29 lipca 2014

Odkrycia Książkowe

Moja trzymiesięczna przerwa od blogowania nie oznacza, że przestałam oglądać filmy. Przynajmniej niezupełnie. 
A jednak, przez ostatnie kilkanaście tygodni oglądałam ich znacznie mniej, niż kiedyś, ponieważ większą część mojego czasu pochłonęło pisanie pracy magisterskiej* i wielogodzinna analiza wyłącznie trzech filmów (dzięki temu trylogię Alejandro Gonzáleza Iñárritu znam już niemal na pamięć!).

Dlatego też dzisiaj chcę podzielić się z Wami moimi najulubieńszymi, nie filmowymi, a filmowo-książkowymi odkryciami ubiegłych tygodni.

Odkrycie: Książka
Matt Zoller Seitz "Wes Anderson Collection"


Wes Anderson jest w ścisłej czołówce moich ukochanych reżyserów, a książka okazała się być idealnym prezentem urodzinowym. Co w niej lubię najbardziej, to możliwość odkrywania czegoś interesującego na (dosłownie!) każdej stronie i odczuwalną pasję, z jaką została napisana.

Książka jest zapisem rozmów pomiędzy dziennikarzem Mattem Zollerem Seitzem i Wesem Andersonem, z których dowiadujemy się dużo na temat procesu twórczego poszczególnych filmów oraz inspiracji, które pomagają Andersonowi w tworzeniu jego unikalnego filmowego świata, albo na przykład co łączy "Ostatniego Mohikanina" z "Fantastycznym Panem Lisem" czy Michelangelo Antonioniego ze Stevem Zissou. Książka wypełniona jest również wspaniałymi fotografiami i ilustracjami (są to zarówno rysunki samego Wesa, jak i materiały inspirowane jego twórczością, a także wykonane specjalnie na potrzeby publikacji ilustracje Maxa Daltona).


Jest to również jedna z książek, które można czytać zarówno od deski do deski, jak i na wyrywki i za każdym razem wspaniale się bawić podczas lektury. Według mnie jest to również obecnie najważniejsze narzędzie do wnikliwej analizy i pełnego zrozumienia kina Wesa Andersona.


Odkrycie: Książka
Maria Eladia Hagerman (wyd.), "Babel"

Kupiłam ten album zupełnie przypadkiem, bo to publikacja, obok której nie da się przejść obojętnie. Szczególnie, jeśli jest się prawdziwym miłośnikiem twórczości Alejandro Gonzáleza Iñárritu: w szczególności filmu "Babel", ale nie tylko, bo pomiędzy wierszami (oraz w opublikowanym w książce wywiadzie) można wyczytać o wiele więcej na temat samego reżysera oraz inspiracji i wartości, które determinują jego podejście do kina.


Główną część książki stanowią zdjęcia robione na planie przez czwórkę fotografów (Mary Ellen Mark, Patricka Barda, Gracielę Iturbide oraz Miguela Rio Branco) oraz komentarze i anegdoty reżysera, a w spójną całość złożyła ten materiał Maria Eladia Hagerman (prywatnie żona Iñárritu, obecna na planie w każdym z krajów będących miejscem akcji filmu, czyli w Maroku, Meksyku i Japonii).

fot. Mary Ellen Mark


Odkrycie: Książka
Pedro Almodóvar, "Patty Diphusa"

Jestem fanką twórczości Almodóvara z czasu movidy (ruchu społeczno-kulturowego, który rozkwitł w Madrycie, ale również innych miastach Hiszpanii, po śmierci generała Francisco Franco), czyli początku lat 80., kiedy nie liczyły się konwenanse, konwencje, obyczajowość czy talent. W cenie były natomiast odwaga, szaleństwo, kreatywność, pewien nonkonformizm i wrażliwość na rozmaicie pojmowaną sztukę, czego echa znajdziemy w filmach "Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z naszej dzielnicy" oraz "Labirynt namiętności"


Tytułowa bohaterka zbioru opowiadań jest postacią fikcyjną, ale z powodzeniem mogłaby szaleć w klubie Rock-Ola, przyjaźnić się z movidowcami czy występować w pierwszych filmach Almodóvara. To gwiazda porno zakochana w Madrycie, która mówi o sobie, iż jest "kobietą, która nie boi się przyjemności".
Poza historiami z życia Patty, w książce znajdują się również felietony reżysera, w których opowiada on między innymi o stolicy Hiszpanii czy swoich filmach - wszystko z dużą dawką absurdu i nieco czarnego humoru.

* Pracę napisałam i obroniłam na 5, jestem też bardzo zadowolona z efektu, jednak muszę przyznać, iż z perspektywy czasu zastanawiam się, co to za głos podsunął mi pomysł, by poświęcić tyle godzin z życia najsmutniejszym filmom pod słońcem? 

