawiają się Eleanor Zissou (Anjelica Huston), żona, "mózg" każdej operacji, Ned Plimpton (Owen Wilson), podający się za syna Steve'a, ciężarna Jane (Cate Blanchett), reporterka gromadząca materiał do artykułu o swoim idolu-oceanografie, a także barwna galeria współpracowników Zissou, wśród których chyba na największą uwagę zasługuje Klaus (świetny Willem Dafoe), niemiecki mechanik oraz Bill (Bud Cort), wysłannik skarbówki posługujący się płynnie językiem filipińskim. 


Po trzecie, kostiumy. Wykreowane przez Milenę Canonero (autorkę kostiumów do filmów takich, jak "Lśnienie", "Mechaniczna pomarańcza" czy "Pożegnanie z Afryką"), stylizowane na stare, charakterystyczne okrycia płetwonurków w połączeniu z czerwonymi czapeczkami z pomponami są dodatkowym elementem  komicznym filmu (który, wbrew pozorom, czystą komedią wcale nie jest!)


Mnie ten film absolutnie urzekł, a wykorzystanie piosenki "Life on Mars" Davida Bowiego dodało mu klasy (w tym raz zaśpiewanej po portugalsku przez Seu Jorge, tej wersji możecie posłuchać TUTAJ). 
Rewelacja!

fotografie: aquic.com.ar, listal.com

16 maja 2012

Allen o Almodóvarze


Dzisiaj mam dla Was jeden z moich ulubionych  cytatów ostatnich tygodni. Nie przypuszczałam, że Woody Allen jest miłośnikiem Pedro Almodóvara (inne teksty o maestro z La Manchy możecie znaleźć TUTAJ) !



"Wy, Europejczycy, jesteście szczęściarzami, 
że macie Pedro. 
Jeśli w Stanach na ekranach nie ma jego filmu, 
nie wiemy, co robić w sobotni wieczór” 
Woody Allen



Które filmy Pedro Almodóvara Wy lubicie najbardziej?


fotografie: listal.com

9 maja 2012

Daniel Day-Lewis (część II)

Niesamowicie cieszy mnie to, że Daniel Day-Lewis cieszy się u Was wielkim szacunkiem i ogromną sympatią. Dlatego dzisiaj trochę więcej o jego życiu prywatnym i stylu pracy.

fot. Terry Richardson

Jeśli wierzyć brytyjskiemu "Daily Mail", Day-Lewis w swoim domu (do którego można dojechać tylko wąską i krętą ścieżką) obsesyjnie oddaje się swoim największym pasjom, do których zalicza się szewstwo oraz rzeźbiarstwo w drewnie, jak również wielogodzinne górskie przejażdżki rowerem.


W poprzednim wpisie (TUTAJ) pisałam o pewnych poświęceniach dla ról w filmach: "W imię ojca" oraz "Ostatni Mohikanin". Co ciekawe, przygotowując się do zagrania w "Balladzie o Jacku i Rose" Rebeki Miller (żony aktora), gdzie Day-Lewis zagrał żyjącego na odludziu hippisa, zbudował on swój własny szałas na wyludnionej kanadyjskiej wyspie, gdzie spędzał noce po zakończeniu dnia zdjęciowego. 


Dla roli w "Aż poleje się krew" Paula Thomasa Andersona, by wczuć się w apodyktycznego, znienawidzonego, mściwego, okrutnego Daniela Plainview, odmówił rozmawiania z resztą ekipy i nalegał na zakwaterowanie w namiocie w samym sercu pustynnych pól naftowych w Teksasie. Podobno po zakończeniu zdjęć okazał się  być czarującym mężczyzną.



Gdy kilka lat wcześniej grał Billa Rzeźnika w "Gangach Nowego Jorku" Martina Scorsese nie tylko wprawiał się w rzeźniczym fachu, ale niemal pokłócił się z grającym w tym samym filmie Liamem Neesonem, gdy wściekły Day-Lewis nakazał koledze zwracać się do niego imieniem swojej postaci nawet podczas wspólnych wyjść do hotelowej siłowni.


