25 października 2011

Kinomaszyna 2.2


W kolejnej Kinomaszynie spędzimy całą godzinę z bardzo roztańczonymi aktorami.
Będę Wam opowiadała nie tylko o filmach muzycznych, ale także o moich ulubionych scenach filmowych z tańcem w roli głównej.


Kogo uczył Antonio Banderas? Mistrzem jakiego tańca stał się Richard Gere? I, oczywiście, za co powinniśmy kochać Johna Travoltę?

Zapraszam już jutro, w środę o 19:00 do słuchania UniRadia  (Internetowego Radia Uniwersytetu Wrocławskiego)!

Przypominam też, że możecie znaleźć blog na Facebooku.

Do usłyszenia!

23 października 2011

Wszystko o Mojej Matce

W ramach niedzielnej czytelni mam dla Was recenzję jednego z moich absolutnie ulubionych filmów

"Todo sobre mi madre"

reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
1999



"Nazywam się Agrado – Przyjemność" – mówi jedna z bohaterek filmu. - "Bo moim największym celem jest dawanie innym przyjemności". "Wszystko o mojej matce" utwierdza mnie w przekonaniu, że moim Agrado jest kino Pedro Almodóvara ze wszystkimi swoimi niuansami, których odkrywanie jest dziką przyjemnością.


Manuela (Cecilia Roth) mieszka z synem Estebanem (Eloy Azorín) w Madrycie. W wyjątkowo deszczowym dniu urodzin chłopaka matka i syn wybierają się wspólnie do teatru na "Tramwaj zwany pożądaniem", gdzie główne role grają słynne katalońskie aktorki, Huma Rojo (Marisa Paredes) i Nina (Candela Pena). Esteban, rozemocjonowany spektaklem wybiega na ulicę, by otrzymać autograf od swojej idolki, Humy, a niemal zlewając się z ulewnym deszczem zostaje potrącony przez wyjeżdżający samochód. Manuela, pogrążona w rozpaczy po śmierci syna postanawia przenieść się do Barcelony, miasta swojej młodości. Tam zatrudnia się jako osobista garderobiana i asystentka samej Humy Rojo, a po przypadkowym spotkaniu z Agrado (Antonia San Juan) – transwestytą, z którym niegdyś łączyła ją przyjaźń, na zgliszczach wspomnień próbuje zbudować swój zupełnie nowy świat.


Najbardziej utytułowany ze wszystkich filmów Pedro Almodóvara (między innymi Oscar, Złoty Glob, Cezar i BAFTA w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny/zagraniczny plus Nagroda Jury Ekumenicznego w Cannes i główne wygrane w sześciu kategoriach nagrody Hiszpańskiej Akademii Sztuk Filmowych Goya), mimo iż wydaje się być obiektywnie oryginalny, zawiera w sobie kilka elementów, które od wielu lat charakteryzują twórczość maestro z La Manchy i pomagają bezbłędnie rozpoznać jego kino - to zawsze Almodóvar, który tworzy swoją Almodramę (termin ten na początku lat 90. ubiegłego wieku wykreował krytyk Paul Julian Smith, definiując unikalny styl hiszpańskiego mistrza).


Teatralne aktorstwo, wielka dbałość o scenografię, która dookreśla bohaterów (natura jest jakby sterowana emocjami bohaterów, a wnętrza stają się wolnym tłumaczeniem ich odczuć i charakterów), wychodzenie poza ramy tradycyjnie funkcjonujących gatunków filmowych, toposów i ról społecznych czy wirtuozerskie operowanie groteską, parodią i pastiszem to nie tylko styl, ale także - wyraz ogromnej świadomości w tworzeniu kina.


Co najbardziej uderzające w kinie Almodóvara – reżyser, który zazwyczaj pozornie całą swoją uwagę poświęca kobietom, jak na ironię, to mężczyzn czyni główną siłą sprawczą dla wydarzeń, które determinują ich późniejsze działanie. Tak jest między innymi w filmach "Zwiąż mnie!" czy "Kika", ale także we "Wszystko o mojej matce". Tutaj mężczyzną, który przyniósł niewymowną radość macierzyństwa nie tylko Manueli, ale także – wiele lat później - zakonnicy Rosie (Penélope Cruz) jest transwestyta Esteban (Toni Cantó), który, już jako Lola, powraca po latach do Barcelony. Wątpliwą sprawiedliwością jest to, iż Lola, kilka lat później, umiera w samotności jako ofiara wirusa HIV.