28 kwietnia 2014

Taki się urodziłem. AfryKamera 2014

reż. Deb Tullman, Shaun Kadlec
2013

film obejrzałam w ramach tegorocznego 
Festiwalu Filmów Afrykańskich AfryKamera*

- Czy możecie się całować publicznie? - od tego pytania rozpoczyna się film "Taki się urodziłem", kameralny i dosyć przejmujący dokument w reżyserii Deb Tullman i Shauna Kadleca. Adresatki pytania to dwie młode kobiety, zamieszkujące Doualę, największe miasto w Kamerunie. Rozmawiając z osobą zza kamery ukrywają się w cieniu i nieśmiało opowiadają o swoim zakazanym związku.
W Kamerunie ponad połowa mieszkańców do chrześcijanie, a niemal jedna czwarta wyznaje islam. Niezależnie jednak od religii i statusu materialnego, zatrważająco wpływową antywartością jest tam homofobia.


Już pierwsze sceny zapowiadają późniejszą estetykę filmu: Deb Tullman i Shaun Kadlec stworzyli dokument niesamowicie poetycki, w którym ogromną rolę odgrywają detale, mówiące dużo o bohaterach i otaczającym ich świecie.

Głównymi bohaterami filmu są homoseksualiści, zgromadzeni wokół organizacji walczącej o równouprawnienie dla mniejszości seksualnych, a także szanowana pani prawniczka, specjalizująca się w prawach człowieka i pomagająca organizacji w walce przeciwko prawnym niesprawiedliwościom.


Miejscami miałam wrażenie, że filmowi brakuje nieco dramaturgii czy napięcia, ale nie można odmówić twórcom umiejętności tworzenia atmosfery za pomocą zdjęć, ani zarzucić tego, że ich bohaterowie nie są interesujący. Przeciwnie: moją największa sympatię i zainteresowanie wzbudził kochający modę i popkulturę Cedric (w pewnym momencie filmu mówi o swojej miłości do Lady Gagi, którą ceni za głoszenie przesłania "bądź sobą, nie daj się zniszczyć"). Jego konserwatywna matka nigdy nie może dowiedzieć się o homoseksualnej orientacji syna, a on sam na co dzień zmaga się z wrogością sąsiadów. Wrogością, która jest bezpośrednim zagrożeniem jego wolności: w Kamerunie za bycie homoseksualistą można dostać karę nawet pięciu lat pozbawienia wolności, a do aresztowań dochodzi już na podstawie pomówień lub podejrzeń sąsiadów.

Przejmująca jest również historia Gertrude, wierzącej chrześcijanki (dziewczyna nie lubi jednak chodzić do kościoła, ponieważ nie może znieść słuchania opowieści o Sodomie i Gomorze), która wiele lat spędziła w zakonie i wraca do niego po latach, by wyznać przed ukochaną siostrą przełożoną prawdę o swojej orientacji seksualnej.


"Taki się urodziłem", pomimo przejmująco smutnej tematyki, to równocześnie film miejscami autentycznie zabawny. Drobne dziwactwa bohaterów pokazywane są w sposób, który wzbudza sympatię i życzliwy śmiech, daleki od szyderstwa. 
Deb Tullman i Shaun Kadlec stworzyli filmową opowieść o walce o własną tożsamość, której na drodze stoją nie tylko konserwatywne poglądy bardzo tradycyjnych społeczności, ale także krzywdzące (i niezgodne z konstytucją) prawa. Przesłanie dokumentu jest jednak bardzo optymistyczne, bo jego bohaterowie, chociaż nie mogą pogodzić się z otaczającą ich rzeczywistością i są zmuszeni do nieustannej walki o normalne życie, całkowicie akceptują samych siebie. Tacy się przecież urodzili.


*Bardzo dziękuję pani Joannie i pani Annie za wejściówkę!

fotografie: thefilmcollaborative.org, indiewire.com

22 kwietnia 2014

Dziewczyna z lilią

Moja przygoda z kinem Michela Gondry'ego zaczęła się, gdy byłam jeszcze w gimnazjum. Wybrałam się wtedy z przyjaciółkami do kina na "Zakochanego bez pamięci" i film nie podobał się nam do tego stopnia, że miałyśmy ochotę wyjść z kina. Jakieś trzy lata później dałam mu jeszcze jedną szansę i była to miłość od drugiego wejrzenia.
Tym przydługim wstępem chciałam zacząć opowieść o moim stosunku do filmów reżysera: traktuję je zawsze z pewną czułością, oglądam z zaciekawieniem i mam do nich całe pokłady wyrozumiałości, bo to kino dalekie od ideału, ale bardzo stylowe, oryginalne i błyskotliwe w sposób, który bardzo mi się podoba.
Nie inaczej jest z najnowszym filmem Gondry'ego, który nosi (w polskiej wersji językowej arcydosłowny) tytuł "Dziewczyna z lilią" (dlaczego nie jest to "Piana dni" - tytuł będący dokładnym tłumaczeniem francuskiego odpowiednika i jednocześnie tytułem powieści, na podstawie której został nakręcony? To pytanie nurtuje mnie do dziś). 
To, co jest tego filmu największą słabością odkrywa słowo-klucz: adaptacja.


