29 stycznia 2012

The Muppets


reż. James Bobin
scen. Jason Segel, Nicholas Stoller
2011

Najnowszy pełnometrażowy film o Muppetach jest wprost zachwycający. Jedynym zarzutem, jaki nasuwa mi się na myśl, mogłoby być to, iż "The Muppets" to film przede wszystkim dla fanów twórczości Jima Hensona. Według mnie jest to jednak ogromna zaleta i jego największa siła.


Na samym początku poznajemy Waltera i Gary'ego (Jason Segel) - dwóch braci, oddanych sobie bez reszty. Gary jest człowiekiem, a Walter- Muppetem, jednak nie przeszkadza im to w zupełnie harmonijnym porozumieniu. 


W tle pojawia się także wątek miłosny - Gary ma śliczną i dobrą narzeczoną Mary (Amy Adams), która jednak boi się, że miłość braterska zbyt mocno dominuje życie jej narzeczonego. Wątek "ludzki" jest jednak tylko dodatkiem do fabuły. Cukierkowe piosenki i bujne choreografie mają przede wszystkim zadowolić najmłodszych widzów. Bo głównymi gwiazdami tego filmu są, oczywiście, Muppety. 


Gdy okazuje się, że teatr Muppetów (który teraz jest zapomnianym, zakurzonym muzeum) ma zostać zrównany z ziemią, a bezwzględny potentat Tex Richman (świetny Chris Cooper) planuje rozpocząć tam wydobycie ropy naftowej, Walter postanawia działać. Jedynym sposobem na zdobycie 10 milionów dolarów niezbędnych do wykupienia teatru jest ponowne zebranie wszystkich Muppetów i danie przedstawienia. Problem jednak w tym, iż paczka Muppetów rozpadła się dawno temu.


Walter namawia Kermita, by zabrali się do pracy. Miś Fozzie, który gra w barze w bandą podróbek Muppetów (i Davem Grohlem!), Gonzo - potentat w branży sanitariatów, szwedzki Kucharz czy przebywający w zakładzie psychiatrycznym Zwierzak postanawiają znów stworzyć zgrany zespół. Pierwszy problem pojawia się wtedy, gdy okazuje się, iż największa gwiazda teatru - panna Piggy - na dobre osiadła w Paryżu.


Postać Piggy wykreowana została z dużą ironią - nigdyś wielka gwiazda sceny, teraz: redaktorka (ważnego!) działu we francuskim Vogue'u - moda dla puszystych - nie spieszy się do opuszczenia swojej idealnej posady, pięknego biura i eleganckiego Paryża. Co ciekawe, postać pewnym sensie koresponduje również z filmem "Diabeł ubiera się u Prady" (jak wiadomo, opartym na wspomnieniach byłej współpracowniczki redaktorki naczelnej amerykańskiego Vogue'a, Anny Wintour), ponieważ sekretarkę Piggy gra... Emily Blunt (która w "Diable..." wykreowała rolę asystentki demonicznej naczelnej, Mirandy Priestly).



Niemniej, miłość panny Piggy do sławy, świateł sceny (i, oczywiście, Kermita) jest zbyt silna i gwiazda postanawia dołączyć do zespołu. Rozpoczynają się wielkie przygotowania do finałowego przedstawienia, które, według mnie, jest kwintesencją tego, co w odcinkowym Muppet Show było najlepsze.

 
Każdy Muppet pokazuje na scenie to, co umie robić najbardziej (upływ czasu bardzo dobrze podkreśla fakt, iż każdy z nich wyszedł już nieco z wprawy), a początek spektaklu, bliźniaczy z czołówką telewizyjną, w sercach wiernych fanów Muppet Show przywołuje piękne wspomnienia i, z pewnością, nutę nostalgii. Gwarantuję, że niejednemu z Was łza zakręci się w oku.


Moim ulubionym fragmentem muppetowego przedstawienia jest bez wątpienia występ Księżniczek Drobiu, klip możecie zobaczyć tutaj:


Muppet Show był dla mnie również zawsze programem niesamowicie bezpretensjonalnym. Zapraszane do niego gwiazdy odkrywały swoje nieznane, najlepsze i najprzyjemniejsze oblicze (jak Sylvester Stallone śpiewający z Muppetami rzewne piosenki, jak duet Kermita z Kylie Minogue czy występy Eltona Johna z Miss Piggy). Tym bardziej wzruszyło mnie, gdy okazało się, iż punktem kulminacyjnym walki o teatr będzie... chłopiec wygwizdujący walca. Takie proste, a takie piękne.