Almodóvar zawsze ze swoiście perwersyjną przyjemnością łamie obyczajowe tabu i skostniałe schematy hiszpańskiej tradycji. Transwestyci będący głównymi bądź bardzo ważnymi bohaterami, ciężarne zakonnice, wyuzdani homoseksualiści czy skłonności kazirodcze to nie tylko oznaka wybujałej, żeby nie powiedzieć: seksualnie rozbuchanej wyobraźni Pedro Almodóvara. To także próba dowiedzenia, iż obyczajowy konserwatyzm hiszpański już wiele lat temu przesunął swoje granice.


"Wszystko o mojej matce"
to również bezpretensjonalny hołd dla magii kina. Główne bohaterki filmu są aktorkami bądź zawsze marzyły o tym, by nimi być, co więcej – sam Almodóvar twierdzi, iż jego zamysłem było stworzenie filmu o umiejętności gry aktorskiej ludzi w życiu codziennym, w tym wypadku – kobiet, które nie są aktorkami. Film został zadedykowany wielkim divom – aktorkom, które grają aktorki.


Na swojej stronie internetowej Almodóvar napisał: "Pewne greckie przysłowie mówi, iż tylko kobiety, które myły swoje oczy łzami mogą widzieć świat przejrzyście". Pewnym jest, iż on ten świat pokazuje nam z pełną bezkompromisowością.

fotografie: listal.com

22 października 2011

New York, New York

Dzisiaj (w nawiązaniu do środowej Kinomaszyny, o której pisałam TUTAJ) napiszę o kilku filmach, w których jedną z głównych ról gra... Nowy Jork.


Jednym z reżyserów, który szczególnie lubi portretować Nowy Jork jest mistrz Martin Scorsese - wyreżyserował on aż trzy filmy z Nowym Jorkiem w tytule:

- "New York, New York"
(1977)


Rzeczywistość tego filmu to powojenna Ameryka, a jego bohaterami są Jimmy Doyle (Robert De Niro), utalentowany saksofonista i piosenkarka Francine Evans (Liza Minnelli). To dość bolesna historia w konwencji musicalu, w którym dodatkowym bohaterem jest przejmująca zazdrość.


- "Gangi Nowego Jorku"
(2002)


Historia rozgrywająca się w XIX wieku w nowojorskiej dzielnicy Five Points, jednym z najbiedniejszych miejsc w całej Ameryce, gdzie gangi walczyły o kontrolę na ulicach wśród płonących budynków i wszechobecnej politycznej korupcji. Bohaterowie filmu to Amsterdam Vallon (Leonardo DiCaprio), młody irlandzki imigrant, który wraca do Five Points, by zemścić się na Billym Rzeźniku (Daniel Day -Lewis), przywódcy anty-imigranckiego gangu, który był sprawcą śmierci ojca Amsterdama. Przy okazji Amsterdam poznaje Jenny (Cameron Diaz), kobietę-kieszonkowca z równie mroczną przeszłością.


Dla mnie "Gangi Nowego Jorku" to nie tylko historia zawiłego trójkąta, ale także - wspaniale oddana atmosfera niepokoju, jaki trawił Nowy Jork w 1863 roku, gdy do jego bram zastukały echa Wojny Secesyjnej.


Ze ścieżki dźwiękowej do filmu pochodzi piękna, poruszająca kompozycja U2 - "The Hands that Built America". Z tą piosenką wiąże się jedno z moich największych Oscarowych rozczarowań. To była pewna noc w 2003, kapitalnym roku dla kinematografii, bo wśród nominowanych filmów znalazły się takie dzieła jak "Pianista", "Porozmawiaj z nią", "I twoją matkę też", "Godziny" czy "Frida". Natomiast w kategorii na najlepszą piosenkę z zespołem U2 zwyciężył Eminem i jego "Lose Yourself" z "8. Mili", czego ja do tej pory nie potrafię wybaczyć Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.


- "Nowojorskie opowieści" 
1989

Film składający się z trzech nowel, których autorami, oprócz Martina Scorsese są także Francis Ford Coppola i Woody Allen.


I to właśnie Woody Allen jest również uważany za niekwestionowanego mistrza w portretowaniu w swoich filmach Nowego Jorku.
Na pewno znacie chociaż kilka z jego klasycznych filmów, na przykład "Annie Hall" albo "Manhattan", uważane za kwintesencję stylu Woody'ego Allena i rzeczywistości, w jakiej się rozgrywają.