"Dziewczyna z lilią" jest bowiem adaptacją powieści Borisa Viana "L'ecume des jours" ("Piana dni"), którą ja przeczytałam z autentycznym zachwytem. To opowieść o miłości Colina (Romain Duris) i Chloé (Audrey Tautou), którą przerywa choroba dziewczyny - okazuje się, że w jej płucu rośnie lilia wodna, powoli wycieńczając organizm Chloé. Colin musi więc podejmować się wielu prac, by zarobić na kosztowne leczenie ukochanej...
Najlepszymi przyjaciółmi Colina są Chick (mój faworyt w obsadzie, Gad Elmaleh), zakochany w literackiej twórczości niejakiego Jeana-Sola Partre dosłownie do szaleństwa (miłość ta doprowadzi go nie tylko do wydania wszystkich pieniędzy na rękopisy i przedmioty związane z filozofem, ale i do prawdziwego obłędu. Podobieństwo do Jeana-Paula Sartre'a jest oczywiście nieprzypadkowe, cała twórczość Partre'a jest bowiem wariacją Viana na temat prac tego francuskiego egzystencjalisty) oraz kucharz Nicolas (Omar Sy).



Niestety (dla reżysera) powieść Viana to książka praktycznie nieprzekładalna. "Głownym problemem, z jakim zmagałem się podczas tworzenia tego projektu był fakt, że Boris Vian należy do wszystkich i każdy ma własną wersję powieści w głowie" - mówił Michel Gondry. - "To niesie ze sobą dodatkową odpowiedzialność". Mnogość metafor, synestezji i surrealistyczna estetyka książki sprawiają, że film wydaje się jakby niekompletny.
Według mnie ma jednak sporo zalet.


Już w powieści bardzo ważną rolę spełnia... muzyka. Jazz jest tutaj cichym bohaterem (nawet imię głównej bohaterki zostało zaczerpnięte ze standardu Duke'a Ellingtona), pięknie rozbrzmiewającym w filmie, a genialny wynalazek Colina, pianocktail, to maszyna w kształcie przypominającym fortepian, która po zagraniu dowolnej muzyki, przygotowuje drink odpowiadający wygrywanej melodii. 
Nieograniczona wyobraźnia Borisa Viana zestawiona z podobną fantazją Michela Gondry'ego dała film, w którym każdy najbardziej odrealniony element ma znaczenie i wartość. Każdy kadr pełen jest scenograficznych detali, nierzadko będących wprost ucieleśnieniem opisów z powieści (jak wnętrza pomieszczeń czy piękny zabieg sportretowania upływającego czasu, na który wpływa przede wszystkim choroba Chloe).



A wady? 
Przede wszystkim uproszczenie wątków pobocznych: nie chcę Wam psuć seansu, jeśli jeszcze nie oglądaliście "Dziewczyny z lilią", ale romantyczne historie Chicka i Nicolasa w powieści są znacznie bardziej złożone, przez co o wiele bardziej fascynujące. 
Poza tym Gondry zastosował zabieg, którego w adaptacjach szczególnie nie lubię: zmienił wiek głównych bohaterów. W książce Colin ma nieco ponad dwadzieścia lat, jest niedoświadczony i zagubiony w rzeczywistości i to wiek niejako tłumaczy jego brak doświadczenia. Jako czterdziestoletni mężczyzna u Gondry'ego, Colin miejscami wręcz irytuje swoją nieporadnością.



"Dziewczyna z lilią" to historia bardzo smutna, ale jednocześnie szalenie urokliwa. Surrealistyczna estetyka (pełna charakterystycznych dla filmów Gondry'ego bibelotów i porozrzucanych wszędzie rękodzieł) i skomplikowana fabuła wciągają, ale jednocześnie pozostawiają pewien niedosyt.
Mimo to polecam seans filmu (a jeszcze bardziej lekturę książki!), bo jestem pewna, że co najmniej kilka scen może wzbudzić cichy okrzyk zachwytu.

wypowiedź reżysera pochodzi z reportażu magazynu Fotogramas.
fotografie: premiere.fr, listal.com, aceshowbiz.com

12 kwietnia 2014

Filmowe Odkrycia Marca

Ponieważ większość czasu zajmuje mi ostatnio pisanie pracy magisterskiej (i oglądanie fragmentów tych samych filmów po piętnaście tysięcy razy...), z trudnością znajduję chwile na poznawanie czegoś nowego.
W marcu zobaczyłam jednak dwa filmy (ich tytuły być może są Wam znane), koło których nie sposób przejść obojętnie i to właśnie one są moimi największymi Filmowymi Odkryciami Marca (Odkrycia poprzednich miesięcy możecie znaleźć oznaczone osobną etykietą, TUTAJ).