W wywiadzie dla magazynu "Vogue" Carey Mulligan (pisałam o niej  wielokrotnie, wszystkie teksty są TUTAJ) powiedziała, że jak była młodsza, marzyła o tym, by zostać Danielem Day-Lewisem.
I niech to będzie dzisiejszą puentą.


fotografie: indexmagazine.com, listal.com

29 kwietnia 2012

Daniel Day-Lewis


Pozostając przy wczorajszym kluczu urodzinowym, bohaterem dzisiejszego wpisu uczyniłam mojego absolutnie ulubionego aktora, do którego od momentu zobaczenia go na ekranie (mniej więcej w roku 1997) w "Ostatnim Mohikaninie" Michaela Manna pałam niezmiennym uczuciem uwielbienia.
Dzisiaj podam pierwsze przykłady na to, dlaczego.


1. "Ostatni Mohikanin" 
reż. Michael Mann, 1992

To film, od którego zaczęła się moja wielka miłość do kina. Jego akcja dzieje się w XVIII-wiecznej skolonizowanej Ameryce w czasie wojny pomiędzy Francją a Anglią. Głównym bohaterem filmu jest Nathaniel Sokole Oko (Day-Lewis), który od dzieciństwa wychowywał się w plemieniu Mohikanów. On, jego brat i ojciec angażują się w konflikt zbrojny od strony angielskiej (podczas, gdy stronę francuską wspiera plemię Mohawków). 


Nie zabrakło w tym filmie również wątków, które ja nazywam wątkami miłości (nie: miłosnymi). Bo nie jest to tylko miłość między kobietą a mężczyzną, ale także: miłość do plemienia i miłość synów do ojca oraz ojca do synów i to właśnie ten ostatni wątek sprawia, że "Ostatni Mohikanin" jest jednym z najbardziej wzruszających filmów wszech czasów. 
Emocje melodramatu potęguje wspaniała muzyka Trevora Jonesa, Randy'ego Edelmana i zespołu Clannad, jednego z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów możecie posłuchać tutaj:


Podobno Daniel Day-Lewis przygotowując się do roli białego Indianina, przez wiele tygodni mieszkał w lesie.

2. "W imię ojca" 
reż. Jim Sheridan, 1993


To moje odkrycie jeszcze z ery kaset video.
Oparta na faktach historia drobnego przestępcy Gerry'ego Conlona (Daniel Day-Lewis), który zostaje niesłusznie posądzony o udział w zamachu terrorystycznym organizowanym przez IRA.




Razem z Gerrym do więzienia trafia trójka jego znajomych, a także ciotka, kuzyn i ojciec Gerry'ego, Giuseppe (Pete Postlethwaite). Z pomocą prawniczki Gareth Peirce (Emma Thompson) ojciec i syn starają się udowodnić swoją niewinność.



Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele fabuły, jednak mogę zapewnić, że nie jest to zwykły dramat sądowy. Także w tym filmie relacje  łączące ojca z synem stają się jego motywem przewodnim, wprowadzając nieprawdopodobną warstwę emocjonalną. Niezwykle sugestywnie nakreślony jest tutaj sam Konflikt Ulsterski (który rozgrywał się w Irlandii Północnej, okresowo rozprzestrzeniając się również na Anglię), a cały film bazuje na znakomitym scenariuszu Jima Sheridana i Terry'ego George'a.




Jak mówią legendy, aby lepiej przygotować się do roli katowanego przez prowadzących dochodzenie więźnia skazanego za czyn, którego nie popełnił, Daniel Day-Lewis  nie tylko nauczył się mówić z irlandzkim akcentem, ale także zamykał się w klatce i kazał uderzać w nią metalowymi prętami.



Z mojej strony - ciąg dalszy nastąpi, tymczasem zapraszam Was na filmowego Facebooka.

A Wy które filmy z Danielem Day-Lewisem cenicie najbardziej i dlaczego?

fotografie: listal.com

28 kwietnia 2012

Penélope Cruz


Penélope Cruz obchodzi dzisiaj urodziny i z tej okazji postanowiłam poświęcić jej dzisiejszy wpis. 

Za co można pokochać  Penélope?
(poza urodą i tym, ze jest żoną Javiera Bardema)?

- za występy u Almodóvara.


Niejednokrotnie pisałam, że jestem wielką, ogromną fanką kina Pedro Almodóvara (poświęcam mu pracę licencjacką, całą masę czasu i zaczną część serca). I pomimo że Penélope zagrała główne role w "Volver" i "Przerwanych objęciach", ja z całej filmografii hiszpańskiego mistrza wybieram jej rolę w "Drżącym ciele", gdzie wcieliła się w rolę prostytutki, która wydaje na świat swojego syna w autobusie w samym centrum Madrytu. 

fot. Annie Leibovitz dla "Vanity Fair"

- za partie wokalne w "Nine"

Wiem, że ten film był wielokrotnie krytykowany, ale ja go wprost uwielbiam (pisałam o tym już ponad dwa lata temu TUTAJ!). Myślę, ze ogromna w tym zasługa właśnie obsady: fenomenalnego Daniela Day-Lewisa, Marion Cotillard czy właśnie zjawiskowej, ponętnej, obłędnej Penélope Cruz.