Ja przyznam, że nie jestem wielką fanką Woody'ego Allena, chociaż absolutnie uwielbiam "Słodkiego drania" i "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać". Nowy Jork od wielu lat odkrywał przed nami wszelkie neurozy autobiograficznych bohaterów Allena, ale ostatnio Woody Allen zaczął się ostatnio niesamowicie otwierać na inne miasta. Na liście po Wenecji pojawił się Londyn, Barcelona, Paryż... być może o czymś zapomniałam, ale słyszałam, że mistrz komedii już szykuje się do podbijania kolejnych metropolii.


Kolejnym filmem, jaki jeszcze przychodzi mi do głowy jest oczywiście "Seks w wielkim mieście", którego jestem niepoprawną miłośniczką (z resztą zarówno filmu, jak i serialu)...  Piszę o nim znów dzisiaj, bo, nie ukrywajmy – pięć wyzwolonych bohaterek przeżywających swoje frustracje, przygody, dramaty i miłości to jedno, ale żadna z tych historii nie byłaby tak interesująca, gdyby nie otoczenie Nowego Jorku.


To właśnie miasto dało scenarzystom możliwość wykreowania kilku mocnych osobowości, które zmagają się nie tylko ze swoimi problemami, ale także – desperacko starają się wyróżnić w dżungli wielkiego miasta. Myślę, że jest to często pomijany, ale również niesamowicie ważny i chyba najbardziej interesujący aspekt sagi o singielkach.


Ostatnim nowojorskim filmem będzie oczywiście "Zakochany Nowy Jork", czyli jeden z planowanych kilku nowelowych filmów opiewających zalety i podkreślających cechy charakterystyczne wielkich miast.
Myślę, że wielu z nas, nauczonych doświadczeniem "Zakochanego Paryża" spodziewało się zupełnie innego filmu – serii lekkich, przyjemnych historii, które mogłyby pokazać blaski Nowego Jorku. Tutaj natomiast znacznie więcej jest półcieni. 


Muszę przyznać, ze ten film, jak chyba każdy, w którym zbiera się tak wielu różnych twórców by zrobić tak różnorodne tematycznie nowele, jest bardzo nierówny (moje ulubione to te, w których występują Chris Cooper i Robin Wright, Bradley Cooper oraz ta z Shia LaBeoufem i Julie Christie). Jednak, naprawdę warto go obejrzeć, bo poszczególne nowele rozwiają się i splatają ze sobą w dosyć zaskakujący sposób.


A Wy które filmy z Nowym Jorkiem w tle lubicie najbardziej?

PS. Wszystkie audycje będę umieszczać w sieci, więc jeśli będziecie mieli ochotę w wolnej chwili posłuchać, o czym mówię co środę o 19:00 w UniRadiu, już wkrótce Was do tego zaproszę.

fotografie: listal.com

18 października 2011

Kinomaszyna, sezon 2.


Kinomaszyna
, czyli moja audycja w UniRadiu powraca po długiej, wakacyjnej przerwie, a ja od razu zapowiadam pewne zmiany:

1. Od jutra będę do Was mówić w każdą środę o godzinie 19:00.

2. Przez kilka pierwszych spotkań Kinomaszyna będzie trwała aż dwie godziny..!


Mam nadzieję, że znajdziecie chwilę żeby posłuchać UniRadia, a jutrzejszym tematem audycji będą wielkie miasta jako bohaterowie filmów.


Zastanowimy się która metropolia jest bardziej zakochana - Paryż czy Nowy Jork, kto przechadza się po londyńskim bulwarze i kto oprócz Audrey Hepburn wpadł na pomysł rzymskich wakacji.

plus: w 100% tematyczna (i w większości filmowa) muzyka.
już teraz bardzo serdecznie zapraszam!!!
Marta

fotografie: listal.com

13 października 2011

Od początku do końca


reż.
Aluisio Abranches
scen. Aluisio Abranches
2009

Jaki film Was ostatnio rozczarował najbardziej?
U mnie był to ckliwy "Od początku do końca" Brazylijczyka, Aluisio Abranchesa.


Być może zabrzmi to dziwnie lub perwersyjnie, ale - naprawdę czekałam na interesujący film traktujący o kazirodztwie. Jest (było?) to według mnie chyba jedno z ostatnich prawdziwych tabu współczesnego kina - jak widać, twórcy filmowi powoli zaczynają sięgać po tę tematykę (przypomnijmy sobie chociażby niedawnego greckiego "Kła"), ale - odważny temat nie stanowi o sukcesie...