Filmowi można też zarzucić pewną wtórność. Motyw z upadającym teatrem Muppetów pojawił się już w filmie "Gwiazdka Muppetów", tutaj jednak walka nabiera zupełnie innego wymiaru. Tym razem już zupełnie jasno widać, że nie jest to walka o teatr sam w sobie, tylko o pamięć. Dlatego pomimo kiczowatego początku muszę powiedzieć, że film zachwyca i rzuca na kolana. I z pewnością wszyscy fani Muppet Show zrozumieją, co mam na myśli...


fotografie: listal.com, muppet.wikia.com

23 stycznia 2012

Rzeź


Kochani!
Z pewnością na wielu z Was czeka jeszcze sesja, dlatego na początek napiszę Wam, że trzymam kciuki za wszystkie egzaminy. Ja z radością mogę powiedzieć, że swoje obie sesje już skończyłam, coraz mocniej wkręcam się w pisanie pracy licencjackiej i odkrywam kolejne filmy, które bardzo bardzo chcę obejrzeć.

Tymczasem, do listy filmów, które rozgrywają się w jednym pomieszczeniu, możemy dołączyć najnowszy film Romana Polańskiego, "Rzeź". Muszę przyznać, że zrobił on na mnie spore wrażenie.


W nakręconym na podstawie sztuki "Bóg mordu" autorstwa Yasminy Rezy filmie poznajemy dwa małżeństwa: Penelope (Jodie Foster) i Michael (John C. Reilly) Longstreet oraz Nancy (Kate Winslet) i Alan (Christoph Waltz) Cowan to pary, które spotykają się, by omówić typowo rodzicielską kwestię: syn Cowanów pobił młodego Longstreeta. Trzeba więc poznać powody i wyciągnąć konsekwencje.


Staje się to przyczynkiem do długiej, wyczerpującej i, co najciekawsze, niesamowicie błyskotliwej i miejscami naprawdę zabawnej dyskusji o życiu małżeńskim, wychowywaniu dzieci, życiowych priorytetach, pasjach (lub ich braku), (nie)spełnieniu zawodowym... "Rzeź" to film przegadany, ale jest to rozmowa najwyższej klasy, podczas której czasami słowa wypadają z mocą amunicji karabinu maszynowego i trafiają w samo sedno.


Winslet, Foster i Waltz kreują od początku bardzo mocne osobowości z niezmiennymi przekonaniami, broniące swoich racji. Mnie jednak zachwycił John C. Reilly, który początkowo gra zgodnie ze swoim dotychczasowym emploi - spokojnego, wycofanego ojca rodziny (jak w "Godzinach" czy "Musimy porozmawiać o Kevinie"). W "Rzezi" obserwujemy jednak fascynującą przemianę Michaela, a John C. Reilly potwierdza swoją aktorską wszechstronność.


Muszę przyznać, że do tej pory nie byłam wielką fanką twórczości Romana Polańskiego, co więcej, jego filmy oglądałam bez większej uwagi czy zaangażowania. "Rzeź" rozbudziła we mnie jednak apetyt na więcej.


fotografie: listal.com

5 stycznia 2012

Podsumowanie 2011 roku - część 2.


W poprzedniej części podsumowania (TUTAJ) obiecałam, że napiszę o najbardziej optymistycznym filmie o... przemijaniu. Oto on:

"Restless"
reż. Gus van Sant

 
To wspaniała, refleksyjna historia miłosna nieuleczalnie chorej dziewczyny i chłopca, który po śmierci rodziców ukojenie znajduje w przyjaźni z duchem japońskiego kamikaze i chodzeniu na pogrzeby. Oryginalna (ale absolutnie nie przesadzona!) i oniryczna poetyka filmu od razu skradły moje serce. Jest tu też wiele detali, które przepięknie tworzą klimat (jak styl ubierania głównej bohaterki i jej zamiłowanie do ornitologii). Plus Mia Wasikowska i Henry Hopper (muszę to napisać: syn Dennisa Hoppera) w rolach głównych - warto zwrócić na nich uwagę, bo to bardzo złożone, dojrzałe i świetnie zagrane role.


