14 stycznia 2010

Kino na wybiegu II


Istnieje grupa filmów, które w sposób bezpośredni traktują o środowisku mody – jego mechanizmach, blaskach i cieniach pracy w branży i trzeba przyznać, że niektóre z tych tytułów to obrazy nie tylko efektowne, ale i całkiem interesujące.
W filmach „Diabeł ubiera się u Prady” Davida Frankela oraz „Wyznania zakupoholiczki” P.J. Hogana praca w magazynie mody wydaje się być posadą marzeń, kobiety śnią o niej od czasu bycia nastolatkami, wiele z nich „zabiłoby dla tej pracy”, a środowisko mody wydaje się im być swoistym El Dorado.

fot. www.citylife.co.uk
Naczelne portretowanych w filmach magazynów są stylowymi despotkami – „Diabeł ubiera się u Prady” jest adaptacją książki Lauren Weisberger, która, jak głosi rozpowszechniona plotka, opisała w niej swoje doświadczenia z bycia asystentką Anny Wintour – legendarnej naczelnej amerykańskiej edycji „Vogue”. Miranda Priestly – demoniczna, nieczuła egoistka, wzorowana na Wintour – została popisowo zagrana przez Meryl Streep. W „Wyznaniach zakupoholiczki” naczelna pisma „Alette” jest równie stylową, co apodyktyczną Francuzką (jak zwykle zjawiskowa Kristin Scott Thomas). Drugi z tych filmów jest znacznie bardziej banalny i, można powiedzieć, wręcz głupiutki, co więcej, „Diabeł ubiera się u Prady” Frankela jest nie tylko lepszy, ale także o niebo bardziej... stylowy.
fot. filmweb.pl
Osobiście mam niesamowitą słabość do „Seksu w Wielkim Mieście” Michaela Patricka Kinga, który jest nieco słabszy niż film Frankela –filmowej wersji opowieści o pisarce Carrie Bradshaw nieustannie poszukującej miłości brakuje trochę serialowego polotu, lekkości dialogów, smacznych żartów i najbardziej celnych obserwacji życia (najczęściej niezamężnych i niespełnionych) kobiet po trzydziestce. Warto napomnieć, że reżyserem serialu był nikt inny, jak... David Frankel.
fot.filmweb.pl
Nie można za to filmowi odmówić przodownictwa w klasie stylizacji. Znajdziemy w nim kilka scen będących kwintesencją tego, co najlepsze w modzie. Na samym początku filmu Carrie Bradshaw (Sarah Jessica Parker) idzie po ulicy w sukience z wielkim białym kwiatem. Mijające ją nastolatki krzyczą: „jaka świetna sukienka”, a Carrie tylko uśmiecha się bo... już to wie. Wie również, że nikt na całym Manhattanie nie zna się na modzie lepiej niż ona. Urokliwa jest scena przeprowadzki Carrie – wraz z przyjaciółkami w rytm piosenki „Walk This Way” Aerosmith przegląda ona swoją szafę robiąc prywatny pokaz mody. Carrie wygląda znakomicie nawet w najbardziej kiczowatych sukienkach, najczystszej tych w stylu lat 80., promienieje i widać, że bawi się modą, jest śliczna i inspirująca.
www.filmweb.pl
Powróćmy na moment do serialu. Dialogi i postacie (charakterystyczne, świetnie nakreślone) to jedynie część jego atutów. Należy do nich też zdecydowanie skuteczność w kreowania wizerunku i wpływaniu na masową świadomość, w wyniku czego serial stał się doskonałą niszą dla reklamy. Przez sześć sezonów „Seksu w Wielkim Mieście” oglądaliśmy nie tylko metamorfozę bohaterek (pewnie z modnych kobiet lat 90. zmieniają się w czterdziestoletnie kociaki XXI wieku), ale zaobserwowaliśmy także promocję na przykład słynnych już butów Manolo Blahnika. Film wylansował także Patricię Field – obecną guru stylizacji w filmach, w których bohaterem jest sama moda (także wspomniane wcześniej „Diabeł ubiera się u Prady” i „Wyznania zakupoholiczki”).
fot.filmweb.pl
Wracając do filmu – Mr Big prowadzi Carrie przez ich nowy penthouse w samym sercu Manhattanu. Carrie ma w dłoni torbę z logo Manolo Blahnika, zamyka oczy i delikatnie drży z ekscytacji. Kiedy Big pozwala jej otworzyć oczy, za podwójnymi drzwiami ukazuje się kolejne, tym razem małe mieszkanie – nowa garderoba Carrie jest spełnieniem jej marzeń. Gdy bohaterka przymierza suknie ślubne, pojawiają się wielkie nazwiska: Vera Wang, Carolina Herrera, Christian Lacroix, Lanvin, Dior, Oscar de la Renta, Vivienne Westwood. Film modowym rozmachem kilkukrotnie przewyższył serial, tym bardziej zastanawia mnie, co czeka nas po premierze drugiej części, która została zaplanowana na maj 2010.