Przypomnijcie sobie ten fragment, żeby zrozumieć, co mam na myśli:


- za "Elegię"


Czyli piękny, poruszający film Isabel Coixet na podstawie prozy Philipa Rotha. To historia tragicznej miłości uznanego profesora literatury Davida Kepesha (Ben Kingsley) i jego zmysłowej studentki Consueli (Penélope Cruz), a sam film Coixet jest studium ich bliskości, emocjonalności, osobowości.
Obowiązkowy.


(A porusza tym bardziej, iż jest to jeden z ostatnich filmów z długiej filmografii zmarłego w 2010 roku Denisa Hoppera, który tutaj wcielił się w przyjaciela Kepesha)



Za co można mieć pretensje do Penélope?
(oczywiście poza urodą i tym, ze jest żoną Javiera Bardema)?

- za występ w "Piratach z Karaibów: na nieznanych wodach"


Jej nazwisko w obsadzie trochę mnie zabolało, ponieważ uważam, że z drugą częścią formuła Piratów zupełnie się wyczerpała i ciągnięcie tej serii daje bardzo mierne efekty. Jeśli jednak wierzyć samej Cruz, która przyznała, że po prostu miała wielką ochotę zagrać w filmie z Johnnym Deppem - chyba można jej to wybaczyć.

- za "SEXiPIStOLS"
Ale czy naprawdę warto o tym pisać..?

A za co Wy kochacie Penélope Cruz?



fotografie: listal.com

13 kwietnia 2012

Like Crazy


Witam Was po baaardzo długiej przerwie! Niesamowicie cieszy mnie to, że mimo tak rzadkich ostatnio wpisów, ciągle zaglądacie na blog, co więcej, pojawiają się również zupełnie nowi czytelnicy, a każda obecność jest dla mnie równie ważna!

Widzieliście ostatnio jakiś film, który Was zaskoczył, zachwycił, zaciekawił lub po prostu - spodobał na tyle, że chcielibyście o tym opowiedzieć? Koniecznie napiszcie mi o tym w komentarzu. Ja mam dla Was dzisiaj właśnie taki film.

"Like Crazy"
reż. Drake Doremus
2011


To kameralna, przepiękna stylistycznie i wizualnie historia pewnej miłości. Anna jest Brytyjką, która podczas studiów w USA poznaje Amerykanina Jacoba. Ich związek jest pełen namiętności, pasji, zrozumienia, ogni. Do pełni szczęścia potrzeba Annie tylko wizy, która pozwoliłaby jej na stały pobyt w kraju ukochanego.


Lekkomyślność dziewczyny sprawia jednak, że sprawy formalne komplikują się. Zdobycie upragnionego pozwolenia może trwać długie miesiące, może nawet lata, a idea związku na odległość po pewnym czasie dla obojga wydaje się być po prostu koszmarem.



W filmie urzekł mnie klimat. Sposób pokazania miejsc, montaż budujący dramaturgię, autentyczność uczuć, ujęcie tematu: szczere, bez zbędnych przesad, ale też bez lukru. Reżyser Drake Doremus nie czaruje widzów wizjami miłości bez skazy, a jego film nie jest przepisem na ideał związku na odległość.


Jest w tym obrazie jednak coś, co elektryzuje, przyciąga i sprawia, że można ten film pokochać.


Oczywiście, ogromna w tym zasługa odtwórców głównych ról. Prześliczna Felicity Jones (znana z "Zakochanego Głupca""Powrotu do Brideshead" czy "Histerii"), daje swojej bohaterce energię, upór, spontaniczność i naturalność, natomiast Anton Yelchin ("Zakochany Nowy Jork", "Star Treck", "Alpha Dog") jako Jacob jest nieco bardziej powściągliwy, bohater mocno stąpa po ziemi, ale jego uczucie wydaje się być równie mocne. 


"Like Crazy" to dosyć nietypowy film o miłości. Jego oryginalność i siła tkwi w naturalności opowiadanej historii i energii twórców. 
Warto dać mu się porwać!

fotografie: likecrazy.com

* * *
Jeśli jest coś, o czym chcielibyście u mnie przeczytać, to również koniecznie dajcie mi znać w mailu lub komentarzu, jestem otwarta na wszelkie sugestie tym bardziej, że chciałabym tu pisać częściej!