W filmie "Od początku do końca" oglądamy historię braci (
Thomás i Francisco mają wspólną matkę, ale innych ojców), którzy już od najmłodszych lat kochają się miłością aż ZA BARDZO braterską, co Matka obserwuje z nieukrywanym niepokojem.



Chłopcy dorastają, a czas płynie zabierając najpierw jednego ojca (Jean Pierre Noher) i matkę chłopców (Julia Lemmertz). Thomás (Rafael Cardoso) i Francisco (Joao Gabriel Vasconcellos) zamieszkują razem przy akceptacji ojca młodszego z braci (Fabio Assuncao). To obraz kompletnej idylli, z pałną pasji miłościąw tle. Wszystko zmienia wielki talent pływacki Thomasa - dostaje on propozycję wyjazdu do Moskwy, aby w najlepszych warunkach przygotować się do startu w olimpiadzie.


Film Aluisio Abranchesa ma jedną podstawową wadę - jest niesamowicie pretensjonalny. Piękne pod względem wizualnym kadrem okazują się być jedynie pustymi, kunsztownie zdobionymi wydmuszkami, zakrywającymi braki scenariuszowe. Szkoda, że reżyser nie zdecydował się na pokazanie tej historii w szerszym kontekście, tylko zamknął duet głównych bohaterów w mikrokosmosie ich sterylnego wielkiego domu. Także ich wątpliwości i wewnętrzne konflikty są boleśnie marginalizowane na rzecz kolejnych pretensjonalnie metaforycznych scen.




"Od początku do końca" to kolejny film zmarnowanej szansy - mocny, interesujący temat w pięknym opakowaniu, tyle, że zupełnie bezrefleksyjnie. Szkoda.

fotografie: listal.com

1 października 2011

Kolory Czasu Apokalipsy (konkurs!)


Kilka dni temu pisałam o istocie koloru w filmie "American Beauty" (możecie o tym poczytać TUTAJ). Dzisiaj chcę Wam przedstawić kolejne fragmenty książki Pati Bellantoni "Jeśli to fiolet, ktoś umrze", a także - zaprosić do wzięcia udziału w konkursie, w którym dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wojciech Marzec  będziecie mogli wygrać trzy egzemplarze tej książki.
Tematem dzisiejszych fragmentów jest...


Arcydzieło Francisa Forda Coppoli to bez wątpienia jeden z najbardziej ikonicznych filmów traktujących o wojnie w Wietnamie.
Kapitan Benjamin Willard (grany przez Martina Sheena) otrzymuje zlecenie zlikwidowania pułkownika Waltera Kurtza (wielki Marlon Brando), który dezerterując z amerykańskiej armii, stworzył na pograniczu Kambodży swoją własną armię i minipaństwo podległych mu tubylców.


Willard
najpierw musi dotrzeć do granicy frontu, a następnie na własną rękę z kilkoma towarzyszącymi mu żołnierzami odnaleźć miejsce pobytu Kurtza i dokonać jego egzekucji. Samo miejsce, do którego podróżuje główny bohater staje się dla niego coraz bardziej dzikie i odległe. Willard ciągle myśli o Kurtzu, boi się go, a jednocześnie, jest nim zafascynowany. Niesamowite okaże się oczywiście także samo spotkanie z Kurtzem.

"W tym filmie powietrze (...) to pomarańczowe spaliny z piekła rodem, które wizualnie przenikają cały film. (...) To nowy kolor XX wieku. To napalm i Pomarańczowy Agent. A towarzyszą mu o dziwo spikerzy hałasujący muzyką Wagnera.
Kolor powietrza zrodził się z nowych zanieczyszczeń, które otulają wszystko i wszystkich bez wyjątku. Zabójca Kapitan Willard podróżuje łodzią w głąb kambodżańskiej dżungli, by znaleźć i zabić innego mordercę. Obu otula pomarańczowe światło."



"Od pierwszej sceny dżungla pokazana jest poprzez pomarańczowy dym palącego się napalmu. W rzeczywistości, kolory granatów dymnych odgrywały rolę oznaczeń naziemnych, które wskazywały pozycję rannych helikopterom ewakuacyjnym. Jako pierwsze pojawiają się żółty i zielony, ale w filmie pozostają niezauważone. Kolorowy dym przybiera pozaziemskie i coraz bardziej złowieszcze znaczenia. (...) Na brzegu rzeki pojawia się znikąd fioletowy dym. A kiedy się pojawia, zaczynają umierać ludzie."