ciąg dalszy nastąpi, a cały artykuł można tutaj:
www.g-punkt.pl

13 stycznia 2010

Kino na wybiegu I


Lubimy modę
, bo odpowiada temu, co w nas najbardziej próżne, jest często hołdowaniem naszym zachciankom i egoizmowi. Daje możliwość spełnienia się naszej wyobraźni, zmysłom, poczuciu estetyki i jednocześnie przynosi bardzo przyjemne poczucie, że robimy coś wyłącznie dla siebie. Czy równie przyjemne jest oglądanie mody w kinie?

fot. Peter Lindbergh

W latach 90. modelki z kobiet wyłącznie pozujących do zdjęć czy chodzących po wybiegach zmieniły się w instytucje, ludzi-orkiestry o (trzeba to powiedzieć wprost) wątpliwych kompetencjach. W tym czasie romans mody z filmem, niestety, nie był szczególnie udany, gdyż żadna z modelek chcących zrobić oszałamiającą karierę w kinie nie miała odpowiedniego talentu. Wspomnijmy żenujące próby Cindy Crawford – po jej występie w „Czystej Grze” Andrew Sipesa krytycy nie zostawili na niej suchej nitki, a film otrzymał trzy nominacje do Złotych Malin. Mimo to niezapomniane jest dla mnie niesamowite wrażenie, jakie przy pierwszym obejrzeniu zrobił teledysk George’a Michaela do „Freedom '90” (i tak już dobrych kilka lat po premierze)! Wysmakowany klip z udziałem największych ikon ówczesnych wybiegów – Lindy Evangelisty, Christy Turlington, Naomi Campbell, Cindy Crawford i Tatjany Patitz – do tej pory może być czystą ucztą dla oczu. Faktem jest jednak, że modelki nie chciały być dłużej jedynie pięknym dodatkiem oraz że niektóre z nich w filmie odnalazły się całkiem nieźle.


fot. Sylvie Lancrenon
monicabelluccifans.com

Legendy światowego modelingu – Grace Jones czy Milla Jovovich – mają na swoim koncie kilka interesujących filmów; mało kto pamięta, że bogini Monica Bellucci także zaczynała swoją karierę od bycia modelką; obecnie jedną z głównych ról w najnowszym filmie Terry’ego Gilliama „Parnassus” zagrała Lily Cole – jedna z najbardziej znanych brytyjskich modelek. Nazwiska będzie można mnożyć, bo swoją filmografię budują też między innymi Australijka Gemma Ward czy Etiopka Liya Kebede.

fot. filmweb

Wielki romans mody z filmem można było zaobserwować, gdy w 1994 roku Liz Hurley na premierze filmu „Cztery wesela i pogrzeb” Mike'a Newella (w którym główną rolę zagrał jej ówczesny narzeczony Hugh Grant) pojawiła się w obcisłej czarnej sukni od Versace, spiętej w dwudziestu czterech miejscach złotymi agrafkami. „Vogue” napisał wtedy: „W owej chwili, która w świecie brukowców nabrała takiego znaczenia, jak Boże Narodzenie ma dla chrześcijan, narodziła się gwiazda”. Nikt bowiem nie zwracał większej uwagi na Andie MacDowell, kreującą główną rolę kobiecą w filmie. Tego dnia liczyła się tylko Hurley i był to początek jej światowej kariery.