Do twórczości Gusa van Santa mam bardzo ambiwalentne uczucia (zakochałam się w "Milku", do dziś nie mogę znieść "Last Days"), ale muszę przyznać, że "Restless" jest jednym z najlepszych, a na pewno najciekawszych filmów 2011 roku.

2011 roku to w kinie też w pewnym sensie przełamywanie tabu. Poznaliśmy bowiem dwa filmy, które dotykają tematów wcześniej nieeksploatowanych (ewentualnie do tej pory nieśmiało się pojawiających) we współczesnej kinematografii.


TABU 1 - kazirodztwo
"Kieł"
reż. Giorgos Lanthimos



Rodzice, dwie córki i syn - pozornie miła, normalna rodzina. Gdy okazuje się, że dzieci nigdy nie opuściły wysokich murów domu, rodzice wychowują ich zamknięciu tworząc iluzję miejsca idealnego, a ich wszystkie doświadczenia (żeby nie powiedzieć: odruchy, także potrzeby seksualne syna) kontrolowane są przez despotycznego, bezkompromisowego ojca, u widza pojawiają się pierwsze dreszcze.


Z drugiej strony, to również film miejscami perwersyjnie śmieszny, który niesie mocne przesłanie o niebezpieczeństwie izolacji i ekstremizmu. Warto obejrzeć.


TABU 2 - poddanie pod wątpliwość bezwarunkowej miłości matki do dziecka
- tak tak, być może brzmi to trochę enigmatycznie, ale jest to jeden z głównych tropów poruszanych w mrocznym, poniekąd wręcz zatrważającym filmie

"Musimy porozmawiać o Kevinie"
reż. Lynne Ramsay


Eva jest bardzo samotna. Na początku dowiadujemy się tylko, iż z jakiegoś bardzo ważnego powodu żyje na zupełnym marginesie społeczeństwa (będąc nieustannie szykanowaną i zastraszaną). Wkrótce okazuje się jednak, iż miała kiedyś wspaniałego męża, dwójkę dzieci i była zapaloną, bardzo znaną podróżniczką. Mamy też niejasne, ale bardzo silne przeczucie, że najsilniejszym ogniwem łączącym przeszłość i teraźniejszość jest tytułowy Kevin - syn Evy.



I tutaj znów muszę przyznać, że jest to film doskonale obsadzony, bo niepodważalny talent i wrażliwość Tildy Swinton oraz szaleństwo i niepokorność Ezry Millera układają się w koncert bardzo sugestywnego aktorstwa. Dodatkową wartością filmu jest także temat - reżyserka nie daje nam gotowych odpowiedzi, ale  pokazując tę demoniczną historię pozostawia otwartą furtkę do oceny (nie)moralności tamtego świata przedstawionego.


i jeszcze taki mały żart dla wszystkich, którzy już widzieli film:
 

i na koniec ...


NAJPIĘKNIEJSZA SCENA MIŁOSNA W KINIE W 2011 ROKU
"Chico i Rita"
reż. Tono Errando, Javier Mariscal, Fernando Trueba


O tym filmie pisałam dość obszernie TUTAJ, zapraszam, jeśli chcielibyście sobie przypomnieć o czym on jest.
Tymczasem, zostawiam Was ze wspomnianą sceną:



fotografie i plakaty: listal.com

1 stycznia 2012

Podsumowanie 2011 roku - część 1.


Jak wspominacie ten rok pod względem filmowym?
Widzieliście w kinach film, który powalił Was na kolana, zmienił sposób myślenia lub zachwycił?

Szczerze mówiąc, nie lubię robić podsumowań, bo ostatecznie i tak okazuje się, że o czymś w nich zapomniałam. Ten rok jednak uważam za wyjątkowo udany (i wiem też, że zostało kilka filmów, których obejrzeć nie zdążyłam, oczywiście żałuję i jak najszybciej to nadrobię) i chciałabym zwrócić szczególną uwagę na kilka filmów, które pojawiły się w kinach w 2011 roku.
Zaczynamy!