"Wielkie piękno"
reż.  Paolo Sorrentino
2013


Największym chyba banałem, jaki można powiedzieć o tym obrazie jest zdanie: "najnowszy film Paolo Sorrentino to wielkie piękno". Jednak nie będzie w tym ani krzty przesady.
Jep Gambardella (wspaniały Toni Servillo) jest (niepraktykującym już niemal) literatem i absolutnie czarującym, nieprzeciętnie błyskotliwym mężczyzną. Garściami czerpie z życia, szuka tytułowej wartości, nieustannie dyskutuje, obśmiewa i kontestuje.
Film rozwija się niespiesznie, pokazując fascynujące kontrasty pomiędzy wspaniałością rzymskich ulic i skwerów, a diabolicznością ukrytych tarasów czy wystawnych lokali, w których Jep wraz ze znajomymi oddaje się dzikim zabawom i dyskusjom, które nierzadko obnażają prawdziwą stronę ich natury, odzierając bezlitośnie z warstwy pięknie ułożonych pozorów. 


Sorrentino ukazane w filmie elity ocenia bezkompromisowo, ale i z przymrużeniem oka. Sceny autentycznego wzruszenia bądź zachwytu przeplata gorzkawym humorem, odnajduje fascynację w dziwactwach i snuje opowieść złożoną jakby z pojedynczych epizodów, które są połączone przez dwie nieokiełznanie silne osobowości: Jepa i miasto Rzym.


"Shirley - wizje rzeczywistości"
reż. Gustav Deutsch
2013


Relacje kina z malarstwem stały się jakiś czas temu moją małą obsesją. Nie jestem jeszcze specjalistką (choć nie ukrywam, że bardzo chciałabym się nią stać), jednak staram się oglądać i czytać jak najwięcej na ten temat.
Film Gustava Deutscha wychodzi z pozornie prostego założenia: opowiedzenia historii na podstawie obrazów Edwarda Hoppera (najwybitniejszego portrecisty amerykańskiej rzeczywistości XX wieku). Deutsch nie tylko odnajduje w serii obrazów tę samą bohaterkę, Shirley (Stephanie Cumming), ale także dopisuje jej całą biografię. W tle głównego wątku rozgrywają się kolejne wydarzenia-symbole XX wieku, dla których komentarzem stają się myśli bohaterki.


Poszczególne kadry są kopiami obrazów Hoppera (obok Pollocka i Warhola chyba najpopularniejszego amerykańskiego artysty), a ukazane na nich sytuacje stają się punktem wyjścia dla kolejnych etapów w kreowanej historii. Zdarzenia natomiast opowiadane są w formie monologów wewnętrznych tytułowej Shirley - niezależnej, pewnej siebie aktorki. Gustav Deutsch snuje intrygującą narrację w tym niesamowicie wysmakowanym wizualnie filmie, a ja jestem pewna, że jeszcze niejeden raz do niego powrócę.


A czym Wy zachwyciliście się w ostatnim czasie?

fotografie: www.shirley-visions-of-reality.com, listal.com

31 marca 2014

Grand Budapest Hotel

reż. Wes Anderson
scen. Wes Anderson
2014


Pewien pisarz (Tom Wilkinson) uważa, że najlepsze inspiracje do tworzenia książek przynosi mu samo życie. Aby przekonać nas, widzów, iż jego powieści są wybuchową mieszanką jego fantazji i zasłyszanych historii, sięga pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz i opisuje nam swój pobyt w lekko podupadłym Grand Budapest Hotel. To tam, jeszcze piękny, młody i ciekawy świata (na dodatek o aparycji Juda Law), spotkał niejakiego pana Mustafę (F. Murray Abraham), tajemniczego bogacza, który podczas wspólnej kolacji opowiedział mu szczegółowo pewne wydarzenia ze swojej młodości.