fot. dailymail.co.uk

Nie jest to oczywiście jedyny przypadek, kiedy moda i film romansują ze sobą zupełnie poza planem filmowym. Moda wspiera tutaj film i odwrotnie, przedstawiciele (jeszcze chętniej przedstawicielki) świata filmu kreują wielką modę na czerwonych dywanach, promując nie tylko siebie, ale i, bardzo często, sam obraz, w którym biorą udział. Najczęściej podobne zjawiska obserwujemy podczas wielkich gali rozdania najważniejszych filmowych nagród, jak Złote Globy czy Oscary, do historii przeszedł między innymi strój Björk, która na Oscarach w 2000 roku wystąpiła w sukience w kształcie łabędzia projektu Marjana Pejoskiego.

fot. ahdoe.com
Jeszcze inną kategorią niezapomnianych strojów są kreacje, które stały się nierozerwalnie związane z danym filmem, tak ikoniczne, że obecnie są jego cechą charakterystyczną. Tak jest na przykład z podwiewającą białą sukienką Marilyn Monroe z (dość rozczarowującej) sceny ze „Słomianego Wdowca” Billy’ego Wildera, małą czarną Givenchy noszoną przez Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany'ego”, niezapomnianym bikini Ursuli Andress z „Doktora No” Terence'a Younga czy rękawiczkami rozerotyzowanej Gildy – Rity Hayworth z filmu Charlesa Vidora.
fot. ilmberger.files.wordpress.com

ciąg dalszy nastąpi, całość można przeczytać tutaj:

9 stycznia 2010

Witajcie w życiu!


Polskiej publiczności Henryk Dederko dał się poznać swoim filmem "Witajcie w życiu"
, traktującym o sposobach działania (i oddziaływania) popularnego w Polsce w latach 90. koncernu Amway, zajmującego się handlem bezpośrednim (jest to największa korporacja handlu sieciowego na świecie).


Filmem, a właściwie skandalem, który towarzyszył jego pierwszym pokazom.
Amway wytoczył proces karny autorom filmu posądzając ich o zniesławienie, a także proces cywilny producentom (TVP i Contra Studio), którzy zostali zobligowani do zamieszczenia oficjalnych przeprosin w prasie oraz wpłaty 10 tysięcy na cele charytatywne. Wyrokiem sądu film nie może być także emitowany w telewizji. Na 2009 rok zaplanowany został pokaz dokumentu na Warszawskim Festiwalu Filmowym, jednak (oficjalnie) ze względu na niezakończone procesy sądowe Telewizja Polska nie udzieliła na niego licencji.

"Czy ktoś za ciebie decyduje, kiedy masz wstać? Wyrzuć budzik i pracuj z nami" - mówią przyjemne głosy z materiałów motywacyjnych dla nowych pracowników koncernu Amway. Przejmujący fanatyzm to jeden z ulubionych tematów Dederki, a na przykładzie pracy koncernu, którego wiele działań uznanych zostało przez opinię publiczną za oddziaływanie bliskie efektom sekt, został on pokazany znakomicie. W 1996 roku z firmą Amway Polska współpracowało 80 000 osób. Były to osoby o różnym wykształceniu i statusie materialnym, kuszeni perspektywami zarobienia szybkich pieniędzy, historiami tysięcy podobnych jak oni Kopciuszków, dla których kwestią kilku miesięcy miało być zdobycie bogactwa, a także, co według trenerów Amway idzie z tym w parze - permanentnego szczęścia. Trenerzy działali na naturalne potrzeby wspólnoty, a amerykańscy guru korporacyjnego marketingu traktowani byli jak gwiazdy rocka. Biznes w teorii był bardzo prosty - należy być stuprocentowym, najwierniejszym użytkownikiem promowanych produktów. Materiały szkoleniowe firmy Amway były niczym książki kucharskie pełne przepisów na idealne życie. Miały inspirować do zakładania zeszytów marzeń, dowodziły, że obracając się wśród ludzi odnoszących sukces, sami możemy go osiągnąć. Ludzie z Amwaya byli jak wyjęci z obrazków najbardziej efektownych reklam telewizyjnych: radośni, entuzjastyczni, programowo szczęsliwi, mają każdemu rozmówcy coś fantastycznego do zaproponowania. Zabawne, jak w swoim fanatyzmie liderzy Amwaya swoje zdolności przywódcze przyrównali do charyzmy Napoleona czy Hitlera.