SPEŁNIONE OCZEKIWANIE 2011
"Skóra, w której żyję"
reż. Pedro Almodóvar

Do znudzenia powtarzam, że Pedro Almodóvar to mój ulubiony reżyser.
Jego najnowszy film w 90% spełnił moje oczekiwanie, co więcej, mam nadzieję, iż powierzenie głównej roli Antonio Banderasowi pozwoli aktorowi na powrót do pierwszej ligi, z której w ostatnich latach zniknął na trochę grając podstarzałych do Juanów w średnich filmach (jak "Poznasz Przystojnego Bruneta" Woody'ego Allena).


Recenzję filmu "Skóra, w której żyję" możecie przeczytać TUTAJ.


ODKRYCIE 2011

W minionym roku w tej kategorii pisałam o Michaelu Fassbenderze (nie mogę już doczekać się filmu "Shame" Steve'a McQueena!) i Michaelu Shannonie.
W tym roku moim prywatnym odkryciem numer 1. jest Ryan Gosling.



Na pewno zasłużył on na zupełnie osobny tekst, tymczasem najważniejszym powodem, dla którego Gosling pojawia się w tym zestawieniu jest film:

"Drive"
reż. Nicolas Winding Refn


Driver, grany przez Ryana Goslinga jest uzależnionym od adrenaliny bezimiennym kaskaderem, który postanawia pomóc mężowi swojej czarującej sąsiadki uporać się z długami zaciągniętymi u lokalnych mafiozów. Nie fabuła jest tu jednak najważniejsza: to, co "robi" ten film, to klimat, który znamy z najbardziej emocjonujących obrazów z udziałem Steve'a McQueena ("Bullit") i styl (nie tylko kostiumów, ale także sposób prowadzenia akcji), prezentujący Drivera jako bohatera z sąsiedztwa w najlepszym stylu (jakim był na przykład Travis Bickle z "Taksówkarza").


Wydaje mi się też, że jest to także najbardziej niedoceniony przeze mnie film 2011, bo czym więcej o nim myślę, tym bardziej chcę go zobaczyć jeszcze raz, uważniej.

i w tym momencie chcę wspomnieć o jeszcze jednym filmie:

NAJLEPSZA KOMEDIA 2011
"Crazy, Stupid, Love"
reż. John Requa, Glenn Ficarra


Kiedyś zupełnie nie lubiłam komedii. Jednak, przykłady takie jak właśnie "Crazy, Stupid, Love" (albo mój ostatni hit "I love you Philip Morris") sprawiają, że zaczynam się do komedii przekonywać, bo to obraz, który wywołuje autentyczny uśmiech, a nie, jak wiele innych komedii, obrzydzenie.


To opowieść o ciapowatym Calu (Steve Carell), którego właśnie zdradziła żona. Cal, zrozpaczony, pewnego dnia spotyka w barze playboya Jacoba (Ryan Gosling) i pod jego wpływem zmienia się w absolutny wulkan namiętności.


Nie chcę opowiadać o tym filmie więcej, bo łatwo tu popsuć niespodziankę, ale mogę zapewnić, że to film błyskotliwy, świetnie obsadzony (perełką jest także Marisa Tomei w roli nauczycielki-byłej alkoholiczki) i bardzo zabawny.

NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE 2011
"O północy w Paryżu"
reż. Woody Allen


Kapitalny (chociaż w wielu tekstach kultury mocno już eksploatowany) temat przenoszenia się w czasie został tu podany w sposób mdły i, cóż, w efekcie bardzo nudny.
Inez (Rachel McAdams) i Gil (Owen Wilson) w tytułowym mieście zakochanych przygotowują się do swojego ślubu. Gil jednak, podczas nocnych eskapad przenosi się w lata 20., spotyka swoich mistrzów ze świata literatury i sztuki i zamiast patrzeć w przyszłość, cierpi, gdyż nie było mu dane urodzić się kilkadziesiąt lat wcześniej.


Niestety, sam Paryż, odtworzenie klimatu lat 20. i obsadzenie Adriena Brody w roli Salvadora Dali nie wystarczy, by powstał świetny film. I po raz kolejny da się odczuć, że Allenowi brakuje wywrotowych pomysłów, a jego filmom - pazura, który pozwalał mu na pisanie i kręcenie arcydzieł w latach 70. i 80.