21 marca 2012

Zemsta Jeździ Pickupem


Najnowszy film Paolo Sorrentino, „Wszystkie odloty Cheyenne’a”  ogląda się jak piękny, wzruszający, miejscami zaskakujący teledysk ze szczyptą dosyć abstrakcyjnego humoru. To westchnienie pełne nostalgii, muzyki z lat 80., pięknych amerykańskich obrazków i talentu Seana Penna.


Cheyenne (znakomity Sean Penn) jest podstarzałą gwiazdą rocka o wyglądzie Roberta Smitha. Nie chce śpiewać („po co wracać na scenę, skoro jest Lady Gaga..?” – pyta), nagrywać, ani wydawać, ale swoim wizerunkiem bardzo mocno próbuje zatrzymać przeszłość. Desperacko broni się przed dorosłością, nie ma kontaktu z rodziną, nosi w sobie poczucie winy po tym, jak dwójka nastolatków popełniła samobójstwo pod wpływem jego muzyki i niechętnie rozmawia z ludźmi.  


Czas spędza ze smutną, depresyjną nastolatką Mary (Eve Hewson), której matka ciągle wypatruje swojego zaginionego syna, a jego żona Jane (wspaniała Frances McDormand) zdaje się zupełnie akceptować dziwactwa męża, traktując go z jednej strony jak świetnego znajomego z równie nietypowym jak ona poczuciem humoru, a z drugiej – jak dziecko, którego być może jej brakuje („Gwiazda rocka nie powinna mieć dzieci” – twierdził Cheyenne).


Gdy umiera ojciec Cheyenne’a, mężczyzna po 30 latach wraca do Nowego Jorku. Tam dowiaduje się, że jego ojciec wiele lat spędził poszukując możliwości zemsty na swoim oprawcy z Auschwitz. Syn postanawia dokończyć misję – w pożyczonym pickupie przemierza kolejne stany, a film zmienia się w klasyczne kino drogi. Plenery zmieniają się w przydrożne motele i zaniedbane stacje benzynowe. Pojawiają się osoby, które przybliżają Cheyenne’a do poszukiwanego nazisty, ale także do jego własnej dojrzałości. Podróż jest tutaj bowiem dość banalną, ale jakże świetnie sportretowaną metaforą wewnętrznej przemiany bohatera. Dorosłości najdłużej opierać się będzie image Cheyenne’a.


Najmocniejszym elementem obrazu jest bez wątpienia rola Seana Penna. Laureat dwóch Oscarów kradnie dla siebie cały film, można mieć jednak wrażenie, że większość użytych przez niego środków wyrazu znamy już z wcześniejszego (równie wspaniałego) „Sama” Jessie Nelson. Penn świetnie sprawdza się w roli zagubionego, nieco zdziecinniałego gwiazdora w glam rockowej stylizacji, potrafiąc oddać zarówno jego smutek jak i nostalgię. To ostatnie uczucie jest chyba również bardzo bliskie reżyserowi, a najsilniej da się ją odczuć w scenie występu zespołu Talking Heads wykonującego piosenkę „This must be the place”, któremu przygląda się Cheyenne. Również później, ten sam utwór zaśpiewa napotkany przez głównego bohatera mały chłopiec (symbol „nowych czasów”, znający ten kawałek jedynie jako cover Arcade Fire).


Interesujący są również bohaterowie drugoplanowi. O większości z nich nie wiemy zbyt wiele, ale to galeria fascynujących osobowości: poza wspomnianą Marią, jej enigmatyczną matką i szaloną żoną Cheyenne’a (pracującą na co dzień jako strażak, zajmującą się naprawianiem samochodu i entuzjastycznym uprawianiem tai-chi), na uwagę zasługuje poznany przez tytułowego bohatera Ernie Ray (Shea Whigham, szerokiej publiczności znany z roli snajpera w „Maczecie” Roberto Rodrigueza i szeryfa Eliasa Thompsona w serialu „Zakazane Imperium”), biznesmen w typie macho, który pożycza Cheyenne swój samochód.