Te sekwencje w formie retrospekcji przenoszą nas do lat 30. w fikcyjnej Republice Żubrówka, którą Wes Anderson zasiedlił masą fantastycznych bohaterów i powiązał ich siecią historii, które w efekcie dają film będący nie tylko koktajlem gatunków, ale i wspaniałą, błyskotliwą, czarującą, ale i nieco nostalgiczną opowieścią o pasjach, namiętnościach i pewnym obrazie. Głównymi bohaterami filmu są Gustave H. (rewelacyjnie obsadzony Ralph Fiennes), doskonały portier hotelu Grand Budapest i miłośnik kobiet (ważne, by były dojrzałe, majętne i blond) oraz Zero (Tony Revolori), boy hotelowy, który staje się powiernikiem, wybawicielem, ale i prawdziwym przyjacielem Gustava. 



Mam wrażenie, że "Grand Budapest Hotel" powstał po to, by Wes Anderson mógł dać upust swojej nieograniczonej wyobraźni: kilkunastu bohaterów, wiele małych historii tworzących osobliwy gatunkowy patchwork oraz ogromna dbałość o estetykę... w tym przypadku absolutnie nie jest to zarzut. Połączenia między tymi mininarracjami są bardzo błyskotliwe, bo sam Anderson ma naprawdę wspaniałe poczucie humoru, miejscami nieco czarne, ale zawsze rozbrajające. Każdy bohater to zupełnie osobna, fascynująca historia - zakochana w Gustavie Madame D. (Tilda Swinton), ofiarowująca w spadku swojemu kochankowi cenny (aczkolwiek nieco szkaradny) obraz przedstawiający chłopca z jabłkiem, jej syn Dmitri (wspaniały Adrien Brody), furiat i despota, któremu towarzyszą trzy siostry (wyglądające jak zdjęte z obrazów Gustava Klimta, wymienianego przez kostiumografkę, Milenę Canonero jako jedną z głównych inspiracji), jego usłużny znajomy-zabijaka (Willem Dafoe) nie rozstający się ze swoimi kastetami, najgorszy portier na świecie (Jason Schwartzman), prawy i odważny adwokat (Jeff Goldblum), urocza pomocnica najsłynniejszego cukiernika w mieście (Saoirse Ronan), główny macho więzienia Ludwig (Harvey Keitel) czy dobroduszny oficer policji (Edward Norton) - tworzą wielobarwną galerię złożonych osobowości.



Wesa Andersona można kochać, lub nie znosić, bo jego specyficzny styl z pewnością bywa dla niektórych widzów męczący. "Grand Budapest Hotel" to jednak film, który warto obejrzeć choćby ze względu na wciągającą (miejscami może wręcz pozornie chaotyczną) plątaninę wątków i liczne odwołania do innych dzieł sztuki czy popkultury (tatuaże Ludwiga są piękną parodią najgorszych przykładów więziennej sztuki tatuażu, autotematyczna rola Adriena Brody przywodzi na myśl jego występ w "O północy w Paryżu" Woody'ego Allena, a niektóre kostiumy i kadry są niemal identyczną kopią malarstwa Klimta, Łempickiej czy Grosza). 
Ja podczas seansu kilkakrotnie wydałam szczery okrzyk zachwytu.



PS. Mam do tego filmu dosyć osobisty stosunek z jeszcze jednego powodu, poza absolutnym uwielbieniem dla Wesa Andersona: zdjęcia do "Grand Budapest Hotel" kręcone były w Sudetach (czyli najpiękniejszych górach regionu, z którego pochodzę) oraz niemieckim mieście Görlitz, które było niegdyś jednym z moich ulubionych celów szybkich wycieczek (trudno się dziwić, patrząc na klimatyczne uliczki, czarujące zaułki i przepiękne kamienice). Mój ulubiony moment w filmie to natomiast scena, w której Gustave po ukradnięciu ze ściany "Chłopca z jabłkiem" chce zakryć powstałe puste miejsce na ścianie innym dziełem sztuki. Rozgląda się wokół i wybiera "coś szkaradnego", co okazuje się być... obrazem Egona Schiele.


fotografie: cinemania.es, listal.com


28 marca 2014

Alfabet Wesa Andersona - część 2

Część pierwsza Alfabetu Wesa Andersona znajduje się TUTAJ.

M - Moonrise Kingdom

Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) mają po dwanaście lat, ale czują się już właściwie dorośli. Oboje są nierozumianymi przez otoczenie outsiderami: Suzy mieszka z rodzicami-prawnikami (Frances McDormand i Bill Murray), maluje powieki na zielono i nie rozstaje się ze swoją lornetką, małym kotkiem i książkami pełnymi magicznych historii. Podczas gdy Sam spędza przymusowe wakacje na obozie dla skautów.
Również i w tym filmie znajdziemy tematy i motywy, które stały się już cechą charakterystyczną twórczości Wesa Andersona: wspaniałe poczucie humoru, skomplikowane relacje rodzinne, werteryczne dziewczynki, błyskotliwi, wyalienowani chłopcy i nostalgia za dzieciństwem, w którym wszystko jest jednocześnie hiperpoważne i zupełnie błahe... 
O filmie pisałam TUTAJ.