"Mistrz manipulacji Francis Ford Coppola zadbał o to, aby już na początku filmu kolory miały wyraźnie oznaczone znaczenie tak, by widownia uwierzyła, że film bazuje na rzeczywistości. W miarę rozwoju akcji, dym, już przez publiczność podświadomie zidentyfikowany, staje się częścią koszmaru - złowieszczym ostrzeżeniem zbliżającego się horroru."


I czas na KONKURS!

Aby zdobyć jeden z trzech egzemplarzy książki  
Pati Bellantoni "Jeśli to fiolet, ktoś umrze" 
wystarczy, że wyślecie do mnie mailem dowolne trzy tytuły 
filmów z kolorem w tytule 
na adres: kinofilka@gmail.com.
Na maile czekam do przyszłego piątku, 7 października.
Powodzenia!


fotografie: listal.com
bibliografia: Bellantoni P., "Jeśli to fiolet...", Warszawa 2010, str. 152-153.

27 września 2011

American Beauty


We Wrocławiu wakacje skończyły się tak szybko i niespodziewanie, że warto łapać jeszcze każdą chwilę wolności, luzu i słońca. W cudną złotą jesienną pogodę nie powinnam Was zachęcać do spędzania godzin w kinie czy przed telewizorem (na to będzie jeszcze cała masa okazji za kilka tygodni!), ale już dzisiaj zapowiem kolejny konkurs, tym razem organizowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wojciech Marzec, a świetnym przyczynkiem do tego będzie kultowy już film Brytyjczyka, Sama Mendesa - "American Beauty".


Główny bohater filmu, Lester (Kevin Spacey) cierpi na ewidentny kryzys wieku średniego. W jego życiu pozornie jest wszystko w najlepszym porządku - wspaniała żona (karierowiczka), świetna (chociaż odrobinę sfrustrowana) córka, dobra praca, piękny dom... Lester postanawia postawić wszystko na jedną kartę, wywrócić dotychczas znaną rzeczywistość do góry nogami i, rzeczywiście, robi to. Z dosyć przerażającymi skutkami. Jeśli widzieliście "American Beauty" to wiecie, że nie warto mówić więcej - ten film po prostu trzeba zobaczyć. Ja chcę się dzisiaj skupić na jego KOLORACH.


WŚCIEKŁA CZERWIEŃ

"W filmie widzimy przesycone czerwienią płatki róż kłębiące się w ustach Lestera i czerwoną kurtkę Angeli (Mena Suvari) kontrastującą z jej dziewiczo białą wanną. Intensywne czerwienie w komiczny sposób naprowadzają nas na urojoną żądzę Lestera. W tych hiperrealistycznych czerwieniach zawarta jest złowieszcza wróżba. Są odrobinę za ciemne, jakby kryły w sobie zwodniczą zachętę. Pochodzą z rzeczywistości, której bliżej do koszmaru sennego niż marzenia. (...) Powtarzalność czerwieni omamia nas do tego stopnia, że przyzwyczajamy się do niej. Sprytnie, a wręcz sadystycznie film wymusza na nas wyczekiwanie czerwieni. Lecz kiedy czerwona krew rozbryzguje się na białej ścianie, nie jesteśmy na to przygotowani..."


PASYWNY BŁĘKIT

"Jedną z rzeczy, jaką warto wiedzieć o właściwym "widzeniu" filmu jest to, że prawie zawsze ekran wypełnia motyw barwny. Ukryty, tylko czeka na t, by go zauważyć. Jest tam, by wywrzeć na tobie wpływ. Kolor biurka Kevina Spacey tak naprawdę nie jest szary. Jego błękitny odcień wpływa na to, jak postrzegamy Lestera. Ten, jakże ważny, blado-niebieski kolor sygnalizuje bierność i bezsilność bohatera (...). To kolor dnia, w którym nie mamy ochoty na robienie czegokolwiek. To idealna trampolina dla postaci, która za chwilę przejdzie zmianę z pasywnej na aktywną, jak Lester."


Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad rolą KOLORU w filmie? W tym temacie warto zapoznać się z pewną książką:


Przytoczone fragmenty pochodzą właśnie z publikacji Patti Bellantoni, "Jeśli to fiolet, ktoś umrze. Teoria koloru w filmie" wydanej nakładem Wydawnictwa Wojciech Marzec i właśnie tę książkę będziecie mogli wygrać w moim kolejnym blogowym konkursie. Trzy egzemplarze czekają, a konkurs już pod koniec tygodnia!
Tymczasem zapraszam Was na blogowego Facebooka.



fotografie i plakat: listal.com, allmoviephoto.com
bibliografia: Bellantoni P., "Jeśli to fiolet...", Warszawa 2010, str. 27-28.

26 września 2011

Skóra, w której żyję

La piel que habito
reż. Pedro Almodóvar
scen. Pedro Almodóvar
2011



Brak dostępu do komputera wprowadził tutaj pewne opóźnienie, jednak ciągle jest jeszcze odpowiedni moment, by napisać Wam, że Pedro Almodóvar po raz kolejny nakręcił wspaniały film. To obraz, w którym znajdziemy nie tylko elementy charakterystyczne dla hiszpańskiego mistrza, ale także - bardzo aktualną tematykę.


Robert Ledgard, wybitny chirurg (Antonio Banderas w najwyższej formie) mieszka w wielkim domu ze swoją oddaną asystentką Marilią (Marisa Paredes) i zagadkową Verą (Elena Anaya). Jest rok 2012 i Ledgard odsłania przed światem swoje wielkie odkrycie - skórę superodporną na wszelkie czynniki zewnętrzne (muszę przyznać, że zaprezentowanie tego tematu jest swoiście szokujące, Almodóvar nie wchodzi w rolę spowiednika współczesnej chirurgii czy genetyki, ale pozostawia otwartą furtkę do dyskusji). 


Dowiadujemy się także, iż jest on osobą bardzo skrytą, samotną i... niezwykle tajemniczą. W późniejszych retrospektywach kawałek po kawałku odkrywamy przyczyny zachowania
Ledgarda, poznajemy jego dramatyczną historię i w pewnym sensie zaczynamy go rozumieć.


Roberta ciężko jednak polubić, bo to mężczyzna bezwzględny, ogarnięty obsesją i żądzą zemsty. Obsadzenie w tej roli Antonio Banderasa okazało się znakomitym wyborem (Almodóvar pracował z nim już wcześniej przy pięciu filmach i Banderas zawsze podkreśla, że to właśnie ta znajomość otworzyła mu drzwi do wielkiego sukcesu). Po rolach czarujących Don Juanów w średnim wieku, ciepłych ojców rodzin czy przygodzie z dubbingiem zagranie tak niejednoznacznej postaci pozwoliło przypomnieć widzom, że Antonio Banderas jest naprawdę znakomitym aktorem. Elena Anaya w roli Very wnosi do filmu wiele świeżości, a jej naturalna delikatność jeszcze mocniej wzbogaca tę postać.


"Skóra, w której żyję"
to film bardzo precyzyjny, zarówno pod względem treści, jak i wizualnie (warto zwrócić uwagę chociażby na oszałamiające wnętrze laboratorium Ledgarda). Mimo że historia została zaczerpnięta z powieści "Tarantula" Thierry'ego Jonqueta, Almodóvar idealnie potrafił zaadaptować ją na swoją wrażliwość. Wspaniale błyskotliwe dialogi, z charakterystyczną nutą groteski i absurdu ("Mam szaleństwo w trzewiach" - mówi Marilia spoglądając z dystansu na poczynania swoich synów), a także - kapitalne, nic nie znaczące dla fabuły epizody (Agustin Almodóvar w roli mężczyzny, który oddaje do second-handu ubrania po swojej niewiernej żonie) dodają filmowi jeszcze więcej charakteru. 


Bardzo uderzające jest też to (a ja w stylu
Almodóvara naprawdę to uwielbiam!), że maestro chętnie sięga do korzeni kultury świata hiszpańskojęzycznego i garściami korzysta ze stylistyki znanej z południowoamerykańskich oper mydlanych.


Jedyne, co mnie w tym filmie odrobinę rozczarowało, to zakończenie - uważam, że film byłby jeszcze bardziej intrygujący, gdyby skończył się kwadrans wcześniej, bo niespodziewany zwrot akcji w końcówce odrobinę zburzył mi cały obraz w tej historii.


Pedro Almodóvar jest w naprawdę świetnej formie. Opowiada zajmującą, poniekąd wstrząsającą historię zachowując w niej 100% swojego stylu. Wielka klasa.

fotografie: listal.com