Ciąg dalszy podsumowania nastąpi (opowiem Wam jeszcze między innymi o pewnym optymistycznym filmie o przemijaniu i o tym, czy w roku 2011 przełamano w kinie jakieś tabu).
Czekam na Wasze komentarze tutaj, a także w mailach (np. pod adresem kinofilka@gmail.com) - bardzo chętnie poczytam, co Wam się w blogu nie podoba, a co w nim lubicie i w przyszłym roku (ponieważ uwielbiam noworoczne postanowienia) obiecuję sobie pisać systematyczniej.

A Wam życzę dużo szczęścia, miłości, pięknych chwil i niezapomnianych filmowych przeżyć w 2012 roku!

fotografie: listal.com, interviewmagazine.com, thefilmstage.com

24 grudnia 2011

¡Feliz Navidad!


Kochani!
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chcę Wam życzyć pięknych, ciepłych chwil, rodzinnej atmosfery, wiele radości z każdego świątecznego dnia i, oczywiście, wielu filmowych inspiracji!








Po świętach wrócę do Was z podsumowaniami 2011 roku. W oczekiwaniu na Oscary przyjrzę się też Złotym Globom!

fotografie: listal.com, twynkle.com

23 grudnia 2011

Reklamy.


Ostatnio coraz bardziej lubię oglądać reklamy. Nie mówię co prawda o kolorowej papce, którą codziennie serwują nam wszystkie kanały telewizyjne, ale nawet tutaj można znaleźć prawdziwe perełki.

Przede wszystkim, od pierwszego wejrzenia jestem wielką fanką reklamy Nespresso z Georgem Clooneyem w roli głównej. To niesamowicie błyskotliwy, ujmujący klip, spójrzcie:



Warto zapoznać się także z innymi reklamami z udziałem George'a, bo jest ich kilka, a wszystkie naprawdę pomysłowe.

Poza tym, dzisiaj Tato opowiedział mi o reklamie, w której występuje Steven Seagal. To spot systemów zabezpieczeń domów, ale tutaj nie sam produkt jest dla mnie ważny: przede wszystkim ta reklama jest bardzo autoironiczna, czego nigdy bym się po Seagalu nie spodziewała, poza tym - znów, naprawdę zabawna:


Nawet sam Martin Scorsese ma na swoim koncie wyreżyserowanie reklamy. Jego spot dla Chanel z udziałem francuskiego aktora Gasparda Ulliela jest stylowy, niepokojący, nawiązuje do "Powiększenia" Antonioniego, "Marzycieli" Bertolucciego, ale i poniekąd nawet do "Gimme Shelter" braci Maysles (to skojarzenie mam zapewne w związku z  lecącą w tle piosenką "She said yeah" zespołu Rolling Stones)... Rewelacja.



I w tym momencie narzuca się pytanie: czy występowanie w reklamie wciąż jest jeszcze synonimem lekkiego artystycznego obciachu? Patrząc na budżet, poziom realizacji czy błyskotliwość niektórych reklam chyba od pewnego czasu reklama może stać się dla poważnych aktorów całkiem interesującym wyzwaniem zawodowym...
A jakie są Wasze ulubione reklamy z udziałem znanych aktorów?

Na koniec mam dla Was reklamę trochę innego kalibru, ale... wiedzieliście, od czego zaczynał Brad Pitt..?
Spójrzcie:


22 grudnia 2011

The Rum Diary - Wyniki


Po niemal trzech tygodniach milczenia powracam z przyjemną przedświąteczną wiadomością:
Udało mi się przeczytać Wasze maile z odpowiedzią na pytanie: 
Która z ról Johnny'ego Deppa zrobiła na mnie największe wrażenie i dlaczego?
i wyłoniłam dwójkę zwycięzców. Są nimi osoby, które wysłały do mnie maile z adresów:

gutter_glitter@gazeta.pl
kotekfilipek@gazeta.pl

Gratuluję!
O książce możecie więcej przeczytać na stronie Wydawnictwa Niebieska Studnia.



Przyznaję, że od początku nowego roku akademickiego dotyka mnie pewien kryzys blogowy, ale mam nadzieję, że nadchodzący sezon nagród (Złote Globy, później Oscary zbliżają się wielkimi krokami!) wybudzi mnie z jesienno-zimowego marazmu.
Tym bardziej, że styczeń będzie wciąż miesiącem spod znaku Huntera S. Thompsona!!!