O - Opiekun

Mam na myśli artystycznego (nieformalnego) opiekuna, którym dla Wesa Andersona jest sam Martin Scorsese. Mistrz najpierw nazwał "Bottle Rocket" - pełnometrażowy debiut Andersona - jednym z najlepszych filmów lat 90., a następnie napisał, iż Wes ma "szczególny rodzaj talentu: wie, jak ukazać proste radości oraz interakcje między ludźmi tak dobrze i z taką głębią. Taki rodzaj wrażliwości jest bardzo rzadki w świecie kina". Scorsese uważa również, że filmy Andersona są zarówno zabawne, jak i poruszające, a specyficzny związek, jaki wytwarza się między nim-widzem, a bohaterami z ekranu porównuje z relacją, jaką sam zawiązywał z postaciami z filmów Jeana Renoira, które oglądał, gdy był jeszcze dzieckiem.
Więcej przeczytacie TUTAJ.

P - Przestrzeń

Przestrzenie w filmach Wesa Andersona nie dosyć, że są pełne smakowitych detali (które po pierwsze, charakteryzują wyjątkowy styl estetyki jego kina, ale także służą jako dodatkowe opisy bohaterów), zazwyczaj bywają klaustrofobiczne. Przypomnijcie sobie łódź Steve'a Zissou, dom, w którym mieszkała rodzina Suzy, głównej bohaterki "Moonrise Kingdom", lub tytułowy Genialny Klan. Pociąg, który jechał do Darjeeling, lub wspominany w poprzednim wpisie hotel...
Każda taka schizofreniczna przestrzeń to w kinie Andersona zupełnie osobny świat, który, w połączeniu ze światami z innych filmów tworzy wspaniały obraz nieograniczonej wyobraźni reżysera.



R - Reklamy

Wes Anderson jest również cenionym reżyserem reklam. Ma na swoim koncie zrealizowanie spotów dla Ikei, American Express, SoftBank (w której pojawia się uroczo wystylizowany Brad Pitt) czy Stella Artois. Każdy z klipów jest kwintesencją stylu Andersona, błyskotliwym mikroopowiadaniem, pełnym odwołań z jednej strony do jego własnej twórczości, ale także do innych dzieł filmowych.
Ja najbardziej cenię współpracę reżysera z Pradą.

Pierwszą miniserię reklam zapachu Candy - stworzony wspólnie z Romanem Coppolą zainspirował film "Jules i Jim" Françoisa Truffauta, a w główną bohaterkę wcieliła się jedna z najciekawszych aktorek francuskich młodego pokolenia, Léa SeydouxDrugi to "Castello Cavalcanti", w której główną rolę (kierowcy zagubionego na włoskiej prowincji) zagrał jeden z ulubionych aktorów Andersona, Jason Schwartzman i jest to swoisty hołd dla mistrza kina włoskiego, Federico Felliniego ("Candy" i "Castello Cavalcanti" to również typowe przykłady filmu modowego - o co chodzi, przeczytacie TUTAJ).

Nic tylko podziwiać!


Reklamy Wesa Andersona możecie obejrzeć na przykład TUTAJ.



S - Szkoła Rushmore

Czyli główne miejsce akcji filmu "Rushmore", uznawanego przez wielu za najwybitniejszy film Andersona.
Max Fischer (świetny Jason Schwartzman) jest uczniem tej prestiżowej szkoły i najaktywniejszym uczestnikiem (oraz pomysłodawcą) zajęć pozalekcyjnych. Marzy o byciu kimś wielkim, kimś znaczącym, a Rushmore, które daje mu tego namiastkę, staje się jego całym życiem. Wypełnione do granic możliwości najróżniejszymi aktywnościami życie Maxa komplikuje się znacznie, gdy na jego drodze pojawia się czarująca pani Cross (Olivia Williams). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jej urok zaczyna działać również na Hermana Blume'a (Bill Murray), nauczyciela i, do pewnego czasu, najbardziej zaufanego powiernika Maxa.



"Rushmore" jest czymś znacznie więcej, niż autorskim potraktowaniem gatunku high school comedy. To metafora młodości, dojrzewania i poszukiwania swojego miejsca na ziemi (to motyw, który będzie nieustannie powracał w filmografii reżysera). Wes Anderson sięga do swoich ulubionych tematów, ubiera młodzieńczy bunt w płaszcz groteski, a jednocześnie (co jest w tym filmie wprost cudowne!), traktuje swojego bohatera z pełnią zrozumienia.
Pełną recenzję filmu znajdziecie TUTAJ.


W - Walizki

Nie mogłam się powstrzymać przed umieszczeniem tego hasła...