Najbardziej znamienna i interesująca jest scena totalnej destrukcji odbiorników telewizyjnych niczym palenie książek w "Fahrenheit 451" Truffauta. Brutalne treści przekazywane w telewizji mogą zaburzyć własny, ciężkimi siłami wypracowany entuzjazm, dlatego należy pozbyć się od samego początku źródła problemu. To samo dotyczy bestialstwa w kinematografii, dlatego nadgorliwi adepci postanawiają spalić nawet "Psy 2".

Nie można pochwalić twórcy za obiektywizm jego filmów. Amway został pokazany jako wielka korporacyjna machina, zwabiająca ludzi obietnicami o zdobyciu złotych gór. To, że Amway wprowadzał wiele technik manipulacyjnych nie mija się z prawdą, jednak nawet wypowiedzi najlepszych polskich pracowników Amwaya brzmią w tym dokumencie nie jak ich punkt widzenia, ale niczym najbardziej ironiczne dialogi napisane w celu ich jednoznacznego wyśmiania.

fragment artykułu dla portalu www.g-punkt.pl

29 grudnia 2009

Die Hard


"Szklana Pułapka"
1988

reż. John McTiernan

scen. Jeb Stuart, Steven E. de Souza




To moje prawdopodobnie największe (filmowe) emocjonalne przeżycie grudnia.
Grupa Terrorystów opanowuje w Los Angeles drapacz chmur. Zrządzenie losu sprawia, że na bożonarodzeniowym bankiecie na trzydziestym piętrze pojawia się John McClane - nowojorski policjant i zarazem jedyna osoba, która będzie w stanie uratować sterroryzowanych ludzi (w tym swoją żonę-karierowiczkę, z którą od pewnego czasu jest w separacji).


"Szklana Pułapka" ma wszelkie cechy dobrej sensacji. Główny bohater jest niepokonany, pojawia się subtelny wątek miłosny, dramaty rodzinne, efektowna mieszanka ognia, szkła i krwi.
Bruce Willis kreując główną postać biega na boso po całym wieżowcu i uprawia wysmakowaną akrobatykę w windach i kanałach wentylacyjnych, łamiąc prawa fizyki i fizjologii, co, nie da się ukryć, nie dodaje filmowi ani krzty wiarygodności.



Mój Tato-Kinoman po naszym wspólnym seansie skomentował jednak moje wątpliwości zdaniem: "Córeczko, Ty nie wiesz chyba, do czego jest zdolny człowiek pod wpływem szoku. Szczególnie Bruce".
I niech to będzie odpowiedź na to, dlaczego "Szklana Pułapka" jest niezmiennie fascynującym klasykiem, a Bruce Willis bezapelacyjnie najjaśniej świecącą gwiazdą gatunku.

13 grudnia 2009

Malarskość Wieloznaczna III


Filmy o malarzach bywają nierzadko formą aktorskiego monodramu: nie do końca oczywiście, ponieważ protagonistę otacza masa ludzi, którzy bardziej lub mniej bezpośrednio wpłynęli na jego życie, postaci często równie interesujących. Myśląc jednak o obrazach takich jak „Pollock” w reżyserii Eda Harrisa – w którym zagrał on również główną rolę – czy „Picasso – Twórca i niszczyciel” Jamesa Ivory'ego, gdzie w tytułową postać wcielił się sir Anthony Hopkins, czy nie mamy wrażenia, że to właśnie ci aktorzy – łącząc własną umiejętność perfekcyjnego wcielania się w innych oraz wrodzony instynkt do ukazywania najbardziej właściwych emocji z charyzmą malarzy, których muszą odegrać – są w samym centrum tego niezwykłego, jakby odległego świata i że to właśnie oni nadają mu bieg?


Mówi się czasem, że film jest najmniej pojemną z form wyrazu. Że pisząc - twórca może pokazać swoje emocje - zachwyt, oburzenie, wściekłość, nakreślić dokładnie sytuację, ramy czasowe, podkreślić cechy bohaterów, aby wszystko zostało perfekcyjnie zrozumiane. Malując – działa bezpośrednio na wyobraźnię widza nierzadko dając mu więc niekończące się pole dla własnej interpretacji. Natomiast patrząc przez oko kamery – zawęża przede wszystkim pole widzenia, jest ograniczony przez czas trwania projekcji, a także musi odwoływać się do własnej wrażliwości i umiejętności pokazywania barw, pejzaży, prowadzenia postaci i... uwierzyć, że widz wykaże się zrozumieniem i pojmie jego punkt widzenia. Widzimy więc, jak trudno jest za pomocą filmu pokazać porywającą biografię malarza, uciekając z jednej strony od banału, z drugiej – od mitologizowania.