4 grudnia 2011

The Rum Diary - Konkurs!


Wiem, że ostatnio bardzo mocno zaniedbuję blog, ale dzisiaj mam dla Was coś, co pomoże Wam przygotować się do pewnej filmowej premiery...


Już 30 grudnia na ekrany polskich film wchodzi film "Dziennik zakrapiany rumem" w reżyserii Bruce'a Robinsona (powtórzę za masą innych publikacji na ten temat - to kolejne fatalne tłumaczenie tytułu, który w oryginale brzmi po prostu - "The Rum Diary". TUTAJ możecie zobaczyć trailer!).
To (autobiograficzna) historia dziennikarza, Paula Kempa, który trafia do redakcji podupadłego dziennika w San Juan na karaibskiej wyspie - to ziemia obiecana wariatów, nieudaczników i idealistów. Kemp poznaje tam fotografa Boba Salę, kolegę po fachu Yeamona, jego obłędną dziewczynę Chenault, zdegenerowanego Moburga i PRowca Sandersona.


Nie ma w tej książce wiele akcji, ale znakomity styl Huntera S. Thompsona jest wystarczającym argumentem, aby po nią sięgnąć (i, przy okazji, naprawdę się zachwycić).

Główną rolę zagrał tu Johnny Depp, który w filmie "Las Vegas Parano" Terry'ego Gilliama, poprzedniej adaptacji prozy Thompsona także wcielił się w alter-ego autora. Z trailera do filmu oraz informacji dotyczących obsady wywnioskowałam, że w filmie połączono postacie Yeamona i Sandersona w jedną, co może być dosyć ciekawym zabiegiem fabularnym (w rolę tę wcielił się Aaron Eckhart, który po występie w "Dziękujemy za palenie" wydaje mi się być rewelacyjnym kandydatem!). Wybór Giovanniego Ribisiego do roli Moburga jak dla mnie jest również strzałem w dziesiątkę.
Czy mam rację, przekonamy się już 30 grudnia.


Tymczasem, dla tych, którzy przed obejrzeniem filmu chcieliby przeczytać książkę, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Niebieska Studnia, mam dwa egzemplarze "Dziennika Rumowego".

Aby otrzymać jeden z nich, wystarczy na adres 
kinofilka@gmail.com 
wysłać odpowiedź na pytanie:
Która z ról Johnny'ego Deppa
zrobiła na mnie największe wrażenie
i dlaczego?

Ze wszystkich nadesłanych maili z pomocą mojej Mamy wybiorę dwa najciekawsze/najbardziej oryginalne, a na wysłanie odpowiedzi macie czas aż do [edit:] piątku, 16 grudnia.
Powodzenia!

3 grudnia 2011

Dziwna miłość w polskim kinie

Miłość w polskim kinie to materiał na długie miesiące fascynujących badań. Ja przedstawię Wam dzisiaj kilka filmów, które szczególnie zapadły mi w pamięć, a w których miłość rozumiana jest na wiele skrajnie różnych sposobów.
(Z kolei o seksie w polskim kinie pisałam kiedyś tutaj: część 1, część 2, część 3)

"Pograbek"
reż. Jan Jakub Kolski
scen. Jan Jakub Kolski
1992

Po raz kolejny przenosimy się w ukochane filmowe plenery reżysera i magiczny świat, który kreuje w swoich obrazach. To świat anielski, spokojny, swojski, a jednak z lekką nutką absurdu i skrywający w sobie prawdziwe, głębokie historie. Tytułowy bohater, Pograbek, trudni się zabijaniem starych zwierząt. Mieszka w chacie ze swoją ukochaną żoną, kulawą Kuśtyczką i jedynym, czego brakuje w ich życiu jest dziecko.


Najpierw, Kuśtyczka (Grażyna Błęcka-Kolska) z Pograbkiem (Mariusz Saniternik) chcą kupić dziecko od pewnej dziewczyny ze wsi, jednak gdy ona wycofuje się z wcześniejszych ustaleń, ostatecznie decydują się na, z naszego punktu widzenia odrobinę mniej drastyczne rozwiązanie: proszą o pomoc miejscowego Don Juana, Materkę (Tadeusz Szymków), który godzi się na zapłodnienie Kuśtyczki. Ta sytuacja uświadamia Pograbkowi, jak mocno kocha swoją narzeczoną. To piękny film z wspaniałym, delikatnie komediowym sznytem i takim słodko-gorzkim zakończeniem, które mimo wszystko daje dużo nadziei dla pozytywnego rozwoju wydarzeń w przyszłości.