Słynne (i na każdym roku przeze mnie podkreślane) upodobanie Wesa Andersona do filmowych detali zaowocowało współpracą reżysera z marką Louis Vuitton - to jej główny projektant, Marc Jacobs podjął się zaprojektowania walizek, z którymi podróżują bohaterowie "Pociągu do Darjeeling" (te kolorowe plamki, które na nich widać to w rzeczywistości inicjały byłego właściciela, a także obrazki dzikich zwierząt jak słonie, antylopy czy nosorożce oraz palmy narysowane przez brata reżysera!).

Z - Zissou

"Podwodne życie ze Stevem Zissou" to pięknie wystylizowany film, okraszony wielką dawką rewelacyjnego poczucia humoru. Tytułowy bohater (kapitalny Bill Murray) jest oceanografem, który tworzy słynne filmy dokumentalne opisujące jego pasjonujące podróże. Podczas jednej z takich wypraw ginie (pożarty przez rekina-jaguara) Esteban - najbliższy współpracownik i jednocześnie najlepszy przyjaciel Zissou. Ten poprzysięga zemstę na potworze i wyrusza w kolejną podróż.



Poza tytułową gwiazdą mórz na ekranie pojawiają się Eleanor Zissou (Anjelica Huston), żona, "mózg" każdej operacji, Ned Plimpton (Owen Wilson), podający się za syna Steve'a, ciężarna Jane (Cate Blanchett), reporterka gromadząca materiał do artykułu o swoim idolu-oceanografie, a także barwna galeria współpracowników Zissou, wśród których chyba na największą uwagę zasługuje Klaus (świetny Willem Dafoe), niemiecki mechanik oraz Bill (Bud Cort), wysłannik skarbówki posługujący się płynnie językiem filipińskim. 
O filmie pisałam TUTAJ.



fotografie: listal.com, tumblr.com, sojo.net

24 marca 2014

Alfabet Wesa Andersona - część 1

Wielokrotnie pisałam tutaj, że jestem wręcz fanatyczną miłośniczką kina Wesa Andersona. Dlatego też z okazji premiery jego najnowszego filmu (która już w najbliższy piątek!) przygotowałam coś, co wprawi nas wszystkich w odpowiedni przedpremierowy klimat:

A - Aktorzy


Naprawdę uwielbiam, gdy reżyserzy zapraszają swoich ulubionych aktorów do ponownej współpracy. Jestem przekonana, że zawsze świadczy to o ogromnym zaufaniu z obu stron oraz świetnym, twórczym klimacie na planie, który pozwala wszystkim czuć się komfortowo. Nie inaczej jest w przypadku Wesa Andersona - Owen Wilson, Jason Schwartzman, Bill Murray (mówi się, że to Wes Anderson odkrył Billa Murray'a dla kina niezależnego. Zaproponował aktorowi rolę w "Rushmore", mimo że wiedział, iż stawką Murray'a było wtedy 9 milionów, a budżet filmu był niewielki. "No to obedniemy trochę zer" - miał powiedzieć Bill. I obciąć dokładnie trzy), Anjelica Huston, Willem Dafoe, Tilda Swinton, Adrien Brody czy Waris Ahluwalia - to nazwiska, które (ku mojej wielkiej uciesze) powtarzają się w listach obsadowych.
Ale jeśli miałabym z wymienionych wyżej nazwisk wybrać moją najulubieńszą konfigurację, bez wątpienia będzie to Wes Anderson i Jason Schwartzman


B - Baumbach Noah
C - Coppola Roman

To najwierniejsi współpracownicy Andersona w zakresie pisania scenariuszy.
Roman Coppola jest synem Francisa Forda Coppoli i tak, tak, bratem Sophii, z którą wielokrotnie pracował na planie (jako drugi reżyser lub producent). Jest również autorem reklam i teledysków (współpracował z Mobym, The Strokes, Marianne Faithfull czy Kylie Minogue).


Noah Baumbach natomiast jest nie tylko oryginalnym scenarzystą, ale również cenionym reżyserem. Jego (autobiograficzny) film "Walka żywiołów" został świetnie przyjęty przez krytykę i dał nazwę angielskiemu folkowo-rockowemu zespołowi Noah And The Whale, który stworzył kombinację imienia reżysera z oryginalnym tytułem "The Squid and the Whale". Sam Noah ma natomiast syna, któremu nadał imię Rohmer, w hołdzie mistrzowi francuskiego kina, Ericowi Rohmerowi
Kilka miesięcy temu było o Baumbachu szczególnie głośno w kontekście filmu "Frances Ha", który stworzył wspólnie ze swoją ukochaną, Gretą Gerwig (to ona również zagrała tytułową bohaterkę). 