całość można przeczytać


10 grudnia 2009

Malarskość wieloznaczna II


Miloš Forman uważany jest za twórcę wybitnego – banałem byłoby każde argumentowanie ewidentnej klasy filmów takich jak „Lot nad Kukułczym Gniazdem”, „Amadeusz”, czy „Skandalista Larry Flynt” – jednak jego film „Duchy Goi”, którym powrócił w 2006 roku po siedmiu latach przerwy w pracy, wzbudził w krytykach mieszane uczucia. Być może dlatego, że nie jest on tak spektakularnie naładowany emocjami (jednak proszę pamiętać o genialnym Javierze Bardemie!) ani odkrywczy zarówno pod względem treści, jak i realizacji czy przesłania. Nie można jednak zaprzeczyć, iż Stellan Skarsgard nakreślił postać Francisco Goi bardzo interesująco (przy czym nie można odmówić samemu reżyserowi kapitalnego wyczucia w prowadzeniu aktorów), a niepokojące barwy doskonale oddają klimat Hiszpanii schyłku XVIII wieku, podczas gdy kraj pustoszony był przez wojska napoleońskie, a twórczość Goi jest najlepszym odzwierciedleniem niepokoju zarówno w społeczeństwie, jak i na królewskim dworze.
Czasami twórcy decydują się na dopowiedzenie kilku słów do biografii malarza, tak czyni Peter Webber adaptując bestsellerową powieść Tracy Chevalier „Dziewczyna z Perłą”. Odmalowuje brudny, depresyjny pejzaż miasta Delft w XVII-wiecznej Holandii, gdzie rozgrywa się emocjonalna potyczka w trójkącie uczuciowym: Johannes Vermeer (Colin Firth)– jego zazdrosna małżonka w oparach podszeptów matki – siedemnastoletnia Grier (Scarlett Johansson), ich śliczna służąca, która pozuje mistrzowi do portretów. Biografia malarza została wzbogacona o namiastkę mezaliansu najprawdopodobniej, by podnieść temperaturę fabuły i uczynić ją bardziej intrygującą.

Trochę inaczej rzecz ma się w filmie Juliana Schnabela – „Basquiat. Taniec ze śmiercią”, w którym pojawia się osoba Alberta Milo, zagrana przez Gary'ego Oldmana. Jest to bowiem fikcyjna postać dopisana specjalnie i zarazem alter-ego reżysera, który sam jest malarzem. Film ukazuje słodko-gorzką biografię Jeana-Michele'a Basquiata (granego przez Jeffrey'a Wrighta), prekursora graffiti, który swoimi napisami na murach bulwersował społeczeństwo Ameryki drugiej połowy XX wieku, natrząsając się z burżuazji i społecznych skłonności do hipokryzji. Na początku lat 80. spotkał on swojego mistrza, Andy'ego Warhola (czy jest ktoś bardziej odpowiedni do tej roli niż David Bowie? Według mnie jest to pytanie czysto retoryczne) i wspólnie stworzyli kilka prac. Basquiat zmarł w wyniku przedawkowania heroiny. Nie potrafił znaleźć w swoim życiu złotego środka, lawirując między kobietami, mecenasami sztuki (nie mogę nie wspomnieć Dennisa Hoppera w roli Bruno Bischofbergera. Hopper to jeden z tych aktorów, którzy magnetyzują niezależnie, czy grają główną rolę, czy marginalny epizod) i swoją prywatną bohemą wiecznie młodych i nieustannie narkotyzujących się nonkonformistów.

ciąg dalszy nastąpi, a całość można przeczytać

Malarskość wieloznaczna I

Co łączy Picassa z Modiglianim – twórców, których w pierwszej połowie XX wieku różniło ich niemal wszystko? Van Gogha z Gauguinem oprócz słynnego spotkania w Żółtym Domu w Arles? Basquiata i Warhola pomijając to, że stworzyli wspólnie kilka dzieł? Wszyscy ci malarze stali się bohaterami filmowych historii – z jakim skutkiem? Przyjrzyjmy się zjawisku (dość entuzjastycznego) kręcenia biografii artystów.