"Noce i dnie"
reż. Jerzy Antczak
scen. Jerzy Antczak
1977

To film, który też szczególnie polecam Wam na zbliżające się długie, zimowe wieczory, bo naprawdę warto sięgnąć nie do skróconej filmowej, ale poszerzonej, kilkugodzinnej, serialowej wersji tego filmu. Praca nad filmem trwała aż pięć lat, a wspomnienia między innymi z tego czasu reżyser, Jerzy Antczak opublikował w książce "Noce i dnie mojego życia", gdzie można przeczytać całą masę anegdot i rozczulających opowiastek filmowych, teatralnych czy wspaniałe opowieści prawdziwych miłośników kotów.


Ale powróćmy do samego filmu.
"Noce i dnie" opowiadają historię życia rodzin Niechciców i Ostrzeńskich na przełomie XIX i XX wieku, z retrospekcjami powstania z 1863 roku. Film zaczyna się sceną, gdy Barbara Niechcic, utraciwszy wszystko, jedzie na wozie Żyda Szymszela, który wiezie ją do Borowna, do majątku Józefa Tolibowskiego – idealizowanej przez całe życie przez Barbarę jej pierwszej miłości (wszyscy znają chyba scenę, w której młody Tolibowski, grany przez Karola Strasburgera łowi dla Barbary bukiet nenufarów).


To, co oglądamy w filmie to tak naprawdę wspomnienia Barbary, dlatego w filmie to ona staje się postacią nadrzędną. Jej życie z mężem, wychowywanie dzieci i cała seria epizodów oddająca również klimat i specyfikę czasów tworzą wciągającą fabułę. Największą zaletą tego filmu jest bezbłędne aktorstwo. kreacje kapryśnej Barbary, która przez całe życie melancholijnie tęskni za niespełnioną miłością oraz jej męża, statecznego, poważnego i kochającego Bogumiła o wielkim sercu wykreowali Jadwiga Barańska i Jerzy Bińczycki. Ich uczucie jest równie mocne, jak niepewne, pełne emocji, a jednak nie pozostawia wątpliwości, że zostali oni dla siebie stworzeni pomimo, że czasami wydają się być najgorzej dobraną parą świata.
Dla mnie to Majstersztyk.


"Krótki film o miłości"
reż. Krzysztof Kieślowski
scen. Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Piesiewicz
1988


Ten obraz, nagrodzony na festiwalu w San Sebastian to kinowa wersja szóstej części słynnego "Dekalogu". To w tym filmie szóste przykazanie, Nie cudzołóż nie jest kojarzone z jego tradycyjnym rozumieniem, czyli zdradą, a z odzieraniem drugiej osoby z jej prywatności. Zakochany, nieśmiały Tomek (Olaf Lubaszenko), podgląda przez lunetę starszą od siebie artystkę, Magdę (Grażyna Szapołowska), która mieszka w bloku naprzeciwko.


Druga interpretacja odniesienia szóstego przykazania w tym filmie jest również nietypowa. W rozumieniu Magdy miłość to tylko gra i żadnego z mężczyzn, z którymi się spotyka, nie traktuje poważnie. Jak pisze Tadeusz Lubelski w książce "Historia Filmu Polskiego", grzechem Magdy jest odzieranie miłości z należnej jej powagi. Obydwa te grzechy, będące najważniejszym tropem w interpretacji filmu wynikają jednak z ogromnego poczucia pustki i samotności. Wycinek historii opowiedziany w filmie może stać się jednak początkiem duchowego odrodzenia.


przygotowując tekst korzystałam ze znakomitej książki :
Tadeusz Lubelski, "Historia Kina Polskiego (1895-2007)", Warszawa 2009.
i materiałów z portalu Filmpolski.pl
fotografie: tvp.pl, we2.pl, plejada.pl, swiatseriali.pl, dystrybucja,tvp.pl, alekino.pl