D - Darjeeling

Czyli cel podróży głównych bohaterów "Pociągu do Darjeeling" (prawdopodobnie mojego ulubionego filmu z całej filmografii Andersona).
Peter (Adrien Brody), Jack (Jason Schwartzman) i Francis (Owen Wilson) to trzej bracia. Po roku nie rozmawiania ze sobą rozpoczynają podróż, podczas której chcą się zjednoczyć, odkryć samych siebie i otworzyć na to, co proponuje im świat. Tytułowy pociąg do Darjeeling ze swoimi wzorzystymi tapetami i specyficzną obsługą stanie się dla nich nie tylko środkiem transportu, ale także osobliwą przestrzenią do podsumowania dotychczasowego życia. 
O filmie pisałam TUTAJ.


F - Fantastyczny pan Lis

Wspaniała animowana ekranizacja prozy Roalda Dahla to jeden z moich najulubieńszych filmów animowanych wszech czasów. 
Tytułowy główny bohater (mówiący obłędnym głosem George'a Clooney'a) bez skrupułów okrada szkaradnych farmerów z małej wsi. Poszkodowani postanawiają więc wypowiedzieć mu wielką wojnę. Film z punktu widzenia estetyki jest naprawdę oszałamiający, to również skarbnica świetnego humoru i szczegółów, które sprawiają, że chce się do niego wracać i odkrywać te detale ponownie.



G - Genialny Klan

To właśnie od "Genialnego klanu" rozpoczęła się moja przygoda z Wesem Andersonem (ale, przyznam szczerze, miłością zapałałam do niego nieco później). 
Dysfunkcyjna rodzina, perwersyjna przyjemność w wypełnianie kadrów detalami, które możliwe są do odkrycia dopiero, gdy naciśniemy przycisk "pauza", barwna galeria zakręconych postaci (każda z własnym, jednakowo fascynującym, mikrokosmosem problemów, radości i dziwactw)... 
Plus, Stylówka Margot Tenenbaum (Gwyneth Paltrow): oczy wymalowane na czarno, tenisowa sukienka, torebka Birkin - bohaterka, wzorowana najprawdopodobniej na wizerunku Nico, modelce, jednej z muz Warhola, wokalistce Velvet Underground, wzbudziła podobną sensację, co sam film.




H - Hotele

Być może hotel, jako miejsce akcji, i jednocześnie bardzo interesująca przestrzeń do analizy, dołączyła na stałe do ulubionych przestrzeni Wesa Andersona. To przecież budynek pełen - identycznych, lub przeciwnie, dekorowanych różnorodnie - pokojów, które stanowią jedną całość, ale jednocześnie stają się na chwilę zupełnie osobistymi przestrzeniami dla osób, które je zasiedlają. To również zbiorowisko postaci, które pozornie przez pewien okres mieszkają zupełnie niezależnie od siebie, a jednak, poprzez bliskość i charakter budynku, tworzą w tym czasie zadziwiającą społeczność.
Zanim powstał "Grand Budapest Hotel", istniał już "Hotel Chevalier" (jako uzupełnienie jednego z wątków "Pociągu do Darjeeling"), czyli krótkometrażowa opowieść o pewnej miłości (a właściwie jej braku). W rolach głównych wystąpili Jason Schwartzman i Natalie Portman, a film (będący kwintesencją stylu reżysera) możecie obejrzeć TUTAJ.


K - Kostiumy

Jak wszystko w universum Wesa Andersona, również kostiumy nie mogą być zbiorem przypadkowych części garderoby. Zazwyczaj odpowiedzialna jest za nie żywa legenda kostiumografii, pochodząca z Włoch laureatka trzech Oscarów - Milena Canonero.
Artystka była stałą współpracowniczką Stanley'a Kubricka ("Barry Lyndon", "Mechaniczna pomarańcza"), stworzyła również niezapomniane kostiumy do "Marii Antoniny"
W przypadku najnowszego filmu Andersona, "Grand Budapest Hotel", inspiracjami dla Canonero były przede wszystkim fotografie Man Raya i George'a Hurrella, a także malarstwo Gustava Klimta, Keesa van Dongena, Tamary Łempickiej oraz George'a Grosza.


Co ciekawe, samego Wesa Andersona (i jego garnitury przestraszonego maturzysty) można odnaleźć na listach najlepiej ubranych reżyserów.

*   *   *
Niektóre informacje pochodzą z tekstu Barbary Hollender "Artysta, który innym ofiarowuje przyjaźń", który można znaleźć na stronie Rzeczpospolitej oraz TEGO tekstu na stronie Vanity Fair.

Ciąg dalszy nastąpi...

fotografie: hollywoodreporter.com, filmweb.pl, listal.com, blogs.indiewire.com