Nie da się ukryć, że twórcy filmowi chętnie sięgają po biografie najbardziej znanych artystów, a z pewnością najchętniej takich, którzy byli skandalizujący lub chociażby bardziej aktywni społecznie, politycznie, czy seksualnie od innych. Dlatego jednym z najczęściej przedstawianych malarzy jest Vincent van Gogh. Holenderski postimpresjonista, który początkowo
szukał swojego powołania w służbie Bogu i biedocie niderlandzkich zagłębi górniczych, jednak zrezygnował z kapłaństwa, by oddawać się szaleńczym ciągom twórczym i wyniszczającym związkom z kobietami, nękany przez całe życie objawami syndromu maniakalno-depresyjnego. Tę skomplikowaną biografię możemy oglądać między innymi w znakomitej adaptacji powieści Irvinga Stone'a Pasja życia George'a Cukora i Vincente Minnellego, ze świetnymi rolami Kirka Douglasa (van Gogh) i wielkiego Anthony'ego Quinna(Paul Gauguin), oraz filmie „Vincent i Theo” w reżyserii Roberta Altmana, który obrazuje skomplikowane związki Vincenta van Gogha (tutaj: Tim Roth) z jego bratem.

Energia meksykańskich ulic oraz ich niesamowity, pulsujący wszystkimi odcieniami najcieplejszej czerwieni i żółci, koloryt zmienia się w głębokie fiolety, granaty i ostre światła nocy – film Julie Taymor „Frida” to cały wachlarz emocji. Podkreśla burzliwość życia wynikającą z temperamentu, ale i tragizm spowodowany chorobą po wypadku i wyniszczającą miłością Fridy Kahlo – meksykańskiej malarki – do jej męża i mentora Diego Riviery. Salma Hayek, odtwórczyni głównej roli, była tak zaangażowana w realizację filmu, że zainwestowała w niego sporą sumę, osobiście czuwała nad scenariuszem i zleciła tworzenie obrazu swojej firmie producenckiej Ventanarosa (przemianowanej później na Ventanazul). Oprócz tego, że Hayek otrzymała nominację do Oscara za (znakomitą) rolę Fridy, film był jak dotąd największym sukcesem artystycznym firmy. Nic dziwnego – cóż za pasja i namiętność odmalowuje się w tym filmie! I nie mówię tu tylko o słynnej scenie tanga tańczonego przez Salmę Hayek i Ashley Judd.

ciąg dalszy nastąpi, a całość można przeczytać

21 listopada 2009

Filmy Cudowne Wizualnie




'filmy cudowne wizualnie' to dla mnie zupełnie odrębna kategoria filmów. Znajdują się w niej filmy z niemal każdego gatunku, ich największą siłą są kostiumy będące dziełami sztuki, zapierająca dech w piersiach scenografia, niesamowite barwy, krajobrazy, wystrój wnętrz, idealne kompozycje będące efektem wielogodzinnych konsultacji, setek szkiców i rysunków - wielkie łał.
W takich filmach nie jest najistotniejszy scenariusz czy wartość intelektualna (chociaż są (!) filmy łączące wszystkie te cechy!), ale liczy się to, jaką dziką przyjemność dla zmysłu wzroku i plastycznej wrażliwości ze sobą niosą.




Wśród zapowiedzi nadchodzących premier taką perełką będzie absolutnie "Alicja w Krainie Czarów" Tima Burtona, nawiasem mówiąc Burton jest mistrzem tej kategorii. Ja jeszcze niecierpliwie czekam, aż będę mogła podziwiać "Imaginarium of Doctor Parnassus" Terry'ego Gilliama, ale przy konkretnych tytułach pojawiają się inne nazwiska: Joe Wright ("Pokuta"), Julian Jarrold ("Zakochana Jane", "Powrót do Brideshead"), Marc Forster ("Marzyciel"), Tom Tykwer ("Pachnidło"), Mike Newell ("Miłość w czasach zarazy"), Sofia Coppola ("Maria Antonina")...



Dla potwierdzenia tego, co napisałam, załączam jeszcze kilka innych pięknych kadrów.
enjoy!