Spotkanie Cheyenne’a z dawnym oprawcą ojca jest niewątpliwie najbardziej poruszającą sceną z całego filmu. Zemsta dokonuje się na bezkresnej, śnieżnej przestrzeni, ale nie jest to tylko akt swoistego okrucieństwa. Nie jest to także wyłącznie spełnienie niewyrażonej woli ojca. To moment podjęcia prawdziwie dorosłej decyzji, po której Cheyenne, paradoksalnie, może spać spokojniej, niż kiedykolwiek i wrócić do domu z podniesionym czołem.

fotografie: listal.com

18 marca 2012

Seksualnie podejrzani, czyli dwuznaczność płciowa w filmach (część 2)


Dzisiaj część druga artykułu, który ukazał się na portalu G-Punkt.pl
Transwestyta-terrorysta
 


Patrick 'Kitten' Braden nazywający siebie Świętą Kicią, główny bohater filmu Neila Jordana "Śniadanie na Plutonie" był synem księdza i jego gosposi, wychowanym w tradycyjnej, konserwatywnej rodzinie irlandzkiej. Pewnego dnia porzuca dom i szkołę prowadzoną przez księży (gdzie pisze zbyt śmiałe obyczajowo opowiadania i zamiast na chłopięcy wf chodzi z dziewczętami na zajęcia robótek ręcznych i z wielką finezją wyszywa sobie szkolny mundurek).
 
Kicia (brawurowy Cillian Murphy) to postać, która ma niebywałą zdolność przyciągania do siebie brutalnych mężczyzn i znajdowania się w miejscach czy sytuacjach, które czynią z jej życia barwny, nieco groteskowy dramat (znakomitym zabiegiem było osadzenie akcji filmu w latach 70). Bohater, po kilku miesiącach tułania się po całej Irlandii, szukając matki, o której tylko tyle, że wyglądała jak Mitzi Gaynor, trafia do Londynu.
 

Pewnego wieczora w barze, w którym poszukuje szczęścia i odrobiny miłości, wybucha bomba. Kicia, jako irlandzki transwestyta staje się głównym podejrzanym i potencjalnym zamachowcem. Bardzo przejmująca jest scena, w której przesłuchiwana jest przez policjantów – bita i torturowana, prowadzi swoją grę, w której myślami odlatuje w dziwne przestrzenie i powtarza, że kiedyś zje tytułowe śniadanie na Plutonie. Co czyni tę scenę jeszcze bardziej rozdzierającą to fakt, iż Kicia błaga o to, by mogła pozostać w celi, bo to jedyne miejsce, gdzie, zamknięta, odizolowana i pozostawiona własnym myślom, czuje się naprawdę bezpiecznie.

Transgenderowa klątwa
"Orlando" w reżyserii Sally Potter, będący adaptacją powieści Virginii Woolf, kwestię płciowości i tożsamości seksualnej traktuje jeszcze inaczej. Tytułowy bohater (Tilda Swinton) jest młodzieńcem, o androgynicznym wyglądzie (jednak, co komunikuje Orlando na samym początku filmu, mimo kobiecej powierzchowności, nie ma najmniejszej wątpliwości co do jego płci). Zostaje on obłożony klątwą wiecznej młodości przez królową Elżbietę I, którą zagrał... mężczyzna – Quentin Crisp. Biografia aktora (ofiary homofobicznych ataków, która chętnie eksperymentowała z transwestytyzmem) dodaje tej historii dodatkowych kontekstów.
 

Historię Orlando obserwujemy nie tylko na przełomie wieków (w zmieniających się rzeczywistościach, dynamicznie kształtowanych przez rozwój techniki czy odmienną obyczajowość), ale także – na przełomie płci. Orlando bowiem z mężczyzny zmienia się w kobietę, a, co najbardziej zaskakujące, w obu płciach czuje się sobą (jako mężczyzna z łatwością nawiązuje tradycyjne kontakty z kobietami, jako kobieta – zostaje matką). To opowieść o szukaniu, a raczej – znajdowaniu i akceptowaniu własnej tożsamości.
 

Transfobia ostateczna
Własną tożsamość w pełni akceptuje także Teena Brandon (nagrodzona Oscarem Hilary Swank), główna bohaterka opartego na autentycznych wydarzeniach dramatu "Nie czas na łzy" w reżyserii Kimberly Peirce.