16 listopada 2009

Dystrykt 9


2009

reż. Neill Blomkamp
scen. Neill Blomkamp, Terri Tatchell


Obcy (z powodu swojego wyglądu zwani pogardliwie krewetkami) przybyli na Ziemię ponad dwadzieścia lat temu - nikt nie wie, dlaczego ich statek zatrzymał się nie nad Waszyngtonem czy Nowym Jorkiem, a dokładnie nad Johannesburgiem. Faktem jest, że osiedlili się na Ziemi i żyją tam obok ludzi, stwarzając z jednej strony swoje aktywne społeczeństwo, a z drugiej - pewne zagrożenie dla ludzi. Obcy stają się uchodźcami i zostają umieszczeni w prowizorycznym getcie o nazwie "Dystrykt 9".
Nie dziwi więc oczywista analogia: reżyser Neill Blomkamp oparł film na swoich doświadczeniach z dzieciństwa w RPA w czasach apartheidu (interesujący jest tu motyw pociągu obcych do kociego jedzenia, jako taniego środka zaspokajającego głód - w schematyczny sposób pokazano, że obcy są tutaj podkastą, czwartym światem).


Obcy mają własną technologię broni, która możliwa jest do wykorzystania tylko i wyłącznie po połączeniu się z DNA krewetek - są śmiertelnie niebezpieczni, ale wystawia ich to jednocześnie na zagrożenie ze strony nigeryjskich gangów (Nigeryjczycy wierzą, że po zjedzeniu kawałka ciała krewetki posiądą ich zdolności posługiwania się bronią).
Sytuacja wymyka się spod kontroli - państwa nie mogą dojść do porozumienia, co zrobić z ponad 1,5 milionową populacją obcych, dlatego kompromisem wydaje się być przeniesienie ich do innej strefy, z dala od ludzi. Zajmuje się tym prywatna spółka Multi-National United (MNU), która pod pozorem dbania o ich prawa i godność osobistą wysyła do Dystryktu uzbrojoną ekipę, aby zmusiła obcych do podpisania nakazów eksmisji i pokierowała ich sprawnym przesiedleniem.


Wikus Van De Merwe (bardzo dobry Sharlto Copley), który kieruje misją przesiedlenia jest miłym, ale niezbyt rozgarniętym urzędnikiem. Odwiedza krewetki w ich domach i, co uderzające, wydaje się być wyzbytym ze wszelkich pozytywnych ludzkich uczuć - namawia swoich współpracowników do przemocy, traktuje (o ironio!) krewetki jak absolutny podgatunek, jest tez zupełnie nieostrożny - przez przypadek natrafia na płyn, dzięki któremu w krótkim czasie zaczyna przemieniać się w jednego z obcych (i, co za tym idzie, otrzymuje ich wszystkie zdolności z umiejętnością posługiwania się bronią włącznie).
Staje się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na Ziemi, jest ścigany przez wszystkie jednostki MNU i jedynym miejscem, w którym może się ukryć okazuje się właśnie Dystrykt 9.


"Dystrykt 9" jest daleki od powielania utartych schematów kina sci-fi. Utrzymanie go w konwencji nieźle zrealizowanego filmu dokumentalnego jest doskonałym zabiegiem. Co ciekawe, budżet filmu zamknął się w 30 milionach dolarów, jest bezpretensjonalny, wciągający, dynamiczny, a efekty specjalne są tutaj prześwietne. Ponadto naprawdę interesująco zostały tutaj pokazane kwestie społeczne - wynaturzenia, slumsy i totalna underclass, wykluczenie, życie ludzkie a postęp technologiczny, dążenie do władzy, pieniądze. Pojawia się szereg pytań: jak bardzo można stłamsić inność, czy możliwe jest ponowne funkcjonowanie miejsc jak obozy koncentracyjne czy getta, jak wiele można poświęcić dla budowania potęgi militarnej.


W filmie podoba mi się to, że podczas oglądania nie nabierzemy prawdopodobnie wiary w istnienie istot (lub wręcz rozwiniętych technologicznie!) cywilizacji, ale cała historia wzbudza pewne współczucie - dla inności, tłamszenia praw (według filmu za dwie dekady termin 'prawa człowieka' ma mieć zupełnie inny wydźwięk...), a zakończenie wydaje się ostatecznie pozostawiać nadzieję na to, że każde porozumienie jest możliwe.


11 listopada 2009

Konopielka


1981
reż.
scen. Witold Leszczyński

Dzisiaj prezentuję jeden z najlepszych (i jednocześnie najmądrzejszych i poruszających w swojej prostocie i fabule) polskich filmów, który szczerze uwielbiam.


W globalnie rozwijającej się Polsce Taplary przedstawiają się jako wioska skrajnie zacofana. W zabobonnej wsi nieznane były szlachetne slogany PRLu wzywające do odbudowy kraju, społeczność jest nieuświadomiona zarówno w kwestiach nowych technologii pracy (nie chcą się zgodzić na to, aby sierp zastąpić kosą!), ale i postępującego rozluźnienia obyczajów (czy możliwa jest rewolucja seksualna w Taplarach?). Wielu jest tam ludzi niepiśmiennych, nie znających zasad higieny czy dobrych manier (jak jedzenie sztućcami), żyjących bez elektryczności, a także ślepo przywiązanych do tradycji (które nie tyle cementują społeczność, ale utrudniają jej życie).


Symbolem zmian i osobą, która ma pomóc mieszkańcom wsi jest młoda nauczycielka Jola (czarująca Joanna Sienkiewicz), która zamieszkuje w domu Bartoszewiczów - Kaziuka (doskonały Krzysztof Majchrzak, uwielbiam jego grę emocjami!) i Handzi (Anna Seniuk jest na wskroś pozytywna, urocza i zalotna, szczególnie w stanie błogosławionym).


Zmiany spadają na ludzi jak ognisty deszcz zwiastujący apokalipsę. Diabeł mówi: owieczki będą się prosili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babą! - ponieważ Pan Bóg coraz stareńszy, coraz częściej odpoczywa.


Siłą tego filmu oprócz scenariusza są doskonałe kreacje całej obsady. Oprócz Sienkiewicz, Seniuk i Majchrzaka możemy zobaczyć Annę Milewską - Matkę Boską Baletnicę w świecie, w którym Pan Bóg przebrany za dziada po świecie chodzi i porządku pilnuje. Pojawia się też Franciszek Pieczka, jeden z moich ulubionych (jeśli nie ulubiony) polskich aktorów, chodząca charyzma, uosobienie spokoju, gra jakby bez wysiłku, mądrością zapisana w swoich pięknych oczach.


I, absolutnie, delikatnie komediowy wydźwięk niektórych momentów nie zakrywa ich refleksyjności, a sceny erotyczne (i ocierające się o tą tematykę) w filmie są naprawdę smaczne.

3 listopada 2009

Wzrok zbitego psa i dążenie do doskonałości


Weronika Postanawia Umrzeć

2009

reż. Emily Young

scen. Larry Gross, Roberta Hanley



Panie i Panowie, oto prawdopodobnie najpoważniejszy kandydat do wygranej w kategorii 'filmowy gniot roku'. Adaptacja powieści Paulo Coelho jest dość luźna, aczkolwiek zachowuje wszystkie cechy charakterystyczne dla twórczości słynnego Przewodnika Dusz - ckliwość, proste prawdy ukazane w formie wielkich filozofii i przepis na życie układający się w formę czarno-białego banału, bez widocznych półcieni.


Sarah Michelle Gellar buduje postać Weroniki na bazie emocji niezbyt rozgarniętej i nazbyt infantylnej nastolatki i ratuje schizofrenicznego Edwarda (Jonathan Tucker) z otchłani alienacji niczym Buffy ludzkość przed Wampirami - chętnie pokonuje wszelkie przeciwności i okazuje się, że jest w tym (niespodzianka!) naprawdę doskonała. Uczy go (i przy okazji siebie też), jak kochać życie i być szczęśliwym odnajdując piękno w każdej, najdrobniejszej chwili.
Fatalne są w tym filmie zdjęcia - jakby kamerzysta biegał za aktorami ze sprzętem trzymanym w rękach nie z powodu waloru artystycznego, ale braku możliwości lub zepsucia osprzętu.


Zdecydowanie ubolewam nad tym, dlaczego na udział w filmie zgodził się David Thewlis. Ponieważ w swojej filmografii miewa on podobne wpadki ("Nagi Instynkt 2" ?!), myślę, że powinno mu to zostać wybaczone jako tendencja do artystycznego błądzenia, z uwagi na takie przebłyski geniuszu jak chociażby "Całkowite zaćmienie" Agnieszki Holland.


Ten film wydaje się być od początku do końca niedobry i chyba rzeczywiście takim jest. Weronika postanowiła umrzeć, a my na seansie umieraliśmy razem z nią.