Dziewczyna od dawna czująca się w pełni mężczyzną trafia do prowincjonalnego miasteczka gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie wdzięczy się do widza, nawet nie od początku daje się lubić, jest recydywistką, nieustannie kłamie i nie stroni od bójek. Jednak, jej determinacja w ukryciu prawdziwej płci jest niesamowita. To nie tylko smutna opowieść o dziewczynie, która chciała być chłopcem. To zapis dramatycznego splotu wydarzeń, które mogły zakończyć się słodko-gorzkim happy-endem (społeczny wyrzutek znajduje dziewczynę, która go akceptuje i razem wyruszają w swoją młodzieńczą podróż ku lepszemu życiu), a doprowadziły do tragedii – morderstwa, której ofiarą był Brandon, a sprawcą – nie tylko mężczyzna, który strzelał, ale wszyscy ludzie z zaściankowej mikrospołeczności, którzy w młodym przybyszu widzieli uosobienie najgorszego wynaturzenia.


Transgenderyzm dziecięcy
Nietolerancja oczywiście nie jest cechą wyłącznie marginesu. "Różowe lata", film Alaina Berlinera, pokazuje brak akceptacji odmienności wśród ludzi żyjących w eleganckiej dzielnicy domków jednorodzinnych, którzy pławiąc się w zapewnieniach o własnej wspaniałości nie dopuszczają myśli o swoich wadach. Ludovic (Georges Du Fresne) – chłopiec, który twierdzi, że jest dziewczynką, daje im, oprócz materiału do plotek, także podstawę do zapewniania siebie o zupełnej (fałszywej) normalności.

Matka chłopca, w którym skrycie podkochuje się główny bohater mówi swojemu synowi, iż za zabawy z dziwakami idzie się do piekła. Ojciec Ludovica, na samą myśl o tym, iż jego syn już w wieku siedmiu lat mógłby przejawiać skłonności do transwestytyzmu, dostaje białej gorączki.
 
Uczynienie głównym bohaterem małego chłopca było z pewnością ciekawym zabiegiem, gdyż otwiera furtkę do rozważań, iż być może problemy z płciowością mają podstawy genetyczne, a nie są jedynie dziecięcym wybrykiem. "Różowe lata" prowadzą jednak do różowego happy-endu, co mimo wszystko nie oznacza, że obraz nie jest interesującym głosem w filmowej transgenderowej dyskusji.
Płeć ukryta
Podczas, gdy w "Różowych latach" bohaterem jest mały chłopiec będący w samym środku wrogo nastawionej sąsiedzkiej grupy społecznej, główni bohaterowie "XXY" Lucii Puenzo postanawiają wyprowadzić się na zupełne pustkowie, by z problemem poznania, uznania i zaakceptowania odmienności dziecka poradzić sobie w samotności.

Alex (Inés Efron) jest hermafrodytą, traktowaną przez rodziców jak córkę. Najlepszy przyjaciel zdradza ją, wyjawiając sekret jej płci innym mieszkańcom wioski, a matka zaprasza do domu dawno nie widzianych znajomych pod pretekstem miłego towarzystwa, mając w rzeczywistości nadzieję, iż przyjeżdżający chirurg szybko przeprowadzi Alex operację płci, by mogła stać się stuprocentową kobietą. Dziewczyną tymczasem targają liczne wątpliwości i tylko ojciec (wspaniały Ricardo Darín) wydaje się ją rozumieć.

Będąc posiadaczką właściwie obu płci, mając żeńskie imię oraz żeńskie hormony w pigułkach, ale właściwie męską budowę ciała, sposób chodzenia i ubierania, Alex nie jest do końca przekonana, kim chce być lub, jeszcze pewniej – czy chce decydować już teraz i czy w ogóle kiedykolwiek podejmie tę decyzję. W swoiście utopijnym nadmorskim krajobrazie, w miękkości nieustannej obserwacji i rodzicielskiej opieki, Alex dorasta i dojrzewa budując wokół siebie mur z bardzo cienkiego szkła, za którym do pewnego momentu nikt nie wiedział kim (lub, jak mówili wrogo nastawieni rybacy w porcie – czym) naprawdę była. Gdy jej tajemnica wychodzi na jaw, do głosu dochodzą także wszystkie jej wątpliwości i lęki. Argentyńskiej reżyserce udało się stworzyć przejmującą historię, w której nie ma miejsca na przesłodzone, banalne frazesy o tolerancji. Tutaj przede wszystkim liczy się człowiek jako istota, której nadrzędnym prawem jest spokojne życie w społeczeństwie, bez względu na okoliczności.

I to, chociaż również brzmi trochę jak banalny frazes, jest pośrednio lub bezpośrednio przesłaniem większości filmów poruszających tematykę transgenderową, która, mimo że w kinie nie jest już tabu, wciąż pozostawia filmowcom duże pole do popisu.

fotografie: listal.com